Świetna robota, Taterko!

the-eleventh-hour-758926_1280

Bądź sobą. Bądź taka, jaką chcesz być. Uwierz w siebie. Polub siebie. Jesteś zajebista, jesteś najlepsza, uwierz w to!

Takie rady dostaję od wielu lat, kolejne przyjaciółki i przyjaciele powtarzają mi to samo, a ja nadal nie potrafię, nadal tkwię w gorsecie ograniczeń, które nabyłam z czasem, przywalona workiem kompleksów. Od kilku dni słucham soundtracku z musicalu „Kinky boots” (o polskiej wersji wystawianej w Teatrze Dramatycznym kiedyś napiszę, na razie odżałować nie mogę, że nie ma polskiej wersji muzycznej do posłuchania) i – o dziwo – właśnie to, razem z rozmowami z dwiema wspaniałymi kobietami, natchnęło mnie do napisania tego tekstu.

Przez lata byłam grubasem (trochę historii TUTAJ). Może jeszcze nie w dzieciństwie, wtedy byłam bardzo aktywnym i normalnie zbudowanym dzieckiem. Jednak zmiany hormonalne w czasie dojrzewania i zmiana trybu życia na kompletnie nieruchliwy (zwolnienie z lekcji WF-u, czytanie setek książek etc.) zaczęły skutkować zmianami wagi. A gdy zaczęło się liceum i docinki klasowych prowodyrek, kompleksy zaczęły się rozwijać jeszcze bujniej, jeszcze więcej siedziałam w domu, więcej przekąsek pod ręką, zero ruchu. Takie błędne koło…

Gdzieś we mnie musiała być jednak baza, która pozwoliła tak bujnie wyrosnąć tym wszystkim kompleksom. Tak czy siak, rozkwitły, przejęły we władanie większość aspektów mojego życia, a już samoocenę wysłały w najgłębsze otchłanie niebytu. Jednocześnie w nawyk weszło mi udawanie, więc pewnie tak de facto mało kto zorientował się – na powierzchownym poziomie – jak źle o sobie myślę, jak wiele we mnie niepewności, obaw, czarnowidztwa, jak to mówi jedna ze wspierających mnie od pewnego czasu kobiet – „samopałowania”. Agnieszka? Taka może zbyt pulchna, ubrana w dżinsy i za duże swetry, ale uśmiechnięta, wyglądająca na zadowoloną i wręcz pewną siebie. Yup, taka byłam latami. A w środku? Lepiej nie mówić… I tak mijały lata, lata i lata. Właściwie spokojnie można powiedzieć, że połowa życia przepadła mi w dużej części w czarnej dziurze przez to, jak bardzo ja (ale też życie i ludzie) ustawiłam sobie ograniczenia wewnątrz siebie. I dopiero od niedawna dociera do mnie, że nie, nie chcę tak dłużej. Chcę wykorzystać pozostałe lata na maksimum, a nie męczyć się sama ze sobą. Dosyć!

I pewnie z tego (chociaż wtedy nie zdawałam sobie świadomie z tego sprawy) wynikały powoli wszystkie te zmiany – fizjoterapia, ćwiczenia wzmacniająco-rozwijające, ćwiczenia budujące formę, zmiana odżywiania etc. A gdy przyszły efekty i zachłysnęłam się chociażby tym, że w końcu mogę się ubierać właściwie we wszystkich sklepach, to powolutku zaczęły się zmieniać inne rzeczy. Zaczęłam baczniej zwracać uwagę na to, jak wyglądam – jakie ciuchy noszę, zaczęłam testować, czy radzę sobie w szpilkach, kupiłam kilka kosmetyków, których wcześniej nie używałam. Zrobiłam się bardziej wyrazista, odważna, zaczynam przyciągać wzrok innych ludzi, powoli jestem gotowa na to, by dać sobie radę z tym, że jestem oceniana przez innych. To małe kroczki, ale jest to codzienna droga do przodu. Nie może być powrotu i koniec!

Ciągle mam problem z tym, że w dużej części ludzie budują mą ocenę samej siebie. To ludzie są lustrem, w którym się przeglądam. Gdy widzę pozytywny odbiór – pochwały co do zachowania, wyglądu, spojrzenia pełne uznania, zachwyty różnego rodzaju – jest mi łatwiej, czuje się lepiej, moja motywacja do działań wzrasta. I to właśnie muszę przepracować, bo tak de facto wiem, że robię to sama dla siebie, a nie dla innych, tylko za długo żyłam według reguł „ważne jest to, żeby innym było dobrze, rób wszystko, by inni Cię lubili”. Zawsze inni byli najważniejsi. A guzik z pętelką! To ja jestem najważniejsza i do tego powoli staram się dorosnąć. Lepiej późno…

Muszę tylko nie przegiąć w drugą stronę – pozytywna motywacja jest ok i niech z jednej strony dalej odgrywa rolę w moim życiu, jednak nie chcę zawędrować w rejony, gdzie ja i tylko ja będę centrum wszechświata (i tak mam z tym problemy 😉 ), chcę tylko poczuć w pełni to, że ja sama jestem dla siebie wartościowa, złapać więcej balansu w życiu. Tylko i aż, bo to cholernie trudne.

