“Decathexis” Łukasz Śmigiel

Wydawnictwo: Grasshopper 2009
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ilość stron: 264
moja ocena: 4,5

Znowu miałam szczęście trafić na książkę napisaną przez polskiego autora i zapewniającą całkiem godziwą rozrywkę ;)

Rok 1888, Kirkegaard, świat, w którym religią panującą jest Śmierć. Podporządkowane jest jej życie każdego mieszkańca, istnieje wiele ceremonii i zwyczajów, które pozwalają na “udokumentowanie” swej wiary. Ale czy to prawdziwa wiara, czy może uczestnictwo w nich to nic więcej niż tradycja pochodząca z mroków historii?

“Decathexis” zaczyna się śledztwem do rozwiązania którego zostaje zaproszony szef Inspektoratu ds. Umarłych– Jon Pendergast. Potem akcja właściwie tylko pędzi dalej, a my mamy okazję śledzić zmagania Jona z zabobonami, żywymi(?) trupami oraz kapłanami i przywódcami Kościoła Morii. W przygodach tych pomagać mu będą królowa Geneview oraz Tancerz Śmierci, będący na jej usługach – Danse Macabre.

W książce tej możemy właściwie obserwować starcie dwóch stronnictw – nowoczesnego, opartego na eksperymentach i nauce stronnictwa królowej Geneview oraz stronnictwa reprezentowanego przez najwyższego kapłana Kościoła Morii – Abaddona La Roche, które to chce zachować istniejącą sytuację i nie wprowadzać żadnych zmian. Walka toczy się teoretycznie głównie o szczegóły pochówku i traktowanie ciał zmarłych, ale w praktyce oczywiście o władzę nad ludem, kontrolę nad królestwem.

W “Decathexis” czuć wyraźną inspirację nauką – dzięki tej książce miałam okazję dowiedzieć się, co kryje się pod nazwami tanatologia i tanatopraksja, ale również mitologią i religiami. Widać wpływy różnych wierzeń i obrządków zaczerpniętych z wielu różnych źródeł. Jednak są one rozbudowane i zmienione w ciekawy sposób, zaadaptowane do potrzeb powieści. Jak na przykład obrzęd podczas którego morduje się ofiarę (w okrutny sposób), ćwiartuje jej ciało, a następnie poszczególne fragmenty zakopuje na polach – ma to służyć zapewnieniu dobrych plonów w następnym roku. Różnych nawiązań jest tak wiele, że zapewne można zauważyć kolejne szczegóły przy ponownym czytaniu tej książki.

Wielką zaletą powieści jest miejsce akcji – autor stworzył bardzo ciekawy, nietuzinkowy świat, przedstawiony moim zdaniem bardzo sugestywnie, plastycznie. Powieść ma mroczną atmosferę, ze sporą ilością dosyć makabrycznych momentów i opisów (aczkolwiek nie poczułam się bardzo przerażona, co akurat poczytuję za wielki plus tej książki :D ), jednakże jednocześnie porusza ona sporo problemów aktualnych cały czas, a dotyczących wiary, wierzeń i religii, tradycji, funkcjonowania społeczeństw, władzy.

Również bohaterowie są całkiem interesujący. Zarówno główny bohater – Jon, jak i jego przyjaciel Danse Macabre oraz ukochana królowa. Każde z nich ma ciekawy charakter, trochę tajemnic na koncie, swoje słabostki i plany, których być może nie uda się zrealizować… Jak również ich przeciwnik – La Roche, który jest w stanie zrobić wszystko, by sprawować władzę.

