Wydawnictwo: Albatros 2003
oprawa: miękka
ilość stron: 431
moja ocena: 5
Prawie miesiąc zajęło mi przeczytanie pierwszej od dnia mojego wyjazdu na obczyznę książki. A była to „Cesarzowa Orchidea” właśnie.
Lubię książki, o podobnej tematyce, więc właściwie chętnie zapisałam się do kolejki do tej właśnie książki i odczekałam swoje. Nie dałam rady przeczytać jej przed wyjazdem, więc odważnie zabrałam ze sobą
Czytanie niestety szło mi bardzo wolno, ale nie ze względu na to, że książka jest nudna. Przyczyną był notoryczny brak czasu. Jednak udało się
Książka jest pisana w formie pamiętnika kobiety, która wydaje się być kobietą niezwykłą – chińskiej cesarzowej – Cixi (Pani Yehonali). Jest to historia jakby z bajki, przynajmniej wydaje się być przez chwilę jakby chińską wersją Kopciuszka. Oto młoda dziewczyna, której umiera ojciec. Rodzina znajduje się na skraju nędzy i głodu. Razem z bratem próbuje ona zarobić na utrzymanie swoje, siostry i matki. Niestety wydaje sie być to coraz trudniejsze. W pewnym momencie dowiaduje się, że jej pochodzenie uprawnia ją do uczestnictwa w konkursie na nałożnice cesarza i damy dworu. Zdecperowana decyduje się brać udział w konkursie. I o dziwo udaje się, zostaje jedną z 7 nałożnic-cesarzowych. I tutaj bajka właściwie się kończy, a zaczyna prawdziwe życie.
Okazuje się, że może i mieszka w pałacu, ubrana w jedwabne szaty i dysponująca służbą, ale jednak jej życiem jest tylko czekanie na wizytę cesarza w jej łożu. A to może nigdy się nie wydarzyć , bo cesarz dysponuje tysiącami możliwych nałożnic do wyboru, a poza tym dręczą go kłopoty polityczne i słabe zdrowie. Pani Yehonali podejmuje jednak walkę o uwagę cesarza, stawia na szali właściwie wszystko. W końcu udaje się – zostaje wezwana na wizytę w cesarskiej sypialni. A tam znowu nic nie idzie tak, jak się spodziewała. O dziwo, w końcu odnosi ogromny sukces, którego nikt się nie spodziewał – zostaje stałą i jedyną nałożnicą, na dodatek zamieszkuje z cesarzem. A, żeby jeszcze „rozdrażnić” dwór – udaje jej się zajść w ciążę
Jest to dla niej ogromna szansa, ale tez i wielkie zagrożenie, bo wielu osobom jej ciąża nie przypadła do gustu. Zagrożenie nie maleje, bo udaje jej się urodzić syna, który może zostać potencjalnym kolejnym cesarzem. Walka o władzę rozgrywa się bez przerwy… Do tego dochodzą szarady dworskie, zagrożenie ze strony „barbarzyńców”, czyli obcokrajowców, którzy „napadają na Chiny, by je zniszczyć”, słabe zdrowie cesarza. A na koniec również to, że odnalazła w swym życiu miłość, a miłość ta nie może zostać ujawniona, bo skończy się to dla niej śmiercią. Jak się potoczą losy Pani Yehonali? Przeczytajcie sami
Dobrze mi się czytało – ciekawie opowiedziana historia, dobrze zbudowane napięcie, pięknie przedstawione aspekty kulturalne (przynajmniej według takiego laika, jakim jestem ja
), całkiem interesujące charaktery bohaterów. Nie jest to niezapomniana historia, ale przykuła mą uwagę. Ciekawe, czy tylko dlatego, że akurat jestem w sytuacji, kiedy chyba prawie każda książka przykułaby mą uwagę – jak już znajduję czas na czytanie, to „wpadam” w nie całą sobą
Nie mnie stanowić o tym, że to książka wiarygodna, czy nie. Wierzę, że autorka starała się trochę wybielić, „uczłowieczyć” główną bohaterkę. Co nie zmienia faktu, że to przyzwoita lektura moim zdaniem. Nie wiem, czy to dobre wrażenie przetrwa po przeczytaniu „Cesarzowej” Bucka, która ponoć jest o niebo lepsza, zobaczymy za kilka (?) miesięcy.