W każdym razie ten wpis jest po to, by pokazać, że się da. Zajmuje to mnóstwo czasu i sił, jest to codzienna walka, ale da się! Powolutku widzę zmiany w sobie samej, wiem też, że są one dostrzegane przez znajomych. Mniej więcej od roku często słyszę od różnych osób sformułowanie „Błyszczysz!”. Długo zbywałam je uśmiechem i tyle, jednak w końcu dopuściłam do siebie myśl, że: hej, coś jest na rzeczy, tyle dobrego wypracowałam, tyle fajnych zmian wprowadziłam w życie, czemu do diaska tego nie doceniam? Czemu nie mówię sobie: świetna robota, Taterko!?

A przecież robię zarąbistą robotę! Radzę sobie świetnie – pracuję w fajnej firmie, robię ciekawe rzeczy z interesującymi ludźmi; mam ekstra pasje, które cały czas dostarczają mi przeróżnych emocji i przygód; mam swoje mieszkanie (które oczywiście spłacam, ale to świadoma decyzja); utrzymuję się samodzielnie; przetrwałam wiele „czarnych” momentów; schudłam kilkadziesiąt kilo; wyrobiłam sobie o jakieś 20% więcej mięśni, niż miałam (teraz już prawie połowa mojej wagi to mięśnie!); nie mam już zadyszki przy wchodzeniu na 4 piętro czy podbieganiu do autobusu; wyglądam dobrze, a będę wyglądać jeszcze lepiej; uczę się siebie samej i pracuję nad sobą; pracuję też nad relacjami z ludźmi; zmieniłam nastawienie do wielu rzeczy i wielu zachowań. Grzebię w samej sobie, przepracowuję różne rzeczy, rozwijam się. To od cholery powodów, dla których warto być dumnym, a do wczoraj kompletnie tego tak nie rozpatrywałam! Dopiero jednoczesne konwersacje z dwiema wspaniałymi kobietami mi uświadomiły to samo: mam wiele powodów do dumy, powinnam siebie zacząć doceniać! Świadomie cieszyć się z tego, co już mi się udało i na to, co jeszcze mi się uda! I tak, mam jeszcze bardzo wiele do przepracowania, ale mam też wiele powodów do zadowolenia i dumy. Idę w dobrym kierunku!

I tak, jak uważam, że każdy może zrobić to samo, co ja zrobiłam dla siebie fizycznie (zmiany z przywoływanego wcześniej wpisu), tak samo sądzę, że większość z nas potrafi też zacząć zmieniać to, z czego nie jest zadowolonych. Tylko trzeba do tego dojrzeć, poczuć, że „do diabła, męczę się ponieważ to czy tamto, czy dalej chcę się tak męczyć?!”. Właściwy moment na zmiany pozwoli utrzymać motywację, bo jak dobrze wszyscy wiemy, większość z nas boi się ryzyka, zmian, pracy, która ich czeka. A jeżeli ja jestem w stanie to zrobić, to i Ty także! Warto, oj, jak bardzo warto!

Kiedyś dojdę do momentu, gdy spojrzę w lustro i powiem: jesteś zajebista, Taterka, kocham Cię! I będę tak z całego serca czuła.

PS. A do tego wpisu natchnęły mnie te dwie dzisiejsze rozmowy + fragment jednej z nich, który niezmiernie mnie wzruszył, a przy okazji walnął obuchem przez łeb tym, jak bardzo jest prawdziwy. Kasia Sawicka, moja przyjaciółka, napisała tak:

I przyznaję, że jestem z Ciebie dumna.Pamiętam tego małego upartego osiołka i wszystko na nie. Jakbym siebie widziała 😉 a potem się okazało, że potrafisz przezwyciężyć własne nawyki. Zmienić. Rozpracować swoje słabości.

Dziękuję, Kasiu! :*

Podróż w głąb siebie („We keep coming back” Sarah Garton Stanley)

19875600_1961958154022726_8005648380397815249_nŻycie jednak lubi nas zaskakiwać… Niespodziewanie miałam okazję obejrzeć spektakl, który okazał się być tak specjalnym, że zostanie ze mną na długo.

Chodzi o „We keep coming back”, szczególny projekt, który powstał z potrzeby dotarcia do korzeni, pracy nad relacjami. Opowiada on prawdziwą historię pierwszej podróży Michaela Rubenfelda oraz jego matki Mary Berchard do Polski (potomków Żydów uratowanych z Holocaustu), gdzie towarzyszy im Katka Reszke. Pełen opis spektaklu znajdziecie TUTAJ.

Ten wieczór był na tak szczególny i przeżyliśmy go na tyle mocno, że postanowiliśmy z Włodzimierzem Neubartem Chochlikiem kulturalnym na gorąco opisać nasze wrażenia.

