Czepeczki, turbany i herbata (“Panie z Cranford” – Elizabeth Gaskell)

1850 moda

Premiera tego wydania: 30 kwietnia

Już od dawna chodziła za mną chętka na jakąś “ramotkę” (określenie dodane do mego słownika dzięki Zacofanemu w lekturze!). Jakaś klasyczna opowieść z uroczymi bohaterkami, skandalami w stylu “burza w szklance wody” i smakowitymi opisami. Dlatego, gdy trafiły do mnie pierwsze trzy tomy cudnie wydanej serii Świata Książki, to nie zastanawiałam się długo, tylko na drogę do domu rodzinnego zabrałam jedną z nich.

Bardzo żałuję, że dopiero teraz poznałam prozę Gaskell, bo “Panie z Cranford” to perełka. To swoisty zbiór opowieści z codziennego życia grupki pań w średnim i starszym wieku, które aspirują do miana śmietanki towarzyskiej miejscowości, którą zamieszkują. To właśnie one – chociaż najczęściej raczej zubożałe – pochodzą z tak zwanych dobrych domów, więc dyktują to, co wypada, a czego nie wypada.

Dni pań z Cranford upływają na dochowywaniu wierności etykiecie oraz na – jakby inaczej! – plotkach. Każde zdarzenie trzeba omówić, każdą decyzję przedyskutować, przeanalizować życie każdej osoby oraz zadecydować czy to i owo jest w dobrym guście. Narratorką jest obserwatorka z zewnątrz – Mary Smith. Nie mieszka w Cranford, jednak bywa tam regularnie i pomieszkuje tygodniami, raz u tej, raz u tamtej pani.

Często gości u sióstr – Debory i Matyldy, które to siostry są wdzięcznym obiektem jej obserwacji. Debora jest apodyktyczną dewotką, sztywną jak kij od miotły, a Matylda jest całkowicie przez nią zdominowana. Jednakże każda z pań wzmiankowanych w tej książce jest interesującym przypadkiem. Ich wady, zalety, śmiesznostki, to wszystko możemy poznać dzięki bystrej Mary.

 “Ale po jej odejściu panna Pole wygłosiła dłuższą mówkę do panny Matty, wyrażając radość, że jak dotąd uniknęła małżeństwa, które jak zauważyła, czyni ludzi niesłychanie łatwowiernymi, bo przecież kobieta musi być z natury bardzo łatwowierna, skoro nie może powstrzymać się od zamążpójścia (…)”

“Panie z Cranford” to nie tylko przecudowne opowieści z codziennego życia małomiasteczkowych pań, ale również opowieść uniwersalna – o ludziach. O tym, jacy jesteśmy, czy raczej, jacy byliśmy. Gdy czytałam te historyjki, to często przychodziło mi na myśl, że trochę szkoda, że niektóre cechy trochę w nas już zaginęły. Ta serdeczność, troska o innych, bliskość między ludźmi ogranicza się coraz częściej tylko do kilku najbliższych osób (często tylko rodziny), a poza tym panują stosunki mocno powierzchowne, nie dbamy tak naprawdę o to, co u innych się dzieje i co możemy zrobić. Jakoś nie sądzę, by można byłoby spokojnie oczekiwać teraz takiej reakcji, jaką okazały panie z Cranford na wieść o tym, co przydarzyło się Matyldzie. Kto oddałby część swych rocznych dochodów po to, by utrzymywać niespokrewnioną z sobą osobę? Śmiem wątpić, że niezbyt wielu. Chociaż może u mnie nastąpiła jakaś pora zwątpienia w jakość stosunków międzyludzkich, mam wrażenie, że zbyt mocno żyjemy na pokaz, by zrobić wrażenie na innych, a zbyt mało jesteśmy naprawdę ze sobą i dla siebie. Nawet dla siebie samych… No, ale to nie miejsce i nie czas, o tym może kiedyś indziej.

W każdym razie ta książka mocno mnie zachwyciła. Nie dość, że autorka okazała się bystrą obserwatorką rzeczywistości, jaka ją otaczała, to jeszcze przekazała to czytelnikom w bardzo fajny, barwny i interesujący sposób. I okrasiła jeszcze humorem!