Anna zaprosiła mnie do udziału w łańcuszku, który wydał mi się całkiem ciekawy, więc skorzystałam z zaproszenia. Zadała mi ona takie oto pytania:
1. Jak sobie radzisz z czytaniem książek i czasopism? Co ma u Ciebie priorytet? Czy czytanie czasopism wpływa na przerwę w czytaniu książek? A może nie czytasz czasopism? Jeśli jednak tak, to jakie?
Zdecydowanie priorytetem jest czytanie książek. Czasopism prawie w ogóle nie czytam. Zdarzało mi się kupować regularnie “Bluszcz”, ale od czasu, kiedy zorientowałam się, że kupka rośnie, a ja ich nie czytam, poddałam się. Ostatnio raz czy dwa kupiłam miesięcznik “Science Ficion, Fantasy i Horror” (Fabryka Słów), bo wydało mi się ciekawą pozycją na rynku. I faktycznie się nie rozczarowałam. Gdyby nie wyjazd, to pewnie bym kupowała co miesiąc. Chyba, że wyszłoby tak samo, jak z “Bluszczem”
Zobaczymy po powrocie do Polski. W każdym bądź razie, czasowo to pewnie wyglądałoby tak: 99,5% czasu – książki, 0.5% czasopisma.
2. Jak Twoja rodzina/znajomi traktują Twoje czytelnicze hobby? Masz w otoczeniu innych moli książkowych?
Moja rodzina jest w tej kwestii niezmiernie tolerancyjna. Właściwie sami się przyczynili do rozwoju mojego fioła czytelniczego. Mama odkąd pamiętam czytała mi książki, a potem kupowali mi ich spore ilości. Czytanie było dobrze widzianą rozrywką dla ich córki
Teraz tylko zdarza im się narzekać, jak zbyt wiele książek wysyłam (wymiany, pożyczki…) – że tyle chodzenia na pocztę, koszty itd. Ale generalnie to jest takie marudzenie dla marudzenia
Co do mego otoczenia, to bywa różnie. Ale dzięki Biblionetce i spotkaniom biblionetkowym wykształciło mi się w ciągu ostatniego 1,5 roku cudne kółko przyjaciół-bibliofili
Spotykamy się regularnie – przynajmniej raz w miesiącu, bywa, że częściej i gadamy o książkach. Świetni są i już za nimi tęsknię. Poza tym gronem, to z czytaniem bywa różnie.
3. Jaki tytuł nosiła Twoja pierwsza samodzielnie przeczytana książka?
Wiem, wiem, straszny to wstyd dla mola książkowego, ale ja zwyczajnie i naprawdę nie pamiętam! Tyle tych książek dookoła zawsze było, że nie jestem w stanie powiedzieć jednoznacznie: to była ta książka. Przy okazji spytam Mamę, może ona ma lepszą pamięć
Chciałabym posłać ten łańcuszek dalej – oczywiście, o ile wybrane osoby będą chciały dołączyć
Do zabawy zapraszam: Kalio, Moni oraz kolejną Annę. Jeżeli Boopoland ma ochotę i czas, to również
Pytania to:
1. Kim jest Twój ukochany bohater literacki? A kogo darzysz największą niechęcią? (No dobrze, może być więcej niż 1 postać, ale maksymalnie 3 z każdej z tych dwóch kategorii)
2. Które ze światów pokazanych w książce zrobiły na Tobie największe wrażenie i dlaczego?
3. Jaka książka najbardziej Cie przeraziła? A jaka wzruszyła? Która najbardziej rozśmieszyła? Z jakich powodów?
Aha, zasady:
Osoba przyjmująca łańcuszek odpowiada na zadane pytania, następnie wymyśla trzy nowe pytania i podaje łańcuszek do trzech nowych osób. Nowe osoby odpowiadają na nowe pytanie, wymyślają kolejne pytania i podają łańcuszek dalej itd.
