Kicz czy magia? („Miód na serce” – Sarah-Kate Lynch)

miód pszczoły

Fot. Peter Shanks (flickr)

Z czym kojarzy Wam się miód? Mnie głównie z dzieciństwem, gdy mama używała go do walki z chorobami, na które często zapadałam. Ona uwielbiała kombinację mleko + miód + masło + czosnek, ja tego napoju nienawidziłam z całego serca. Teraz rozumiem, że ta mikstura to symbol troski i miłości. Kocham cię, więc chcę ci pomóc.

Bohaterka tej powieści – Sugar Wallace – lubi ludzi i też chce im pomagać. Wyczuwa, co ich trapi i stara się być blisko, by móc działać. Ma też pomocnice, dużo małych pomocnic. Sugar podróżuje z ulem pełnym pszczół. To dziedzictwo po ukochanym dziadku, od którego dostała pierwszy rój, z bardzo szczególną królową, która przekazuje swe niesamowite geny kolejnym pokoleniom. Miód Sugar pomaga leczyć ludzi, ich ciała, i ich dusze. A ona o tym bardzo dobrze wie i stara się wykorzystywać płynne złoto najlepiej, jak jest to możliwe.

Jednak Sugar sama potrzebuje pomocy. Przez lata nigdzie nie jest w stanie zagrzać miejsca, stale ucieka dalej i dalej. Ma wyrzuty sumienia, bo przed laty zraniła wiele osób i nie potrafi sobie tego wybaczyć. Tym razem ląduje w Nowym Jorku, gdzie na najwyższym piętrze jednej z kamienic znajduje urocze mieszkanie z wielkim tarasem, na którym może postawić ul i posadzić kwiaty. Powoli obecność Sugar zaczyna wpływać na wszystkich mieszkańców tego domu… Czy jednak pozwoli im (i nie tylko) odmienić również swoje życie? Czy przestanie uciekać i stawi czoła przeszłości?

Lubię książki Lynch, są pełne ciepła, jedzenia, barw, smaków, zapachów. Mają tą naiwną atmosferę dobra, przyjaźni, miłości, ludzi wzajemnie dbających o siebie. Są nierealne, lekko zabawne, mocno ocierają się o kicz. Jednak i takich książek od czasu do czasu mi trzeba! „Miód na serce” sprawiła mi więc masę przyjemności. Było lekko bajkowo, uroczo, słodko do bólu, pozytywnie. Jest to książka, która wywoływała często uśmiech na mej twarzy, pełno w niej pozytywnej energii.

Ta autorka nie pisze arcydzieł, powieści głębokich, refleksyjnych, filozoficznych. Ona pisze ku pokrzepieniu serc. Jej opowieści wydają mi się idealnie wpasowywać w teraźniejszość, w czas, gdy często boimy się samotności, zagubienia, braku przyjaciół czy ukochanych osób. Gdy tęsknimy za czasami, gdy sąsiad interesował się sąsiadem i pożyczał szklankę cukru. Gdy ludzie witali się z obcymi i przejmowali ich losem. Gdy w pędzie zauważali starszego pana, który się przewrócił i pomagali mu wstać. I gdy mówili dziękuję, proszę i nie stosowali „k…” jako przecinka. W jej książkach panuje klimat bliskości, człowiek jest tam na pierwszym miejscu, ludzie – nawet jeżeli się nie lubią – się szanują.

Lubię to, że jej książki mają odrobinę magii, tej magii w stylu „Czekolady”. Tutaj uwiodły mnie pszczoły, a szczególnie ich królowa. Co za fajna bestyjka! Pod wpływem tej powieści będę odrobinę cieplej myślała o tych owadach, kto wie, o czym tam sobie bzyczą między sobą ;)

Jeżeli szukacie książki z półki, którą nazywam na swój użytek „książki-plastry na duszę”, to będzie to idealny typ! Już sam tytuł zresztą najlepiej oddaje atmosferę książki. Siądźcie więc wygodnie w fotelu, weźcie ze sobą kubek herbaty z cytryną i miodem i zatopcie się w świat Sugar i jej przyjaciół!

miod na serceWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 320

© 

Tego pragnę, tego pożądam…

zaczytana

Fot. Garrett (flickr)

Jesień jest pełna premier. I to by mnie generalnie średnio ruszało, gdyby nie fakt, że wychodzi sporo książek pisarzy, których bardzo lubię i których książki zdecydowanie chcę mieć. Ba! Jest nawet wysokie prawdopodobieństwo, że w końcu solidnie naruszę swoją zasadę niekupowania nowych książek!

