Zdrada i odkupienie („Pan Ciemnego Lasu” – Lian Hearn)

shikanoko

Książę Opat nie żyje. Shikanoko po zwycięskiej walce ucieka w głuszę, jest przerażony tym, że jego magiczna maska jelenia wydaje się być teraz jednością z jego twarzą, nie może jej zdjąć, czuje się jak kuriozum, dziwoląg. Bohater i wybawca, którym chciano by go ochrzcić, znika na dziesięć lat.

W kraju narasta susza i niepokoje społeczne. Ludzie zaczynają coraz głośniej szemrać, że równowagę przywróci tylko odnalezienie zaginionego następcy tronu – księcia Yoshimoriego i posadzenie go na tronie cesarza. Tylko gdzie on jest? I czy zechce wrócić? Kto mógłby przeprowadzić taki zamach stanu? Shikanoko przecież zniknął w Ciemnym Lesie. A na świecie jest tylko jedna osoba, która może przekonać go do tego, by podjął się tej ryzykownej misji…

Pierwsza część jest powolna, snują się sieci między bohaterami, pajęczyna akcji tkana jest powolnie i uzupełniana przez szczegóły militarne, kulturowe, ekonomiczne. Chociaż głównie poznajemy bliżej tych bohaterów, którzy w tej dziesięcioletniej przerwie dorastali, dojrzewali, zyskali własne motywacje i doświadczenia. Stopniowo autorka prowadzi ich w kierunku finału, łączy ich losy, wyznacza im role, prowadzi do celu. W drugiej połowie akcja nabiera tempa, by zakończyć się interesującym finałem, którego w pełni nie zdołałam przewidzieć wcześniej. Fajną zagrywką jest też pojawienie się na mgnienie oka łącznika z drugim cyklem tej autorki.

Cztery tomy opowieści o Shikanoko i losach cesarstwa to ciekawa lektura, której orientalny, a do tego często mroczny, pełen przemocy i magii klimat zapewne trafi do gustu wielu czytelnikom. To opowieść z jednej strony o honorze, odwadze, dążeniu do celu, z drugiej pełna zdrady, nienawiści, przemocy. To lektura dla wszystkich osób otwartych na nowe literackie światy oraz oczywiście dla tych, którzy lubują się w orientalnych historiach. Mnie się podobało, świat przedstawiony w tym cyklu zaintrygował mnie i pochłonął dosyć mocno, mimo tego, że czytałam go w czasie bardzo intensywnym, pełnym wydarzeń. Polecam!

Nie mogę przemilczeć przecudownego wydania obu tomów, gratka! Niestety, nie mogę Wam pokazać razem obu tomów, bo jeden jest w Krakowie, a drugi u mnie, musicie mi uwierzyć na słowo, sprawdzić w księgarni lub wygooglować 🙂

Poszukując sprawiedliwości („Cesarz Ośmiu Wysp” – Lian Hearn)

cow

„Opowieści rodu Otori” mam na półce od lat. Cierpliwie czekają na swoją kolej, marzy mi się dłuższy urlop, w trakcie którego usiądę i pochłonę pięć tomów jeden po drugim… Gdy jednak trafiła mi się okazja przeczytania początku nowego cyklu, postanowiłam spróbować, tym bardziej, że niesamowicie kusiło mnie to piękne wydanie. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z Lian Hearn?

Najpierw długo i powoli wchodzimy w zbudowany przez autorkę świat. Klimat średniowiecznej Japonii – władcy feudalni, cesarz, słudzy, duchy, magia, ofiary, ceremoniały – jest wciągający i interesujący. Do tego dostajemy zbiór bohaterów, którzy zdecydowanie będą oddziaływać na czytelnika.