Jeżeli będziecie chciały podjąć wyzwanie, to dajcie znać, będę się starała znaleźć chwilę, by zajrzeć i poznać odpowiedzi
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2001
oprawa: miękka
ilość stron: 192
moja ocena: 4,5
Mam problem z tą książką. Po pierwsze upłynął już prawie miesiąc od jej przeczytania i wrażenia trochę się rozmyły, częściowo sie zmieniły. A po drugie – problem z nią miałam od samego początku.
Oto Stany Zjednoczone powoli wchodzące w zmiany społeczne, zmiany mentalności ludzkiej, wyzwalające się spod wielu norm. W sennym miasteczku żyje rodzina Lisbonów, rodzina w której matka stanowczo walczy z wszelkimi zmianami ustalonych od dawna norm, a ojciec jest bezwolną figurą. Rodzina, w której pięć nastoletnich córek próbuje odnaleźć swoje miejsce w życiu, swoje własne normy i nie dać się wtłoczyć w ramy bycia jedną z panien Lisbon.
Zmagania te nie pozostają niezauważone. Poczynania panien Lisbon są wręcz śledzone z zapartym tchem, szczególnie przez grupę chłopców z sąsiedztwa. Dostrzegają i analizują oni praktycznie każdy ruch i decyzję dziewcząt. Nazwijmy to szczerze – mają obsesję na ich punkcie.
Życie panien Lisbon wygląda normalnie – szkoła, obowiązki domowe. No, może mają mniej swobody, niż ich koleżanki, ich matka jest bardzo surowa. Nie pozwala im chodzić na randki, a nawet zapraszać znajomych chłopców do domu. Nie jest to zwyczaj praktykowany w zbyt wielu okolicznych domach, ale ciągle wszystko wygląda normalnie. Do czasu…
W ciągu niecałego roku wszystkie pięć sióstr popełnia samobójstwo. Fakt szokujący, mający wpływ na całą okolicę. Od dnia pierwszego samobójstwa obserwujemy jakby „zawieszenie”, a potem upadek całego sąsiedztwa. Rozpada się rodzina, rozpadają się więzi sąsiedzkie. Kończy sie świat niewinności. Nadciągają zmiany w stylu życia, w społeczeństwie dookoła. Poprzez rozpad rodziny Lisbonów widzimy zmiany w całym społeczeństwie.
Oczywiście jest też kwestia dziewcząt – dlaczego każda zdecydowała się na tak ostateczny krok? Były tak różne od siebie, wręcz czasami trudno było dopatrzyć się mocniejszych więzi między nimi. A mimo tego wszystkie zdecydowały się na samobójstwo. W ich różnorodności możemy znowu dopatrzeć się różnorodności społeczeństwa dookoła ich. W trakcie czytania cały czas można wyczuć pytanie: dlaczego, dlaczego postanowiły się zabić? Z tęsknoty za wolnością? Za miłością? Z braku dostosowania się do reszty społeczeństwa? Zbyt wiele oczekiwań dookoła? Brak akceptacji? Brak zainteresowania? Po trochu z wszystkich powyższych powodów? Interpretacji jest pewnie tyle, ilu czytelników.
Ciekawa jest też obsesja, jaką na punkcie panien Lisbon przejawiają okoliczni chłopcy. Czy spowodowana jest tylko niedostępnością dziewcząt? Przynajmniej tak można pomyśleć na początku, bo potem jest zapewne podsycana przez kolejne samobójstwa. Przechodzi z obsesji na punkcie dziewcząt, w obsesję związaną z ich samobóstwami oraz obserwowaniem rozpadu im towarzyszącemu. Ich oczami obserwujemy cały ten proces, jednocześnie obserwując zmianę ich poglądów, wnioski, jakie wyciągają, po części ich powolne dojrzewanie.