“Tak, panno Matty, mężczyzna zawsze pozostanie mężczyzną. Każdy z nich chce, żeby go uważano za Samsona i Salomona zarazem, każdy jest zbyt silny, by dać się pobić i pokonać, i zbyt mądry, by miano go wywieść w pole. Pewno panie zauważyły, że mężczyźni zawsze przewidują, co się zdarzy, ale jakoś nigdy nikogo nie ostrzegą, nim to się zdarzy. Mój ojciec był mężczyzną, więc znam nieźle ten ród.”

Wszystkim tym, którzy od czasu do czasu lubią poczytać powieści tego typu polecam ją z czystym sercem. Znajdziecie tu sprawy ważne i drobiazgi, całe grono zróżnicowanych bohaterów i typową wiktoriańską atmosferę, pokazaną jednak w szczególny sposób. Nie zawiedziecie się!

© 

panie z cranford

Wydawnictwo: Świat Książki, 2014

Oprawa: twarda z obwolutą

Liczba stron: 192


Przy rodzinnym stole

jajka wielkanoc

Wielkanoc… Sama nie wiem dlaczego, ale te Święta zawsze kojarzyły mi się – paradoksalnie! – mniej uroczyście od Bożego Narodzenia. Chociaż, gdy teraz na to patrzę, to widzę, że to wcale nie jest prawda, ale tak mi się ugruntowało przez lata.

Pewnie chociażby dlatego, że często dookoła nas jest wtedy zwariowana wiosna. Wszystko kwitnie jak oszalałe, ptaki rozśpiewane wiją gniazda, koty się marcują, sadzonki w ogródku rosną, słońce grzeje. I jak w takiej scenerii zachowywać powagę i smutek? Dzieciak (czy też młodzież) ma ochotę biegać, skakać, cieszyć się życiem, a nie celebrować gorzkie żale. Tak ja to dawniej widziałam. Nawet wyprawa na drogi krzyżowe nie była tym, co robiłam chętnie w piątkowe popołudnia. Gdy zaczęłam dorastać, to doceniłam gorzkie żale.

Wielkanocą – jako dzieciak – zaczynałam się cieszyć w sobotę, gdy przystępowaliśmy do malowania jajek. Od wieków ta czynność należy do mnie – najpierw pod nadzorem Mamy, potem samodzielnie. Uwielbiałam ten moment, gdy zwykłe jajko przeistacza się coś prześlicznego, te intensywne kolory, ten błysk. A potem przygotowywanie święconki, która głodnego (bo przecież post) człowieka, idącego z nią do kościoła, doprowadzała na skraj wytrzymałości.

W sobotę zjeżdżała się też rodzina. Wielkanoc to czas, który spędza u nas zawsze brat mego Taty ze swoją rodziną oraz jeszcze drugi jego brat. Przy śniadaniu wielkanocnym siada więc u nas zawsze 9 osób, a w porywach duuużo więcej. Dzielenie święconki, składanie życzeń, a potem powolne śniadanie, tak zawsze wygląda u nas niedzielny poranek. Potem upychanie całej naszej bandy w samochodach i jazda do kościoła.

Gdy byliśmy mali, to był jeszcze dodatkowy aspekt. Zajączek zostawiał dla nas – w zależności od pogody – w ogródku lub gdzieś w domu koszyczki ze słodyczami i drobiazgami. Jakaż to była frajda to ich szukanie! A dorośli mieli chyba jeszcze więcej frajdy w kierowaniu nami na zasadzie „ciepło-zimno” lub w zgrywaniu nieświadomych ;)

A potem? Właściwie tylko i wyłącznie rodzinne przebywanie razem i tyle. Jeżeli pogoda dopisuje – spacery, jeżeli nie, to tłoczenie się w domu. Czasami odwiedzanie miejsc z przeszłości. Przyjmowanie wizyt rodziny Mamy. Trochę spokoju, trochę gwaru.

Ach, był jeszcze jeden niezmienny aspekt – w poniedziałek budzono nas wodą! Całe szczęście bez przesady, raczej symbolicznie, ale mimo tego – rozgrzane pięty opryskane zimną wodą zawsze gwarantowały szybką pobudkę ;) Teraz właściwie już nic takiego się nie dzieje, ale przez lata była to rzecz pewna,  o której mój Tato zawsze pamiętał!