Żeby móc sobie poukładać co i jak, postanowiłam zrobić tutaj spis tego, co wpadło na moją listę „koniecznie muszę mieć, bo inaczej padnę!”. Oto ona:

Wszystkich tych autorów uwielbiam niezmiennie od lat i jestem przeszczęśliwa, że pojawią się ich nowe książki. Każdą muszę mieć i przeczytać jak najszybciej. Tak rzekłam! Czyli nie mogę nic przez najbliższe miesiące zamawiać do recenzji ;)

 Na dodatek jeszcze sporo innych książek przykuło mą uwagę. Kiedyś pewnie będę chciała po nie sięgnąć. Jednak trzy spośród nich są na dobrej drodze, by dołączyć do tego sprawdzonego i lubianego od lat grona.

Pewnie o czymś zapomniałam lub czegoś nie znalazłam, no ale cóż, życie. Miała się tu jeszcze pojawić najnowsza powieść Roberta M. Wegnera, która miała ukazać się w październiku, ale niestety, premiera została przełożona na czas nieokreślony. Już sama nie wiem, który to raz :(

Nooo… to ja wiem, co chcę czytać do końca roku! A Wy robicie takie wielomiesięczne plany? Na co wyczekujecie? Może również na któryś z tych tytułów?

Za zamkniętymi drzwiami („Tajemnice Rutherford Park – Elizabeth Cooke)

8437450257_a48f76647f_z

Fot. Tony Hammond (flickr)

W przyszłym roku zacznie się pierwsza wojna światowa. Jednakże w Rutherford Park nikt się nie zająknie na temat potencjalnego zagrożenia. Czasami panu domu przechodzi ono na myśl, ale nie niepokoi domowników. Co nie zmienia faktu, że mają oni o czym myśleć…

Rutherford Park to piękna, pełna majestatu i uroku posiadłość. Jej mieszkańcy wiodą spokojne, ustabilizowane życie, wpasowując się doskonale w panujące dookoła konwenanse. I tylko w cieniu praca wre, dniami i nocami. Służba ma całe dnie wypełnione co do minuty obowiązkami, całość musi działać, jak sprawnie naoliwiona maszyna. Najlepiej, by państwo w ogóle nie mieli okazji nawet zauważyć pracy swoich służących. Mają być niezauważalni i do dyspozycji.

Płynie dzień za dniem, a my powoli odkrywamy, że w tym domu praktycznie każdy kryje w sobie jakąś tajemnicę. Nie ma tu nieistotnych bohaterów, każdy z nich ma do odegrania jakąś rolę, która często wpływa na losy innej osoby. Od pana domu poczynając, na zwykłej służącej kończąc, a o gościach nawet nie wspominając. Co się stanie, gdy sekrety ujrzą światło dzienne? Jakie będą konsekwencje dla mieszkańców dworu? Czy da się uratować tę ostoję spokoju i dumę gospodarzy?

Jednym z najczęściej przewijających się wątków jest rozdarcie między konwenansami a wolnością, między tym, co się powinno, a czego się pragnie. Część bohaterów (chociaż najbardziej gospodyni – Octavia Cavendish) czuje się osaczona, zamknięta w klatce konwenansów, które nie pozwalają jej w danym momencie wyjść na dwór, zagaić rozmowę ze służącą czy też biegać boso po trawie. Czuje się, jakby złożyła siebie na ołtarzu tradycji i tego, co jest pożądane i mile widziane przez innych. A to tylko początek jej problemów! Właściwie ten wątek pojawia się w każdej z opisywanych sytuacji, tylko formy są różne. Ciągły konflikt między obowiązkiem i rozumem a sercem i namiętnością. Czy uda im się znaleźć najlepsze rozwiązanie? I czy takowe w ogóle istnieje?