Książka jest bardzo dobrze napisana, w ciekawym stylu. Autor bawi się językiem, buduje napięcie, powoli tka historię. „Samobójczynie” warto przeczytać, to wartościowa ksiązka. Chociaż chyba mimo wszystko bardziej przypadła mi do gustu inna książka tego samego autora – „Middlesex”. Pomiędzy „Middlesex” a mną „zaiskrzyło” bardziej, ta dużo grubsza książka przykłuła mą uwagę od początku do końca. W porównaniu z czym „Samobójczynie” wypadły bardziej w stylu chłodnej analizy, rozbioru upadku, wiwisekcji śmierci. Ale to tylko brak więzi emocjonalnej między mną, a książką, co nie zmienia faktu, że warto ją przeczytać
Wydawnictwo: Fabryka Slow 2007
oprawa: miekka
ilość stron: 294
moja ocena: 4,5
Poznajcie Wolhe Redna (czyli W-Redna), zaglebiajaca sie w magie na Wydziale Magii Teoretycznej i Praktycznej w Starminskiej Wyzszej Szkole Magii, Wrozbiarstwa i Zielarstwa. Charakterek ma ona niczego sobie, potrafi sobie w zyciu dawac rade, jak rowniez nie stroni od zartow kosztem innych. Ma specyficzne poczucie humoru oraz zdecydowanie nie lubi podazac utartymi sciezkami.
Pewnego dnia zostaje wezwana przez samego rektora szkoly. Otrzymuje misje do wykonania – w Dogewie, krainie wampirow w krotkim czasie zostalo zabitych kilkanascie osob. Wolha ma to wyjasnic i znalezc sprawce. Bulka z maslem? Niekoniecznie jezeli pomysli sie o tym, ze tych kilkanascie osob, to slawni magowie, a Wolha jest tylko mloda adeptka magii. Jednak lubi ona wyzwania, wiec bez zwloki wskakuje na swoja kobylke – Stokrotke i rusza w droge.
W Dogewie czeka ja wiele przygod, zarowno zwiazanych ze “sledztwem”, jak i poznawaniem samych wampirow. Na ich temat istnieje wiele historii, mitow, przesadow, ktore to Wolha stara sie potwierdzic lub je obalic
Pomaga jej w tym Len, mocno nietypowy wampir.
Ksiazke czyta sie bardzo szybko i lekko. Jest napisana lekkim, prostym jezykiem, z wieloma wstawkami humorystycznymi. Czy to przypadnie komus do gustu, czy nie, to juz kwestia indywidualna. Jest to zdecydowanie ksiazka stworzona dla rozrywki, nie ma skomplikowanych akcji, kompleksowych opisow czy glebokich odczuc u bohaterow. Zreszta i bohaterowie sa raczej prosci, dosyc przywidywalni. Jednak mimo wszystko ksiazka jest przyjemna, dobra dla relaksu. Podoba mi sie swiat wampirow, jest rozny od tego najczesciej przedstawianego. Mimo wszystko mam wrazenie, ze mozna bylo z tej historii “wycisnac” wiecej. Niedlugo planuje przeczytac czesc druga, zobaczymy jak tam sie potoczy akcja.
Jezeli ktos chce sobie zafundowac przyjemny, relaksujacy wieczor – polecam!
Z gory przepraszam za brak polskich liter, ale pisze w biurze i nie chce tutaj grzebac w roboczych komputerach, by zmienic czcionki. Poprawie to w domu
Kolejna porcja wrazen z lektury lekkiej i przyjemnej. Tym razem wrazenia z dwoch ksiazek.

Ostatnia z ksiazek Moniki Szwai, ktora czytalam w 2009 roku. Wlasciwie czytalam ja juz kiedys, ale wtedy nie bylam swiadoma istnienia innych ksiazek tej autorki i teraz chcialam sobie odswiezyc wrazenia. Tym samym poznalam wszystkie ksiazki tej autorki (oprocz jej opowiadan umieszczonych w kilku zbiorach).
Jak juz wiecie w kategorii czytadel lubie ksiazki tejze autorki. Mimo tego, ze sa czasami malo realistyczne i lekko przeslodzone, to mimo wszystko czasami przydaja mi sie na rozjasnienie zycia w danym momencie. Lubie w jej ksiazkach rowniez to, ze nauczyciele i uczniowie to fajni ludzie, wzajemnie sie szanuja i lubia, potrafia ze soba pracowac, nawet wybierac sie razem na zakup kosmetykow
Lubie rowniez to, ze potrafi w sposob niby to lekki poruszac sprawy, ktore wcale lekkie nie sa. W jej ksiazkach widac, jak w krzywym zwierciadle rozne smiesznostki naszego spoleczenstwa, jak rowniez i bolaczki, ktore owe spoleczenstwo trapia.