*****

Włodek: Pamiętasz, przed spektaklem spytałem Cię, czy zostajemy na rozmowę z artystami? Powiedziałaś: nie.

Agnieszka: Tak było.

Włodek: Po spektaklu nie byłaś już tego taka pewna…

Agnieszka: Zgadza się, przed spektaklem byłam zdecydowanie na nie, ponieważ nie do końca pozytywnie wspominam wcześniejsze takie spotkania. Za to po spektaklu zastanawiałam się nad tym, bo jest on tak pełen treści, że chce się o tym rozmawiać, jednak nie byłam w stu procentach pewna, czy to jest to miejsce i ten czas. Ale Ty też chyba przeżyłeś moment zawahania?

Włodek: Nie lubię takich spotkań. Po ostatnich Opolskich Konfrontacjach Teatralnych, gdzie dałem się namówić ten jedyny ostatnio raz, nie pałam do nich sympatią chyba nawet bardziej (przypomnę, to akurat nie wina artystów, tylko moderatora, który zamiast o sztuce wolał rozmawiać o polityce). Właśnie dlatego wyszedłem zaraz po „We keep coming back”. To był tak intymny spektakl (chociaż nie wiem czy słowo „spektakl” w pełni oddaje jego istotę), że chyba nie chciałbym tuż po nim stanąć twarzą w twarz z jego bohaterami i rozmawiać o tym, co czuję. A już zwłaszcza przy ludziach…

Agnieszka: Właśnie, gdyby to była rozmowa z samymi bohaterami, to pokusa byłaby większa, odstraszała mnie jednak rozmowa w dużej grupie. Swoją drogą: też mnie uwiera słowo spektakl, jednak nie jestem w stanie znaleźć bardziej adekwatnego określenia.

Włodek: Czułaś barierę języka?

Agnieszka: Nie, miałam może ze trzy czy cztery momenty, gdy trafiłam na nieznane mi słowo, ale poza tym w ogóle, czułam się tak, jak zawsze w teatrze. Widać, że twórcy przemyśleli podejście, jeżdżą po świecie i starają się, by język nie był barierą (mimo tego, że przecież jest zapewnione tłumaczenie).

Włodek: Bardzo szybko zatarły się chyba granice między sceną a widownią. Tam zresztą padły takie słowa, że tylko na razie jesteśmy w Teatrze Dramatycznym i zaraz przeniesiemy się gdzieś. No więc ja się chyba przeniosłem dość szybko.

Agnieszka: Tak, obserwowaliśmy swoje reakcje i to było jasne, że daliśmy się porwać, bardzo szybko padły bariery, sposób przedstawienia tej historii wciągał, był bardzo hmm… „swojski”? Aż brakuje mi słów… Przyznaj: dałeś się kupić tej formule bez zastrzeżeń?

Włodek: Od pierwszej chwili… Fantastyczne wprowadzenie, wizualizacje … i jeszcze ten sznur łączący matkę z synem!

Agnieszka: Tak, to taka metaforyczna pępowina – nie lubię z Tobą być, ale jestem z Tobą związany.

Włodek: Kto potrzebował jej bardziej?

Agnieszka: Trudne pytanie, myślę, ze mimo wszystko syn – dla niego ten projekt był swoistym procesem dostrzegania i dojrzewania. A Ty jak sądzisz?

Włodek: A pamiętasz, kto kogo wiązał?

Agnieszka: O ile nie dopadła mnie przedwczesna skleroza, to było to wspólne działanie.

Włodek: W wielu kulturach matki mają ogromny wpływ na nawet już dorosłe dzieci. W kulturze żydowskiej (ale również m.in. greckiej) mama ma wiele do powiedzenia, nawet gdy jej dziecko ma już własną rodzinę… Faktem jest jednak, że relacje  m. Michaelem a Mary nie były najlepsze…

Agnieszka: Istotnie. Jak to mówili: „kocham cię, ale nie chcę spędzać z tobą czasu”. Znaczące, swoją drogą, bo czuli, że podróż do Polski będzie krokiem milowym w ich relacjach.

Włodek: Komu podróż do Polski była bardziej potrzebna?

Agnieszka: Tu już będę się upierać ze i jej, i jemu, tylko z innych powodów. A Ty jak obstawiasz?

Włodek: Czuję, że dla Mary to nie była tylko ciekawość, tak jak dla Michaela. To było dużo bardziej bolesne, taki jakby powrót do przeszłości…

Agnieszka: Pewnie w niej było o wiele więcej obaw zasianych przez życie z rodzicami ze stygmatem „przeżyłem Holocaust”. Dla niego pewnie była to bardziej ciekawość i potrzeba sprawdzenia, jak to jest z tymi korzeniami.

Włodek: No i była jeszcze dziewczyna…

Agnieszka: Tak, była, ale Magda pojawiła się jednak już po powstaniu pomysłu wyjazdu do Polski, więc mogła być dodatkowym „motywatorem”, ale potrzeba narodziła się wcześniej, no i pomysł w zasadzie wyszedł od syna, jak pamiętasz matka była przeciwna… Jak sądzisz, łatwo się dorasta w takim domu?

