Odważyć się na zmiany

17273247_10154133802411076_1420105518_o

Po wpisie „Rok zmian, czyli o tym, dlaczego 2016 był ważny!” ruszyła lawina wiadomości, maili, dziesiątki różnych, bardzo pozytywnych reakcji. Spodziewałam się ich, jednak skala i tak bardzo pozytywny odbiór przerosły me przewidywania! Pisaliście o tym, jak bardzo był to pozytywny, inspirujący, motywujący wpis, dzieliliście się doświadczeniami, zdarzały się wręcz podziękowania za to, że go napisałam! Przez kilka dni po publikacji chodziłam z uśmiechem na twarzy. Nagle odezwała się też Danuta Awolusi, która w swojej książce – „Odważona. Dziewczyna minus 70 kg” podzieliła się swoją historią. Danka zaproponowała mi lekturę i sprawdzenie, na ile nasze historie się pokrywają. Oczywiście się skusiłam i w konsekwencji powstaje ten wpis. Nie recenzja, ale półosobisty wpis inspirowany książką.

Ale najpierw krótko na jej temat – „Odważona” to opis dorastania do zmian, procesu wprowadzania ich w życie, konsekwencji, jakie przynosiły, roli psychiki, sportu, wsparcia, niebezpieczeństw, jakie pojawiają się na drodze osoby zmieniającej takie nawyki. Do tego oczywiście sporo o jedzeniu i innych aspektach praktycznych. Generalnie całościowy opis procesu przechodzenia przez zmiany. Tylko trzeba mieć świadomość tego, że to jest historia Danusi, nie można jej traktować uniwersalnie, bo każdy z nas ma inne potrzeby, cele, możliwości i ograniczenia. O czym zresztą sama autorka wielokrotnie wspomina. Jeżeli więc traktujemy tę książkę jako inspirację, to pewnie, świetna sprawa, bo ukazuje, że naprawdę wiele jest możliwe (i opisane jest to realnie, bez hurraoptymizmu i ukrywania ciemniejszych stron takich zmian), tylko nie zagalopujmy się i nie przekładajmy metod 1:1, sprawdzajmy, co jest dobre dla nas.

A w szczegółach?

W szczegółach to wielokrotnie chciałam krzyknąć „to o mnie!”. Mimo tego, że Danusia schudła 70 kg, ja na razie jakieś 15 kg (docelowo chcę dobić mniej więcej do 20 kg), to jednak droga, przez którą się przechodzi jest podobna. A już procesy psychiczne bywają wręcz identyczne!

Na początku lektury wyłapywałam głównie różnice, ciekawe, czy dlaczego. W każdym razie widzę, że Danusia była (jest?) o wiele bardziej rygorystyczna. Ja po pierwszych miesiącach bardzo ostrego przestrzegania narzuconych sobie przez siebie samą zasad i po pierwszym potężnym kryzysie psychicznym trochę odkręciłam śrubę. Przez to chudnę baaaardzo wolno, ale – na razie? – nie mam już takiego ciężaru psychicznego, jest mi łatwiej traktować te zmiany jako nowy styl życia, niż właśnie „dietę” (do czego miałam tendencję wcześniej). Teraz postrzegam te zasady bardziej jako coś, co przyniosło mi nowy komfort życiowy i co ma zostać ze mną na zawsze. Ma być gorsetem, który trzyma mnie „w formie”, jednak nie takim, który nie daje mi odetchnąć pełną piersią. Na początku właśnie taki sobie założyłam i w konsekwencji był solidny trach! Boleśnie nauczyłam się tego, że dietetycy i inni specjaliści nie od kozery twierdzą, że tzw. „cheat meal” jest zdrowy dla psychiki, że nie ma się co pałować tym, że zjadło się coś zakazanego. Trzeba się mentalnie „otrzepać” i dalej robić dobrą robotę. Nie ustawać. Gorsze momenty zdarzać się będą zawsze i tylko nie możemy dopuścić do tego, by zawaliły one całość. Zauważać, analizować i wracać na dobre tory, to według mnie element sukcesu.