Lubie jej ksiazki rowniez za to, ze potrafi stworzyc sympatyczne, zwykle postacie, ktore potrafie sobie wyobrazic dookola mnie
Wychodzi jej to szczegolnie w przypadku starszych pan
Tutaj historia jest prosta – bohaterka traci prace i musi sobie znalezc inna. Laduje jako polonistka w liceum. A na dodatek w miedzyczasie oczywiscie pojawia sie kwestia damsko-meska i pytanie “ktory jest tym jedynym”?
Czy przyjaciolki maja racje, czy moze jej wlasne przeczucia? Jak sobie radzic jako nauczycielka i wychowawczyni klasy “bystrzakow”? Oczywiscie radzi sobie doskonale, chociaz czekaja ja rowniez roznego rodzaju przygody i przeszkody.
Sympatyczna ksiazka, jednak wole inne pozycje tej autorki, chociazby “Stateczna i postrzelna”

Kolejna pozycja to “Talki w wielkim miescie”. To moja pierwsza stycznosc ze slynna para
I musze przyznac, ze stycznosc calkiem udana. Zasmiewalam sie w trakcie czytania niektorych felietonow, wiekszosc czytalam z usmiechem na twarzy. Autorzy maja lekkie, dowcipne pioro, poczucie humoru, ktore mi przypadlo do gustu. Felietony dotycza zarowno ich codziennego zycia, jak i rzeczywistosci dookola. Mamy okazje poznac ich przyjaciol, szefostwo, ale oczywiscie najlepiej mamy okazje poznac samych autorow.
Pan Talko probuje kreowac siebie na cudnego, inteligentnego, przystojnego i zdolnego mezczyzne (czyniac to oczywiscie z przymrozeniem oka), a swa zone nazywa “najlepsza z zon”, jednoczesnie wysmiewajac delikatnie jej slabostki (oczywiscie slabostki wedlug niego). Robi to wszystko jednak w tak zabawny i sympatyczny sposob, ze nie mozna tego potraktowac inaczej, niz jako smieszne zarciki.
Podobala mi sie ta ksiazka, zachowam ja u siebie na polce i wroce, jak bede miala zly, podly humor i bede potrzebowala usmiechu. Postaram sie rowniez zdobyc i przeczytac inne pozycje, ktore wyszly spod ich piora. To ciete poczucie humoru bardzo przypadlo mi do gustu
Czytadla obydawa calkiem przyzwoite, chociaz zdecydowanie bardziej podobala mi sie druga pozycja.
Wszystkich ciekawych informacji z mojego wyjazdu na wolontariat zapraszam do odwiedzenia nowego bloga – http://wolontariatevs.wordpress.com/. Będzie super, jeżeli w taki sposób uda się chociaż garstce ludzi z Polski przybliżyć idee tego Programu + pokazać, że ten dziki kraj jest wart zainteresowania
Przepraszam za brak aktywności, ale zmienia mi się sytuacja życiowa. Część z Was wie o tym dzięki temu, że używamy tego samego portalu
Część jednak nic nie wie, więc już tłumaczę.
Jakiś czas temu zdecydowałam się na uczestnictwo w tzw. Wolontariacie Europejskim. Od dzisiaj jestem w Macedonii, a dokładnie w mieście Kawadarci, gdzie zostanę przez najbliższe 2 miesiące. Potem mam zamieszkać w Skopje. W Macedonii będę pracowała w Stowarzyszeniu Młodzieżowym “Creactive”. Do Polski wracam 10 września 2010.
Do mego powrotu zapewne notki dotyczące przeczytanych książek będą się pojawiać dużo rzadziej, niż do tej pory. Wynika to z przyczyn obiektywnych – dużo słabszego zaopatrzenia w książki, nowej pracy, nowych ludzi dookoła, zdecydowanie większej liczby obowiązków, nauki nowego języka, zwiedzania kraju itp. Planuję to chociaż troszkę zrekompensować pisaniem bloga z mojego wyjazdu, ale zobaczymy na ile powyższe warunki pozwolą mi się w to zaangażować. Plan jest, by publikować nowe notki na planowanym blogu przynajmniej 2-3 razy w tygodniu + załączanie zdjęć.
