Co opisać?

znak zapytania

Fot. Ethan Lofton (flickr)

Chwilowo mam bardzo mało czasu wolnego, a ten, który miałam wolałam przeznaczyć na kończenie fajnych książek. Ale już w czwartek i piątek powinnam mieć po pracy luzy, więc mam zamiar nadrabiać zaległości w recenzjach. Patrząc na listę pomyślałam, że właściwie to mogłabym decyzję w sprawie tego, co opisywać w jakiej kolejności oddać w Wasze ręce.

Z jednym wyjątkiem! Przeczytałam też „Niewidzialną koronę”, ale do jej recenzji potrzebuję sporo więcej czasu, więc spróbuję ją napisać pewnie dopiero w weekend. I gdy będzie gotowa, to wrzucę ją poza kolejnością – tak żeby była jasność.

Wybierajcie na zdrowie! Można głosować wielokrotnie, niech się z tego ułoży lista priorytetów. Postaram się jej przestrzegać ;)

Ankieta otwarta do jutra (czwartek), do godziny 18:00. Potem siadam do pisania pierwszego tekstu.

Jak Ci idzie?

w toku

Fot. Kevan Davis (flickr)

Takie pytania słyszałam już dobrych kilka razy! A kilka innych osób prosiło wprost o ten wpis – swoiste pierwsze podsumowanie chciejek. Miałam właściwie robić podsumowanie raz w roku, a tu od „ogłoszenia” nie minęło nawet pół (pojawiło się 19 lutego), ale lubię spełniać prośby mych czytelników, więc będzie krótko i zwięźle. Improwizacja!

1. Ciągle jeszcze nie zdołałam przeczytać: „Małych kobietek”, „Klubu Pickwicka” oraz „Hrabiego Monte Christo”. Nie posunęłam się też do przodu z Sagą rodu Courteneyów.

2. Przeczytałam kolejny tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza – „Wschód – Zachód”. A po trzeci tom sięgnę zapewne jeszcze przed jesienią.

3. Chodzenie raz w miesiącu do teatru wychodzi mi całkiem nieźle – od stycznia byłam osiem razy, a jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, to we wtorek obejrzę kolejną sztukę.

4. Z beletrystyki historycznej przeczytałam w tym roku „Świat królowej Marysieńki”, „Koronę śniegu i krwi” oraz „Niewidzialną koronę”. Niezbyt wiele, muszę nad tym bardziej popracować i sprawdzić, co mam na półkach! Pod koniec roku planuję „Grę w kości”, ale nie wiem, czy mam jeszcze coś innego z tego gatunku u siebie w księgozbiorze, mus sprawdzić.

Chociaż z drugiej strony muszę sprawdzić dokładnie, co podchodzi pod definicję tej odmiany powieści, bo może coś jeszcze przeczytałam, a nie zdaję sobie sprawy? ;)

5. Nie przeczytałam jeszcze nic Balzaka i nic Boya-Żeleńskiego.

6. Spacerowanie, odkrywanie miasta i robienie zdjęć – w toku, ale zdecydowanie do poprawy. Wiosną wychodziło mi to bardzo dobrze, lato na razie wypada słabo. Trudno mi się zmotywować, może jakieś wspólne spacery?

7. Zdołałam ograniczyć użytkowanie portali czytelniczych tak, jak zakładałam. Udzielam się (i to w niewielkim stopniu) na Biblionetce i Goodreads. Wczoraj tylko oceniłam obydwa tomy Odrodzonego królestwa na LC, bo nie mogłam się powstrzymać od dodania swych ocen :)

8. Bywanie raz w miesiącu w kinie wychodzi mi całkiem nieźle. Do tej pory byłam tam 10 razy.

9. Co do zwiększania wpływu pozytywnych ludzi i rzeczy, to jest ono w toku. Czasami mi ciężko, ale widzę efekty – mniej chętnie dołączam się do internetowych bzdurnych dyskusji, rzadko tworzę tego typu dyskusje u siebie na blogu (jak to człowiek się zmienia, jak patrzę teraz na te wszystkie „dyskusje o blogosferze” to widzę, jakie to jest bezużyteczne, cieszę się, że w końcu to dotarło do mej łepetyny). Bardzo pomaga mi w dostrzeganiu pozytywów uczestnictwo w wyzwaniu 100 happy days. Dzisiaj dotarłam do 83 dnia i świetnie mi z tym! Aż będzie mi dziwnie, gdy wyzwanie się skończy. Może będę je kontynuować sama dla siebie?