Powieść “Decathexis” – tak, jak obiecał w przedmowie autor – oferuje mieszankę wybuchową: trochę horroru, trochę kryminału, trochę wpływów gatunku “szpady i miecza”, doprawione szczyptą romansu. Mnie się podobało :) Bardzo ciekawy świat, plastyczne opisy, nieźli bohaterowie oraz interesujący pomysł. Zakończenie zdecydowanie otwarte, czekam więc na dalszy ciąg. Który ponoć już wychodzi spod pióra autora…

Na koniec jeszcze przykłady języka i stylu używanego przez autora :)

“Podczas przesłuchania obraził Kościół swoim testamentem, w którym kazał napisać, że jego zwłoki mają być po śmierci spalone, zmielone na pył, zamknięte w dopochwowych czopkach i w czasie pogrzebu włożone do ciał kilku wynajętych kurtyzan…” (strona 55)

“Spojrzał poza obręb muru i zamarł z wrażenia. Kilkaset metrów przed nim rozciągała się nowa część wojskowego cmentarza, a znajdujące się na nim groby dzwoniły, niczym pozbawiona dyrygenta koszmarna orkiestra.” (strona 144)

Opublikowane w:  on grudzień 6, 2009 at 5:19 pm Dodaj komentarz

“Dziki Imbir” Anchee Min

Wydawnictwo: Albatros 2002
oprawa: miękka
ilość stron: 224
moja ocena: 4,5

Czasy rewolucji kulturalnej w Chinach. Szał maoizmu oglądamy oczami bohaterki – młodej dziewczyny o imieniu Jawor. Jest ona przyjaciółką Dzikiego Imbiru, która to jest córką mieszanego, francusko-chińskiego małżeństwa, a więc wyrzutkiem społecznym i dzieckiem “szpiega”. Obydwie są szykanowane w szkole, bite, obrzucane wyzwiskami. Razem starają się bronić, tworzą wspólny front. Tak przeżywają lata, dorastają.

Obydwie są fanatycznie zainteresowane byciem wzorcowymi rewolucjonistkami, maoistkami. Uczą się na pamięć praktycznie każdego zdania z dzieł Mao, tworzą gazetki na jego cześć, biorą udział w recytacjach, konkursach. Właściwie całe życie poporządkowane jest Mao. Do czasu, kiedy – jako nastolatki – poznają chłopaka, Zimozielonego. Między nim, a Dzikim Imbirem pojawia się uczucie. Jednak zostaje ono przez nią odrzucone, jako niezgodne z naukami Mao i stojące na przeszkodzie w jej “prawdziwym” życiu. Jawor także kocha Zimozielonego, czy jednak ich uczucie ma szansę się rozwinąć? Czy może Dziki Imbir uwierzy, że miłość i małżeństwo warte są częściowej zmiany w życiu? A może pojawi się jeszcze ktoś inny?

Powieść pokazuje przerażającym fanatyzm i podporządkowanie się mas jednemu człowiekowi. Podporządkowanie właściwie totalne, prawie, że w najmniejszym szczególe. Fanatyzm dla którego jednostki gotowe są zapomnieć o swoich potrzebach, byleby tylko pokazać, że godni są pochwały, czy spojrzenia wodza. Społeczeństwo okrutne, bezwzględne dla jednostek, oparte na praniu mózgów i terrorze.

Książka jest w pewnym stopniu przerysowana, niektóre elementy są wyolbrzymione, ale jest to według mnie celowy zabieg autorki, by zwrócić na nie uwagę. Była to pierwsza książka tej autorki, którą miałam okazję przeczytać, ale zdecydowanie przyciągnęła mą uwagę, zrobiła na mnie wrażenie i już czekam na “Czerwoną azalię”, która to ma do mnie trafić niedługo.