Z jednej strony młodzieniec, który traci ojca w rozgrywce z nieczystymi siłami i którym ma się opiekować stryj. Jednakże dybie on na życie dziedzica, gdy chłopak umrze, to cały majątek trafi w jego ręce. Jednak Kazumaru udaje się przeżyć, trafia pod opiekę wielkiego czarownika i w tym momencie zaczyna się właściwie nowe życie chłopaka.

Z drugiej strony mamy pana Kiyoyori, starszego syna możnego rodu, który pragnie tylko spokojnie żyć. Jednakże decyzja ojca i głowy rodu jest nieubłagana – Kiyoyori ma „przejąć” żonę młodszego brata i jego majątek, stanąć po jednej stronie wielkiego stronnictwa, a młodszy brat ma wyjechać i wejść do drugiego stronnictwa możnowładców. W ten sposób zawsze jeden z nich będzie u władzy. Jednakże ojciec nie rozważył wszystkich skutków swej decyzji…

Do tego jeszcze mamy postać księcia opata, wielkiego pana, który jest mistrzem intryg i szpiegów, a który postanowił posadzić na tronie cesarstwa swego człowieka, nie patrząc na to, co taki ruch oznacza dla całego kraju. Przeprowadza zamach, jednakże kilkuletni następca tronu – Yoshimori – znika i nikt nie wie, co się z nim stało. A kraj stopniowo zaczyna odczuwać skutki decyzji opata, chaos i zniszczenie rozlewa się powoli na coraz szersze jego połacie.

A gdy dodamy do tego jeszcze pomniejsze postaci, które także wpływają na akcję, tych wszystkich mędrców, magów, ukochane kobiety, córki, żony, to robi się wielowarstwowa opowieść o pragnieniach, zemście, miłości, władzy i sprawiedliwości. Bardzo uniwersalna historia osadzona w bardzo szczególnym świecie, doskonała kombinacja.

Lian Hearn zdecydowanie potrafi snuć opowieści, tworzyć wciągający klimat i interesujący świat. Przeczytałam „Cesarza Ośmiu Wysp” z zainteresowaniem, oczywiście na początku trochę musiałam się oswoić z tymi wszystkimi nietypowymi dla nas nazwami i nazwiskami, ale później szło już jak po maśle. Na tyle, na ile mnie to oceniać, Hearn udało się wytworzyć ten swoisty klimat powieści związanych z Japonią, co bardzo mi się podobało, stęskniłam się za nim, ale właśnie w takim wydaniu, niekoniecznie w wydaniu tych wszystkich opowieści o kurtyzanach, których zalew na rynku przeżywaliśmy dobrych kilka lat temu.

Wydanie jest przepiękne, zobaczcie sami! Piękna, klimatyczna okładka, twarda oprawa, tasiemka zamiast zakładki i brzegi kartek farbowane na czerwono. Cudo!

Jedyny brak, jaki odczuwałam, to opis, jak ma się ten tom do całości. Po zerknięciu do Internetu już wiem, że MAG wydał dwa pierwsze tomy w jednym zbiorze i że niedługo otrzymamy kolejne dwa w następnym i tym samym cały cykl w polskim wydaniu zamknie się w dwóch tomach. To jest według mnie istotna dla czytelników informacja, która powinna być uwzględniona na okładce. Ale to jedyny pierdół, do którego się przyczepię, bo naprawdę podoba mi się ta opowieść.

Jeżeli szukacie powieści fantasy inspirowanej Japonią, to „Cesarz Ośmiu Wysp” będzie dobrym wyborem!

Magia bez słów („Gogol” – reż. Lionel Menard)

Czasami, gdy jesteśmy bardzo sceptycznie do czegoś nastawieni, wydarza się największa magia. Tak też wyglądała moja przygoda z „Gogolem”.

