Fredro vs Fredro

teatr narodowy teatr 6 pietro

Ryzykantka? Chyba tylko tak mogę określić moją postawę, bo łasić się porównanie Fredry z Fredrą, wersji z Teatru Narodowego i z Teatru 6. piętro może tylko ryzykant. Cóż… Odrobina ryzyka w życiu nie szkodzi, do dzieła więc!

W ciągu jednego miesiąca miałam okazję obejrzeć tę samą sztukę w dwóch różnych adaptacjach. Najpierw był to „Mąż i żona” w reżyserii Jana Englerta (Teatr TVP, do obejrzenia TUTAJ), potem ponownie fragmenty tej sztuki w tej samej reżyserii w Teatrze Narodowym w przecudownych „Fredraszkach”, a na koniec „Fredro dla dorosłych – mężów i żon” w Teatrze 6. piętro. Sztuka tak samo cudowna, ale jakże inaczej zinterpretowana i zagrana!

Fabuła jest prosta: mąż, żona, przyjaciel – uczeń męża, służąca – przyjaciółka żony. Cztery osoby, a jakże skomplikowane relacje między nimi! Znudzona żona – Elwira – romansuje z przyjacielem domu – Alfredem. Ten z kolei z wielkim zapałem uwodzi służącą – Justysię, która jednocześnie jest obiektem gorących uczuć ze strony pana domu – Wacława. A komu sprzyja Justysia? To musicie sprawdzić sami! Jak widzicie pole do popisu jest, tyle możliwych szarad, zwodzenia, prób znalezienia alibi, udawania, tyle emocji, można dać popis gry aktorskiej!

Jan Englert przeniósł akcję do czasów dwudziestolecia międzywojennego (może ze względu na słynną swobodę obyczajów tamtego okresu?), a Eugeniusz Korin umieścił akcję w czasach współczesnych. Jednakże patrząc na całokształt obydwie zmiany czasowe nie wpływają miażdżąco na adaptacje. No, może u Korina gra ciałem, seksualność jest mocniej podkreślana i używana niż u Englerta. Poza tym różnią je tylko gadżety stosowane w trakcie gry. Scenografia zresztą to w tym przypadku sprawa wtórna, główna różnica leży w grze aktorskiej i reżyserii.

mąż i żona Englert Ścibakówna Suszyńska MałeckiWersja Englerta to Fredro jednocześnie dopracowany, zabawny, przejmujący i wciągający. To satyra, momentami farsa, ale ciągle elegancka i pełna wdzięku, urocza. To rozgrywka pełna pasji, namiętności, bezlitośnie odsłaniająca ludzkie przywary i słabości. Jan Englert jako Wacław jest nim w każdym aspekcie, gra wyśmienicie i z klasą. Beata Ścibakówna jest żywą osobą, a nie karykaturą znudzonej kobiety w starszym wieku opętanej miłością do młodszego mężczyzny. Milena Suszyńska świetnie sobie radzi z przewrotną rolą Justysi, wdzięcznej, pełnej seksapilu młodej służącej. A Grzegorz Małecki wyśmienicie sobie poradził w roli flirtującego bez ustanku, momentami bezlitosnego uwodziciela i uwodzonego.

Wersja telewizyjna ma jeden jedyny mankament – jest zbyt krótka. To cacuszko pod każdym względem.

ścibakówna małecki suszyńska fredraszkiFragmenty tejże sztuki są też częścią „Fredraszek” (o których pisałam TUTAJ) – przecudownej urody zabawa tekstami Fredry, połączona z refleksjami dotyczącymi samego autora i jego prac. „Mąż i żona” w tej interpretacji jest bardziej komediowy, lżejszy, bardziej swawolny, zmysłowy, rozkosznie zabawny. Tu więcej jest mrugania okiem w kierunku widza, więcej gry ciałem i mimiką. Jest to wersja lżejsza od tej z Teatru Telewizji, bliższa farsie z elementami erotyku.

fredro dla doroslych mezow i zon

„Fredro dla dorosłych – mężów i żon” to zdecydowanie bardzo współczesna adaptacja, nie tyle pod względem scenografii, co reżyserii i gry. Tu już nie ma lekkości i subtelnej zmysłowości, tu jest rubaszność, wręcz dosadność. To już mocno, wyraziście zagrana farsa, wręcz ocierająca się o groteskę. Tu tekst nie jest najważniejszy, równie istotna jest cielesność. Wiele tu łapania za różne części ciała, namiętności, zmysłowości. Aktorzy grają też bardzo wyraziście pod względem mimiki i głosu – te wszystkie miny i minki, gestykulacja, sposób poruszania się po scenie, dźwięki. To wszystko stwarza Fredrę w wersji mocno przerysowanej, momentami można mieć wrażenie, że obserwujemy stado zwierząt lub grupę jaskiniowców.