Włodek: Nie wiem, nie miałem takich doświadczeń. Michael musiał złożyć dość osobliwą przysięgę, pamiętasz? To wiele tłumaczy jego relacje z matką.

Agnieszka: Tak, miała być to podróż tylko dla nich. Jadą sami, mają być dla siebie najważniejsi, to świadczy według mnie o tym, ze potrzeba takiego stanu była w nich od dawna i to był w zasadzie tylko pretekst, by spróbować. Przy okazji: dorastanie w takiej rodzinie musi obciążać psychicznie, co tez wiele tłumaczy. A powiedz, jak Ci się podobały wstawki typu: rysowanie, przerysowywanie postaci czy map?

Włodek: Cudowne. Po pierwsze – niosły konkretne znaczenia. Po drugie – były błyskotliwe. Kiedy w obrysowanych konturach nagle pojawili się ludzie – byłem w szoku. To takie interaktywne przedsięwzięcie – widzieliśmy tam zresztą także i siebie – to wciąga i faktycznie burzy granice.

Agnieszka: Tak, to było świetne i bardzo przemyślane, ciekawe i spójne, często brakuje takiego podejścia w polskim teatrze, gdzie bywa sporo dodatków, jednak niekoniecznie przemyślanych i potrzebnych. To, że widzieliśmy siebie, też może być ciekawą rozgrywką pod hasłem: „Hej, a jaka jest Twoja historia? Wiesz o swojej rodzinie wszystko?”.

Włodek: O tym w pierwszej chwili nie pomyślałem. Ale – jak się dobrze zastanowić – czemu nie? Wielu z nas słyszało z opowieści babć lub dziadków coś, co kazałoby zastanowić się, czy historia rodziny nie jest nieco inna od tej oficjalnej.

Agnieszka: Nasi bohaterowie dużą część historii już znali, chcieli jednak zrozumieć, co wydarzyło się w Polsce już po Zagładzie.

Włodek: Dowiedzieli się? Zrozumieli? Na pewno sam proces poszukiwań okazał się niesłychany. Nagle kanadyjscy Żydzi zderzyli się z inną kulturą, językiem, ludźmi.

Agnieszka: Myślę, że ta podróż nie zaspokoiła ich oczekiwań w sposób, którego oczekiwali, dostali coś innego, co jednak spowodowało proces zderzania się z samym sobą i to jest cenne. A zderzenie było spore: różnice kulturowe, na początku niewielka chęć faktycznego poznania i zrozumienia tego, co obce. A jak odebrałeś zachowanie Michaela w Polsce?

Włodek: W sumie – bardzo typowe. Spodziewał się, że wszystko odbędzie się na jego zasadach. Pamiętaj, że dorastał w spokojnym kraju, w rodzinie, gdzie zapewne na niego chuchano i dmuchano. Przywykł, że wszystko dzieje się tak, jak on by sobie tego życzył. Padłem ze śmiechu oglądając fikcyjnie nakręcone powitanie na lotnisku.

Agnieszka: Też tak odebrałam jego początki, jednak było widać, że pod koniec zaczął się proces refleksji i zadumy. A co do powitania – ja też! W ogóle było zaskakująco dużo humoru, trudne sprawy w lekkiej formie. Jak Ci odpowiadało takie podejście?

Włodek: Idealne. Być może to jest sposób, żeby przestać uprawiać martyrologię,a po prostu zacząć ze sobą rozmawiać.

Agnieszka: O tym samym pomyślałam! Gdyby uczyło się młodzież w taki sposób, to szanse na zainteresowanie tematem wzrosłyby zdecydowanie! I mam wrażenie, że wspomogłoby to też rozwój empatii.

Włodek: Bo przesłaniem tego spektaklu jest przecież umiłowanie życia. To nie znaczy oczywiście, że o trudnej historii trzeba zapomnieć. Ona jest i zawsze będzie. Dowodzi tego przecież przemiana Michaela. Widziałaś, jak szkliły mu się oczy, gdy zbliżył się do matki? Pępowina była już wtedy przecięta, mógł wybrać inaczej. A jednak wrócił. Dlaczego?

Agnieszka: Widziałam, końcówka w ogóle była poruszająca. A wrócił… sama nie wiem do końca, dlaczego? Być może zrozumiał rolę rodziny, wspólnej przeszłości i tego, że relacje nas budują? mogę tylko zgadywać, bo przecież dołączyła do nich i Katka, stworzyli grupę połączoną wspólnym przeżyciem.

Włodek: Właśnie! Jaką rolę miała w tym wszystkim Katka?

Agnieszka: O to samo chciałam zapytać! Wnioskuję, że ze zwyczajnego „dodatku” – tłumaczki, dokumentalistki stała się dzięki wspólnocie przeżyć kimś bliskim, kto musi z nimi iść dalej przez życie. A jak Ty uważasz?