Nie chcę Wam psuć lektury i stąd ma enigmatyczność. Niestety, wchodząc w szczegóły fabuły czy też bliżej charakteryzując bohaterów zdradzę Wam zbyt wiele. A przyjmuję, że większość osób, które to przeczytają, będzie jeszcze przed lekturą książki. Wybaczcie więc!

Mam jednak z tą książką pewne problemy. Jest nierówna. Pierwsza połowa jest częściowo przegadana i nie do końca sprawnie poprowadzona, za to w drugiej akcja i emocje wręcz walą się na czytelnika. Najpierw myślałam, że jej w ogóle nie doczytam, miałam wrażenie, że się wlecze. A potem pochłaniałam kolejne strony myśląc „ale jak to tak?!”. A drugi dylemat to fakt, że tam tak de facto nie ma niczego unikatowego, to wszystko już było. Tylko może sposób na rozwiązanie jest jeszcze na tyle świeży, że zapomniałam o tym, że generalnie ta książka składa się z wielu wątków, które były już w setkach innych powieści. Stąd moje ambiwalentne uczucia.

Za to jestem pewna, że bardzo podobało mi się oddanie realiów funkcjonowania dworu takiego, jak Rutherford Park. Te wszystkie szczegóły związane z funkcjonowaniem domu, pracą służących, zarządzaniem nimi, ich obowiązkami, rolami, tym, co mogli, a czego nie mogli, życiem państwa, przyjmowaniem gości etc. Cymes, bardzo lubię takiego typu informacje w książkach.

Wielbicielom powieści tego typu zapewne się ona spodoba. W moich oczach uratowała ją druga połowa. Emocje w tej powieści aż buzują, nawet mnie pod koniec lektury się udzieliły i nie mogłam się doczekać, by dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. Ale ogólnie patrząc – książka całkiem dobra, ale bez fajerwerków, uplasowała się gdzieś w połowie mej czytelniczej stawki na 2014 rok.

Tajemnice-Rutherford-Park_Elizabeth-Cooke,images_big,29,978-83-63656-65-2Wydawnictwo: Marginesy, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 368

© 

Podsumowanie miesiąca – sierpień 2014

podsumowanie miesiaca

Sierpień… był przedziwny. Sporo pracy (jak nie sezon ogórkowy!), ale sporo różnych, przeważnie króciutkich wyjazdów – Olsztyn, wizyta u rodziców, Sandhamn i sama nie pamiętam już co. A do tego naprawdę dużo, dużo myślenia i podejmowania ważnych decyzji. Jak zaowocują? Zobaczymy w przyszłości! A czytelniczo?

Tym razem przeczytałam 9 książek. Niby dobrze, ale jest jedno „ale”, o którym za moment. W sierpniu nie pojawił się również żaden stos (co do dzisiaj daje rekordowo długi, trzymiesięczny okres bez stosu!). Statystyki zróżnicowania czytelniczego były następujące: przeczytałam 5 książek do recenzji, 1 książkę pożyczoną, 1 własną nierecenzencką oraz 2 książki robocze. Bilans książek recenzencki vs. nierecenzenckich wygląda już lepiej, ale ciągle nie jest idealnie.

Ten miesiąc był właściwie zrównoważony pod względem płci – wprawdzie 5 książek napisały panie, a 4 panowie, ale przeczytany komiks powstał we współpracy dwóch panów, więc jest remis ;) Za to kompletną porażkę poniosłam pod względem zróżnicowania geograficznego – tylko 1 książkę napisała polska autorka, a aż 8 pochodziło spoza Polski! Słabo wychodzi mi też od jakiegoś czasu aktywność blogowa, zdarzają się kilkudniowe przerwy, co niestety przełożyło się na skuteczność – opisałam tylko 2 książki. Wprawdzie 2 roboczych nie zamierzam opisywać, 3 recenzenckie na bank jednak opiszę. A co do pozostałych dwóch – się zobaczy.