A ze spraw zupełnie prozaicznych, to przy okazji tych Świąt, zawsze pojawiał się z mej strony najwyższy podziw dla mojej Mamy. Bo pucowanie domu i gotowanie, to pewnie norma w większości domów, które Wielkanoc obchodzą. Ale moi Rodzice co roku zamawiają w sklepie mięsnym dosłownie pół świni i mięsne pyszności powstają u nas w domu. Szynka gotowana, schab pieczony, obiady takie i owakie, mięs do wyboru do koloru. Do tego sałatki domowej roboty i mnóstwo innych, własnoręcznie przygotowanych pyszności. Normalnie szał! Kiedyś jeszcze sama robiła wszystkie ciasta, ale od kilku lat mamy zaufaną osobę, która nam przygotowuje większość słodkości. U nas powstają tylko babki – gotowana i pieczona, które z kolei przygotowuje mój ojciech chrzestny. Tak prawdziwie tradycyjnej pod względem kulinariów Wielkanocy, to już chyba nie spotkam zbyt szybko!

Jako osoba dorosła inaczej już postrzegam te Święta, ale chyba ciągle bliższe są mi Święta Bożego Narodzenia, mimo tej wstrętnej zimy, na którą przypadają ;)

Tak czy siak – wszystkim tym, którzy Wielkanoc obchodzą życzę, by były to Święta dobre, spokojne, pełne bliskości i doceniania najmniejszych radości!

stół wielkanocny

Fot. Sandee Bisson

Wieloksiąg #2

ludzik ksiazki

Jenn and Tony Bot

Pomyślałam, że nadeszła pora na kolejną część tego nieregularnego cyklu. Znowu będzie mieszanina gatunkowa i źródeł pochodzenia. Prezent i dwie pożyczone.

swiat krolowej marysieńki“Świat królowej Marysieńki” – Kornelia Stepan

Gdy ją dostałam w prezencie, to nie zwróciłam uwagi na to, że to pierwszy tom i cały czas się zastanawiałam, dlaczego tytuł odnosi się do królowej, a tu nie zapowiada się, że ona tą królową do końca książki zostanie ;) Potem dopiero zobaczyłam, że to tak naprawdę dopiero wprowadzenie do historii. Marię Kazimierę d’Arquien spotykamy w 1647 i razem z nią przechodzimy przez kolejne lata jej życia – dorastanie, dojrzewanie, obserwowanie i uczestniczenie w intrygach dworskich i politycznych, miłość do Sobieskiego, perypetie małżeńskie, relacje z królową, z mężem przypisanym przez los i intrygi – Janem Zamoyskim. 

Lektura przyjemna, chociaż delikatnie przegadana. No i non stop zastanawiałam się ile tam jest faktów i oparcia w tychże, a ile fantazji autorki.

*****

odzwierny“Odźwierny” – Siergiej i Marina Diaczenko

Chyba zbyt wiele sobie obiecywałam po tej książce i za długo czekałam z jej lekturą. Skończyło się na tym, że właściwie to wynudziłam się jak mops. Chociaż historia magów próbujących odnaleźć innego maga, którego pozbawili mocy, a który został wybrany przez pewną siłę, by być odźwiernym, który otworzy jej wrota do ludzkiego świata, miała spory potencjał do zainteresowania mnie, to jednak tak się nie stało. Musiałam się wręcz zmuszać do kontynuowania lektury. Wielka szkoda! Ale tej dwójce dam jeszcze szansę, bo słyszałam, że to świetny duet, więc może trafiłam na kombo pod hasłem “nie ta książka w nie tym czasie”?

*****

pop babylon“Pop Babylon” – Imogen Edwards-Jones i Anonim

Po dwóch pierwszych książkach z tej serii, które pochłonęłam błyskiem i z zachwytem w duszy, teraz przyszła pora na lekkie rozczarowanie. I sama nie wiem, skąd ono się wzięło. Może “anonim” nie poddał takiego gruntu do obróbki, jak przy pierwszych dwóch tematach (linie lotnicze i hotele), a może zwyczajnie przemysł muzyczny jest nam na tyle znany, że tak nie zaskakuje i trudniej podać czytelnikowi coś nowego? Może właśnie tu tkwi sekret – odejść od takich popularnych tematów, skupić się na tych, na których raczej się nie skupiamy i nie drążymy?

W każdym razie była to ciągle lekka rozrywka, ale już nie tak interesująca. No i miałam wrażenie, że tłumaczce się przy tym tomie nie chciało tłumaczyć. Poprzednie były zupełnie ok, a tu mi niestety zgrzytało tłumaczenie.