Włodek: No nie wiem…

Agnieszka: Bo to bardzo symboliczna scena, można sobie dorobić do niej wiele znaczeń.

Włodek: Michael zarzucał jej przecież, że nigdy ich nie zrozumie, że jej doświadczenia są mniej ważne niż ich. Zadał to pytanie zresztą publiczności. Ależ mną wtedy targały wątpliwości. Modliłem się, żeby tylko nie padło na mnie, bo musiałbym mu powiedzieć: nie wiem, naprawdę, dlaczego masz mnie za takiego głupca, żeby kazać mi wybierać, co trudniejsze – życie katolika ze świadomością żydowskiego pochodzenia czy bycie kolejnym pokoleniem ludzi ocalonych z Holocaustu… Pewnych spraw porównać się po prostu nie da. Ludzkie dramaty i problemy są zawsze ważne, niezależnie od charakteru.

Agnieszka: Najczęstsza odpowiedź publiczności brzmiała właśnie: „nie można tego porównać”. A jak interpretujesz tytuł – „We keep coming back”?

Włodek: Tytuł: sprawa oczywista: to są ciągłe powroty. Niezależnie od tego, co by się nie działo, wracamy do naszych bliskich. Możemy się kłócić, obrażać, odchodzić, ale to nie ma znaczenia. Rodzina to rodzina. W szerszym kontekście odnosi się to oczywiście do czasów Zagłady, której zapomnieć się nie da. Zbyt dużo ludzi zginęło. Wielu pozostaje bezimiennych, co jest straszne, inni mają swoich potomków, którzy pamięć o nich pielęgnują – czasem dzięki zdjęciom, czasem wspomnieniom. Gołda Tencer powtarza, ze rolą Teatru Żydowskiego jest kultywowanie pamięci o tych ludziach. Bo nie możemy ich nigdy zapomnieć. Wiesz, dlaczego to takie ważne?

Agnieszka: Dlaczego?

Włodek: To z jednej strony sprawia, że Ci ludzie nie do końca rozpłynęli się w powietrzu (choć fizycznie często tak się działo). Z drugiej zaś – jest przestrogą, by do podobnej sytuacji nigdy więcej nie doszło…

Agnieszka: Patrząc na to, co się dookoła nas dzieje, można niestety wywnioskować, że zapomnieliśmy już zbyt wiele…

Włodek: Tym bardziej temat nie może zostać zamknięty. Trzeba go podejmować na różne sposoby tak, byśmy nie przestali myśleć o tym, co jest dla nas ważne i dobre.

Agnieszka: Oby to zadziałało…

Włodek: Czego Michael i Mary dowiedzieli się o swoich przodkach?

Agnieszka: Biorąc pod uwagę pomyłki z nazwą miejscowości – trudno ocenić, czego tak naprawdę się dowiedzieli o nich, za to zdecydowanie wiele dowiedzieli się o sobie i swojej relacji.

Włodek: I może to było w tym wszystkim najważniejsze?

Agnieszka: Tak sądzę, przeszłość jest ważna, ale najważniejsze jest „tu i teraz”, to, jacy dla siebie jesteśmy, kim jesteśmy i jak korzystamy z tego „teraz”

Włodek: Wierzysz, że przyszłość bohaterów „We keep coming back” będzie inna dzięki temu, co odkryli w sobie podczas podróży po Polsce?

Agnieszka: Oczywiście! Są bardziej świadomi samych siebie i tego, jak powinny się kształtować ich relacje. Na dodatek Michael zamieszkał w Polsce z polską żoną, więc jego życie zmieniło się diametralnie.

Włodek: Wiesz, że zabrałem ze sobą „Little Michaela” (to popularny u nas cukierek „Michałek”). Zjeść go czy zostawić? Wręczył mi go przecież osobiście Michael.

Agnieszka: Zjedz i poczuj się tak, jak to opisywał Michael…

Włodek: Prawie każdy u nas zna Michałki… Dla Michaela ten orzechowy cukierek to była jednak nowość. Jak on to określił?

Agnieszka: Wyobraził sobie swego dziadka w sklepie ze słodyczami, coś niesamowitego!

Włodek: A ja dalej myślę jeszcze o roli Katki w całej tej historii…

Agnieszka: Czemu to Cię tak intryguje?

Włodek: Pamiętasz, jak to określili? Miała być swoistym buforem. Wracam do tego, bo zastanawiam się, czy bez niej to wszystko też by się tak skończyło. Widziałaś, jak była im potrzebna, jak ją sprytnie znaleźli – taką, jaką potrzebowali. Potem trochę wymknęła im się z rąk i nakrzyczała na Michaela. Sam nie wiem, komu to przyniosło więcej ulgi.

Agnieszka: Chociaż nie sądzę, by przewidzieli to, ze bufor będzie ich prowokował do zmiany postrzegania otaczającego świata…

Włodek: Aleśmy się rozgadali! Pora kończyć, choć moglibyśmy tak pewnie do rana… Chciałabyś przeżyć taką podróż, jaka przytrafiła się Michaelowi i Mary?