Jednak ten blog ciagle będzie istniał, tylko będzie ciut mniej notek. Liczę jednak na to, że ciągle będziecie tutaj zaglądać, bo przyznam, że się trochę uzależniłam od Waszych wizyt, sprawiają mi one sporą radość
Pozdrav!
“Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie: Historia moralnej zapaści ” Jan T. Gross
Wydawnictwo: Znak 2007
oprawa: twarda
ilość stron: 344
moja ocena: 4
Nie potrafię tutaj wystawić jednoznacznej opinii – nie jestem specjalistką, nie znam tych wydarzeń co do szczegółu, a wydarzenia faktycznie powojenne są wręcz dla mnie dosyć nowe.
Jednak potrafię napisać jedno – nie rozumiem zaprzeczania wydarzeniom, która faktycznie zaistniały i co do których nie ma wątpliwości (ewentualnie co do szczegółów tych wydarzeń) – nie jestem więc w stanie zrozumieć reakcji ludzkich na wszystkie wydarzenia jakie spotykały Żydów w ciągu ostatnich kilkuset, czy choćby stu lat… Jak można zaprzeczać temu, że był Holocaust (albo próbować twierdzić, że to takie małe byle co było), że były pogromy Żydów (i to zarówno we wcześniejszej historii, jak i w naszej historii najnowszej), że hasła “nie bądź taki żydek” lub “ty to jesteś żyd i komuch” istnieją ciągle w naszym języku i mają się całkiem dobrze, raczej nic im nie grozi. Więc jak tłumaczyć ignorację i zaprzeczenia części ludzkości? Głupotą, niewiedzą, złą wolą? Nie wiem.
Wiem tylko, że przerażają mnie wojny, pogromy, zabijanie, nienawiść do innego człowieka tylko ze względu na to, że np. nosi wąsy, mieszka w innym miejscu, czy, że mówi “pyra”, a nie “ziemniak”. I przerażały mnie też ogniste reakcje, czasami wręcz kipiące nienawiścią, które pojawiły się po opublikowaniu tej książki w Polsce. Dla przypomnienia – rok 2007!
Nie będę się wypowiadać, co do wiarygodności materiałów i opracowań, samej książki, czy co do osoby autora (generalnie – nie mnie o tym decydować, a poza tym, pokażcie mi osobę i materiały, które są dla wszystkich w 100% wiarygodne :p). Ale nie o to tutaj według mnie chodzi, dla mnie chodzi tu o uczucia i współbytowanie. O to, jak ludzie traktują innych ludzi, czasami swych najbliższych, jakie są tego powody.
Dla mnie w tej książce zbyt dużo było własnych opinii autora. Była też przeogromna ilość przykładów, cytatów faktów, niesamowita praca przygotowawcza. A sama książka – przerażająca, naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć rodzaju ludzkiego…
Na koniec kilka cytatów:
“Urzeczowienie” Żydów jeszcze i na tym polegało, że za życia traktowani byli jako, można by rzec, tymczasowi depozytariusze własności “pożydowskiej”. “Buty to mogłaby mi paniusia już zostawić” – powie do Miriam Rosenkranz niejaka Józefowa, która z nią razem pracowała przy skubaniu pierza, w dniu kiedy już wyglądało na to, że będą likwidować getto. Z podobną propozycją przyszła do Chai Finkelsztajn tak zwana przyzwoita osoba, sąsiadka, sugerując na samym początku pogromu w Radziłowie, żeby jej oddała lepsze rzeczy, bo przecież zaraz zginie wraz z rodziną i wtedy jacyś źli ludzie wszystko sobie wezmą.
Żyd to było coś gatunkowo odmiennego. Znane było zapytaniekilkuletniego chłopca spopularyzowane przez tajną prasę “mamusiu, czy to człowiek zabili czy Żyda?”
(…) – “zapytany po pogromie milicjant Mazur o to, dlaczego zastrzelił z automatu leżące przy matce dziecko, odpowiedział sędziemu: “Matka i tak nie żyła już, więc dziecko by płakało”. Tej odpowiedzi litościwego mordercy – pisał tygodnik “Kuźnica” – nie wymyśliłby literat”.