Druga różnica to podejście do pomocy – czy to do specjalistów, czy do wsparcia bliskich czy przyjaciół. Owszem, ja na początku też nie trąbiłam o zmianach na prawo i lewo (chociaż wiedziały o nich dwie bliskie osoby), to jednak nie czułam takiego oporu, by o tym rozmawiać, gdy była odpowiednia okazja czy padały pytania. Dla mnie wręcz wsparcie bliskich było niezbędne, bez nich już dawno rzuciłabym to w kąt przy pierwszych ciężkich chwilach. Widocznie nie mam aż tak silnej psychiki lub jestem bardziej nastawiona na pozyskiwanie bodźców również z zewnątrz, motywacja wewnętrzna nie była dla mnie wystarczająca. Z pomocy dietetyka nie korzystałam, jednak obserwuję w ciągu ostatnich lat bardzo fajne zmiany u moich znajomych, którzy do takich specjalistów chodzą i to pewnie, jak ze wszystkim – trzeba trafić dobrze. Ja sama niedługo wybiorę się do specjalisty, który zajmuje się 3 czy 4 z moich znajomych, bo chcę z nim przedyskutować różne kwestie (a niestety Internet daje tyle różnych odpowiedzi, że nie jestem w stanie samodzielnie przesiać, co z tego należy do śmieci, a co nie) + chcę porozmawiać o tym, dlaczego waga od pewnego czasu prawie stoi w miejscu (pewnie muszę wkroczyć na kolejny etap lub wprowadzić kolejne zmiany, może popełniam jakiś błąd). Jestem bardzo ciekawa tej wizyty!

Kolejna różnica, to podejście do niektórych produktów – część z nich Danka widzi jako zło, a ja jako coś, co może spożywać, byle w sensowny sposób, a część odwrotnie. No, ale to akurat zupełnie normalne, wszyscy to dobrze znamy!

A podobieństwa?

  1. Postrzeganie „gotowców” – przetworzone produkty, to w potężnej większości zło i świństwo. Składy wołają o pomstę do nieba! Wszędzie cukry (te wszystkie syropy, fruktozy i inne formy cukru), wszędzie dużo za dużo soli, najgorsze tłuszcze, a do tego mnóstwo „polepszaczy smaku” i utrwalaczy. Jedno wielkie fuj i rzecz do trzymania się z daleka. Ja również, jak i Danka staram się spożywać jak najwięcej rzeczy, które przygotowuję samodzielnie. Do tego dochodzą produkty, które mają jak najczystszy skład. Oczywiście, nie uniknę produktów przetworzonych (chociażby dlatego, że jadam na mieście, czy ze względu na to, że czasami mam zachciewajki), jednak robię wszystko, by było ich jak najmniej. A już zdecydowanie wykluczyłam wszelkie masowe mieszanki przypraw, sosy etc. Całe szczęście bez większego problemu można dostać przyprawy i zioła bez dodatków, część można też uprawiać samodzielnie (przyznaję, że tego już mi się nie chce robić). Świeże owoce i warzywa to podstawa mojego żywienia. Do tego dobre mrożonki i kiszonki. Trochę kasz, zero makaronów (z wyjątkowym pałaszowaniem od czasu do czasu jakiegoś razowego), praktycznie zero pieczywa, jajka „ze wsi”, sporo kasz. Jeszcze dużo mogłabym zmienić na lepsze, jednak i tak jestem zadowolona, ja, moje psyche i moje ciało.

  2. Nie wpadłam tak głęboko w sport, zresztą przy Danusi to ja jestem leniwą kluchą, bo moje ćwiczenia są krótkie i zdecydowanie mniej wymagające od jej. Jednak tak samo doceniamy wagę aktywności fizycznej. Sorry resory, bez wprowadzenia ruchu nie da rady. Owszem, można schudnąć tylko trzymając dietę. Tylko co się stanie, gdy ją skończymy? Bo diety przecież z założenia się kiedyś kończą. No właśnie, dobrze to wszyscy znamy – mniej lub bardziej wracamy do poprzedniego stanu i tyle. Zresztą nawet z drakońską dietą zejdziemy tylko do pewnego stanu, dalej już nie. Sport pomaga w utracie wagi, ma wpływ na metabolizm i generalnie na całokształt naszego funkcjonowania – zarówno ciało, jak i mózg i duszę. Nie chodzi o to, by się katować godzinami na siłowni, tylko by znaleźć taką aktywność fizyczną, która jest odpowiednia dla nas, pomaga nam realizować cel. Zresztą jeżeli znajdziemy coś, co będzie dla nas fajne, to sami się automatycznie wkręcimy. A wybór jest olbrzymi, niekoniecznie trzeba też chodzić na siłownę (nigdy mnie tam nie widziano, ćwiczę w domu!). Jeżeli nie chcecie korzystać z pomocy specjalisty, to skorzystajcie z Internetu, naprawdę jest masa dyscyplin, zasobów, z których możecie skorzystać, YouTube jest zalany przez filmy z instrukcjami i ćwiczeniami. Poza tym aktywność sportowa pomoże nie tylko mięśniom, ale i skórze (co ma znaczenie przy większej utracie wagi) i generalnie wspomoże zmiany na lepsze.