*****

Wszystkie te trzy książki przeczytałam w ciągu dwóch ostatnich miesięcy i cieszę się, że zebrałam się, by je tutaj krótko podsumować.

Ja teraz siedzę w pociągu do Rodziców, jadę na Święta + dwa dodatkowe dni urlopu (ach, ach, och! :D), mam więc nadzieję, że – mimo gości i rajwachu – odpocznę chociaż troszkę, bo maj to będzie dla mnie miesiąc pod hasłem “koniec świata”, więc muszę nabrać sił. Trzymajcie więc kciuki!

Małe radości #1

Muszę wrzucić ten post, bo inaczej nie wytrzymam, pęknę i w ogóle ;) Jeżeli zapoznacie się z całością, to będziecie się pewnie śmiać, wzruszać, uśmiechać i rozczulać. Coś u mnie się zrobiło emocjonalnie ostatnio, ale to dobrze!

Tym razem wrzucam filmiki. Zróbcie to dla mnie i obejrzyjcie je w całości, szczególnie ten pierwszy. On mnie rozwalił, jakaż to przecudowna akcja! Z każdą minutą jest bardziej rozkoszny! Najpierw się uśmiechałam, potem śmiałam w głos, potem spłakałam z uśmiechem na twarzy! Zobaczcie sami…

Muszę w wolnych chwilach obejrzeć inne pierwsze razy” na ich stronie, to musi być bardzo ciekawe i poruszające!

Drugi film jest wzruszającym zapisem miłości i upływu czasu. Piękny! Podziwiam tego ojca – za pomysł i konsekwencję w wykonaniu. Jakaż to cudowna pamiątka!

Trzeci jest tylko i wyłącznie rozkoszny :) Nie chcę teraz analizować, dlaczego trzymają tygryska w domu, co się z tym wiąże i co to oznacza. Patrzę tylko na tego figlarza i się rozpływam z zachwytu, jest przesłodki! Taki Tygrysek z Kubusia Puchatka.

Poprawka! Wprawdzie miały być trzy, ale właśnie natknęłam się na to wykonanie i padłam! Gdy tylko słucham, bez wizji, to mam wrażenie, że to śpiewa zdecydowanie ktoś inny. Mega!

Za takie skarby kocham Internet! Inaczej nie miałabym okazji zobaczyć tylu wspaniałości, posłuchać utalentowanych ludzi, wzruszać i śmiać się z ludźmi z całego świata. Pewnie, jest w nim wiele śmiecia, ale większość można omijać i tworzyć sobie swoistą “enklawę zachwytów”. Do tego właśnie dążę, trzymajcie kciuki!

Przedpremierowo: “Zabłądziłam” – Agnieszka Olejnik

zabladzilam 1

Premiera: 24 kwietnia!

Dwunastoletnia Maja nie może się doczekać, aż jej starsza siostra wyjdzie z łazienki. Siedzi tam i siedzi! W końcu dziewczyna nie wytrzymuje i postanawia interweniować. Wchodzi do łazienki, zastaje siostrę w wannie pełnej krwi, przeżywa szok, który determinuje kolejnych kilka lat jej życia. Siostra Mai nie umiała sobie poradzić z doznaną krzywdą, ale raczej nie pomyślała, jak to, co uczyni wpłynie na jej młodszą siostrę, na jej ojca, na jej matkę…

Po czterech latach Maja ciągle jest pod wpływem przeżytej traumy. Nie potrafi nawiązywać relacji z rówieśnikami, bliskość fizyczna kojarzy jej się z czymś obrzydliwym, alkohol i imprezy nie są dla niej. Jest wycofaną obserwatorką. Mimo tego, jej uwagę przyciąga Alek, chłopak z równorzędnej klasy. Drużyny sportowe ze szkoły Mai jadą na biwak, w trakcie którego ta dwójka ma okazję w końcu nawiązać rozmowę. Ciągnie ich do siebie niesamowicie, jednakże trafiło się dwóch życiowych “połamańców”. Bo również i Alek ma podobne obciążenia psychiczne, jak Maja. Czy dwoje młodych osób tak potężnie pokrzywdzonych przez los zdoła się porozumieć?