“Dnia 24 i 25 [stycznia 1947] odbyło się przedstawienie, rewia urządzona przez sekcję teatralną klubu Sportowego “Siła” w Oświęcimiu. Tematem i treścią tego widowiska było wyśmiewanie Żydów w skeczach i piosenkach. Zaznaczamy przy tym, że główną rolę w tych checach [pisownia oryginalna] antyżydowskich grał komendant U.B. w Oświęcimiu”.
(…) ofiary zawsze, do ostatniej chwili, zadawały pytanie “dlaczego”? Czyż nie jest nim jedno jedyne zdanie, jakie dotarło do nas z otchłani komór gazowych Bełżca: “Mamusiu, ja przecież byłem grzeczny, ciemno, ciemno”?
Chciałam podziękować Moni, autorce bloga Czytanie równa się oddychanie. Za co spytacie? Właśnie otrzymałam książkę, którą wygrałam w ramach jednego z organizowanych przez Moni konkursów świątecznych
Książka dotarła cało i zdrowo. A na dodatek w kopercie znalazłam jeszcze śliczną pocztówkę z życzeniami i pozdrowieniami (nie wiedziałam, że to takie ładne miasto, a mam właściwie niedaleko – może po powrocie z obczyzny powinnam się wybrać na zwiedzanie!), a na dodatek jeszcze kalendarz kieszonkowy (który bardzo mi się przyda w trakcie mojego wyjazdu, który już tak niedługo!). Wszystko razem to taka cudna niespodzianka płynąca od dobrej duszyczki czytelniczej
O książce, którą wygrałam pisałam już przy okazji Świąt – jest to książka “Za podszeptem diabła” Karin Fossum. Będę dzięki temu miała okazję poznać norweski kryminał, co mnie cieszy, bo w tamte rejony niezbyt jeszcze zaglądałam. Opinia Moni jest zachęcająca, opis na Biblionetce również, więc już cieszę się na lekturę!
Dwóch znudzonych nastolatków krąży po mieście, szukając rozrywki i pieniędzy na kilka piw w barze. Niewinny wieczór uruchamia łańcuch tragicznych zdarzeń. Pełni młodzieńczej adrenaliny chłopcy planują napad. W wypadku, który inicjują, prawdopodobnie zginęło dziecko. Ale to dopiero początek… Andreas włamuje się do domu Irmy Funder i wtedy Zipp widzi go po raz ostatni. Inspektor Sejer z pomocnikiem Skarrem wiele razy przejdą obok domu, gdzie unieruchomiona ofiara będzie czekała na pomoc… Śledczy znajdą się w matni zeznań, na każdym kroku trafiając na mur ludzkiej obojętności, niechęci i zakłamania.
Ta książka to gra konwencją. Autorkę interesują nie tyle motywy zbrodni, co ludzkie piekło, które nosi w sobie każdy z nas. Sekret, z którym nie można sobie poradzić, a który najczęściej wynika ze zwykłych kompleksów. Trywialność życia, determinująca działania nie tylko mordercy, ale także ofiary… Perfekcyjna i gęsta narracja Fossum obnaża mechanizmy strachu, szaleństwa i cierpienia.

Monia – jeszcze raz dziękuję za sprawie mi takiej przyjemności i niespodzianki. Cieszę się, że do Ciebie również dzisiaj dotarła nagroda z innego konkursu
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 1993
oprawa: miękka
ilość stron: 158
moja ocena: 4
I znowu nie wiem, co mam napisać
Ostatnio jakiś kryzys opiniotwórczy mnie chyba dopadł
“Przerwaną lekcję muzyki” chciałam przeczytać już od jakiegoś czasu. Może przez tą otoczkę “niedostępności”? W bibliotekach prawie jej nie ma, w księgarniach nie bywa, na aukcjach pojawia się za około 100 zł. Filmu nie miałam okazji oglądać, więc to nie z jego powodu mnie do niej ciągnęło. Może opisy wydawcy dołożyły swoje do mojego zainteresowania. Kiedy więc okazało się, że znajoma posiada i mogłaby ją pożyczyć, to zaraz skorzystałam z okazji (jeżeli tutaj zajrzysz – dzięki za pożyczkę!
).
