Trochę zimy, trochę lata, trochę książek ;)

Ikea wyssała ze mnie siły, więc opinia o książce może pojawi się jutro, na razie tylko stos. Czy w tym sklepie zawsze muszą być takie dzikie tłumy? Ale zakupy na 90% udane, więc nie ma co marudzić, tylko się cieszyć.

Stosik nie jest duży, co zresztą bardzo mnie cieszy, ale jest na czym oko zawiesić. Przynajmniej ja mam ;) Zobaczcie sami (od góry):

„Kolekcjoner skór” Jeffery Deaver – od Wydawnictwa Prószyński. Już przeczytana, czeka na opisanie.

„Najpiękniejsza na niebie” Małgorzata Warda – od Black Publishing.

„Chan al-Chalili” Nadżib Mahfuz – od Wydawnictwa Smak Słowa.

„Wciąż czekam” Louisa Young – niespodzianka od Wydawnictwa Prószyński. Jeszcze nie wiem, czy przeczytam, czy oddam bibliotece, zobaczymy.

„Potęga teraźniejszości” Eckhart Tolle – pożyczone, bardzo zachwalane, chcę przetestować, jakie wrażenie zrobi na mnie.

„Opowieść pierwsza” Janusz Życzkowski – książka od znajomej dziennikarki, bardzo mnie namawiała na sprawdzenie, jak mi się spodoba.

„Ostatni bus do Coffeeville” J. Paul Henderson – od Wydawnictwa PWN.

stos ksiazek

Na dole broszurka, która symbolizuje nową powieść Hanny Kowalewskiej – „Tam, gdzie nie sięga już cień”, którą to książkę przeczytałam na urlopie i zostawiłam Mamie do przeczytania. Brakuje – też przeczytanej na urlopie – powieści Małgorzaty Wardy – „5 sekund do Io”, którą zdążyłam nawet już opisać. No i nie ma tutaj maszynopisu najnowszej powieści Martyny Raduchowskiej – „Czarne światła: Łzy Mai”.

Jakie macie plany na weekend? Odpoczynek, praca, zakupy, sprzątanie, czytanie? Ja już dzisiaj zamierzam tylko się lenić, poczytam i pokoloruję. A jutro mam nadzieję, że pogoda pozwoli na udział w rozpoczęciu sezonu na wyścigach konnych na Służewcu! Pół roku na to czekałam, trzymajcie kciuki!

Gra o życie („5 sekund do Io” – Małgorzata Warda)

io ksiezyc

Samotna nastolatka. Osierocona, pozbawiona rodzinnego ciepła, rozdzielona z młodszą siostrą. Jej życiu od lat towarzyszą gry komputerowe. To dzięki nim zawierała i rozwijała bliższe związki, to one pozwalały jej budować relacje z ludźmi.

Aż pewnego dnia jest świadkiem tragedii. Do jej szkoły wpada uzbrojony chłopak, który rani wiele osób, a na oczach Miki zabija bibliotekarkę. A potem nagle okazuje się, że dziewczyna ma szczęście, znowu dzięki grom komputerowym…

Jakby emocji było zbyt mało, Mice zostaje zaoferowana możliwość wydostania się z domu dziecka oraz poświęcenia się niesamowitej grze. Czegoś takiego jeszcze nie było! Work a Dream to gra, która oferuje graczom niewiarygodne możliwości – czują ciepło, zapachy, generalnie są całym sobą w nowej rzeczywistości, która na dodatek kreuje scenariusz pod nich samych. Zapowiada się wyborowo, czy jednak jest tylko tak pięknie, jak to przedstawiają reklamy i głosy w Internecie?

Mika dostaje za zadanie inflirtację środowiska graczy. Ma obserwowac, co się dzieje, ściągać na siebie uwagę, sprawdzać, czy nie znajdzie tam określonych osób. Ale gra robi się coraz dziwniejsza, a i dziewczyna ulega jej w coraz większym stopniu, spędzając na Io całe dnie. Na dodatek zaczyna też ukrywać różne informacje przed swoim zleceniodawcą, czyżby zatracała się w wirtualnych realiach, zaczęła je przenosić nad te z rzeczywistości?