Jak widać - działanie w toku i to mnie najbardziej cieszy! Najciekawsze jest, że słabiej wychodzi mi część czytelnicza, niż ta nieczytelnicza. A myślałam, że będzie odwrotnie! Teraz może być problem filmowo-teatralny, bo jest sezon ogórkowy, ale trzeba będzie coś wymyślić w tej kwestii. A aktualnie mam sporą ochotę na dwie z wymienionych wyżej książek, więc może uda się je w tym roku przeczytać?

Trzymajcie kciuki dalej! Bardzo mi fajnie z poczuciem, że mnie wspieracie, zaglądacie do zakładki, komentujecie, piszecie wiadomości, dzięki!

© 

Pod skrzydłami białego orła… („Korona śniegu i krwi” – Elżbieta Cherezińska)

korona śniegu i krwi

Historia zapierająca dech w piersiach! Pasja, intrygi, namiętności, walka o władzę, zdrady, uwięzienia, pościgi, morderstwa, ambicje, przyjaźnie… Brzmi, jak „Gra o tron”? A uwierzylibyście, że mowa o polskim rozbiciu dzielnicowym?

Elżbieta Cherezińska wybrała sobie na temat cyklu czas przedziwny i – jak mi się do tej pory wydawało – mało interesujący. Polska była porozbijana na wiele małych księstw, w prawie każdym siedział jakiś pieniacz z rozbuchanymi ambicjami, prawie każdy miał wielu synów, więc z pokolenia na pokolenie księstewka były coraz mniejsze, a książąt z pretensjami coraz więcej. Co w tym ciekawego?

Okazuje się, że wszystko! Autorka ukazuje świat pasjonujący, pełen barwnych postaci, okraszony odrobiną magii i mistycyzmu. To u niej w lasach żyją przedstawiciele Starszej Krwi, na piersiach możnych goszczą przedziwne bestie herbowe, w kościołach rządzą księża, którzy nie mówią nawet po polsku, na zamkach odbywają się popijawy i snucie intryg, brat występuje przeciwko bratu, kraj niszczą ciągłe walki. A i sąsiedzi łakomym okiem patrzą na ziemie polskie! I w tak niesprzyjających warunkach pojawia się dwójka bohaterów, którzy śmią marzyć o zjednoczonej Polsce, od morza do gór, tak, jak to było kiedyś. Marzenie piękne, ale jak je zrealizować?

To właśnie droga do jego realizacji została opisana w tej książce. Od momentu, gdy tak wielu książąt robi, co tylko chce, aż do momentu, gdy zaczynają dostrzegać to, że Przemysł II nadaje się na króla, który zjednoczy Polskę. Może w końcu przywróci wielkość tej krainie? Ale, jak to w życiu bywa, nie wszystkim się to podoba…

O fabule nie ma co wiele pisać, każdy, kto chociaż trochę uważał na lekcjach historii, wie, jak było. Ale za to wykonanie, styl, język, ukazanie bohaterów, o tym wszystkim warto! Tylko jakże trudno, bo właściwie mogłabym napisać tyle: majstersztyk, och, ach, czytajcie i koniec! ;)

Na początku trafiał mnie szlag! Klęłam na tych naszych przodków, ile się tylko dało! No bo kto to widział, by tak nazywać synów? Bolesław, Władysław, Leszko, Henryk. Bolesław, Władysław, Leszko, Henryk. Cholery można było dostać! Jednak powolutku historia tak mnie pochłonęła, że sama nie zauważyłam momentu, w którym przestali mi się mylić, a zaczęłam kibicować mym wybrańcom. Chociaż Piastom czasami trudno było kibicować, bo nie jawili się zbyt sympatycznie…

Korona - fragment

Można poznać każdego księcia, wybrać sobie tych, którzy robią na nas największe wrażenie. Jednak to, co przykuło mą uwagę to fakt, że w tej książce w końcu mówi się o kobietach! To właśnie one dodają tej książce tak wiele uroku i sprawiają, że jest tak ciekawa! Niewiarygodna Kinga, która mimo swej świętości pokazuje od czasu do czasu „pazur” i cięty języczek; przerażająca Mechtylda Askańska i godna jej Eufrozyna, kobiety opętane przez włądzę, zdolne do wszystkiego; słodka i niewinna Lukardis. Jednak mą ulubienicą została Rikissa, szwedzka królewna, żona Przemysła II, o której do czasu przeczytania tej książki nie miałam nawet najmniejszego pojęcia. A została przedstawiona jako osoba przeurocza, odważna, rezolutna i mądra. A na dodatek najzwyczajniej w świecie fajna.

Oprócz Rikissy mą sympatię zdobył Jakub Świnka, bohater, który przechodzi w trakcie książki olbrzymią metamorfozę – od zwykłego mnicha, który tkwi nosem w zakurzonych pergaminach aż do arcybiskupa gnieźnieńskiego, który śmiało patrzy w przyszłość, wiele widzi i przeczuwa, nie obawia się realizować swych wizji. Światły, bezpretensjonalny, potrafi podbić serce czytelnika. A na dodatek dostał od autorki niesamowitą (aczkolwiek teoretycznie możliwą) historię!