18260961_10213070228489572_1581782165_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Gdy Chochlik kulturalny zaproponował byśmy to obejrzeli, to trochę powarkiwałam na niego, bo cóż to za pomysł w ogóle!?! Ja i pantomima? Serio? Przecież to takie byle co, jak ci „mimowie” na ulicach turystycznych miast czy też durnawy Krosny w telewizji. Jakie to szczęście, że dałam się namówić! Teraz już wiem, że tamto obok prawdziwej sztuki mimu nawet nie stało, mało tego, dałam się porwać tak bardzo, że poczułam się samozwańczą ambasadorką Warszawskiego Centrum Pantomimy i będę robić, co tylko się da, by jak najwięcej osób wiedziało o tej wspaniałej grupie Artystów! A dlaczego?

gogol1.jpg
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

„Gogol” to spektakl inspirowany twórczością tego pisarza, a konkretnie „Płaszczem”. Pewnego dnia Rene stwierdza, że nie da rady już dłużej cerować swojego zupełnie już znoszonego płaszcza. Po drodze do pracy wstępuje więc do krawca, gdzie znajduje ziszczenie swych marzeń o solidnym, ciepłym okryciu. Jednakże płaszcz ten kosztuje krocie, a Rene to biedny kopista. Który jednak postanawia zrobić wszystko, by spełnić swe marzenie. Pracuje więc i pracuje… A w tym czasie życie płynie jakby obok niego – ludzie kochają się, bawią, żenią, zdradzają, pragną, zazdroszczą. Gdy wreszcie odkrywa, że uzbierał dosyć pieniędzy biegnie do krawca i spełnia swe marzenie. Czy jednak było warto? I jak skończy się ta historia? Naprawdę warto przekonać się samemu!

gogol7.jpg
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Po pierwsze reżyser i grupa Warszawskiego Centrum Pantomimy to skończeni Artyści. Całe przedstawienie jest przemyślane w 100% i całkowicie spójne, każdy gest, każde spojrzenie, każdy dźwięk jest po coś, czemuś służy i łączy się z całością. O wszystko zadbano i wszystko całkowicie dopracowano. To już więcej niż w sporej części spektakli, na które chodzimy.

Po drugie – talenty aktorskie tej niedużej grupy są wielkie! Są fantastyczni, aż czasami nie wiedziałam, na którą osobę patrzeć w danym momencie. Oczywiście najbardziej zachwycał mnie swą grą szef WCP – Bartłomiej Ostapczuk, wielki, ogromny wręcz talent, kompletnie się nie dziwię, że (jak słyszałam od Chochlika i wyczytałam w różnych wywiadach i informacjach związanych z WCP) grupy z różnych krajów usilnie starają się ściągnąć go do siebie. Pozostaje więc cieszyć się, że wybrał polską scenę! Jednakże cała reszta grupy też jest niesamowita! Wygląda na to, że świetnie dobrano role do osobowości i predyspozycji aktorów. Widać, że wkładają w grę serce, dają z siebie wszystko, by zachwycić i poruszyć widzów. W każdym z nich podobało mi się coś innego i każda osoba zachwycała – córka krawca lekkością i gracją nimfy, szefowa świetną mimiką „złej” w połączeniu z talentem komicznym, Paulina Szczęsna chociażby tym, że gdy grała chwile szczęścia, to jaśniała całą sobą (a na dodatek przez 1,5 h musi grać klęcząc!). Krawiec niby jowialny, ale jak się okazuje kombinator, a współpracownik-kopista też jak się okazuje ma swoje za skórą, co Ireneusz Wojaczek bardzo fajnie odgrywa. Generalnie – każdą osobę warto zobaczyć na scenie, widać, że mają nie tylko talent, ale jeszcze myślą w trakcie grania, każdy gest i ruch ma przemyślane znaczenie!

