Magia bez słów („Gogol” – reż. Lionel Menard)

Czasami, gdy jesteśmy bardzo sceptycznie do czegoś nastawieni, wydarza się największa magia. Tak też wyglądała moja przygoda z „Gogolem”.

18260961_10213070228489572_1581782165_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Gdy Chochlik kulturalny zaproponował byśmy to obejrzeli, to trochę powarkiwałam na niego, bo cóż to za pomysł w ogóle!?! Ja i pantomima? Serio? Przecież to takie byle co, jak ci „mimowie” na ulicach turystycznych miast czy też durnawy Krosny w telewizji. Jakie to szczęście, że dałam się namówić! Teraz już wiem, że tamto obok prawdziwej sztuki mimu nawet nie stało, mało tego, dałam się porwać tak bardzo, że poczułam się samozwańczą ambasadorką Warszawskiego Centrum Pantomimy i będę robić, co tylko się da, by jak najwięcej osób wiedziało o tej wspaniałej grupie Artystów! A dlaczego?

gogol1.jpg
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

„Gogol” to spektakl inspirowany twórczością tego pisarza, a konkretnie „Płaszczem”. Pewnego dnia Rene stwierdza, że nie da rady już dłużej cerować swojego zupełnie już znoszonego płaszcza. Po drodze do pracy wstępuje więc do krawca, gdzie znajduje ziszczenie swych marzeń o solidnym, ciepłym okryciu. Jednakże płaszcz ten kosztuje krocie, a Rene to biedny kopista. Który jednak postanawia zrobić wszystko, by spełnić swe marzenie. Pracuje więc i pracuje… A w tym czasie życie płynie jakby obok niego – ludzie kochają się, bawią, żenią, zdradzają, pragną, zazdroszczą. Gdy wreszcie odkrywa, że uzbierał dosyć pieniędzy biegnie do krawca i spełnia swe marzenie. Czy jednak było warto? I jak skończy się ta historia? Naprawdę warto przekonać się samemu!

gogol7.jpg
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Po pierwsze reżyser i grupa Warszawskiego Centrum Pantomimy to skończeni Artyści. Całe przedstawienie jest przemyślane w 100% i całkowicie spójne, każdy gest, każde spojrzenie, każdy dźwięk jest po coś, czemuś służy i łączy się z całością. O wszystko zadbano i wszystko całkowicie dopracowano. To już więcej niż w sporej części spektakli, na które chodzimy.

Po drugie – talenty aktorskie tej niedużej grupy są wielkie! Są fantastyczni, aż czasami nie wiedziałam, na którą osobę patrzeć w danym momencie. Oczywiście najbardziej zachwycał mnie swą grą szef WCP – Bartłomiej Ostapczuk, wielki, ogromny wręcz talent, kompletnie się nie dziwię, że (jak słyszałam od Chochlika i wyczytałam w różnych wywiadach i informacjach związanych z WCP) grupy z różnych krajów usilnie starają się ściągnąć go do siebie. Pozostaje więc cieszyć się, że wybrał polską scenę! Jednakże cała reszta grupy też jest niesamowita! Wygląda na to, że świetnie dobrano role do osobowości i predyspozycji aktorów. Widać, że wkładają w grę serce, dają z siebie wszystko, by zachwycić i poruszyć widzów. W każdym z nich podobało mi się coś innego i każda osoba zachwycała – córka krawca lekkością i gracją nimfy, szefowa świetną mimiką „złej” w połączeniu z talentem komicznym, Paulina Szczęsna chociażby tym, że gdy grała chwile szczęścia, to jaśniała całą sobą (a na dodatek przez 1,5 h musi grać klęcząc!). Krawiec niby jowialny, ale jak się okazuje kombinator, a współpracownik-kopista też jak się okazuje ma swoje za skórą, co Ireneusz Wojaczek bardzo fajnie odgrywa. Generalnie – każdą osobę warto zobaczyć na scenie, widać, że mają nie tylko talent, ale jeszcze myślą w trakcie grania, każdy gest i ruch ma przemyślane znaczenie!

