Kim jesteś? („Pochłaniacz” – Katarzyna Bonda)

kula morderstwo

Fot. John Spade (flickr)

Lata 90-te. W Trójmieście w wyniku bardzo nieszczęśliwego splotu okoliczności grupka młodych ludzi wplątana zostaje w rozgrywki mafijne, w rezultacie których giną brat i siostra. Wydarzenia te wpływają na życie wielu osób, zmieniają je całkowicie już na zawsze.

Po dwudziestu latach była policjantka, a aktualnie profilerka, Sasza Załuska, otrzymuje dziwne zlecenie. Zgłasza się do niej niedoszła ofiara i prosi o zrobienie profilu swojego mordercy. Sprawa nietypowa sama w sobie, a na dodatek błyskawicznie okazuje się, że osoba, która odwiedziła Saszę nie jest tą, za którą się podawała. O co w tym wszystkim chodzi? Kto do niej przyszedł i jaki był jego cel?

W tym samym czasie, w znanym klubie, dochodzi do masakry – ginie jedna osoba, a druga ląduje w szpitalu w stanie krytycznym. Oskarżona zostaje jedna z pracownic, ale Saszy coś się nie zgadza, sprawa nie daje jej spokoju, zaczyna więc ryć głębiej i głębiej. Coraz częściej przewija się w tle zapomniana już od dawna sprawa Staroniów i rodzeństwa, które zginęło w dziwnych okolicznościach. Co łączy tę starą sprawę z dopiero co popełnionym morderstwem? A może to połączenie to tylko zwykła fanaberia Saszy?

To pierwsza książka Katarzyny Bondy, którą miałam okazję przeczytać. Sięgnęłam po nią z bardzo wysokimi oczekiwaniami. Chyba nawet ciut za wysokimi (bo podświadomość się nasłuchała non-stop o „królowej polskiego kryminału”). „Pochłaniacz” to jest zdecydowanie solidny, dobry kryminał. Sporo akcji, sporo wodzenia czytelnika za nos, odwracania kota ogonem. Czytelnik ma możliwość dogłębnego poznania bohaterów, ich motywów działania, historii etc.

Jednocześnie miałam jednak wrażenie, że książka jest po części przegadana, można byłoby spokojnie skrócić ją o kilkadziesiąt stron bez uszczerbku dla jakości całości. Momentami mialam też wrażenie, że jest odrobinę chaotyczna, całe szczęście rzadko. Na początku nie mogłam też przyzwyczaić się do stylu – miałam wrażenie nadużywania krótkich zdań, jakby strachu przed zdaniami wielokrotnie złożonymi. Jednakże później albo przywykłam i przestałam zwracać uwagę, albo wciągnęła mnie historia, albo zwyczajnie opowieść się skomplikowała, a razem z nią zdania ;) W każdym razie po pierwszych kilkunastu (-dziesięciu?) stronach mi to poczucie minęło.

Mimo delikatnego przegadania i odrobiny chaosu, „Pochłaniacz” to ciekawa pozycja na polskim rynku. Warto po nią sięgnąć chociażby dlatego, że przybliża nam raczej mało znany zawód profilera i jego wagę w rozwiązywaniu różnorakich spraw. Jak wiele informacji można wyciągnać czy odnaleźć tworząc profil przestępcy! Godna podziwu jest też ogromna praca włożona w przygotowanie tej książki, można to dostrzec nawet będąc czytelnikiem-laikiem. Brawa za to, lubię taką postawę, a mam wrażenie, że solidne przygotowywanie się do pisania ginie powoli na polskim rynku literackim. Również główna bohaterka ma duże szanse zostać ulubienicą wielu czytelników – inteligentna, silna, wytrwale walczy ze swoimi słabościami, bardzo ludzka, taka, do której można się przywiązać i z którą można się identyfikować. Ma potencjał na to, by stać się jedną ze słynniejszych bohaterek wśród polskich „kryminalistek”.

Garść plusów, garść minusów, jaka suma? Po szumnym haśle marketingowym można po tej książce oczekiwać więcej, niż się dostaje. Mam wrażenie, że niestety – chociaż bardzo dobre i zgrabne – mogło potencjalnie narobić szkody, bo stawia poprzeczkę bardzo wysoko. Książka jest dobra, ale z określeniem „królowa kryminału” poczekajmy do końca serii, wtedy możemy ocenić postępy, logikę i spójność całości. Pierwszy tom dostaje ode mnie solidną czwórkę, a ja wracam do kibicowania autorce, którą osobiście bardzo lubię i uważam za jedną z bardziej interesujących polskich autorek młodego pokolenia. Trzymam więc kciuki za dalszy rozwój!

pochlaniacz-b-iext25103254Wydawnictwo: Muza, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 672

© 

Zapraszam do Trójmiasta!

trojmiasto

Od dzisiaj do piątkowego poranka jestem w Gdańsku i włóczę się po terenie Trójmiasta. Pierwszą część dwutygodniowego urlopu spędzam w jednym z moich ulubionych zakątków naszego kraju. Jeżeli ktoś jest w okolicy i ma ochotę na spotkanie – śmiało, piszcie, możemy się wybrać na kawę czy spacer :) 

No i proszę o polecanie miejsc wartych odwiedzenia, zobaczenia, posmakowania etc. Niby byłam tu tyle razy, ale mam wrażenie, że duuuużo przede mną, więc śmiało – dajcie znać, co warto poznać!