18209906_10213070228569574_1971121011_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Po trzecie – dbałość o szczegóły! Zarówno kostiumy, jak i makijaż, scenografia, muzyka, światła, wszystko to jest przygotowane doskonale. Scenografia jest bardzo prosta, wręcz uboga, ale jak się okazuje w trakcie – bardzo przemyślana i wielofunkcyjna, świetnie wykorzystana w trakcie spektaklu. Kostiumy są niby niedbałe, ale świetnie dopracowane i pasujące do całokształtu spektaklu. Tak samo zresztą, jak wyśmienita i spójna charakteryzacja. Za pierwszym razem również światła i dźwięk były w 100% tak, jak były zaplanowane, przy powtórce niestety trochę się to rozjechało, jednak jak dla mnie jest to tylko argument za tym, by grać spektakle WCP częściej, to ekipa Teatru Dramatycznego, nie wyjdzie z wprawy przy ich wystawianiu. A tak bardzo warto je grać! Do tego świetnie dobrana muzyka i dźwięki, całość tworzy przepiękną, magiczną i bardzo poetycką opowieść o marzeniach i ich spełnianiu, tak otwartą na interpretacje każdego widza…

Po czwarte – ruch sceniczny. Jakie to jest piękne! Ta miękkość ruchów, ta gibkość, giętkość, dbałość o to, by nawet poruszenie małym palcem miało wagę i sens. Cudeńko! Nie mogłam oczu oderwać!

18236129_10213070228609575_1117129365_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Piszę, piszę i końca nie widać. A generalnie chciałabym napisać krótko i zwięźle: spektakl zaprezentowany przez Warszawskie Centrum Pantomimy należy do naprawdę najlepszych, jakie dane mi było widzieć. I nie jest to tylko moje zdanie – obydwa razy byliśmy na „Gogolu” grupowo i właściwie wszyscy wychodzili zaskoczeni i pod wielkim wrażeniem. Część osób – tak, jak ja – zapłakana. Większość deklarowała, że koniecznie musi chodzić w przyszłości na inne ich spektakle. Jest to majstersztyk, który powinien być hołubiony i doceniany!

A jeżeli moje dzikie zachwyty chociaż trochę Was przekonały do tego, by skończyć z myśleniem „Pantomima? Eeee… to nie dla mnie!” i chcecie przekonać się sami, jak cudowne przeżycie Was czeka, to zapraszam 14. maja na 19:00 na Scenę Przodownik na ul. Olesińskiej 21 w Warszawie. Przeżyjecie magiczny wieczór! Tym razem będzie to inny ich spektakl – „Agua de lagrimas”, inspirowana „Pachnidłem”, znowu coś dla moli książkowych 🙂 Obejrzyjcie zresztą zwiastun!

PS. Jeżeli chcecie przeczytać o tym spektaklu jeszcze trochę, również wiele zachwytów, ale opisanych bardziej fachowo, to zapraszam do zapoznania się z tekstem Chochlika kulturalnego.

PPS. A jeżeli chcecie przeczytać wrażenia osoby, która była na pantomimie pierwszy raz, to zapraszam Was do lektury tekstu Sylwii.

Jaki naprawdę był? („Cesarz Kaligula” – Ingmar Villqist)

Kaligula4_125
W roli Kaliguli na zdjęciu Mateusz Bieryt. My oglądaliśmy Michała Kościuka.

Dwa tygodnie temu miałam okazję obejrzeć nowe przedstawienie w krakowskim Teatrze Bagatela„Cesarza Kaligulę” w reżyserii Ingmara Villqista. I od tego czasu gryzę się z tym spektaklem. Z jednej strony niezbyt mi się podobał, z drugiej… jakoś mnie zafascynował. A może o to chodziło jego twórcom?