18209906_10213070228569574_1971121011_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Po trzecie – dbałość o szczegóły! Zarówno kostiumy, jak i makijaż, scenografia, muzyka, światła, wszystko to jest przygotowane doskonale. Scenografia jest bardzo prosta, wręcz uboga, ale jak się okazuje w trakcie – bardzo przemyślana i wielofunkcyjna, świetnie wykorzystana w trakcie spektaklu. Kostiumy są niby niedbałe, ale świetnie dopracowane i pasujące do całokształtu spektaklu. Tak samo zresztą, jak wyśmienita i spójna charakteryzacja. Za pierwszym razem również światła i dźwięk były w 100% tak, jak były zaplanowane, przy powtórce niestety trochę się to rozjechało, jednak jak dla mnie jest to tylko argument za tym, by grać spektakle WCP częściej, to ekipa Teatru Dramatycznego, nie wyjdzie z wprawy przy ich wystawianiu. A tak bardzo warto je grać! Do tego świetnie dobrana muzyka i dźwięki, całość tworzy przepiękną, magiczną i bardzo poetycką opowieść o marzeniach i ich spełnianiu, tak otwartą na interpretacje każdego widza…

Po czwarte – ruch sceniczny. Jakie to jest piękne! Ta miękkość ruchów, ta gibkość, giętkość, dbałość o to, by nawet poruszenie małym palcem miało wagę i sens. Cudeńko! Nie mogłam oczu oderwać!

18236129_10213070228609575_1117129365_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Piszę, piszę i końca nie widać. A generalnie chciałabym napisać krótko i zwięźle: spektakl zaprezentowany przez Warszawskie Centrum Pantomimy należy do naprawdę najlepszych, jakie dane mi było widzieć. I nie jest to tylko moje zdanie – obydwa razy byliśmy na „Gogolu” grupowo i właściwie wszyscy wychodzili zaskoczeni i pod wielkim wrażeniem. Część osób – tak, jak ja – zapłakana. Większość deklarowała, że koniecznie musi chodzić w przyszłości na inne ich spektakle. Jest to majstersztyk, który powinien być hołubiony i doceniany!

A jeżeli moje dzikie zachwyty chociaż trochę Was przekonały do tego, by skończyć z myśleniem „Pantomima? Eeee… to nie dla mnie!” i chcecie przekonać się sami, jak cudowne przeżycie Was czeka, to zapraszam 14. maja na 19:00 na Scenę Przodownik na ul. Olesińskiej 21 w Warszawie. Przeżyjecie magiczny wieczór! Tym razem będzie to inny ich spektakl – „Agua de lagrimas”, inspirowana „Pachnidłem”, znowu coś dla moli książkowych 🙂 Obejrzyjcie zresztą zwiastun!

PS. Jeżeli chcecie przeczytać o tym spektaklu jeszcze trochę, również wiele zachwytów, ale opisanych bardziej fachowo, to zapraszam do zapoznania się z tekstem Chochlika kulturalnego.

PPS. A jeżeli chcecie przeczytać wrażenia osoby, która była na pantomimie pierwszy raz, to zapraszam Was do lektury tekstu Sylwii.

Fredro vs Fredro

teatr narodowy teatr 6 pietro

Ryzykantka? Chyba tylko tak mogę określić moją postawę, bo łasić się porównanie Fredry z Fredrą, wersji z Teatru Narodowego i z Teatru 6. piętro może tylko ryzykant. Cóż… Odrobina ryzyka w życiu nie szkodzi, do dzieła więc!

W ciągu jednego miesiąca miałam okazję obejrzeć tę samą sztukę w dwóch różnych adaptacjach. Najpierw był to „Mąż i żona” w reżyserii Jana Englerta (Teatr TVP, do obejrzenia TUTAJ), potem ponownie fragmenty tej sztuki w tej samej reżyserii w Teatrze Narodowym w przecudownych „Fredraszkach”, a na koniec „Fredro dla dorosłych – mężów i żon” w Teatrze 6. piętro. Sztuka tak samo cudowna, ale jakże inaczej zinterpretowana i zagrana!

Fabuła jest prosta: mąż, żona, przyjaciel – uczeń męża, służąca – przyjaciółka żony. Cztery osoby, a jakże skomplikowane relacje między nimi! Znudzona żona – Elwira – romansuje z przyjacielem domu – Alfredem. Ten z kolei z wielkim zapałem uwodzi służącą – Justysię, która jednocześnie jest obiektem gorących uczuć ze strony pana domu – Wacława. A komu sprzyja Justysia? To musicie sprawdzić sami! Jak widzicie pole do popisu jest, tyle możliwych szarad, zwodzenia, prób znalezienia alibi, udawania, tyle emocji, można dać popis gry aktorskiej!