A teraz uciekam na kolejkę do Sopotu, miłego dnia!

Wyniki konkursu!

szczesliwy czytelnik

Fot. martinak15 (flickr)

W końcu! Przepraszam, że tak długo czekaliście, ale – jak pisałam – miałam niezły maraton i dopiero dzisiaj mam pierwszy wolny wieczór od ponad tygodnia. Więc do dzieła!

Najpierw prosta rzecz: po dwie książki nie zgłosili się żadni chętni, więc albo powtórzę konkurs, albo książki oddam bibliotece. Rozważę tę kwestię.

A co do pozostałych:

1. „O bibliotece” wędruje do Kamila. Zaintrygowałeś mnie tym, że dzięki blogowaniu odnalazła Cię Twoja małżonka in spe! Nie chciałbyś może podzielić się tą historią? :)

2. „Portret pani Charbuque…” – tu miałam trudniej, bo właściwie wypowiedzi były dosyć podobne. Padło na Agnes za to zafiksowanie. Czuję się podobnie, czasami to wręcz trochę dziwne uczucie, taka fiksacja ;)

3. Przy komiksie „Silas Corey” nie miałam za to żadnego problemu, bo jako jedyny zgłosił się Boo.

4. Ze „Smakiem pestek jabłek” była taka sama sytuacja, więc książka wędruje do Katarzyny K.

5.  „Tajemnice Rutherford Park” powędrują do Potłuczonej Literatki. Mimo uproszczenia historii, to i tak zrobiła na mnie wrażenie. Faktycznie, czasami taki mały krok, maleńki kop w tyłek powoduje poruszenie lawiny zdarzeń. Powodzenia!

6. „Mama Muminków” wzbudziła spore zainteresowanie i było mi ciężko wybrać tylko jedną osobę. Postaram się ponegocjować  z wydawnictwem na temat drugiego egzemplarza, ale na razie ten jedyny powędruje do Natanny, za inspirującą historię :) Chciałabym też nagrodzić Anię Kołodyńską za ciekawy komentarz, ale poczekajmy na decyzję wydawnictwa. Jeżeli się nie uda, to wymyślimy coś innego :)

7. „Zapach miasta po burzy” trafi do Beaty – chciałabym Cię utwierdzić w mniemaniu, że żadnym dziwadłem nie jesteś ;)

8. „Autostopem przez życia” otrzyma Burlesque. Również cenię sobie otwartość, to dla mnie duża zaleta.

9. „Troje” było kolejną z trzech najbardziej popularnych książek. A ten egzemplarz powędruje do Elfik Book, bo wiem z autopsji, jak bardzo nieśmiałość może utrudniać życie i jak fajnie jest, gdy w końcu widzimy zmianę i to, że jest nam prościej rozmawiać z innymi, że wychodzimy ze skorupy na świat :)

10. Po książkę Murakamiego zgłosiła się tylko jedna osoba (co pozostawia mnie w wielkim szoku, bo myślałam, że będzie to jedna z popularniejszych pozycji), trafi ona do 21cztery.

10. „Pochłaniacz” był najpopularniejszą książką (kolejna niespodzianka!) i w związku z tym dla mnie najtrudniejszą. Po długim zastanowieniu padło na Oisaja, za tę wizję momentu, w którym przydaje się cierpliwość ;) Uważam zresztą tak samo – cierpliwość jest w blogowaniu niezmiernie przydatna!

11. „Pusta przestrzeń” miała tylko jedną zainteresowaną – Nathalie X.

Poproszę wszystkich o adresy + numery telefonów.

Dziękuję Wam za wszystkie życzenia, komentarze, cało to ciepło i wszystkie dobre słowa! Niedługo zaczynam urlop i może w końcu będę miała czas poodpisywać Wam, wejść w dialog i uspokoić sumienie, które mi wyrzuca, że tak Was zaniedbałam! Wybaczcie raz jeszcze!

Arcysmakowita opowieść literacka i filmowa („Podróż na sto stóp”)

przyprawy indyjskie

Fot. Urban Combing (Ultrastar175g) (flickr)

Historia zaczyna się od decyzji o tym, że rodzinny biznes opierać się będzie na karmieniu ludzi. Poczynając od rozwożenia porcji lunchowych po firmach, przez malutką knajpkę, aż do całkiem zacnego biznesu. A to wszystko od dzieciństwa obserwuje Hassan, który z fascynacją obserwuje dorosłych, jak zarządzają biznesem, jak walczą z przeciwnościami losu, ale przede wszystkim – jak gotują. Jak gotowanie wpływa na nich, jedzących, jak kształtuje świat dookoła niego.