Agnieszka: Chyba bałabym się tego, co naprawdę mogłabym w trakcie niej odkryć, głównie w sobie samej. A Ty?

Włodek: Mnie, pomijając wzruszającą perspektywę przemiany Michaela i spokój Mary, cieszy to, że szukając utraconych wątków tożsamości, nasi bohaterowie – żywi przecież i najbardziej prawdziwi z prawdziwych ludzie – dowiedzieli się, że kultura żydowska w Polsce wcale nie do końca umarła. Nie można też bać się samego siebie, cokolwiek by w nas nie drzemało. Poznanie i zrozumienie może nam pomóc budować rzeczy trwalsze.

Agnieszka: To fakt, tylko proces bywa bolesny… Ale masz rację. Ja też się cieszę z tego ich odkrycia, tym bardziej, że ono wcale nie jest tak oczywiste dla wielu ludzi.

Włodek: Zatem: szczerze zapraszamy, by jeszcze dziś wybrać się na ostatni warszawski pokaz „We keep coming back” w Teatrze Dramatycznym?

Agnieszka: Zdecydowanie!

Rozmawiali: Agnieszka Tatera i Włodzimierz Neubart

*****

Jeszcze raz serdecznie zapraszam! Jeżeli jesteście w Warszawie i nie macie planów na dzisiejszy wieczór – idźcie! A wszystkich zachęcam do obejrzenia krótkiego filmu o tym projekcie.

fot. Jeremy Mimnagh, materiały prasowe Teatru Selfconscious

Magia bez słów („Gogol” – reż. Lionel Menard)

Czasami, gdy jesteśmy bardzo sceptycznie do czegoś nastawieni, wydarza się największa magia. Tak też wyglądała moja przygoda z „Gogolem”.

18260961_10213070228489572_1581782165_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Gdy Chochlik kulturalny zaproponował byśmy to obejrzeli, to trochę powarkiwałam na niego, bo cóż to za pomysł w ogóle!?! Ja i pantomima? Serio? Przecież to takie byle co, jak ci „mimowie” na ulicach turystycznych miast czy też durnawy Krosny w telewizji. Jakie to szczęście, że dałam się namówić! Teraz już wiem, że tamto obok prawdziwej sztuki mimu nawet nie stało, mało tego, dałam się porwać tak bardzo, że poczułam się samozwańczą ambasadorką Warszawskiego Centrum Pantomimy i będę robić, co tylko się da, by jak najwięcej osób wiedziało o tej wspaniałej grupie Artystów! A dlaczego?

gogol1.jpg
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

„Gogol” to spektakl inspirowany twórczością tego pisarza, a konkretnie „Płaszczem”. Pewnego dnia Rene stwierdza, że nie da rady już dłużej cerować swojego zupełnie już znoszonego płaszcza. Po drodze do pracy wstępuje więc do krawca, gdzie znajduje ziszczenie swych marzeń o solidnym, ciepłym okryciu. Jednakże płaszcz ten kosztuje krocie, a Rene to biedny kopista. Który jednak postanawia zrobić wszystko, by spełnić swe marzenie. Pracuje więc i pracuje… A w tym czasie życie płynie jakby obok niego – ludzie kochają się, bawią, żenią, zdradzają, pragną, zazdroszczą. Gdy wreszcie odkrywa, że uzbierał dosyć pieniędzy biegnie do krawca i spełnia swe marzenie. Czy jednak było warto? I jak skończy się ta historia? Naprawdę warto przekonać się samemu!

gogol7.jpg
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Po pierwsze reżyser i grupa Warszawskiego Centrum Pantomimy to skończeni Artyści. Całe przedstawienie jest przemyślane w 100% i całkowicie spójne, każdy gest, każde spojrzenie, każdy dźwięk jest po coś, czemuś służy i łączy się z całością. O wszystko zadbano i wszystko całkowicie dopracowano. To już więcej niż w sporej części spektakli, na które chodzimy.

Po drugie – talenty aktorskie tej niedużej grupy są wielkie! Są fantastyczni, aż czasami nie wiedziałam, na którą osobę patrzeć w danym momencie. Oczywiście najbardziej zachwycał mnie swą grą szef WCP – Bartłomiej Ostapczuk, wielki, ogromny wręcz talent, kompletnie się nie dziwię, że (jak słyszałam od Chochlika i wyczytałam w różnych wywiadach i informacjach związanych z WCP) grupy z różnych krajów usilnie starają się ściągnąć go do siebie. Pozostaje więc cieszyć się, że wybrał polską scenę! Jednakże cała reszta grupy też jest niesamowita! Wygląda na to, że świetnie dobrano role do osobowości i predyspozycji aktorów. Widać, że wkładają w grę serce, dają z siebie wszystko, by zachwycić i poruszyć widzów. W każdym z nich podobało mi się coś innego i każda osoba zachwycała – córka krawca lekkością i gracją nimfy, szefowa świetną mimiką „złej” w połączeniu z talentem komicznym, Paulina Szczęsna chociażby tym, że gdy grała chwile szczęścia, to jaśniała całą sobą (a na dodatek przez 1,5 h musi grać klęcząc!). Krawiec niby jowialny, ale jak się okazuje kombinator, a współpracownik-kopista też jak się okazuje ma swoje za skórą, co Ireneusz Wojaczek bardzo fajnie odgrywa. Generalnie – każdą osobę warto zobaczyć na scenie, widać, że mają nie tylko talent, ale jeszcze myślą w trakcie grania, każdy gest i ruch ma przemyślane znaczenie!