Ale żeby była jasność – to jest fajna wersja, szczególnie jeżeli chcemy się serdecznie uśmiać i zabawić na bardzo lekkim, nie wymagającym poziomie. Świetnie zagrane, ukłon tutaj szczególnie w stronę genialnej Jolanty Fraszyńskiej (jej Elwira to majstersztyk przerysowanej histeryczki doprowadzającej publiczność do salw śmiechu) oraz Michała Żebrowskiego (który jest jak wino – im starszy, tym lepszy, na dodatek odkryłam go tutaj pierwszy raz w roli tak mocno komediowej i zachwycił mnie zdecydowanie!).

Podsumowanie?

Mnie zdecydowanie bardziej uwodzi subtelniejsza, pełna uroku i nonszalancji wersja Jana Englerta. Ale obydwie bardzo mi się podobały, każda przemówiła do mnie w inny sposób, cieszę się, że je widziałam i mogłam porównać. Dzięki temu mogłam tę samą sztukę odkrywać na różnych poziomach i w różny sposób. I za to kocham Warszawę, za tak wiele możliwości.

A wszystkim, niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, polecam obejrzenie online Teatru Telewizji, bawcie się tak dobrze, jak ja!

Fascynujący zakątek („Cztery rzęsy nietoperza” – Hanna Kowalewska)

ogrod zawrocie hanna kowalewska

Czy znacie książki Hanny Kowalewskiej? Mnie cykl o Zawrociu zafascynował już przed laty i kompletnie nie wiem, dlaczego, gdy tylko pojawia się kolejna książka, to zaraz po nią sięgam. Bo tak patrząc obiektywniej jej książki to teoretycznie nie moja bajka, a lgnę do nich i z pasją zaczytują się kolejnymi. Ciekawe, skąd ta fascynacja?

Może ze względu na ich prawdziwość… W jej książkach nie ma „słodkiego pierdzenia”, nie są to nierealne bajeczki o tym, jak to laska rzuciła wszystko, za to zaraz znalazła zajefajną robotę, stu przyjaciół i zakochanego w niej po uszy księcia na białym koniu. Tu główna bohaterka boryka się z niechcianą miłością (no bo kto to widział, zakochać się w ciotecznym bracie?!), nieżyczliwymi jej okolicznymi mieszkańcami oraz z prześladowcami, którzy chcą ją wygonić zarówno z odziedziczonego Zawrocia, jak i z życia ukochanego Pawła. A do tego jeszcze ciąża-wpadka i samotność, gdy Paweł wyjeżdża do Stanów. Sporo jak na jedną osobę, ale właśnie takie jest życie. I właśnie to osadzenie w rzeczywistości, realizm mnie przyciąga do jej książek.

Może ze względu na bohaterów… Są tak bardzo realni, ludzcy, mogłabym ich spotkać za rogiem czy w teatralnej kawiarni. Pełni rozterek, emocji, wad i zalet, zastanawiający się nad przeszłością i przyszłością, wątpiący i marzący. Tu nie ma laseczek spod znaku „och, ach, jaka ja nieszczęśliwa, samiusia, biedniusia, buuuu, gdzie to ramię męskie do wypłakania się na nim?”. Bohaterowie mają przeróżne charakterki (oj, niektórymi chciałoby się potrząsnąć, innych wręcz walnąć przez łeb!), ale wszyscy są jacyś, nie są rozmemłanymi lilijkami, często głupimi jak but. Są wiarygodni i zostają czytelnikowi w pamięci. Wielu się nie lubi, za innymi przepada, wszystkich, jakby to określić – literacko szanuje? To nie są papierowe postaci.

Może ze względu na język… Hanna Kowalewska pisze piękną polszczyzną. Zdania są przemyślane, nie produkuje linijek, by dobić do uzgodnionej objętości z umowy wydawniczej. Język jest taki, jak trzeba, dostosowany do sytuacji i do bohatera, czasami kolokwialny, czasami tzw. wysoki. A zawsze jest barwny, wręcz soczysty, pełen dźwięków, muzyki, ciekawych porównań. Bardzo lubię czytać jej książki właśnie ze względu na to, jak często pojedyncze zdania zatrzymują mnie na chwilę, bym popodziwiała ich urodę. Gdybym miała zwyczaj zaznaczania cytatów, to pewnie jej książki byłyby pełne kolorowych karteczek.