Opublikowane w:  on grudzień 5, 2009 at 3:21 pm Dodaj komentarz

“Gosposia prawie do wszystkiego” Monika Szwaja

Wydawnictwo: SOL 2009
oprawa: miękka
ilość stron: 352
moja ocena: 5

W kategorii przyjemnych czytadeł książki tej autorki według mnie plasują się całkiem wysoko. Lubię też fakt, że nie stara się ona pozować na kogoś innego, tylko przyznaje wprost, że pisze książki “ku pocieszeniu serc” i by sprawiać sobie i innym przyjemność. Żadnego wynoszenia się i wydumania ;)

Opis książki znaleziony na stronie wydawnictwa brzmi:

“Świat otwiera przed nami nieograniczone możliwości – do takiego wniosku dochodzi bohaterka książki i ma rację. Aby jednak z nich skorzystać, trzeba być otwartym na ten świat, nie bać się zmian ani wyzwań, nie zasklepiać w utartych zwyczajach i poglądach. Trzeba iść do ludzi, nie zastanawiając się, co nam to da i czy aby ktoś nie zrobi nam krzywdy. No risk, no fun! Czy prawie-doktorantka, literaturoznawczyni,  może z własnej woli zostać gosposią pracującą „po domach”? I to nie w Ameryce, ale u nas, w Polsce? Czy można mieć radość z pracy? Czy można pokochać kogoś o pięćdziesiąt lat starszego od siebie? Albo o pięćdziesiąt lat młodszego? Czy trzeba tkwić w związku z osobą, która uczyniła nam krzywdę? Zakres naszej wolności jest szerszy niż czasami chcemy to przyznać.”

I właśnie o wolności jest moim zdaniem ta książka. O wolności wyboru własnej drogi życiowej. O wolności wyboru osoby, którą się chce pokochać. O wolności wyboru kariery. O życiu wolnym od wyzysku i przemocy.

Ale wolność wyboru pojawia tutaj się w wielu innych formach, np. decyzja o tym, że niepełnosprawność nie zawsze przeszkadza w pracy zawodowej i działaniu na rzecz innych; wybór co jest ważniejsze – życie rodzinne i zawodowe czy zabawianie się na boku z panienkami; decyzja dotycząca własnej odwagi – czy jesteśmy w stanie przyznać się do popełnionego zła, czy nie? Mnóstwo wyborów, decyzji, które trzeba podjąć.

Dlaczego książce dałam aż 5? Bo w kategorii czytadła jest to moim zdaniem przykład dobrego czytadła. Potrzebowałam takiej książki – napisanej lekkim, zabawnym językiem, całkiem dowcipnej, trochę przeidealizowanej, “księżniczkowej”  – i oto mam :)

Ale co ważniejsze – mimo swej “czytadłowatości” w książce tej autorka jednocześnie porusza masę aktualnych problemów społecznych. Jakich powiecie? Na przykład: przemoc domowa; traktowanie kobiety li i jedynie jako ozdoby mężczyzny, bez prawa głosu; rasizm; sponsoring nastolatek; niepełnosprawność i jej społeczne konsekwencje. Poza tym odnosi się również do problemów międzyludzkich, takich jak: zdrada między przyjaciółmi; trudne relacje rodzinne; ; uczucia między partnerami w bardzo różnym wieku. Właśnie dzięki temu w dużej części książka ta dostała właśnie taką, a nie inną ocenę.

A poza tym - czytanie sprawiło mi zwykłą, prostą przyjemność, potrzebowałam takiej lektury aktualnie :)

Opublikowane w:  on grudzień 3, 2009 at 3:18 pm Komentarze (3)

“Szafranowe niebo” Lesley Lokko

Wydawnictwo: Świat Książki 2006
oprawa: twarda
ilość stron: 592
moja ocena: 4,5

“Szafranowe niebo” to wielowątkowa saga, rozciągająca się na przestrzeni ponad 30 lat i opowiadająca dzieje rodziny miliardera Maxa Salla. Ale nie tylko – głównymi bohaterkami są córka Maxa Amber oraz jej przyjaciółki - Becky i Madeleine. Poznać jednak możemy losy całej rodziny – arystokratycznej żony Maxa i “plebejskiej”, ale niezmiernie pięknej włoskiej kochanki, nieślubnej córki oraz ślubnego syna Maxa. Rodzina niezmiernie skomplikowana, pełna emocji, zależności, planów i intryg.