18209906_10213070228569574_1971121011_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Po trzecie – dbałość o szczegóły! Zarówno kostiumy, jak i makijaż, scenografia, muzyka, światła, wszystko to jest przygotowane doskonale. Scenografia jest bardzo prosta, wręcz uboga, ale jak się okazuje w trakcie – bardzo przemyślana i wielofunkcyjna, świetnie wykorzystana w trakcie spektaklu. Kostiumy są niby niedbałe, ale świetnie dopracowane i pasujące do całokształtu spektaklu. Tak samo zresztą, jak wyśmienita i spójna charakteryzacja. Za pierwszym razem również światła i dźwięk były w 100% tak, jak były zaplanowane, przy powtórce niestety trochę się to rozjechało, jednak jak dla mnie jest to tylko argument za tym, by grać spektakle WCP częściej, to ekipa Teatru Dramatycznego, nie wyjdzie z wprawy przy ich wystawianiu. A tak bardzo warto je grać! Do tego świetnie dobrana muzyka i dźwięki, całość tworzy przepiękną, magiczną i bardzo poetycką opowieść o marzeniach i ich spełnianiu, tak otwartą na interpretacje każdego widza…

Po czwarte – ruch sceniczny. Jakie to jest piękne! Ta miękkość ruchów, ta gibkość, giętkość, dbałość o to, by nawet poruszenie małym palcem miało wagę i sens. Cudeńko! Nie mogłam oczu oderwać!

18236129_10213070228609575_1117129365_o
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Piszę, piszę i końca nie widać. A generalnie chciałabym napisać krótko i zwięźle: spektakl zaprezentowany przez Warszawskie Centrum Pantomimy należy do naprawdę najlepszych, jakie dane mi było widzieć. I nie jest to tylko moje zdanie – obydwa razy byliśmy na „Gogolu” grupowo i właściwie wszyscy wychodzili zaskoczeni i pod wielkim wrażeniem. Część osób – tak, jak ja – zapłakana. Większość deklarowała, że koniecznie musi chodzić w przyszłości na inne ich spektakle. Jest to majstersztyk, który powinien być hołubiony i doceniany!

A jeżeli moje dzikie zachwyty chociaż trochę Was przekonały do tego, by skończyć z myśleniem „Pantomima? Eeee… to nie dla mnie!” i chcecie przekonać się sami, jak cudowne przeżycie Was czeka, to zapraszam 14. maja na 19:00 na Scenę Przodownik na ul. Olesińskiej 21 w Warszawie. Przeżyjecie magiczny wieczór! Tym razem będzie to inny ich spektakl – „Agua de lagrimas”, inspirowana „Pachnidłem”, znowu coś dla moli książkowych 🙂 Obejrzyjcie zresztą zwiastun!

PS. Jeżeli chcecie przeczytać o tym spektaklu jeszcze trochę, również wiele zachwytów, ale opisanych bardziej fachowo, to zapraszam do zapoznania się z tekstem Chochlika kulturalnego.

PPS. A jeżeli chcecie przeczytać wrażenia osoby, która była na pantomimie pierwszy raz, to zapraszam Was do lektury tekstu Sylwii.

Fredro vs Fredro

teatr narodowy teatr 6 pietro

Ryzykantka? Chyba tylko tak mogę określić moją postawę, bo łasić się porównanie Fredry z Fredrą, wersji z Teatru Narodowego i z Teatru 6. piętro może tylko ryzykant. Cóż… Odrobina ryzyka w życiu nie szkodzi, do dzieła więc!

W ciągu jednego miesiąca miałam okazję obejrzeć tę samą sztukę w dwóch różnych adaptacjach. Najpierw był to „Mąż i żona” w reżyserii Jana Englerta (Teatr TVP, do obejrzenia TUTAJ), potem ponownie fragmenty tej sztuki w tej samej reżyserii w Teatrze Narodowym w przecudownych „Fredraszkach”, a na koniec „Fredro dla dorosłych – mężów i żon” w Teatrze 6. piętro. Sztuka tak samo cudowna, ale jakże inaczej zinterpretowana i zagrana!