A może ze względu na mądrość… I tu nie ma się co rozpisywać. Ten cykl skłania mnie do refleksji, rozważań nad bohaterami i ich decyzjami, nie daje łatwych rozwiązań. Czytanie czasami boli, ale zawsze warto.

I co? Wyszła laurka, ale to i dobrze, bo uważam, że to autorka ciągle zbyt mało znana i szanowana. Więcej takich kobiet, piszących książki na poziomie, na które nie marnuje się papieru i których nie zapomina się w zalewie innych, prawie takich samych.

A ja wracam do przypominania sobie niektórych fragmentów. Teatru i pani Janeczki! Pani Janeczka wymiata:) Przykłady?

Złym aktorom szyła za ciasne kostiumy. Potem je niechętnie poprawiała. Im więcej kiepskich scen i monologów, tym więcej poprawek – pisałam ci już o tym, babko. – I także o tym, że nie było rady na panią Janeczkę. A właściwie była jedna: grać lepiej! Wtedy kostium też zaczynał lepiej leżeć.

czy też

– Czy ty na pewno wiesz, co robisz? Ja tam wolę tych z tyłu sceny, bo się na nich gapi mniej ślicznych Ofelii.
– E tam! Mnie życie przekonało, że ci z tyłu lubią sobie poprawiać ego może i częściej niż ci z przodu. Poza tym mężczyzna nie mydło, nie zmydli się.

Wybaczcie!

Skandaliczna cisza tutaj zapanowała. O książkach nie pisałam wieki, a jak już – bardzo rzadko! – się coś pojawia, to jest to teatr. Cóż, ta pasja aktualnie najbardziej mnie pociąga, jednakże latem wiele teatrów nie pracuje, więc jest szansa na to, że znowu wyrównam liczbę wpisów o książkach.

W każdym razie chciałam prosić o wybaczenie, brak postów to nie efekt olewania i lenistwa, tylko kompletnego wariactwa życiowego. Szukanie mieszkania, negocjacje, zakup, załatwianie spraw urzędowych, remont, wybór mebli, wszystkie te montaże, dowozy, sprzątanie, pakowanie, rozpakowywanie, układanie… Do tego Targi Książki, mnóstwo spotkań autorskich, różne związane z pracą zadania. Na okrasę trochę spotkań ze znajomymi i oczywiście wyjścia do teatru. Ledwie zipię! A pojutrze wprawdzie ruszam na dwutygodniowy urlop, ale spędzam go u rodziców, bo mama ma operację i będę kursować między domem a szpitalem. Mało urlopowo, co?

W każdym razie chciałam tylko dać znać, że żyję, pamiętam o blogu i o Was, tylko potrzebuję chwili na ogarnięcie życia. Dzisiaj w końcu przeniosłam wszystkie pierdoły do nowego mieszkania, najważniejsze rzeczy wepchałam do szaf i klapnęłam na tyłek. Mebli mam połowę, książki stosami zalegają na podłodze, bo jeszcze nawet nie zamówiłam półek, ale co tam, pomyślę o tym w lipcu, po powrocie. A na razie świętuję pierwszą noc na swoim!

Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro („Fredraszki” – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Bulwersująca kotka? („Kotka na gorącym blaszanym dachu” – Grzegorz Chrapkiewicz)

edyta olszówka, grzegorz małecki

Edyta Olszówka, Grzegorz Małecki

Kameralna scena. Półmrok. Wyraźnie widzimy tylko łóżko i lustrzane drzwi. I kobietę, piękną, seksownie ubraną i… nieszczęśliwą. Nie radzącą sobie z rzeczywistością. Samotną. Odrzuconą. Rozhisteryzowaną. Rozchwianą psychicznie. Desperacko kochającą swego męża, ale nie potrafiącą odzyskać jego miłości. Tak bardzo, przeraźliwie samotną!

Jest też i on – Brick. Też samotny, też nieszczęśliwy. I też nie radzący sobie ze światem i samym sobą. Jednakże o ile Margaret wszelkimi siłami pragnie go odzyskać, o tyle Brick próbuje o wszystkim zapomnieć, szuka tego „klika, który go uspakaja”, szuka go usilnie topiąc się w morzu alkoholu. Dni i noce spędzane za rozmytą mgłą upojenia. Próba zapomnienia, próba zniknięcia?

Gra między Brickiem a Margaret jest desperacka, pełna okrucieństwa, histerii, niechęci z jego strony, wszelkich prób z jej strony. Margaret za każdą cenę próbuje zmusić Bricka, by na nowo ją docenił, odkrył, pokochał, zauważył w niej kobietę. A Brick… On ma jej dosyć, nie chce na nią patrzeć, jest dla niej okrutny, wręcz agresywny. Ona histeryczka, on agresywny pijak. A co jest za tą fasadą?