Ten spektakl ma swoistą konstrukcję szkatułkową – aktorzy grają aktorów, którzy występują w filmie o słynnym cesarzu. Naprzemiennie mamy więc okazję obserwować świat planu filmowego oraz odgrywaną przez nich wersję życia Kaliguli. Gdy tylko dawałam się pochłonąć opowieści o jednym z najsławniejszych starożytnych władców następowało przeniesienie i znajdowaliśmy się na planie filmowym, gdzie np. kręcono duble czy następowały rozgrywki między ekipą filmową. Taki zabieg nie pozwalał na głębsze wejście w świat starożytny, jednak pomagał dostrzec uniwersalność np. gry o władzę, intryg międzyludzkich. I chociaż ja osobiście wolałabym otrzymać wersję tylko i wyłącznie skupioną na Kaliguli, to upływ czasu między spektaklem a pisaniem tego tekstu pozwolił mi na dostrzeżenie zalet takiego rozwiązania, dzięki niemu sztukę łatwiej odnieść do teraźniejszości i zobaczyć, z jak de facto uniwersalnymi problemami zmagał się Kaligula.

Kaligula4_396
Cherea (Anna Rokita) oraz dwóch Senatorów (Adam Szarek oraz Paweł Sanakiewicz)

Jest on tu przedstawiony bardziej ludzko, niż zazwyczaj. Widać, że reżyser zastanawiał się nad tą postacią bardzo długo, nad tym, co ukształtowało go w taki, a nie inny sposób. Kaligula Villqista to młody, zagubiony człowiek, wcześnie pozbawiony rodziców, wystawiony na okrucieństwa mordów, intryg, molestowany przez dziadka. Do tego człowiek z wielką władzą, co skutkuje tym, że z jednej strony jest wystawiony na ciągłe niebezpieczeństwo ze strony spiskujących senatorów, z drugiej strony każdy jego krok jest nieustannie chwalony. Stresująca i zaburzona sytuacja. Dzięki takiemu przedstawieniu można się zastanawiać, czy aby na pewno wiemy wszystko o Kaliguli? Czy może jednak osądzaliśmy go według niepełnych przesłanek? Zresztą tak sobie dumam, że piękną klamrą spina całość profesor historii, który pojawia się od czasu do czasu na planie filmowym i próbuje przekazać właśnie to – jak niejednoznaczna jest postać cesarza, na jak niepewnych przesłankach stoi cała nasza dotychczasowa wiedza. Niestety, nikt go nie słucha…

Kaligula4_164
Makron (Jakub Bohosiewicz) oraz Sabinus (Kosma Szyman)

Jak już pisałam nie podobało mi się założenie związane z planem filmowym. Owszem, doceniam jego zasadność, ale jednak jest ono dla mnie zbytnim upraszczaniem, „waleniem wprost”, szczególnie, że przyjęta została typowa estetyka jaka przeciętnie kojarzy się z takimi przedsięwzięciami (przynajmniej bazując na wizji portali plotkarskich) – służalczość, intrygi, wulgarność, rozpasanie erotyczne. I owszem, widzę, jak te zabiegi łączą się w całość (szczególnie w drugiej części spektaklu), ale i tak zdecydowanie bardziej przemawia do mnie część stricte związana z Kaligulą.

Kaligula jawi się jako bardzo zagubiony człowiek, poszukujący swego miejsca na świecie, zrozumienia, miłości, nie odnajdujący się w roli, która została mu przydzielona. Grono senatorów ciągle dybie na jego życie, planując kolejne zamachy, w których niestety bierze też w końcu udział wierny z pozoru legionista Cherea. Wierny Makron broni swego cesarza, cóż jednak może zrobić, gdy on sam wystawia się na śmierć? Historia walki o władzę, intryg, międzyludzkich rozgrywek oraz tego, jak to wszystko wpływa na ludzką psychikę.

„Cesarz Kaligula” zawiera według mnie sceny, które były niepotrzebne, np. te przebitki z tańcem, sporo gestów, które można było usunąć, sceny filmowe mogłyby zostać skrócone, a już szczególnie ta z kręcenia orgii (która miała służyć chyba głównie szokowaniu publiczności, bo by przekazać informacje o molestowaniu młodego Kaliguli nie potrzeba było aż tyle czasu). Jednak wiele scen było pięknych – wyważonych, czasami wręcz ascetycznych w przekazie, a i tak buzujących emocjami. Pierwsza połowa jednak prosiłaby się o przemyślenie, owszem, w drugiej połowie wszystko łączy się w całość, jednakże ryzykujemy tym, co wydarzyło się w trakcie naszego pobytu – przynajmniej kilkoro widzów wyszło w trakcie przerwy. Owszem, jest to pewnego rodzaju ryzyko zawodowe w tym przypadku, jednakże nie można przecenić roli dyskomfortu, który może sprowokować widza do powiedzenia „dosyć”.