  3. Zachwyt, gdy w końcu nie musisz być skazana na jeden sklep i 3 sklepowe półki z ciuchami. Gdy zaczynasz się mieścić we wszystko, gdy każde miejsce stoi dla Ciebie otworem! Pamiętam moje szczęście, gdy zaczęły mi się zmieniać rozmiary. Gdy pierwszy raz od lat weszłam w sukienkę rozmiar M (a ostatnio nawet S!), gdy przestałam się ograniczać do wyszukiwania 1-2 marek w każdym centrum handlowym. Cóż to za cudowne uczucie! Chociaż ma też mroczniejszą stronę – ciągle che mi się nowych ciuchów, zbankrutuję niedługo! Inna sprawa, że też ciągle potrzebuję nowych ubrań, bo nawet te z ubiegłego roku przecież już są za duże, więc non-stop odkrywam: potrzebuję spodni, bluzki, spódniczki, sukienki, płaszczyka, żakietu, bielizny, a nawet… butów. Wszystkiego! Sponsor zmian potrzebny od zaraz 🙂

Ale największe podobieństwo, to podobieństwo psychiczne i postrzegania samych siebie. Tutaj co chwile w duszy wołałam „to o mnie, to o mnie!”. Zadziwiające, jak wiele podobieństw jest „wkonstruowanych” w mózgi grubych ludzi. Jak bardzo czujemy się gorsi, społecznie odrzuceni, niechciani, ciągle na cenzurowanym (znowu je! Zobacz, co ona je! Zobacz, jak ona wygląda! O matko, jaki grubas!), pod jaką ciągłą presją jesteśmy. Niewiarygodne, że żyjemy tak całymi latami. Nic właściwie dziwnego, że wielu otyłych ludzi w konsekwencji chowa się w domach i zajada kolejne upokorzenia. Jak wiele odwagi i motywacji potrzeba, by dojrzeć do zmian, a o ile więcej ich potrzeba, by je wprowadzić w życie i w nich wytrwać. Danusia pisze o tym, jak to chodziła biegać nad ranem, byle nie spotkać nikogo na ulicy, bo czuła, że w duchu te osoby będą ją oceniać, wręcz wyśmiewać to, że „gruba udaje, że biega”. Wspomina też o tym, że m.in. dlatego czuła tak duży opór przed dzieleniem się z innymi informacją o zmianach, bo czułaby się na nowo oceniana, szczególnie oceniana z oczekiwaniem na porażkę, kiedy się podda, kiedy nawali. Bo przecież grubi zawsze nawalają, inaczej by się tak nie spaśli.

Danka pisze też o tym, jak powoli zmienia się psychika osoby grubej, że grubym się – mentalnie – nawet latami po odchudzeniu. Patrzymy w lustro i nadal widzimy grubaska, nadal się kontrolujemy, bo przecież „grubym nie wolno/nie wypada/nie powinni”. Zawsze nas zaskakuje fakt, że mieścimy się w jakiś ciuch, że nie musimy zmierzać w stronę działu „plus size”. Nie ma zupełnego luzu, zawsze gdzieś tam w głębi pali się czerwona lampka. Nad postrzeganiem siebie i własnego ciała trzeba pracować latami, a zmiany nie są łatwe, to raczej skomplikowany i bolesny proces.

17310410_10154137463406076_101964862_o

Autorka nie boi się też poruszać tematów, które właściwie są tabu dla większości, przez część osób uważane są za obrzydliwe: nagość grubych ludzi i seks.