Maja i Alek przeżywają wielkie uczucie, z którym nie do końca potrafią sobie poradzić, szczególnie, że przeszłość obciążyła ich tak bardzo. Budowanie ich relacji przypomina obieranie cebuli z kolejnych warstw. Powolutku przekraczają kolejne granice, oswajają się, poznają coraz lepiej, dojrzewają oni i ich związek. Ale wtedy los stawia przed nimi coraz to nowe wyzwania, z którymi muszą sobie wspólnie poradzić. Albo i nie… W końcu przecież na ich barki spadło tyle problemów, wyzwań i traum, że i dorosła osoba z łatwością może się załamać, a co dopiero nastolatek. Jak silnym psychicznie trzeba być, by sobie z tym wszystkim poradzić? A oni mają tylko 16 i 18 lat!

Cholernie – excusez le mot! – mi trudno opisywać lekturę tej książki i me uczucia z nią związane! Dlaczego? Chociażby dlatego, że dawno już nie zdarzyło mi się czytać w taki sposób, zachłanny, jak obłąkana, pożerałam tę opowieść nie mogąc się od niej oderwać! A ileż uczuć mną miotało! I weź tu człowieku to wszystko opisz, i to jeszcze bez zdradzania ważnych elementów fabuły, uffff…

“Zabłądziłam” to książka, którą powinna czytać zarówno młodzież, jak i jej rodzice, wychowawcy, pedagodzy. Bo to książka idealna to rozmów na najważniejsze dla nastolatków tematy, tyle dzięki niej można przegadać! Ale jednocześnie kompletnie nie jest moralizatorska, nudna czy trywialna. Jak dla mnie (ok, nastolatką byłam -naście lat temu, w zupełnie innych czasach!) jest ona bardzo prawdziwa i poruszająca, trafia do mnie teraz, i trafiłaby do mnie wtedy. Na początku wydawało mi się, że to może być właśnie taka typowa opowiastka o życiu skrzywdzonych nastolatków, ale z każdą kolejną stroną coraz bardziej zmieniałam zdanie. Autorce udało się stworzyć bardzo realistycznych bohaterów, których rozwój i relacje przedstawiała w taki sposób, że czułam się, jakbym była nimi. Przemyślenia, rozmowy i czyny, wszystko to było dla mnie przekonujące, chociaż zastanawiałam się, jak się to ma do aktualnych gimnazjalistów i licealistów. Dlatego jestem bardzo ciekawa, jaki będzie właśnie ich odbiór, bo to jednak oni są grupą docelową tej książki.

A dorośli? Oni mogą przeczytać niesamowicie emocjonalną, a jednocześnie wyważoną historię związku dwojga nastolatków, którym skrzydła zostały przycięte przed startem i którzy muszą sobie poradzić z ogromem tego, co na nich spadło i ciągle spada. A przy okazji uzyskają masę możliwości do dyskusji z nastolatkami dookoła siebie – o wyobcowaniu, o relacjach z przyjaciółmi, chłopakiem/dziewczyną, rodzicami, rodzeństwem, o imprezach, alkoholu, seksie, bliskości, rodzicielstwie, budowaniu związku, radzeniu sobie z emocjami, odpowiedzialności i wielu, wielu innych tematach. Ta książka, to szkatułka pełna możliwości, od nas zależy, jak z nich skorzystamy.

Uch, jak ja nie lubię pisać o książkach, które tak bardzo dały mi emocjonalnie popalić! Mam poczucie, że cokolwiek napiszę, jest to niewystarczające, nie oddaje rzeczywistości. A bardzo bym chciała, by powieść ta zdobyła popularność i uznanie, bo na nie zasługuje. Ostre, ale empatyczne spojrzenie na życie, doskonale oddana głębia i skomplikowanie opisywanych relacji, nic dziwnego, że autorkę porównuje się do Doroty Terakowskiej. Do tego dobrze skonstruowana fabuła i poprawna polszczyzna. Ja jestem zaskoczona umiejętnościami, w końcu to powieściowy debiut, a tak dobry! Rzadko się to ostatnio trafia, w tym zalewie bylejakości.

Ja zaraz pęknę, bo tyle jeszcze chciałabym Wam powiedzieć, ale nie chcę spojlerować, więc tylko zostawię Was z tą rekomendacją: czytajcie!

zabladzilamWydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2014

Oprawa: miekka

Liczba stron: 312

©