Jan Englert przeniósł akcję do czasów dwudziestolecia międzywojennego (może ze względu na słynną swobodę obyczajów tamtego okresu?), a Eugeniusz Korin umieścił akcję w czasach współczesnych. Jednakże patrząc na całokształt obydwie zmiany czasowe nie wpływają miażdżąco na adaptacje. No, może u Korina gra ciałem, seksualność jest mocniej podkreślana i używana niż u Englerta. Poza tym różnią je tylko gadżety stosowane w trakcie gry. Scenografia zresztą to w tym przypadku sprawa wtórna, główna różnica leży w grze aktorskiej i reżyserii.

mąż i żona Englert Ścibakówna Suszyńska MałeckiWersja Englerta to Fredro jednocześnie dopracowany, zabawny, przejmujący i wciągający. To satyra, momentami farsa, ale ciągle elegancka i pełna wdzięku, urocza. To rozgrywka pełna pasji, namiętności, bezlitośnie odsłaniająca ludzkie przywary i słabości. Jan Englert jako Wacław jest nim w każdym aspekcie, gra wyśmienicie i z klasą. Beata Ścibakówna jest żywą osobą, a nie karykaturą znudzonej kobiety w starszym wieku opętanej miłością do młodszego mężczyzny. Milena Suszyńska świetnie sobie radzi z przewrotną rolą Justysi, wdzięcznej, pełnej seksapilu młodej służącej. A Grzegorz Małecki wyśmienicie sobie poradził w roli flirtującego bez ustanku, momentami bezlitosnego uwodziciela i uwodzonego.

Wersja telewizyjna ma jeden jedyny mankament – jest zbyt krótka. To cacuszko pod każdym względem.

ścibakówna małecki suszyńska fredraszkiFragmenty tejże sztuki są też częścią „Fredraszek” (o których pisałam TUTAJ) – przecudownej urody zabawa tekstami Fredry, połączona z refleksjami dotyczącymi samego autora i jego prac. „Mąż i żona” w tej interpretacji jest bardziej komediowy, lżejszy, bardziej swawolny, zmysłowy, rozkosznie zabawny. Tu więcej jest mrugania okiem w kierunku widza, więcej gry ciałem i mimiką. Jest to wersja lżejsza od tej z Teatru Telewizji, bliższa farsie z elementami erotyku.

fredro dla doroslych mezow i zon

„Fredro dla dorosłych – mężów i żon” to zdecydowanie bardzo współczesna adaptacja, nie tyle pod względem scenografii, co reżyserii i gry. Tu już nie ma lekkości i subtelnej zmysłowości, tu jest rubaszność, wręcz dosadność. To już mocno, wyraziście zagrana farsa, wręcz ocierająca się o groteskę. Tu tekst nie jest najważniejszy, równie istotna jest cielesność. Wiele tu łapania za różne części ciała, namiętności, zmysłowości. Aktorzy grają też bardzo wyraziście pod względem mimiki i głosu – te wszystkie miny i minki, gestykulacja, sposób poruszania się po scenie, dźwięki. To wszystko stwarza Fredrę w wersji mocno przerysowanej, momentami można mieć wrażenie, że obserwujemy stado zwierząt lub grupę jaskiniowców.

Ale żeby była jasność – to jest fajna wersja, szczególnie jeżeli chcemy się serdecznie uśmiać i zabawić na bardzo lekkim, nie wymagającym poziomie. Świetnie zagrane, ukłon tutaj szczególnie w stronę genialnej Jolanty Fraszyńskiej (jej Elwira to majstersztyk przerysowanej histeryczki doprowadzającej publiczność do salw śmiechu) oraz Michała Żebrowskiego (który jest jak wino – im starszy, tym lepszy, na dodatek odkryłam go tutaj pierwszy raz w roli tak mocno komediowej i zachwycił mnie zdecydowanie!).

Podsumowanie?