Przed lekturą zastanawiałam się, na ile przypadnie mi do gustu książka Małgorzaty Wardy skierowana do młodzieży. Bo znam kilka jej innych książek, zresztą bardzo je lubię, ale tu nie byłam pewna, czego się spodziewać. Ale już wiem: bardzo dobrej powieści!

Po pierwsze: pomijając rozwój technologiczny, to świetnie odwzorowana rzeczywistość, w jakiej żyje część młodzieży. Sama spotkałam ludzi, którzy funkcjonują głównie w grach komputerowych, poza nimi praktycznie nie istnieją. Tam sobie radzą, a realna rzeczywistość ich przerasta, nie potrafią się w niej odnaleźć, nie jest ona dla nich atrakcyjna. W grze można wszystko, wystarczy trochę się postarać lub pokombinować, przychodzi to w każdym razie łatwiej niż w życiu. No i nie ma konsekwencji, najwyżej trzeba będzie wgrać wcześniej zapisaną grę i spróbować od nowa. No i tam się jest najważniejszą osobą na świecie, nie trzeba zwracać uwagi na innych, najczęściej tylko po to, by od nich coś wydobyć lub ich zabić/wykorzystać. Pewnie, dużo zależy od gry i osób grających, robię teraz pewnie niesłuszne uogólnienia. Ale piszę akurat o tej części graczy.

Inna sprawa to producenci gier – ile są w stanie zrobić i co zaoferować, byle tylko przyciągnać jak najwięcej graczy do swojej gry? I jak mogą wykorzystać tych graczy, by wyciągnąć z gry jak najwięcej kasy? Do czego są w stanie się posunąć? I jaka jest rola mistrzów-opiekunów gry?

Mamy też kwestię osamotnienia, odrzucenia, ucieczki przed problemami w grę. Ciekawe są przykłady obu sióstr – czy wiek był kluczowy w tym, jak potoczyły się ich losy? Czy gdyby Mika była tą młodszą, to jej los potoczyłby się tak, jak los jej siostry, czy też predyspozycje wynikają głównie z charakteru, osobowości? Można też rozmyślać nad losami innych osób z tej powieści – Bartek, Sebastian, inni gracze. Co ich skłoniło do takich, a nie innych zachowań?

Bardzo zaangażowałam się w tę historię. Pewnie, że dzieje się dużo i szybko, czasami ciut powierzchownie, ale w końcu to książka dla młodzieży, a na dodatek pierwszy tom, więc wprowadzenie do historii. Jednak to, jak bardzo weszłam w tę grę razem z Miką jest niesamowite. Może to dlatego, że sama w przeszłości sporo grałam i byłam introwertyczką? Nie wiem, w każdym razie czytałam, jak najęta i nie mogłam się oderwać.

Autorka świetnie wykreowała świat gry, miałam wrażenie, że jestem na Io razem z innymi graczami. No i sam pomysł na fabułę wydał  mi się interesujący. Trudno mi ocenić, czy nowatorski, czy nie, w każdym razie ciekawy. Pewnie, że jest inna od poprzednich powieści, ale to akurat jest logiczne – inne założenie, wykonanie, grupa docelowa. Jest inna, ale nadal trzyma poziom książek tej autorki.

„5 sekund do Io” to świetna książka dla młodzieży. Jednak nie tylko dla niej. Jest to wyśmienita baza do przeczytania przez rodziców nastolatków, ich wychowawców, nauczycieli. Daje mnóstwo potencjalnych tematów do ciekawej dyskusji, do naturalnego obgadania spraw, które czasami dyskutuje się w napuszony, sztuczny sposób. Sporo w niej mimo wszystko typowych problemów nastolatków. A przede wszystkim świetna baza do dyskusji na temat tego, jak cienka jest granica między rzeczywistością wirtualną a prawdziwym życiem. I jak niewiele czasami wystarczy, by ją przekroczyć, szczególnie, w czasie dojrzewania.