Średnia ocena przeczytanych książek wyniosła 4,3 i była najniższa od trzech miesięcy. W sumie przeczytałam 3422 strony. Jednak średnia grubość czytanych książek wyniosła tylko 380 stron (w czerwcu 418, w lipcu 513!), i to jest to moje „ale” – książek było więcej, ale tak de facto przeczytałam mniej. Dziennie średnio czytałam 110 stron.

Zachwyt miesiąca?

Nie było żadnej książki, która wybiłaby się wysoko ponad inne. Były trzy, które oceniłam jako bardzo dobre i to byłoby na tyle. „Milion słońc” Revis (drugi tom bardzo ciekawej i sprawnie napisanej młodzieżówki science fiction) + „Pamiętnik podlaskiego szlachcica” Borzyma (oryginalny pamiętnik sprzed 150 lat, niesamowita sprawa!) + „Miód na serce” Lynch (urocze, słodkie czytadełko, gdyby nie to, że lubię ten jej styl, to napisałabym, że wręcz momentami kiczowate :>).

Rozczarowanie miesiąca?

Też brak. Dwie najsłabsze książki dostały ocenę 3,5, czyli trochę lepiej od przeciętnej. A były to komiks „Silas Corey” (nie wiem sama dlaczego, ale nie zachwyciła mnie zbytnio ta historia, wydawała mi się po łebkach i nieszczególnie zachęciła do sięgnięcia po kontynuację) oraz „Szaleństwo elfów” Moning (po dwóch pierwszych tomach, które mi się podobały, ten mocno mnie wkurzał, chyba w międzyczasie zmienił mi się gust).

Lista przeczytanych w sierpniu książęk:

1. „W czasach, gdy ubywało światła” Eugen Ruge;

2. „Milion słońc” Beth Revis;

3. „Pochłaniacz” Katarzyna Bonda;

4. „Silas Corey” Fabien Nury, Pierre Alary;

5. „Szaleństwo elfów” Karen Marie Moning;

6. „Jaskiniowiec” Jorn Lier Horst;

7. „Pamiętnik podlaskiego szlachcica” Julian Borzym;

8. „Na spokojnych wodach” Viveca Sten;

9. „Miód na serce” Sarah-Kate Lynch.

Co się działo?

 Tak, jak pisałam wyżej – pojawiły się przerwy, spadła mi regularność pisania. Jednak pojawił się jeden ważny post – o 5 rocznicy istnienia tego bloga! Robiłam w nim też konkurs, więc pojawiło się i rozwiązanie tegoż. Wrzuciłam oczywiście recenzje, podsumowania, jedną małą głupotkę. Oraz jeden tekst o tym, jakie to złudne jest twierdzenie, że czytanie rozwija. Przykro mi, że nie odniosłam się jeszcze do komentarzy, ale sami widzicie – wpadam w niechciej :/

Biorąc pod uwagę to, że jest 14 września, a ja mam przeczytane do tej pory dwie książki, to chyba ten miesiąc nie zapowiada się rekordowo ;)

Zbrodnie niewinności („Niechciani” – Yrsa Sigurdardottir)

farma zima

Fot. Kristine Full (flickr)

W latach 70. ubiegłego wieku istniało zapomniane przez Boga i ludzi gospodarstwo, w którym mieścił się ośrodek wychowawczy dla tzw. trudnych chłopców. Prowadziło go małżeństwo, które nie wykazywało wielkiej troski o to, by chłopcom było tam dobrze, czy o to, by zdołali się resocjalizować. Mieli tam pracować, modlić się i po odbyciu kary wyjechać jak najdalej. Nie było wygód, dobrego słowa, chwili ciepła czy nawet szczerej rozmowy. Był chłód, rygor, zamknięcie, kary za namniejsze przewinienie.