Czas płynie, Hassan i jego rodzeństwo rosną szczęśliwie, restauracja się rozwija, jednakże los stawia na ich drodze politykę, rozruchy, ogień i śmierć…

Ojciec Hassana decyduje się zabrać rodzinę do Wielkiej Brytanii, ma nadzieję, że stworzy im nowy dom. Los ma wobec nich inne plany i decyduje się rzucić ich do małego miasteczka we Francji. Tam mężczyzna zostaje oczarowany opustoszałym domem, w którym oczami wyobraźni już widzi nową restaurację. Pełną smaków, zapachów, kolorów, przypraw, tradycyjnych potraw od lat serwowanych przez jego rodzinę.

Jest tylko jedno ale! Naprzeciwko ich lokalu od lat funkcjonuje ekskluzywna restauracja, którą docenili nawet krytycy tworzący przewodnik Michelin! Jest elegancka, pełna subtelnego uroku, odwiedzana przez arystokarcję, ministrów, znane osobistości. W ten wysublimowany świat wdziera się nagle przebojem głośna i niekrępująca się niczym rodzina Hassana! I tak oto zaczyna się wojna…

Wojna, wojną, przeuroczy to wątek, jest jednak tylko wstępem do głównej wątku – rozwoju Hassana, jego odkrywania drogi do sukcesu, dorastania do zrozumienia tego,  co oznacza bycie urodzonym kucharzem, z czym się taki talent łączy, szczególnie w momencie, gdy życie się na styku różnych kultur.

Zaczynałam lekturę z nastawieniem, że to nie będzie nic wielkiego. I owszem, nie jest to arcydzieło, ale jest to tak urocza, sugestywna, pełna ciepła opowieść, że miałam straszliwy konflikt wewnętrzny – czytać bez przerywania, czy też dawkować sobie, by starczyło na dłużej? Co robić, jak czytać?!

Naprawdę fajna książka „okołokulinarna”, a autorowi udało się oddać te wszystkie barwy, smaki, zapachy, opisać poszczególne sceny, że miałam wrażenie, że tam jestem z bohaterami jego książki. „Podróż na sto stóp” trafiła na półkę, na której gości „Czekolada” (i s-ka), „Smażone zielone pomidory” i inne książki-przyjaciele tego typu. Naprawdę smakowita, przepyszna lektura!

A kilka dni po lekturze miałam okazję obejrzeć ekranizację tej książki. Jako że upłynęło tak niewiele czasu, to byłam w stanie wyłapać wszystkie różnice między książką i filmem. I mogę teraz powiedzieć tylko jedno: film jest spójny z książką w może 60%, ale co z tego? Ekranizując tego typu powieść można świetnie powiększyć jej wartość dodając piękną stronę wizualną i dobrze dobierając aktorów. I tutaj udało się to znakomicie! Zresztą kompletnie mnie to nie dziwi, bo wiedziałam, że film reżyserował Lasse Hallstrom, ten sam, który stworzył jeden z moich ukochanych filmów – „Czekoladę”.

Owszem, film się różni od książki dosyć znacznie, ale jest stworzony w takim samym uroczym stylu, jak książka. Urzekły mnie zarówno zdjęcia, jak i aktorzy. Me serce podbił szczególnie aktor grający ojca Hassana, pokochałam go, chciałabym mieć takiego wujka :) Ale i inni zostali świetnie dobrani, dzięki czemu widz ma w trakcie oglądania prawdziwą ucztę. A gdy jeszcze do nich doda się przecudnej urody zdjęcia gotowania i potraw, to po wyjściu z kina automatycznie szuka się najbliższej restauracji. Najlepiej serwującej kuchnię indyjską.

Film polecam tak samo mocno, jak książkę. Ja przez te dwie godziny siedziałam z uśmiechem na ustach! Przeurocza, ciepła, smakowita i zabawna bajka o tym, jak udaje się realizować marzenia, łączyć różne kultury, doceniając jednocześnie ich bogactwa.

Miłego czytania i oglądania!

©


Raport

Chciałabym tylko dać znać, że po mocno zajętych dniach roboczych wypadł mi kilkudniowy wyjazd do rodziny, a po nim będzie dwudniowy wyjazd roboczy, po którym z kolei nastąpi trzydniowy ciąg szkoleń, a po nich prawdopodobnie urlop. Nie jestem więc w stanie konkretnie określić, kiedy pojawią się kolejne teksty (a trochę książek przeczytałam, uch!), ani też kiedy zdołam ogarnąć rozwiązanie konkursu. Ale ciągle o tym pamiętam, więc jak tylko będzie chwila, to siadam i ogarniam. Wybaczcie poślizg!

A na pocieszenie wczorajszy zachód słońca ;)

zachód