Powoli odkrywamy kolejne warstwy tej relacji. Poznajemy ją także w głębszym kontekście, czy to rodzinnym, czy związanym z przyjaciółmi. Czy aby tylko przyjaciółmi? Są tu rozgrywki dotyczące władzy, pieniędzy, relacji międzyludzkich. Jest Duży Tata (Janusz Gajos), milioner, na którego majątek czyha starszy syn, którego ojciec zresztą… A nie, sprawdźcie sami!

To, co dzieje się w tej rodzinie jest mocno skomplikowane, wzbudza emocje, odrzuca, a jednocześnie stawia pytania. Bo czyż nie znamy wielu takich historii dookoła nas? Gdzie syn czeka na śmierć ojca, by przejąć majątek, ksiądz gładkimi słówkami próbuje wyciągnąć darowiznę, kobieta płacze z samotności, a mężczyzna topi rozpacz w alkoholu? Sytuacje tak znajome, że aż pewnie czasami boimy się sami do tej swojskości przyznać.

Janusz Gajos, Grzegorz Małecki

Janusz Gajos, Grzegorz Małecki

Spektakl buzuje od emocji, nie ma w nim momentu, w którym widzowie nie byliby wystawieni na próbę, gdy mogliby się uspokoić, czy wręcz znudzić. O nie, tutaj macie złość, krzyk, przemoc, przekleństwa, seks, odrzucenie, niezrozumienie i wiele więcej. To istny rollercoaster emocji!

Edyta Olszówka na początku mnie zniechęciła, była dla mnie zbyt rozchwiana, zbyt desperacka, zbyt histeryczna. Jednak powoli dobiła się do mojego serca, zaczęłam ją rozumieć i jej współczuć. Jednakże końcówka spektaklu do mnie nie przemówiła, no ale tutaj nie mogę mieć pretensji do aktorki. Ona sama bardzo dobrze się spisała, była wiarygodna w swej roli, a do tego bardzo seksowna, podejrzewam, że większość panów na widowni nie mogła od niej oderwać wzroku, a część pań bardzo jej zazdrościła😉

Na początku myślałam coś w stylu „No to Grzegorz Małecki sobie tutaj nie pogra…”, ale bardzo się cieszę, że się myliłam. Ma niełatwą rolę do odegrania, bohatera niejednoznacznego, pełnego wątpliwości i niechęci, również niechęci do samego siebie. Wściekłość w nim buzuje, nie wybucha tylko wtedy, jeżeli jest zostawiony sam na sam z butelką. A jak na złość wszyscy czegoś od niego chcą – miłości, dziecka, posłuszeństwa, uwagi, wyrozumiałości. A przed nim dwie najważniejsze rozgrywki – z Margaret i z Dużym Tatą. Jak to się skończy?

Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Janusz Gajos i Ewa Wiśniewska jako Duży Tata i Duża Mama to majstersztyk. Świetne pokolenie aktorów, stara dobra szkoła. Porywają, angażują uwagę widza, chwytają za serce. A pan Gajos dodatkowo ma w tym spektaklu świetną rolę, bohatera przerysowanego, ale cudownie barwnego, z charakterkiem.

„Kotka na gorącym blaszanym dachu” to świetna sztuka ku zastanowieniu, refleksji. Porywa, przeraża, zniechęca, odrzuca. Dużo w niej elementów, które mogą być dla niektórych niemile widziane – początek ocieka seksem, dużo tam przekleństw, przemocy, a jeszcze ten wątek Skippera… To może być dla niektórych zbyt wiele. Zresztą wczoraj dwie osoby wyszły w trakcie sztuki, chyba przekroczyła ona ich normy, wprowadziła ich poza tzw. „strefę komfortu”, zbulwersowała. A i tak na zakończenie aktorzy wychodzili trzykrotnie, dostali owację na stojąco, to pokazuje, jak mocno porusza widownię!

Kotka6

Ja po wyjściu miałam mętlik w głowie, nie potrafiłam jasno ocenić ani głównych bohaterów, ani tego, co się wydarzyło na scenie. A na zewnątrz szalała burza z piorunami, jakże adekwatnie do tego, co się dopiero wydarzyło…

PS. Żałuję, że gdy kupowałam bilety nie wiedziałam, że 29 maja będzie setne przedstawienie, kupiłabym bilety na ten dzień.

PPS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.