Jednakże głównymi bohaterkami są zdecydowanie 3 wyżej wymienione dziewczyny, później kobiety. To przez ich losy widzimy też, co dzieje się z resztą rodziny Sall.

Są one tak różne, a jednak łączy je wieloletnia, głęboka przyjaźń. Amber jest bogatą i upartą córką potentata, której wszystko “się udaje”, Becky jest osobą zagubioną i nienawidzącą przeciętności, Madeleine – emigrantką z Węgier, szukającą swojego miejsca na ziemi i odpowiedzi na pytanie “czego tak naprawdę chcę?”. Łącząca je więź jest mocna, potrafi wytrwać wiele – rozłąkę i odległość, zawirowania uczuciowe, różnice poglądów. Starają się zawsze wzajemnie wspierać, przeżywają wzajemnie swoje wzloty i upadki: karierę Amber jako dziennikarki, śmierć jej ojca, powołanie medyczne Madeleine i jej ucieczkę przed bólem utraty miłości w ogarnięte wojną rejony Sarajewa, poszukiwania własnego “ja” i rozpad związku Becky.

Bardzo ciekawie przedstawiona jest droga dojrzewania i rozwoju każdej z nich. Potrzeba lat, by zrozumiały, jakie są naprawdę, co osiągnęły i co jeszcze chciałyby osiągnąć. Amber udaje się wyjść z cienia sławnego ojca, Madelaine odnajduje drogę powrotu do ukochanej chirurgii, a Becky rozumie w końcu, że nigdy nie będzie Amber i że pora żyć własnym życiem. To właśnie zresztą tragedia, która dotyka Becky łączy je znowu “na dobre”, to dzięki niej w ostatniej scenie książki można odnaleźć całą rodzinę i jej przyjaciół razem. A zakończenie nawet mnie trochę wzruszyło, muszę to przyznać.

“Szafranowe niebo” to opowieść o życiu, o wszystkich jego kolorach. Ale także o przyjaźni i tym, jak niezmiernie ważna jest ona w życiu każdego człowieka, jak pomaga nam przeżyć nasze życie lepiej, pełniej. Jak czasami właśnie dzięki przyjaźni w końcu docieramy do samego siebie, tego, kim naprawdę jesteśmy.

Nie jest to arcydzieło literatury światowej – świat blichtru i świecidełek połączony ze skrajną nędzą, do tego dołożone zostało masę naprawdę zróżnicowanych wydarzeń i zachowań (niektóre wzbudziły we mnie spore emocje, niekoniecznie pozytywne) – ale jest to całkiem dobrze napisana, ciekawa saga, której czytanie sprawiło mi sporą przyjemność. Może też po części dlatego, że już jakiś czas nie czytałam takiego typu książki ;) I zdecydowanie z przyjemnością sięgnę za jakiś czas po inną książkę tej autorki.

Opublikowane w:  on grudzień 2, 2009 at 5:03 pm Komentarze (1)

Bezrecenzyjnie ;)

Dłonie bardzo pokłute igłami podczas pobierania krwi na badania + problemy z jakimś paskudnym wirusem (jutro format dysku) = brak recenzji ;)

Za to pochwalę się niedużym (książki w tle się nie liczą, to stare zamówienie, ale dopiero przekazane do mych rąk), lecz jakże wyczekanym stosikiem urodzinowym :) To nic, że urodziny już były jakiś czas temu, nawet ich “oktawa” już minęła.

Do tego mam nadzieję dojdą jeszcze 2 książki zakupione na aukcji. Może coś jeszcze się uda upolować w prezencie dla samej siebie? :)

Opublikowane w:  on grudzień 1, 2009 at 6:59 pm Komentarze (4)

“Czyste cięcie” Theresa Monsour

Wydawnictwo: Aurum 2009
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ilość stron: 302
moja ocena: 4

Seria wydawnicza: Seria Kryminalna

Cykl: Paris Murphy (tom 1)

Debiut Theresy Monsour, a jednocześnie pierwszy tom cyklu o sierżant Paris Murphy.