Czytając tę książkę można upewnić się w jednym: polska historia jest tak samo barwna, pasjonująca i intrygująca, co historia Anglii, Francji czy innych historycznych mocarstw! A nasi władcy byli równie niesamowici. Tylko nie mieliśmy tyle szczęścia do autorów potrafiących pokazając ją w tak wspaniały sposób. A teraz wystarczy przeczytać „Koronę śniegu i krwi”, by się przekonać, że w niczym nie ustępujemy tym, tak szeroko w książkach opisywanym krajom i ich władcom!

I tylko szkoda, że to, jak się u nas naucza historii dalekie jest od tego, by przedstawiać ją w tak fascynujący sposób! Gdyby nauczało się jej w takim stylu, to każdy z nas byłby tym przedmiotem zafascynowany i znał losy swojego kraju na wyrywki. Ja jestem zachwycona jak nagle pełnokrwiste i barwne zrobiły się dla mnie sylwetki bohaterów tamtych wydarzeń, a sama historia pasjonująca, wielowarstwowa, pełna niuansów i magii!

Zdecydowanie bardzo silna kandydatka na książkę roku! Razem z kontynuacją, którą właśnie czytam :)

korona śniegu i krwiWydawnictwo: Zysk i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 768

© 

Podsumowanie miesiąca – czerwiec 2014

podsumowanie miesiaca wrzesien

Czerwiec to mieszaniec. Pierwsza połowa to mnóstwo, mnóstwo stresu i naprawdę dużo roboty. A od 18 czerwca miałam luz – długi weekend pod Gdańskiem, a potem tydzień u Rodziców. Laba i relaks, było pięknie!

W czerwcu – tak, jak w maju – przeczyałam 8 książek. Gdyby nie urlop, to pewnie i do pięciu bym nie dotarła. Ale biorąc pod uwagę to, że miałam prawie pół miesiąca wolnego, to i tak mogło być ciut lepiej. Ale tylko ciut, bo za to te książki były stosunkowo grube. Zaprezentowałam jeden stosik. Statystyki „zróżnicowania czytelniczego” wyglądały następująco: 6 książek do recenzji, 1 książka własna nierecenzyjna, 1 tekst przedwydawniczy – do decyzji o wydaniu. Nie podobają mi się one, jednak zawsze tak jest, gdy mam dużo pracy i/lub wyjeżdżam, więc mnie takie osiągi nie dziwią. Mam nadzieję, że powoli wrócę do normy „przeplatania”.

Po męskim maju, czerwiec był miesiącem kobiet – jeden jedyny Haruki Murakami ratował honor mężczyzn, poza nim były same panie! Ponownie przeczytałam więcej książęk zagranicznych niż polskich – 5 do 3. Za to do dzisiaj już 5 z tych książek opisałam, przedwydawniczej nie zamierzam, zostały dwie, których recenzje zdecydowanie się tutaj pojawią.

Średnia ocena przeczytanych w czerwcu książek wyniosła 4,8, był to bardzo dobry miesiąc! Ale kompletnie mnie to nie dziwi, gdy patrzę na listę tytułów. W sumie przeczytałam 3346 stron, a średnia przeczytana przeze mnie pozycja miała 418 stron, całkiem nieźle! Dziennie średnio czytałam 111,5 strony.

Zachwyt miesiąca?

Mam aż trzy pretendujące do tego miana książki. Największe szanse (z pełną szóstką!) ma książka Elżbiety Cherezińskiej – „Korona śniegu i krwi”. To majstersztyk i tyle! Jeszcze jej nie opisałam, zrobię to, chociaż kompletnie nie wiem, jak przeleję na klawisze cały mój dziki zachwyt! Aktualnie czytam kontynuację i jestem tak samo zachwycona, ech…

Poza nią były jeszcze dwie książki, którymi się zachwycałam w troszkę mniejszym stopniu – „Zawołajcie położną” Jennifer Worth oraz „Morderstwo wron” Anne Bishop. Obydwie opisałam, więc nie będę się rozpisywać, kto ciekawy, ten przeczyta podlinkowane teksty.

Tak różne, tak fajne! Już chyba nikogo nie dziwi tak wysoka średnia tego miesiąca? ;)

Rozczarowanie miesiąca?

Generalnie brak. Najsłabszą książką była „Księga stylu Coco Chanel” Karen Karbo. Też już opisana, więc nie muszę się powtarzać.