Bardzo dobra książka, zarówno pod względem fabularnym, jak i wykonania. A kończy się tak, że miałam ochotę udusić autorkę, no, jak tak można?!? ;)

Zatrzymane chwile #15

Ufff… Święta minęły i znalazłam chwilę, by poczytać i zrobić fotograficzne podsumowanie miesiąca. Ostatnie dni były szalone, minęły mi bardzo aktywnie i padam na twarz ze zmęczenia. Dobrze, że mam krótki urlop, bo byłabym w pracy niezbyt wydajna. A przechodząc do marca – słabo go pamiętam ;) Oprócz lekarzy i zajmowania się swoim wnętrzem oraz chodzenia do pracy nawet już nie pamiętam, co robiłam! Sprawdźmy więc, co przypomną zdjęcia…

Już widzę, że w ubiegłym miesiącu miałam sporo okazji do jedzenia dobrych rzeczy :) Poczynając od leniwej soboty, którą rozpoczęłam śniadaniem z przyjaciółkami, a zakończyłam w szerszym gronie wizytą w hiszpańskiej restauracji serwującej głównie tapas. Przez upiększanie swych dni owocami i pysznymi słodkościami, aż po przestowanie słynnej „Dziurki od klucza”, która słynie z kuchni i robionego na miejscu makaronu. A przy okazji odkryłam w okolicy malutki sklepik, którego właściciel stawia na lokalne produkty (np. hummus robi sąsiadka :) ), a na dodatek wstawił do sklepu 1 stolik, serwuje pyszną kawę i wyciskane na miejscu soki. A do tego jest uroczym gadułą. Coraz bardziej podoba mi się rozwój mojej dzielnicy – pełno małych sklepików, kafejek, malutkich restauracji na 3 stoliki, prowadzonych przez rodziny, gdzie klienci witani są z uśmiechem i familiarnie. Oby tak dalej!

Oczywiście były ze mną książki. I to więcej, niż się spodziewałam! Trochę czytadeł, trochę pasjonującej lektury, odrobinę wymagających pozycji. I coraz więcej tych związanych z psychologią, jakoś ostatnio zaczęło mnie ciągnąć w tym kierunku.

Kolorowanki z „Kolorowego treningu antystresowego” towarzyszą mi dalej, wsiąkłam po uszy i tyle. Od czterech dni nie kolorowałam i już mnie nosi ;) Żałuję, że nie zabrałam moich „Esów floresów” i kredek ze sobą na urlop. Świetnie mnie to relaksuje i sprawia masę frajdy.

Jak widać – poszukiwałam też wiosny. Uwielbiam tę porę roku, a ona – po dobrym początku – jakoś się wycofała. Wstręciucha! A jak były ładne dni, to najczęściej był to środek tygodnia i mogłam je podziwiać tylko przez okno. Za to w weekend najczęściej wiało/lało/było zimno. Urlop na razie też mnie nie rozpieszcza. Ech…

Niezmiennie uwielbiam Warszawę, bardzo mi w tym mieście dobrze. Lubię je, spacery po nim, odkrywanie drobnych szczegółów, poznawanie kolejnych miejsc. Niekończące się odkrywanie. A na dodatek można tu dostać nagle – wracając do domu o godzinie 23-ciej – pęk balonów. To było urocze zamknięcie dnia!

A na koniec trzy zdjęcia, które nigdzie mi nie pasowały. Pierwsze to symbol spełnienia kolejnego mego marzenia! Miałam w końcu okazję obejrzeć na żywo dwóch spośród moich ukochanych mistrzów w łyżwiarstwie figurowym – Jewgienija Pluszczenko oraz Stephane’a Lambiela. Od lat ich uwielbiam, a teraz w końcu mogłam ten czar, wdzięk i piękno na żywo. A razem z nimi występu wielu innych świetnych łyżwiarzy, „Kings on Ice” było super! Chociaż nie wiem, dlaczego nie trafiło to foto na podsumowanie lutowe, bo rzecz działa się ostatniego dnia tego miesiąca. Chyba muszę się przyjrzeć ustawieniom w aparacie, bo mówi mi, że zdjęcie zrobiłam 1 marca…

Obok już bardziej typowo – jedno z moich wyjść do teatru oraz symbol kolejnego wpisu blogowego. I to byłoby tyle!