Ginie prostytutka, zostaje ona brutalnie zamordowana, zgwalcona, a po jej śmierci moderca odcina pukiel jej włosów “na pamiątkę”. Sprawę prowadzi dwoje policjantów – sierżant Murpy wraz ze swoim partnerem Gabe’m Nashem. Właściwie bardzo szybko poznajemy tożsamość mordercy – jest nim szanowany chirurg plastyczny, bogaty człowiek wywodzący się ze starej, wpływowej rodziny. Pozostaje tylko złapanie mordercy. Ale to akurat okazuje się wcale nie takie proste – jest on inteligentnym, sprytnym i całkiem przewidującym osobnikiem. Między mordercą a policjantką wydarzy się kilka konfrontacji, które prowadzą do całkiem interesująco zbudowanego zakończenia.

Autorka stworzyła bohaterów, którzy jednocześnie różnią się od siebie bardzo, ale też posiadają sporo cech wspólnych. I dlatego tworzy się między nimi pewnego rodzaju fascynacja, przyciąganie. Paris jest mężatką, jednak aktualnie są z mężem w separacji. Nie potrafią się zdecydować na definitywne rozwiązanie – powrót do siebie lub rozwód. Krążą wokół siebie, przyciągając się i odrzucając. Ma ona też wewnętrzne dylematy i pragnienia, do których sama się nie chce przyznać. Natomiast doktor Michales jest chory psychicznie, dręczą go wspomnienia z chorego dzieciństwa oraz wewnętrzny “głos”. Jest jednocześnie bardzo inteligentnym lekarzem i zaślepionym mordercą. Widzi rzeczywistość przez swoistą perspektywę chorego umysłu. Jest również częściowo zaślepiony dziwnym rodzajem wiary – wierzy, że jest katolikiem, a jednocześnie uznaje, że życie prostytutki nie jest niczego warte, w związku z tym może ją zabić, pójść do spowiedzi i dostać pełne rozgrzeszenie. A gdy tak się nie dzieje, to znowu odzywają się w nim mordercze instynkty. Są one tak silne, że nie przestaje mordować nawet wtedy, kiedy orientuje się, że policja jest na jego tropie. W związku ze swym dzieciństwem ma również obsesję i fetysz związany z długimi włosami.

Książka jest napisana językiem prostym, zwięzłym. Mimo pewnych małych “debiutanckich usterek” jest napisana całkiem przyzwoicie i wciągnęła mnie w trakcie czytania, zastanawiałam się, jak potoczy się akcja. I jak się skończy książka :) Jednakże czuć w niej jakąś specyficzną aurę fascynacji złem, ciekawa jestem czy w kolejnych częściach też będzie taki “posmak”, zobaczymy.

Jedyne, czego będę się czepiać to okładka! W pierwszej połowie książki jednym z dowodów które wskazują na mordercę jest parasolka. I to nie jakaś tam parasolka, tylko żółta parasolka. A na okładce – zarówno przedniej, jak i tylniej – grafik umieścił parasolkę w kolorze czarnym… Może się czepiam, ale mi przeszkadzała ta niezgodność między treścią, a okładką ;)

Jednakże wielbicielom kryminałów polecam :)

Opublikowane w:  on listopad 29, 2009 at 3:51 pm Dodaj komentarz

“Jedwab” Alessandro Baricco

Wydawnictwo: Czytelnik 2004
oprawa: miękka
ilość stron: 106
moja ocena: 5,5

 

Dawno nie miałam okazji przeczytać tak krótkiej formy, a jednocześnie tak naładowanej emocjami, przeżyciami, znaczeniami… Piękna historia!