Kaligula4_484fotPiotrKubic
Makron (Jakub Bohosiewicz) w swym przepięknym kostiumie.

My mieliśmy okazję oglądać w roli Kaliguli Michała Kościuka, który według mnie poradził sobie z nią całkiem dobrze, szczególnie w drugiej połowie wzbudzał we mnie uczucia żalu i wzburzenia. Dobre wrażenie zrobiła także Anna Rokita jako Cherea, zresztą sporo drugoplanowych w tym przypadku aktorów zaprezentowało się ciekawie. Jednakże cały spektakl ukradł – i to w 100% – odtwórca Makrona, czyli Jakub Bohosiewicz. O raju, jak on to zagrał – moc, mrok i urok. Do tego świetny głos, bardzo dobra mimika, gestykulacja i ruch sceniczny, sam miód. Oczu nie szło oderwać! Wydatnie pomagał też w tym jego kostium, a właśnie…!

Męskie kostiumy to bardzo mocny plus tego przedstawienia – proste, ale świetnie wymyślone, wyraziste, dobrze dobrane. Każda postać otrzymała dobrany pod siebie kostium w wybranej kolorystyce, bardzo dobrze uszyty, do tego piękne buty, naprawdę miło było popatrzeć na panów, co niestety w teatrach wcale nie jest normą. Dużo bladziej wypadały panie. Druzylla sukienkę miała ładną, buty jednakże strasznie jarmarczne, a Caesonia miała przedziwne sukienki, z jedną z nich walczyła zresztą całą pierwszą połowę – nagminnie odrzucając nogą lub ręką fałdę sukienki, by ta pokazywała jej nogi. Denerwujące i niepotrzebne.

Kaligula4_177
Kaligula (Mateusz Bieryt) oraz Miłość (Patryk Kośnicki)

Czytam to, co napisałam i wychodzi na to, że generalnie „Cesarz Kaligula” – mimo niepotrzebnych scen, zbytnich dłużyzn, przesadnych przejaskrawień – zrobił na mnie wrażenie większe, niż myślałam na gorąco, że zrobił. Nie jest to spektakl, który zostanie ze mną całe życie, jednakże jest ciekawym przykładem niejednoznacznego i trudnego do oceny spektaklu, który gdzieś tam we mnie siedzi i drażni zmysły. No i warto go obejrzeć chociażby dla Jakuba Bohosiewicza, który został mianowany odkryciem krakowskiego weekendu kulturalnego.

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych teatru. Fot. Piotr Kubic.

PS. „Naszego” Kaligulę grał Michał Kościuk, który w kostiumie cesarza prezentował się tak:

16907996_1211279885608043_1964193921483407360_n(1)
Michał Kościuk w kostiumie Kaliguli

Zanurkuj w nieznane

ChallengerDeep-parallax-b

Jak to jest być chorym psychicznie? Co się wtedy myśli, co się czuje? Dzięki tej książce mamy okazję chociaż trochę zbliżyć się do poznania tego stanu.

„Głębia Challengera” to opowieść Cadenie Boschu, nastolatku z pozoru takim sam, jak wszyscy inni. Ma może zbyt wybujałą wyobraźnię, którą od czasu do czasu niepokoi dorosłych, ale przecież to okres dojrzewania, minie mu z czasem.Jednak Caden coraz częściej ma wrażenie, że jest członkiem załogi statku, który płynie zmierzyć się z najgłębszym miejscem na Ziemi, głębią, która skrywa największe skarby świata.