Nagość jest dla większości z otyłych ludzi koszmarem. Bo przecież społeczeństwo przez kilkadziesiąt lat dosadnie danej osobie pokazało, że gruby jest brzydki, czasami obrzydliwy. Więc jak tu się swobodnie pokazać nawet nie tyle nago, co chociaż w kostiumie kąpielowym? Pobyt na plaży często wiąże się ze stresem, bo przecież ludzie będą nas oceniać (patrz: w głębi duszy wyśmiewać), a czasami jakiemuś szczeremu dziecku jeszcze się wyrwie „popatrz mamo/tato, jaka gruba pani!”. Po co to komu, może jednak lepiej posiedzieć w domu, z książką?

Seksualność grubych ludzi to już temat rzeka. Często przez ludzi otyłych zakopany „na wieczne niemyślenie”. Bo przecież nie zasługujemy na to, by się nami interesowano, w końcu jesteśmy grubi…

Czy grubej można pożądać? Czy gruba nago może się podobać? Czy gruba w ogóle podobał zadaniu? Czy ona sama może z seksu czerpać przyjemność? A przede wszystkim: czy gruba zasługuje na seks?

Te punkty – podejście do własnego ciała, do nagości w każdym jej aspekcie – to chyba największe wyzwanie do przepracowania dla każdej osoby, która w końcu chce się pozbyć wewnętrznych kajdan. Owszem, zmiana nastawienia społeczeństwa byłaby bardzo pomocna, ale chyba już zbyt mała ze mnie idealistka, by uwierzyć w to, że się dokona szybko. Pozostaje nam więc praca nad samym sobą i naszym nastawieniem do tych tematów. Wiem, łatwo się mówi, a cholernie trudno robi. Uwierzcie mi, sama nad tym wszystkim pracuję i jestem ciągle jeszcze na początku drogi. Jestem jednym wielkim workiem różnorodnych kompleksów, których przepracowanie potrwa lata. Ale wierzę, że można i że dam radę. A to już pierwszy krok do sukcesu!

Jak sami widzicie książka ta wzbudziła we mnie wiele refleksji i zmotywowała do tego, by pierwszy raz od wieków napisać coś na blogu. Może dlatego, że wiem, że dla wielu poszukujących osób może być motywatorem? Jeżeli ten mój styczniowy wpis mógł być, to ta książka tym bardziej. Jeżeli więc dorastacie lub dorośliście do zmian w swym życiu, ale szukacie motywatorów, powinowactwa dusz i doświadczeń, to sięgnijcie po nią, zobaczycie, że się da! Tylko musi być w Was wola walki i tony motywacji. Ale w końcu po co są cele, jeżeli nie po to, by je realizować? Będzie ciężko, będą łzy i pot, ale zawsze wtedy pytam siebie: czy na serio chcesz się poddać i dalej tak żyć? Dalej chcesz mieszkać w mentalnej klatce ograniczeń? I wtedy ruszam do przodu, bo nie, chcę wolności, chcę, by mi było dobrze. I chcę być zdrowa, a szczupłość w tym pomaga.

Polecam książkę Danki wszystkim tym, którzy chcą się zainspirować i zmotywować, szczególnie, że na jej końcu znajdziecie jeszcze kilka innych historii ludzi, którzy odnieśli podobnie imponujące rezultaty. Bo prawdziwie chcieć to móc!

 

Fredro vs Fredro

teatr narodowy teatr 6 pietro

Ryzykantka? Chyba tylko tak mogę określić moją postawę, bo łasić się porównanie Fredry z Fredrą, wersji z Teatru Narodowego i z Teatru 6. piętro może tylko ryzykant. Cóż… Odrobina ryzyka w życiu nie szkodzi, do dzieła więc!

W ciągu jednego miesiąca miałam okazję obejrzeć tę samą sztukę w dwóch różnych adaptacjach. Najpierw był to „Mąż i żona” w reżyserii Jana Englerta (Teatr TVP, do obejrzenia TUTAJ), potem ponownie fragmenty tej sztuki w tej samej reżyserii w Teatrze Narodowym w przecudownych „Fredraszkach”, a na koniec „Fredro dla dorosłych – mężów i żon” w Teatrze 6. piętro. Sztuka tak samo cudowna, ale jakże inaczej zinterpretowana i zagrana!