Na 106 stronach można odnaleźć jedną z najpiękniejszych i najbardziej poetyckich historii o człowieku, miłości, wierności, przyjaźni, pokorze, zaufaniu… Wszystko jest, a niczego nie ma. Mało co przekazane jest wprost, jest wiele niejasności, niedomówień, jest gra słów, czytelnik musi się sam domyślać i interpretować.

A na dodatek jest jeszcze przepiękny język i forma. Język bardzo poetycki, jakby szkicowany delikatnymi liniami. Struktura krótkich, ale jakże ciekawych i często przejmujących rozdziałów, wszystko przemyślane i pięknie połączone w kompletną całość.

Nie czuję potrzeby pisania długiej opinii o tej książce, uważam, że każdy może poświęcić godzinę wieczorem, by sam ją poznać. A warto! Niesamowita książka, szczerze polecam :)

A na koniec mała próbka języka i stylu:

“Hervé Joncour nie widział nigdy tej dziewczyny ani też, prawdę mówiąc, nie miał jej zobaczyć tej nocy. W ciemnym pokoju czuł piękno jej ciała, poznał jej dłonie i usta. Kochał się z nią przez długie godziny, wykonując gesty, których nigdy nie czynił, ucząc się powolności, której nie znał. W ciemności drobnostką było kochać się z nią, ale nie ją kochać.” (str. 60)

PS. A jeżeli ktoś chce poznać chociaż generalny opis treści przed jej przeczytaniem, to polecam recenzję Verdiany.

Opublikowane w:  on listopad 28, 2009 at 11:48 am Komentarze (4)

“Miłość czy sport” Ryszard Makowski

Wydawnictwo: Grasshopper 2009
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ilość stron: 344
moja ocena: 4

 

Premiera już 27 listopada!

 

Ryszarda Makowskiego znamy chyba wszyscy od strony kabaretowej (ta jego słynna “Lambaluna” czy “i zasmażka!” to już klasyki ;) ), jednakże teraz mamy szansę poznać go od strony literackiej. “Miłość czy sport” to książkowy debiut Pana Ryszarda.

W redakcji jednej z gazet, w dziale sportowym pracuje sobie czterech mężczyzn. Nagle – w efekcie konfliktu z redaktorem naczelnym – do tego grona dołączyła kobieta. I to jako szefowa! Kobieta szefem działu sportowego – nieszczęście, tragedia i w ogóle koniec świata ;)

Główny bohater – nomen omen – Ryszard jest początkowo daleki od bycia fanem takiej sytuacji. Przoduje w docinkach i narzekaniu. Jednakże powoli sytuacja zaczyna się zmieniać, a Ryszard zauważa, że szefowa nie budzi w nim aż tak negatywnych uczuć… ;) Czy jednak uda się taką sytuację zmienić i wybrnąć szczęśliwie z kombinacji uczuciowo-zawodowej? Co wydarzy się po drodze?

Zaskoczeniem dla mnie była postać głównego bohatera. Książka wyszła w serii ”Męski Punkt Widzenia”, co zaraz uruchomiło u mnie myślenie stereotypowe, typu: “bohater to taki macho, rzucający wulgaryzmami, zaliczający panienki, którego nagle olśni, że prawdziwa miłość to jest to ;) ” A tutaj zonk – Ryszard to może i lekkoduch, bawidamek i trochę ciągle małe dziecko, ale bliżej mu do Bridget Jones, niż do powyższego modelu. Myśli i mówi o uczuciach, rodzinie, stale postanawia zmieniać życie na lepsze, ceni sobie bliskich i przyjaciół, w ogóle jest trochę taki “babski” ;) Ale przez to całkiem ciekawy z niego typ.  

Książka ta napisana jest lekkim, całkiem dowcipnym językiem. Gafa goni gafę, mnóstwo przypadków pozytywnych i negatywnych, na drodze do szczęścia co chwilę pojawia się jakaś przeszkoda. Nieźle zobrazowane są różne śmiesznostki cechujące każdego z bohaterów. W książce czuć wręcz kabaretowe doświadczenia autora.