Caden z czasem coraz dłużej przebywa na statku, a coraz rzadziej w rzeczywistości. Zaczyna się zmieniać – ma problemy ze skupieniem, z nauką, ze snem, z jedzeniem, nawet z ukochanym hobby – rysunkiem. Przyjaciele powoli się od niego odsuwają, rodzina obserwuje go z rosnącym zaniepokojeniem. A on… chodzi. Chodzi godzinami, każdego dnia, z obtartymi do krwi stopami, często na boso, chodzi, bo musi, czuje wewnętrzny przymus.

Rodzice w końcu nie wytrzymują i umieszczają chłopaka w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ma przejść leczenie i wrócić do codzienności wyleczony. Ale czy mu się to uda? Czy można zwyciężyć ze schizofrenią?

Na początku męczyłam się strasznie. Krótkie rozdziały – przeskoki z jednej rzeczywistości Cadena do drugiej – sprawiały, że mój mózg wysyłał komunikat „daj sobie luz, po co ci ta męka z taką pojechaną książką?”. Nie mogłam się odnaleźć, mój racjonalny mózg cierpiał. Ale o to właśnie chodzi, by czytelnik mógł odczuć, jak to jest, gdy się jest chorym. Jakie to wielkie wyzwanie, jaki trud, by ogarniać to, co się dzieje w naszym mózgu, jak straszliwa wojna czeka osobę, która chce podjąć się nierównej walki z chorobą. Kiedy zaczęłam tak myśleć, to ta lektura nagle stała się fascynująca, poczułam ją jako studium chorego mózgu, wręcz dałam się jej „wessać”.

Muszę przyznać, że na ile oceniać to mnie – zupełnemu laikowi w tej kwestii – autorowi bardzo realistycznie udało się oddać stan, w którym funkcjonuje chory na schizofrenię, jego myśli i zachowania. Zapewne bardzo pomógł mu fakt, że syn Neala Shustermana boryka się z chorobą psychiczną, którą ponoć udało się przezwyciężyć, no ale jest to przeżycie pozostawiające niepewność i swoiste piętno na całe życie. Zresztą rysunkami wykonanymi przez syna autor postanowił unaocznić to, o czym pisał.

Trzeba przyznać, że w opowieść ta jest zgrabnie napisana, styl jest dobry, miałam tylko momentami wątpliwości, co do błędów, które się pojawiały (np. król Lir), czy to wynikać miało z narracji osoby chorej, czy jest to niechlujność językowa, którą przepuściła redakcja (w co aż mi trudno uwierzyć). Ale też jest całkiem sporo ciekawych porównań, wierzę, że osoby lubiące zaznaczać cytaty miały tu co robić.

„Gdybym żył w czasach biblijnych, być może uznano by mnie za proroka, bo bądźmy szczerzy, są tylko dwie możliwości: albo prorocy rzeczywiście słyszeli Boga, który do nich przemawiał, albo byli chorzy umysłowo. Jestem pewien, że gdyby prawdziwy prorok objawił się dzisiaj, dostałby masę zastrzyków haldolu, aż w końcu otworzyłyby się niebiosa i ręka boska sprałaby lekarzy na kwaśne jabłko.”

„Głębia Challengera” to bardzo poruszająca książka, którą warto przeczytać, by otworzyć sobie umysł, poznać lepiej sposób myślenia i funkcjonowania osób, które najczęściej społeczeństwa mniej lub bardziej świadomie wyrzucają poza nawias. Warto ją przeczytać również po to, by lepiej pojąć, jak niebezpiecznym i mrocznym oceanem potrafi być nasz umysł, jak wrażliwym instrumentem jest i jak wiele krzywdy może uczynić nam samym, a w konsekwencji naszym bliskim.

A czy Wy zechcecie zanurzyć się w głębię Challengera?