Fabuła jest prosta: mąż, żona, przyjaciel – uczeń męża, służąca – przyjaciółka żony. Cztery osoby, a jakże skomplikowane relacje między nimi! Znudzona żona – Elwira – romansuje z przyjacielem domu – Alfredem. Ten z kolei z wielkim zapałem uwodzi służącą – Justysię, która jednocześnie jest obiektem gorących uczuć ze strony pana domu – Wacława. A komu sprzyja Justysia? To musicie sprawdzić sami! Jak widzicie pole do popisu jest, tyle możliwych szarad, zwodzenia, prób znalezienia alibi, udawania, tyle emocji, można dać popis gry aktorskiej!

Jan Englert przeniósł akcję do czasów dwudziestolecia międzywojennego (może ze względu na słynną swobodę obyczajów tamtego okresu?), a Eugeniusz Korin umieścił akcję w czasach współczesnych. Jednakże patrząc na całokształt obydwie zmiany czasowe nie wpływają miażdżąco na adaptacje. No, może u Korina gra ciałem, seksualność jest mocniej podkreślana i używana niż u Englerta. Poza tym różnią je tylko gadżety stosowane w trakcie gry. Scenografia zresztą to w tym przypadku sprawa wtórna, główna różnica leży w grze aktorskiej i reżyserii.

mąż i żona Englert Ścibakówna Suszyńska MałeckiWersja Englerta to Fredro jednocześnie dopracowany, zabawny, przejmujący i wciągający. To satyra, momentami farsa, ale ciągle elegancka i pełna wdzięku, urocza. To rozgrywka pełna pasji, namiętności, bezlitośnie odsłaniająca ludzkie przywary i słabości. Jan Englert jako Wacław jest nim w każdym aspekcie, gra wyśmienicie i z klasą. Beata Ścibakówna jest żywą osobą, a nie karykaturą znudzonej kobiety w starszym wieku opętanej miłością do młodszego mężczyzny. Milena Suszyńska świetnie sobie radzi z przewrotną rolą Justysi, wdzięcznej, pełnej seksapilu młodej służącej. A Grzegorz Małecki wyśmienicie sobie poradził w roli flirtującego bez ustanku, momentami bezlitosnego uwodziciela i uwodzonego.

Wersja telewizyjna ma jeden jedyny mankament – jest zbyt krótka. To cacuszko pod każdym względem.

ścibakówna małecki suszyńska fredraszkiFragmenty tejże sztuki są też częścią „Fredraszek” (o których pisałam TUTAJ) – przecudownej urody zabawa tekstami Fredry, połączona z refleksjami dotyczącymi samego autora i jego prac. „Mąż i żona” w tej interpretacji jest bardziej komediowy, lżejszy, bardziej swawolny, zmysłowy, rozkosznie zabawny. Tu więcej jest mrugania okiem w kierunku widza, więcej gry ciałem i mimiką. Jest to wersja lżejsza od tej z Teatru Telewizji, bliższa farsie z elementami erotyku.

fredro dla doroslych mezow i zon

„Fredro dla dorosłych – mężów i żon” to zdecydowanie bardzo współczesna adaptacja, nie tyle pod względem scenografii, co reżyserii i gry. Tu już nie ma lekkości i subtelnej zmysłowości, tu jest rubaszność, wręcz dosadność. To już mocno, wyraziście zagrana farsa, wręcz ocierająca się o groteskę. Tu tekst nie jest najważniejszy, równie istotna jest cielesność. Wiele tu łapania za różne części ciała, namiętności, zmysłowości. Aktorzy grają też bardzo wyraziście pod względem mimiki i głosu – te wszystkie miny i minki, gestykulacja, sposób poruszania się po scenie, dźwięki. To wszystko stwarza Fredrę w wersji mocno przerysowanej, momentami można mieć wrażenie, że obserwujemy stado zwierząt lub grupę jaskiniowców.

Ale żeby była jasność – to jest fajna wersja, szczególnie jeżeli chcemy się serdecznie uśmiać i zabawić na bardzo lekkim, nie wymagającym poziomie. Świetnie zagrane, ukłon tutaj szczególnie w stronę genialnej Jolanty Fraszyńskiej (jej Elwira to majstersztyk przerysowanej histeryczki doprowadzającej publiczność do salw śmiechu) oraz Michała Żebrowskiego (który jest jak wino – im starszy, tym lepszy, na dodatek odkryłam go tutaj pierwszy raz w roli tak mocno komediowej i zachwycił mnie zdecydowanie!).