Mnie zdecydowanie bardziej uwodzi subtelniejsza, pełna uroku i nonszalancji wersja Jana Englerta. Ale obydwie bardzo mi się podobały, każda przemówiła do mnie w inny sposób, cieszę się, że je widziałam i mogłam porównać. Dzięki temu mogłam tę samą sztukę odkrywać na różnych poziomach i w różny sposób. I za to kocham Warszawę, za tak wiele możliwości.

A wszystkim, niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, polecam obejrzenie online Teatru Telewizji, bawcie się tak dobrze, jak ja!

Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro („Fredraszki” – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński
Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński
Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński
Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński
Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Bulwersująca kotka? („Kotka na gorącym blaszanym dachu” – Grzegorz Chrapkiewicz)

edyta olszówka, grzegorz małecki
Edyta Olszówka, Grzegorz Małecki

Kameralna scena. Półmrok. Wyraźnie widzimy tylko łóżko i lustrzane drzwi. I kobietę, piękną, seksownie ubraną i… nieszczęśliwą. Nie radzącą sobie z rzeczywistością. Samotną. Odrzuconą. Rozhisteryzowaną. Rozchwianą psychicznie. Desperacko kochającą swego męża, ale nie potrafiącą odzyskać jego miłości. Tak bardzo, przeraźliwie samotną!

Jest też i on – Brick. Też samotny, też nieszczęśliwy. I też nie radzący sobie ze światem i samym sobą. Jednakże o ile Margaret wszelkimi siłami pragnie go odzyskać, o tyle Brick próbuje o wszystkim zapomnieć, szuka tego „klika, który go uspakaja”, szuka go usilnie topiąc się w morzu alkoholu. Dni i noce spędzane za rozmytą mgłą upojenia. Próba zapomnienia, próba zniknięcia?

Gra między Brickiem a Margaret jest desperacka, pełna okrucieństwa, histerii, niechęci z jego strony, wszelkich prób z jej strony. Margaret za każdą cenę próbuje zmusić Bricka, by na nowo ją docenił, odkrył, pokochał, zauważył w niej kobietę. A Brick… On ma jej dosyć, nie chce na nią patrzeć, jest dla niej okrutny, wręcz agresywny. Ona histeryczka, on agresywny pijak. A co jest za tą fasadą?

Powoli odkrywamy kolejne warstwy tej relacji. Poznajemy ją także w głębszym kontekście, czy to rodzinnym, czy związanym z przyjaciółmi. Czy aby tylko przyjaciółmi? Są tu rozgrywki dotyczące władzy, pieniędzy, relacji międzyludzkich. Jest Duży Tata (Janusz Gajos), milioner, na którego majątek czyha starszy syn, którego ojciec zresztą… A nie, sprawdźcie sami!

To, co dzieje się w tej rodzinie jest mocno skomplikowane, wzbudza emocje, odrzuca, a jednocześnie stawia pytania. Bo czyż nie znamy wielu takich historii dookoła nas? Gdzie syn czeka na śmierć ojca, by przejąć majątek, ksiądz gładkimi słówkami próbuje wyciągnąć darowiznę, kobieta płacze z samotności, a mężczyzna topi rozpacz w alkoholu? Sytuacje tak znajome, że aż pewnie czasami boimy się sami do tej swojskości przyznać.

Janusz Gajos, Grzegorz Małecki
Janusz Gajos, Grzegorz Małecki

Spektakl buzuje od emocji, nie ma w nim momentu, w którym widzowie nie byliby wystawieni na próbę, gdy mogliby się uspokoić, czy wręcz znudzić. O nie, tutaj macie złość, krzyk, przemoc, przekleństwa, seks, odrzucenie, niezrozumienie i wiele więcej. To istny rollercoaster emocji!

Edyta Olszówka na początku mnie zniechęciła, była dla mnie zbyt rozchwiana, zbyt desperacka, zbyt histeryczna. Jednak powoli dobiła się do mojego serca, zaczęłam ją rozumieć i jej współczuć. Jednakże końcówka spektaklu do mnie nie przemówiła, no ale tutaj nie mogę mieć pretensji do aktorki. Ona sama bardzo dobrze się spisała, była wiarygodna w swej roli, a do tego bardzo seksowna, podejrzewam, że większość panów na widowni nie mogła od niej oderwać wzroku, a część pań bardzo jej zazdrościła 😉

Na początku myślałam coś w stylu „No to Grzegorz Małecki sobie tutaj nie pogra…”, ale bardzo się cieszę, że się myliłam. Ma niełatwą rolę do odegrania, bohatera niejednoznacznego, pełnego wątpliwości i niechęci, również niechęci do samego siebie. Wściekłość w nim buzuje, nie wybucha tylko wtedy, jeżeli jest zostawiony sam na sam z butelką. A jak na złość wszyscy czegoś od niego chcą – miłości, dziecka, posłuszeństwa, uwagi, wyrozumiałości. A przed nim dwie najważniejsze rozgrywki – z Margaret i z Dużym Tatą. Jak to się skończy?

Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos
Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Janusz Gajos i Ewa Wiśniewska jako Duży Tata i Duża Mama to majstersztyk. Świetne pokolenie aktorów, stara dobra szkoła. Porywają, angażują uwagę widza, chwytają za serce. A pan Gajos dodatkowo ma w tym spektaklu świetną rolę, bohatera przerysowanego, ale cudownie barwnego, z charakterkiem.

„Kotka na gorącym blaszanym dachu” to świetna sztuka ku zastanowieniu, refleksji. Porywa, przeraża, zniechęca, odrzuca. Dużo w niej elementów, które mogą być dla niektórych niemile widziane – początek ocieka seksem, dużo tam przekleństw, przemocy, a jeszcze ten wątek Skippera… To może być dla niektórych zbyt wiele. Zresztą wczoraj dwie osoby wyszły w trakcie sztuki, chyba przekroczyła ona ich normy, wprowadziła ich poza tzw. „strefę komfortu”, zbulwersowała. A i tak na zakończenie aktorzy wychodzili trzykrotnie, dostali owację na stojąco, to pokazuje, jak mocno porusza widownię!

Kotka6

Ja po wyjściu miałam mętlik w głowie, nie potrafiłam jasno ocenić ani głównych bohaterów, ani tego, co się wydarzyło na scenie. A na zewnątrz szalała burza z piorunami, jakże adekwatnie do tego, co się dopiero wydarzyło…

PS. Żałuję, że gdy kupowałam bilety nie wiedziałam, że 29 maja będzie setne przedstawienie, kupiłabym bilety na ten dzień.

PPS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Nic dwa razy się nie zdarza… („W mrocznym, mrocznym domu” – Grażyna Kania)

Gdy robi się jasno widzimy mur obrośnięty bluszczem. I scenę wypełnioną żwirem. Prosto, wręcz ascetycznie. Na scenie pojawia się dwóch mężczyzn, zaczynają dziwną rozmowę, a widzowie zostają krok po kroku wciągnięci w przedziwną, mroczną historię…

W_MROCZNYM_galeria_2
Marcin Przybylski (Drew). Fot. Andrzej Wencel

Drew (Marcin Przybylski) to imprezowy król życia. Bogaty prawnik, spędzający czas wolny na imprezach pełnych używek i chętnych do poznania bawidamka kobiet. A w domu czekają dzieci i żona, wiecznie udająca, że nic nie widzi. Jakże wygodny układ, który jednak nagle rozbija wypadek. Drew kasuje auto, okazuje się, że naturalnie był pod wpływem alkoholu, z narkotykami w wozie, zostaje więc skierowany na przymusową terapię, która ma zadecydować o jego dalszych losach.

W trakcie terapii wychodzi na jaw pewne zdarzenie z przeszłości, które może mocno wpłynąć na ostateczny jej wynik oraz decyzję sądu. Ktoś musi więc potwierdzić te dawne wydarzenia, do ośrodka zostaje więc wezwany brat Drew – Terry (Grzegorz Małecki). I zaczyna się gra!

Najpierw nie wiemy, co myśleć. Jeden z braci ostro nabroił i nie wydaje się fajnym człowiekiem, ale jednocześnie można mieć wrażenie, że to wszystko go jednak zmieniło i próbuje nadrobić błędy przeszłości. Szczególnie, gdy wyznaje, że był jako dziecko molestowany przez ich wspólnego znajomego – Todda. To właśnie o tym, że tenże znajomy istniał, ma zaświadczyć Terry. To wyznanie robi na starszym bracie wielkie wrażenie, dochodzi do gwałtownej kłótni, w trakcie której zaczynamy głębiej poznawać przeszłość tej rodziny i zastanawiać się nad relacjami, jakie między nimi istnieją.