No i co? Właściwie chciałoby się napisać “i nic”, nie zaiskrzyło między mną, a książką Kaysen. Nie jest tak, że książka jest do kitu, nieciekawa i w ogóle. Ale zabrakło w niej tego czegoś, co chwyciłoby mnie za serce. Może to efekt tego, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytałam już kilka pozycji dotyczących w różny sposób chorób psychicznych, szpitali psychiatrycznych itd.?
“Przerwana lekcja muzyki” to autobiografia Susanny Kaysen, która w wieku 18 lat trafiła (po próbie samobójczej) do szpitala psychiatrycznego. Trafiła tam – o zgrozo – po pierwszym spotkaniu z psychologiem (spotkaniu trwającym pół godziny), z obietnicą, że trafia na obserwację, która potrwa dwa tygodnie. Suanna spędziła w szpitalu prawie 2 lata. Rozpoznano u niej “osobowość pograniczną”. Lata 60-te, lata rewolucji, lata wielkich zmian, dla Susanny lata, które na zawsze zmieniły jej życie.
Już na początku przeżyłam pierwsze zdziwienie – zdumiał mnie sam fakt, że dorosła (przynajmniej w świetle prawa) kobieta daje się po króciutkim spotkaniu z nieznanym sobie psychologiem zawieźć do szpitala psychiatrycznego i tam bez słowa zostawić. Trudno mi sobie wyobrazić, że dałabym sobie kiedykolwiek coś takiego zrobić – bez postawienia konkretnej diagnozy, stworzenia planu leczenia, próby leczenia poza zakładem zamkniętym. No dobrze, może nie rozumiem osób w takim momencie życia i stanie psychicznym, kto wie. Zaskakujący jest też marazm rodziców i bliskich Susanny. Chociaż może ona pomija celowo w książce (z różnych przyczyn) fakty związane z rodziną i dlatego mam wrażenie, że nie odgrywali w jej życiu prawie żadnej roli.
Susanna umieszczona została na oddziale o średnim rygorze – pacjentki od czasu do czasu mogły wychodzić na spacery, jeździć (z pielęgniarkami) na lody, być odwiedzane przez bliskich i przyjaciół. Wśród innych pacjentek znalazła bliskie koleżanki, wręcz przyjaciółki, z którymi dzieliły się przeżyciami, wspomnieniami, planami.
Nasz szpital był bardzo sławny, gościł tu niejeden znany poeta i muzyk. Właściwie nie wiadomo, czy to szpital specjalizował się w poetach i muzykach, czy też poeci i muzycy specjalizowali się w szaleństwie?
Autorka opisuje dokładnie, jak wyglądała jej codzienność w trakcie pobytu w szpitalu – pod względem posiłków, spotkań z lekarzami, lekarstw, pielęgniarek, stosunków międzyludzkich; mamy okazję poznać właściwie prawie każdy aspekt jej życia. Próbuje także przeprowadzić analizę swojego przypadku - dlaczego jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej; co doprowadziło do jej pobytu w szpitalu (i to prawie przez 2 lata); kto miał wpływ na to wszystko. Jednakże te wszystkie opisy i analizy prowadzone są bardzo suchym językiem, praktycznie wypranym z emocji stylem. W niektórych recenzjach spotkałam opisy wielu uczuć, ktore niby buzowały w tej książce, a dla mnie jest ona w większości właśnie opisem klinicznym – tak mogłabym sobie wyobrazić opis analityka robiącego sekcję. Nie wiem, skąd taka rozbieżność w odczuciach.
Książka jest interesująca ze względu na to, że jest to opis prawdziwego przypadku oraz opis świata do którego raczej niechętnie zaglądamy. Siłą rzeczy zaczynamy się zastanawiać – kto jest normalny? co jest normalne? kto o tym decyduje? gdzie przebiega ta cienka linia między zwykłymi, drobnymi “dziwnostkami”, jakie ma każdy z nas, a chorobą psychiczną? “Przerwana lekcja muzyki” zmusza do refleksji, ale nie wstrząsnęła mną emocjonalnie i nie jestem w stanie zrozumieć “szału” jaki dookoła tej książki panuje. Generalnie jednak – polecam!