Podsumowanie?

Mnie zdecydowanie bardziej uwodzi subtelniejsza, pełna uroku i nonszalancji wersja Jana Englerta. Ale obydwie bardzo mi się podobały, każda przemówiła do mnie w inny sposób, cieszę się, że je widziałam i mogłam porównać. Dzięki temu mogłam tę samą sztukę odkrywać na różnych poziomach i w różny sposób. I za to kocham Warszawę, za tak wiele możliwości.

A wszystkim, niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, polecam obejrzenie online Teatru Telewizji, bawcie się tak dobrze, jak ja!

Wybaczcie!

Skandaliczna cisza tutaj zapanowała. O książkach nie pisałam wieki, a jak już – bardzo rzadko! – się coś pojawia, to jest to teatr. Cóż, ta pasja aktualnie najbardziej mnie pociąga, jednakże latem wiele teatrów nie pracuje, więc jest szansa na to, że znowu wyrównam liczbę wpisów o książkach.

W każdym razie chciałam prosić o wybaczenie, brak postów to nie efekt olewania i lenistwa, tylko kompletnego wariactwa życiowego. Szukanie mieszkania, negocjacje, zakup, załatwianie spraw urzędowych, remont, wybór mebli, wszystkie te montaże, dowozy, sprzątanie, pakowanie, rozpakowywanie, układanie… Do tego Targi Książki, mnóstwo spotkań autorskich, różne związane z pracą zadania. Na okrasę trochę spotkań ze znajomymi i oczywiście wyjścia do teatru. Ledwie zipię! A pojutrze wprawdzie ruszam na dwutygodniowy urlop, ale spędzam go u rodziców, bo mama ma operację i będę kursować między domem a szpitalem. Mało urlopowo, co?

W każdym razie chciałam tylko dać znać, że żyję, pamiętam o blogu i o Was, tylko potrzebuję chwili na ogarnięcie życia. Dzisiaj w końcu przeniosłam wszystkie pierdoły do nowego mieszkania, najważniejsze rzeczy wepchałam do szaf i klapnęłam na tyłek. Mebli mam połowę, książki stosami zalegają na podłodze, bo jeszcze nawet nie zamówiłam półek, ale co tam, pomyślę o tym w lipcu, po powrocie. A na razie świętuję pierwszą noc na swoim!

Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro („Fredraszki” – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński
Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński
Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński
Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński
Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Bulwersująca kotka? („Kotka na gorącym blaszanym dachu” – Grzegorz Chrapkiewicz)

edyta olszówka, grzegorz małecki
Edyta Olszówka, Grzegorz Małecki

Kameralna scena. Półmrok. Wyraźnie widzimy tylko łóżko i lustrzane drzwi. I kobietę, piękną, seksownie ubraną i… nieszczęśliwą. Nie radzącą sobie z rzeczywistością. Samotną. Odrzuconą. Rozhisteryzowaną. Rozchwianą psychicznie. Desperacko kochającą swego męża, ale nie potrafiącą odzyskać jego miłości. Tak bardzo, przeraźliwie samotną!

Jest też i on – Brick. Też samotny, też nieszczęśliwy. I też nie radzący sobie ze światem i samym sobą. Jednakże o ile Margaret wszelkimi siłami pragnie go odzyskać, o tyle Brick próbuje o wszystkim zapomnieć, szuka tego „klika, który go uspakaja”, szuka go usilnie topiąc się w morzu alkoholu. Dni i noce spędzane za rozmytą mgłą upojenia. Próba zapomnienia, próba zniknięcia?

Gra między Brickiem a Margaret jest desperacka, pełna okrucieństwa, histerii, niechęci z jego strony, wszelkich prób z jej strony. Margaret za każdą cenę próbuje zmusić Bricka, by na nowo ją docenił, odkrył, pokochał, zauważył w niej kobietę. A Brick… On ma jej dosyć, nie chce na nią patrzeć, jest dla niej okrutny, wręcz agresywny. Ona histeryczka, on agresywny pijak. A co jest za tą fasadą?