Generalnie – miła, lekka lektura na zimowe wieczory, dla zapomnienia o chłodzie, opadach i szarości za oknem :)

Opublikowane w:  on listopad 26, 2009 at 7:25 pm Komentarze (2)

Spotkanie z Ryszardem Makowskim

Zaproszenie od Wydawnictwa Grasshopper:

Serdecznie zapraszamy na spotkanie autorskie z Ryszardem Makowskim, promujące jego książkę Miłość czy sport. Spotkanie, które poprowadzi Rafał A. Ziemkiewicz, odbędzie się w Traffic Club w Warszawie, 1 grudnia 2009 r. godz. 18.00.

Opublikowane w:  on listopad 24, 2009 at 2:41 pm Komentarze (2)

“Diabelskie kości” Kathy Reichs

 

Wydawnictwo: Red Horse 2009
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ilość stron: 453

moja ocena: 4

Seria: Kości (tom 11)

Najnowszy tom pochodzący z serii “Kości”, kolejne przygody doktor Tempe Brennan.

Tym razem historia zaczyna się od znalezienia, umieszczonych w jednej z piwnic, kotłów pełnych ziemi, w której znajdują się również dziwne rzeczy – czaszka ludzka, kości, kawałek mózgu, koraliki, figurki – wygląda to wszystko na miejsce jakiegoś kultu. Kilka dni później w innym miejscu odnalezione zostają bezgłowe zwłoki z wyciętymi na ciele znakami satanistycznymi. Tempe zaczyna badać sprawę – jak to się wszystko dalej potoczy?

Drugim wątkiem jest praca policji oraz problem wielu bezsensownych śmierci policjantów na służbie. Książka zresztą dedykowana jest pamięci wszystkich zamordowanych policjantów.

Oczywiście nie brakuje też wątku związanego z życiem osobistym pani doktor – ciągle gdzieś w tle plącze się były mąż, pojawiają się przeszli oraz potencjalni kochankowie, córka ciągle nie jest pewna, co chce ze sobą zrobić. 

Bardzo ciekawym wątkiem jest wątek żerowania na uczuciach oraz wierze ludzkiej – wątek nawiedzonego “kaznodziei” - polityka, który wszędzie widzi spisek przeciwko bogu, a nadzieję tylko w samodzielnym podejmowaniu akcji, nieufności w system oraz oczywiście w głosowaniu na niego w kolejnych wyborach. Takich oszołomów mamy dookoła mnóstwo (swoją drogą zawsze mnie zastanawia dlaczego ludzie im ufają i wierzą??), a w tym przypadku jego wpływ na społeczeństwo kończy się tragicznie dla jednego człowieka. Ku refleksji…

Ponownie mamy okazję rozbudować swoją wiedzę – zarówno z zakresu antropologii, jak i odłamów religijnych. W książce oprócz tych, o których większość z nas chyba słyszała – jak satanizm czy voodoo – pojawiają się również mniej znane religie, np. wicca czy religie synkretyczne. Dla mnie był to duży plus tej książki, zaciekawił mnie ten wątek na tyle, że nawet z chęcią poczytałabym coś więcej na ten temat.

Kolejnym – małym – plusikiem jest też mniejsza liczba obcojęzycznych wtrętów. Przyznam, że w ”Déjà Dead” było ich dla mnie zbyt wiele. Nawet z przypisami podanymi na dole strony (a nie na końcu książki, ufff…) było to trochę męczące.

Najnowsza część przygód Tempe to dobry kryminał, napisany przystępnym językiem, który czyta się przyjemnie, szybko i bez “przestojów” ;) Wielbiciele gatunku napewno będą zadowoleni po przeczytaniu tej książki.

Opublikowane w:  on listopad 22, 2009 at 4:29 pm Dodaj komentarz