grzegorz malecki terry
Grzegorz Małecki (Terry). Fot. Andrzej Wencel

Natomiast Terry, hm, Terry to postać szczególna. Na początku wydaje nam się tylko wycofany, samotny i pełen wściekłości. Gniew w nim płonie, widać go w spojrzeniach, gestach, zatrzymaniach w trakcie mówienia, mimice. Spala się od środka, widać, że od lat coś go dręczy, nie daje spokoju. Jednakże ciągle nie jest nam dane dowiedzieć się co to. Wiadomość o molestowaniu przyjmuje z niewiarą. Nie ufa bratu, wie, że Drew jest patologicznym kłamcą, jednak mimo wszystko zgadza się poświadczyć o wydarzeniach z przeszłości. A później rusza w podróż…

Na polu minigolfa Terry spotyka Jennifer (Milena Suszyńska), słodką i naiwną córkę Todda. W rozmowie z nią dowiaduje się kolejnych nowości o przyjacielu z dzieciństwa. Jego obraz zmienia się coraz bardziej w umyśle Terry’ego, a cała ta sytuacja związana z bratem i przyjacielem-pedofilem coraz bardziej wpływa na mężczyznę. Jednocześnie obserwujemy pełną erotyzmu grę między Terrym a Jen, grę o tyle symboliczną, że on sam jest teraz dojrzałym mężczyzną koło 40-tki, a ona ma lat 16. Ich rozmowa z każdą minutą staje się coraz bardziej dwuznaczna, a końcówka sceny zostawia widzów z pytaniem – jaki był koniec tego pulsującego erotyką spotkania?

terry jennifer milena suszynska

Ostatnia część powala. Zaczyna się niewinnie. Drew zakończył terapię, świętuje to z rodziną i znajomymi. Terry, wieczny obserwator stoi z boku i czeka na to, aż brat raczy go zauważyć. A gdy tak się dzieje następuje scena oczyszczenia, swoistej spowiedzi, tak bolesnej, przejmującej, że nie można oderwać oczu. W końcu poznajemy szczegóły przeszłości Terry’ego, rozumiemy jak bardzo był przez całe życie obciążony psychicznie i jak bardzo wpłynęło to na to, jaki teraz jest. Zmienia się także nasze postrzeganie Drew, ich wzajemnej relacji. Straszliwie poruszająca scena, powalająca siłą emocji!

Ta adaptacja to czysty minimalizm. Scenografia, muzyka, wszystko jest bardzo ascetyczne, jednocześnie podkreślające siłę przekazu. Te oddzielające sceny dźwięki potęgujące grozę, ten oddalający się mur z bluszczu, który jakby symbolizował odkrywanie kolejnych tajemnic z przeszłości, wyśmienite!

Ale to, co najważniejsze w tej sztuce, to gra aktorska. Za pierwszym razem (tak, szalona ja, widziałam ją wczoraj po raz drugi!) mą uwagę najbardziej przykuł duet męski, czyli Marcin Przybylski i Grzegorz Małecki. To oni rządzili na scenie. Wczoraj za to najpierw zachwyciła mnie Milena Suszyńska, której wyśmienicie wychodzi odgrywanie tej uroczej nastoletniej trzpiotki, a później ponownie Grzegorz Małecki. To, jak zagrał, szczególnie w ostatniej scenie, to mistrzostwo świata, dał z siebie wczoraj chyba 1000%! Grał, jakby miał się spalić w ogniu odgrywanej postaci, kompletnie zatraciłam granicę między aktorem a bohaterem i w końcówce czułam najczystszą litość dla Terry’ego. To, co się działo na scenie chwytało za gardło, wyduszało łzy nie tylko w oczach bohatera. A to ostatnie puste, przerażające spojrzenie…

marcin przybylski drew grzegorz malecki terry
Marcin Przybylski (Drew). Fot. Andrzej Wencel

„W mrocznym, mrocznym domu” to doskonała adaptacja sztuki Neila LaBute’a. To swoiste drwina z terapii, a jednocześnie właśnie psychiczne katharsis bohaterów. Świetna sztuka z obsadą, która gwarantuje trzęsienie ziemi. Wieloznaczna, pełna możliwości interpretacji, z otwartym zakończeniem, o które można się posprzeczać. Kto był katem, a kto ofiarą?

Polecam!

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.