Fabuła jest prosta: mąż, żona, przyjaciel – uczeń męża, służąca – przyjaciółka żony. Cztery osoby, a jakże skomplikowane relacje między nimi! Znudzona żona – Elwira – romansuje z przyjacielem domu – Alfredem. Ten z kolei z wielkim zapałem uwodzi służącą – Justysię, która jednocześnie jest obiektem gorących uczuć ze strony pana domu – Wacława. A komu sprzyja Justysia? To musicie sprawdzić sami! Jak widzicie pole do popisu jest, tyle możliwych szarad, zwodzenia, prób znalezienia alibi, udawania, tyle emocji, można dać popis gry aktorskiej!

Jan Englert przeniósł akcję do czasów dwudziestolecia międzywojennego (może ze względu na słynną swobodę obyczajów tamtego okresu?), a Eugeniusz Korin umieścił akcję w czasach współczesnych. Jednakże patrząc na całokształt obydwie zmiany czasowe nie wpływają miażdżąco na adaptacje. No, może u Korina gra ciałem, seksualność jest mocniej podkreślana i używana niż u Englerta. Poza tym różnią je tylko gadżety stosowane w trakcie gry. Scenografia zresztą to w tym przypadku sprawa wtórna, główna różnica leży w grze aktorskiej i reżyserii.

mąż i żona Englert Ścibakówna Suszyńska MałeckiWersja Englerta to Fredro jednocześnie dopracowany, zabawny, przejmujący i wciągający. To satyra, momentami farsa, ale ciągle elegancka i pełna wdzięku, urocza. To rozgrywka pełna pasji, namiętności, bezlitośnie odsłaniająca ludzkie przywary i słabości. Jan Englert jako Wacław jest nim w każdym aspekcie, gra wyśmienicie i z klasą. Beata Ścibakówna jest żywą osobą, a nie karykaturą znudzonej kobiety w starszym wieku opętanej miłością do młodszego mężczyzny. Milena Suszyńska świetnie sobie radzi z przewrotną rolą Justysi, wdzięcznej, pełnej seksapilu młodej służącej. A Grzegorz Małecki wyśmienicie sobie poradził w roli flirtującego bez ustanku, momentami bezlitosnego uwodziciela i uwodzonego.

Wersja telewizyjna ma jeden jedyny mankament – jest zbyt krótka. To cacuszko pod każdym względem.

ścibakówna małecki suszyńska fredraszkiFragmenty tejże sztuki są też częścią „Fredraszek” (o których pisałam TUTAJ) – przecudownej urody zabawa tekstami Fredry, połączona z refleksjami dotyczącymi samego autora i jego prac. „Mąż i żona” w tej interpretacji jest bardziej komediowy, lżejszy, bardziej swawolny, zmysłowy, rozkosznie zabawny. Tu więcej jest mrugania okiem w kierunku widza, więcej gry ciałem i mimiką. Jest to wersja lżejsza od tej z Teatru Telewizji, bliższa farsie z elementami erotyku.

fredro dla doroslych mezow i zon

„Fredro dla dorosłych – mężów i żon” to zdecydowanie bardzo współczesna adaptacja, nie tyle pod względem scenografii, co reżyserii i gry. Tu już nie ma lekkości i subtelnej zmysłowości, tu jest rubaszność, wręcz dosadność. To już mocno, wyraziście zagrana farsa, wręcz ocierająca się o groteskę. Tu tekst nie jest najważniejszy, równie istotna jest cielesność. Wiele tu łapania za różne części ciała, namiętności, zmysłowości. Aktorzy grają też bardzo wyraziście pod względem mimiki i głosu – te wszystkie miny i minki, gestykulacja, sposób poruszania się po scenie, dźwięki. To wszystko stwarza Fredrę w wersji mocno przerysowanej, momentami można mieć wrażenie, że obserwujemy stado zwierząt lub grupę jaskiniowców.

Ale żeby była jasność – to jest fajna wersja, szczególnie jeżeli chcemy się serdecznie uśmiać i zabawić na bardzo lekkim, nie wymagającym poziomie. Świetnie zagrane, ukłon tutaj szczególnie w stronę genialnej Jolanty Fraszyńskiej (jej Elwira to majstersztyk przerysowanej histeryczki doprowadzającej publiczność do salw śmiechu) oraz Michała Żebrowskiego (który jest jak wino – im starszy, tym lepszy, na dodatek odkryłam go tutaj pierwszy raz w roli tak mocno komediowej i zachwycił mnie zdecydowanie!).

Podsumowanie?

Mnie zdecydowanie bardziej uwodzi subtelniejsza, pełna uroku i nonszalancji wersja Jana Englerta. Ale obydwie bardzo mi się podobały, każda przemówiła do mnie w inny sposób, cieszę się, że je widziałam i mogłam porównać. Dzięki temu mogłam tę samą sztukę odkrywać na różnych poziomach i w różny sposób. I za to kocham Warszawę, za tak wiele możliwości.

A wszystkim, niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, polecam obejrzenie online Teatru Telewizji, bawcie się tak dobrze, jak ja!

Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro („Fredraszki” – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński
Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński
Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński
Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński
Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.