Sytuację poznajemy z punktu widzenia Aldis, dziewczyny, która jest tam hm… służącą, posługaczką, gosposią? Jak zwał, tak zwał. W każdym razie ciężko pracuje całymi dniami, ma jeden dzień wolny na dwa tygodnie, co zostawia jej wiele czasu na obserwowanie sytuacji w ośrodku. Szczególnie, że bodźców zewnętrznych praktycznie nie ma, gospodarstwo leży na pustkowiu, dookoła tylko pola, skały i śnieg, mnóstwo śniegu.

W pewnym momencie do domu trafia chłopak, za którego sprawą sytuacja zmienia się diametralnie…

Po kilkudziesięciu latach pewien urzędnik otrzymuje zadanie – stworzenie raportu na temat tegoż domu poprawczego i tego, jak warunki w nim istniejące wpłynęły na wychowanków. Odinn cieszy się z pierwszego prawdziwego wyzwania, do tej pory nudził się w pracy. Liczy na to, że praca zajmie jego myśli. Niedawno zginęła w wypadku jego była żona, prawna opiekunka ich córki, przez co całe życie Odinna zmieniło się diametralnie. Z niczym nieskrępowanego i używajacego życia mężczyzny, widującego córkę od czasu do czasu w weekendy, musiał zmienić się w planującego, odpowiedzialnego ojca na pełen etat. Mało tego, musi zająć się dzieckiem w traumie po utracie matki. A jeszcze na dodatek dręczy go dziwne uczucie, że coś się nie zgadza a propos śmierci jego żony.

Wydaje się więc, że robienie tego raportu będzie świetną okazją do zajęcia umysłu czymś innym, przynajmniej na kilka godzin dziennie. Okazuje się jednak, że będzie to wyzwanie, które zupełnie odmieni Odinna i jego życie. Jak przeszłość łączy się z teraźniejszością? I czy w ogóle się jakoś łączy? Czy śmierć żony Odinna to nieszczęśliwy wypadek czy morderstwo?

„Niechciani” to kolejna powieść spoza cyklu o Thorze. Miałam dłuższą przerwę w czytaniu książek tej autorki i powrót do jej prozy był prawdziwą przyjemnością. Już powoli zapominałam, jak sprawnie tworzy ona swoje kryminały z dreszczykiem! Dobrze skonstruowane, wciągające, zawsze z jakimś haczykiem z przeszłości, zwodzące na manowce, często z zakończeniem, które stawia wszystko na głowie. Ta książka również posiada te cechy. I chociaż miałam poczucie, że mogłaby troszkę porozwijać niektóre wątki (szczególnie te z przeszłości), to jednak uważam, że to jedna z lepszych powieści tego typu, które czytałam w tym roku.

Jak na ciut ponad trzysta stron, to książka porusza sporo wątków. Mamy tu samotność, błędy i ich naprawianie (lub nie), zagubienie w swoich rolach społecznych, śmierć, wychowywanie dzieci, pełno różnorakich emocji, dzieje się naprawdę wiele. A to wszystko zaserwowane umiejętnie – z narastającym klimatem grozy i z zaskakującym zakończeniem. Jej książki wydają się być – na ile mogę to ocenić – przesiąknięte Islandią. Jej chłodem, pustką, długą zimą. I tym, że losy mieszkańców tego słabo zaludnionego kraju potrafią się mocno splatać, w najbardziej zaskakujący sposób.kuldi yrsa

Surowy klimat, dobry warsztat, umiejętne budowanie napięcia, zaskakiwanie czytelnika – to wszystko w swoich książkach serwuje nam Yrsa. Ja od lat lubię czytać kolejne jej powieści, sprawiają mi masę czytelniczej frajdy (i sporo dreszczy na plecach). Zapraszam Was do poznania twórczości tej autorki, naprawdę warto!

PS. Świetna i bardzo nastrojowa jest okładka oryginału, znakomicie oddaje treść książki

NiechcianiWydawnictwo: Muza, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 336

©