Lista przeczytanych w czerwcu książek:

1. „Zawołajcie położną” Jennifer Worth,

2. Tekst przedwydawniczy,

3. „Troje” Sarah Lotz,

4. „Morderstwo wron” Anne Bishop,

5. „Fartowny pech” Olga Rudnicka,

6. „Korona śniegu i krwi” Elżbieta Cherezińska,

7. „Księga stylu Coco Chanel” Karen Karbo,

8. „Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973″ Haruki Murakami.

Co się działo?

Na początku miesiąca pojawił się sentymentalny wpis o książkach dzieciństwa. Chwilę po nim przez książkową blogosferę przetoczyła się burza związana z próbą cenzurowania przez jedno z wydawnictw. Przewinęły się informacje na temat wyjazdu i rozwiązania konkursu. A pod koniec miesiąca pytałam Was o to, co robicie z książkami, które przeczytaliście i które stoją na półkach i się kurzą.

Zaprzestaję prób opisywania planów, bo tak de facto sprowadzało się to tylko do tego, że głównie pisałam, że takowych nie robię i że płynę z prądem ;) W ogóle mam plan na urozmaicenie podsumowań, ale niestety wymaga on sporej ilości wolnego czasu, a nie wiem, kiedy mi się takowy przytrafi. Zobaczymy w przyszłym miesiącu!

© 

Ileż można mieć pecha w życiu?! („Fartowny pech” – Olga Rudnicka)

kostki do gry

Fot. Mariano Kamp (flickr)

Filip Nadziany to policjant, który słynie z tego, że przydarzają mu się nietypowe wypadki, a na dodatek żaden sprzęt elektroniczny go nie lubi. Ot, taki pechowiec! A gdy pewnego dnia jego ekhm… szczególne zdjęcia zostają rozesłane po wszystkich mniej lub bardziej znajomych osobach, Filip decyduje się na zmianę przypisanej jednostki. Postanawia wykorzystać spadek, który otrzymał dawno temu i wyprowadzić się na wieś. W końcu przecież wiejski komisariat będzie oznaczał więcej spokoju, prawda?

Krystian Dziany to kolejny przypadek policjanta, który nie radzi sobie w pracy. Po serii pechowych przypadków dociera do momentu, w którym mówi: dosyć, nie chcę dłużej pracować w tym zawodzie! Jednak lubi taki typ pracy, więc decyduje sie na bycie prywatnym detektywem. W rozkręceniu interesu pomaga mu brat, który jednak nie wtajemnicza młodszego braciszka w szczegóły zleceń. A to wszystko dlatego, że…

Gianni to spec od spraw trudnych. Załatwi wszystko i wszystkich, wystarczy odpowiednio mu zapłacić. A na dodatek jest niezmiernie skuteczny, profesjonalny i dyskretny. Dzięki temu jest bardzo wysoko ceniony przez wszelkich mafiozów. Jedna ze spraw ściąga go do Polski i łączy losy tej trójki.

Chyba jasne już jest, że z takiego połączenia może wyjść tylko spektakularna katastrofa?

Całe szczęście jest to katastrofa w bardzo dobrym stylu! Do tej pory czytałam tylko jedną książkę autorki, kilka lat temu („Lilith”), podobała mi się, ale była to zupełnie inna bajka. Dlatego do tej pory nie mogłam pojąć tych zachwytów „o jaka fajna, śmieszna literatura!”. Teraz już wszystko rozumiem – autorka stylistycznie podchodzi pod Chmielewską, jednak w całkowicie nowoczesnym stylu. Lekkość stylu, poczucie humoru autorki i solidnie przez nią opanowana polszczyzna – to zdecydowanie zalety tej książki.

fartowny pech fragment

W tym momencie nastąpił taki wybuch śmiechu, że aż zostałam sprawdzona, co też czytam ;)

Do tego dochodzą bohaterowie i pomysł na fabułę. Nie jest on może nowatorski, ale w tej „branży” trudno być nowatorskim. A autorka dodała od siebie tyle smaczków, że czytało się naprawdę dobrze. Barwni bohaterowie, wartka akcja, delikatne wątki miłosne (tak samo od czapy, jak reszta fabuły ;p) – komedia kryminalna jak się patrzy! Dawno nie miałam okazji czytać takich książęk, więc jestem przeszczęśliwa, że w końcu ktoś zdecydował się pisać takie utwory!

Widać, że autorka wie, co robi (czy też raczej: co pisze) i robi to dobrze! Ja dołączyłam do fanów jej twórczości i serdcznie polecam tę książkę na lato - umili chyba każdy wakacyjny wyjazd!

PS. Znacie inne książki tego typu? Jakie?

fartowny pechWydawnictwo: Prószyński, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 304

©