PS. Obejrzyjcie to wystąpienie, przeczekajcie spokojniejszy początek, sprawdźcie całość! <3

Wir historii („Fortuna i namiętności. Klątwa” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk)

miecz rycerz klatwa

Fot. Tor-Sven Berge (flickr)

Takie powieści autorka mogłaby pisać i co pół roku!

Rok 1733. Na stosie ginie niewinnie młoda kobieta posądzona o bycie czarownicą. Przed śmiercią rzuca klątwę na wszystkich, którzy się do jej śmierci przyczynili. Czy klątwa faktycznie ich dosięgnie?

A w Turowie się weselą – kasztelanka wychodzi za mąż, za człowieka, który wiele znaczy na dworze. Wesele jednak łączy się ze smutkiem, bo umiera król. I tak oto otwiera się furtka, która przynosi tak wiele zmian – elekcję, rozgrywki u władzy, szarady między możnymi tego świata, które wpływają na tych mniej możnych i na maluczkich.

Wielka polityka wpływa na życie bohaterów książki, czasami dosyć drastycznie, jednak to tylko jeden z głównych wątków. Bo na pierwszy plan stopniowo wysuwają się oni. Ona – piękna wdowa, dwudziestotrzyletnia miecznikowa Zofia oraz w gorącej wodzie kąpany Kacper Hadziewicz, podstarości, któremu grozi imfamia. Zofia to smakowity kąsek dla niektórych sąsiadów, a i kasztelan włącza ją w swoje rozgrywki, chociaż nie w taki sposób, w jaki zamarzył sobie jego syn – Jan.

Zofia zresztą ma dylemat – tu piękny kasztelanic, do którego od dawna czuje słabość, ale od którego dzieli ją klasa, majątek i ludzie, a tu mniej znaczny szlachcic, ale miłujący ją prawdziwie. A ona między nimi, z dziećmi u spódnicy i Moskalami u bram. Co robić?

Wątek miłosny przeplata się z politycznym, honor ze zdradą, dobroć z intrygami, chęć ustatkowania się z chęcią ratowania ojczyzny. Pięknie zbalansowana historia. Próby zdobycia serca miecznikowej pięknie łączą się z walką z intrygami kasztelana i chaosem dwuelekcyjnym (czasy Stanisława Leszczyńskiego i Fryderyka Augusta II). A w tle przewija się jeszcze wątek klątwy i tego, co ona przyniesie osobom, na które została rzucona.

Przyznaję bez bicia, że zdecydowanie wolę taką powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk od tych, w które wpleciony jest wątek współczesny. Według mnie dużo lepiej wychodzi jej pisanie o dawnych czasach, porywa czytelnika i nie wypuszcza aż do końca opowieści!

Wspaniale opisane tło obyczajowe – te wszystkie tradycje, zachowania, sposób funkcjonowania społeczeństwa, rodzin, współżycia sąsiedzkiego, zależności klasowych etc. Świetni bohaterowie, pełnokrwiści, z całą paletą wad i zalet, wzbudzający w czytelniku wiele różnych uczuć. Potoczysty język i dobrze zrobiona stylizacja. Klimacik zaiste lekko sienkiewiczowski! Widać też dużą dbałość o szczegóły, czuć, że autorka przykładała wagę, by nie pisać bzdur, konsultowała się, badała różne kwestie, całość wygląda na dopracowaną.

Interesująca fabuła, sprawnie splecione wątki, fajne osadzenie w tle historycznym fikcyjnych bohaterów, a do tego te wszystkie smaczki! Intrygi, bandyci, zajazdy, spełnianie misji, więzienie, wielka miłość, namiętność, mała i duża polityka, to wszystko tak dozowane, że czyta się z wypiekami. Mnie się bardzo podobało i nie mogę się doczekać drugiego tomu! Tym bardziej, że razem z bohaterami książki miałam okazję wstąpić do dawnej Warszawy, co bardzo mi się podobało.

Świetna powieść, polecam!