Powoli odkrywamy kolejne warstwy tej relacji. Poznajemy ją także w głębszym kontekście, czy to rodzinnym, czy związanym z przyjaciółmi. Czy aby tylko przyjaciółmi? Są tu rozgrywki dotyczące władzy, pieniędzy, relacji międzyludzkich. Jest Duży Tata (Janusz Gajos), milioner, na którego majątek czyha starszy syn, którego ojciec zresztą… A nie, sprawdźcie sami!

To, co dzieje się w tej rodzinie jest mocno skomplikowane, wzbudza emocje, odrzuca, a jednocześnie stawia pytania. Bo czyż nie znamy wielu takich historii dookoła nas? Gdzie syn czeka na śmierć ojca, by przejąć majątek, ksiądz gładkimi słówkami próbuje wyciągnąć darowiznę, kobieta płacze z samotności, a mężczyzna topi rozpacz w alkoholu? Sytuacje tak znajome, że aż pewnie czasami boimy się sami do tej swojskości przyznać.

Janusz Gajos, Grzegorz Małecki
Janusz Gajos, Grzegorz Małecki

Spektakl buzuje od emocji, nie ma w nim momentu, w którym widzowie nie byliby wystawieni na próbę, gdy mogliby się uspokoić, czy wręcz znudzić. O nie, tutaj macie złość, krzyk, przemoc, przekleństwa, seks, odrzucenie, niezrozumienie i wiele więcej. To istny rollercoaster emocji!

Edyta Olszówka na początku mnie zniechęciła, była dla mnie zbyt rozchwiana, zbyt desperacka, zbyt histeryczna. Jednak powoli dobiła się do mojego serca, zaczęłam ją rozumieć i jej współczuć. Jednakże końcówka spektaklu do mnie nie przemówiła, no ale tutaj nie mogę mieć pretensji do aktorki. Ona sama bardzo dobrze się spisała, była wiarygodna w swej roli, a do tego bardzo seksowna, podejrzewam, że większość panów na widowni nie mogła od niej oderwać wzroku, a część pań bardzo jej zazdrościła 😉

Na początku myślałam coś w stylu „No to Grzegorz Małecki sobie tutaj nie pogra…”, ale bardzo się cieszę, że się myliłam. Ma niełatwą rolę do odegrania, bohatera niejednoznacznego, pełnego wątpliwości i niechęci, również niechęci do samego siebie. Wściekłość w nim buzuje, nie wybucha tylko wtedy, jeżeli jest zostawiony sam na sam z butelką. A jak na złość wszyscy czegoś od niego chcą – miłości, dziecka, posłuszeństwa, uwagi, wyrozumiałości. A przed nim dwie najważniejsze rozgrywki – z Margaret i z Dużym Tatą. Jak to się skończy?

Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos
Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Janusz Gajos i Ewa Wiśniewska jako Duży Tata i Duża Mama to majstersztyk. Świetne pokolenie aktorów, stara dobra szkoła. Porywają, angażują uwagę widza, chwytają za serce. A pan Gajos dodatkowo ma w tym spektaklu świetną rolę, bohatera przerysowanego, ale cudownie barwnego, z charakterkiem.

„Kotka na gorącym blaszanym dachu” to świetna sztuka ku zastanowieniu, refleksji. Porywa, przeraża, zniechęca, odrzuca. Dużo w niej elementów, które mogą być dla niektórych niemile widziane – początek ocieka seksem, dużo tam przekleństw, przemocy, a jeszcze ten wątek Skippera… To może być dla niektórych zbyt wiele. Zresztą wczoraj dwie osoby wyszły w trakcie sztuki, chyba przekroczyła ona ich normy, wprowadziła ich poza tzw. „strefę komfortu”, zbulwersowała. A i tak na zakończenie aktorzy wychodzili trzykrotnie, dostali owację na stojąco, to pokazuje, jak mocno porusza widownię!

Kotka6

Ja po wyjściu miałam mętlik w głowie, nie potrafiłam jasno ocenić ani głównych bohaterów, ani tego, co się wydarzyło na scenie. A na zewnątrz szalała burza z piorunami, jakże adekwatnie do tego, co się dopiero wydarzyło…

PS. Żałuję, że gdy kupowałam bilety nie wiedziałam, że 29 maja będzie setne przedstawienie, kupiłabym bilety na ten dzień.

PPS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.