Jaki naprawdę był? („Cesarz Kaligula” – Ingmar Villqist)

Kaligula4_125
W roli Kaliguli na zdjęciu Mateusz Bieryt. My oglądaliśmy Michała Kościuka.

Dwa tygodnie temu miałam okazję obejrzeć nowe przedstawienie w krakowskim Teatrze Bagatela„Cesarza Kaligulę” w reżyserii Ingmara Villqista. I od tego czasu gryzę się z tym spektaklem. Z jednej strony niezbyt mi się podobał, z drugiej… jakoś mnie zafascynował. A może o to chodziło jego twórcom?

Ten spektakl ma swoistą konstrukcję szkatułkową – aktorzy grają aktorów, którzy występują w filmie o słynnym cesarzu. Naprzemiennie mamy więc okazję obserwować świat planu filmowego oraz odgrywaną przez nich wersję życia Kaliguli. Gdy tylko dawałam się pochłonąć opowieści o jednym z najsławniejszych starożytnych władców następowało przeniesienie i znajdowaliśmy się na planie filmowym, gdzie np. kręcono duble czy następowały rozgrywki między ekipą filmową. Taki zabieg nie pozwalał na głębsze wejście w świat starożytny, jednak pomagał dostrzec uniwersalność np. gry o władzę, intryg międzyludzkich. I chociaż ja osobiście wolałabym otrzymać wersję tylko i wyłącznie skupioną na Kaliguli, to upływ czasu między spektaklem a pisaniem tego tekstu pozwolił mi na dostrzeżenie zalet takiego rozwiązania, dzięki niemu sztukę łatwiej odnieść do teraźniejszości i zobaczyć, z jak de facto uniwersalnymi problemami zmagał się Kaligula.

Kaligula4_396
Cherea (Anna Rokita) oraz dwóch Senatorów (Adam Szarek oraz Paweł Sanakiewicz)

Jest on tu przedstawiony bardziej ludzko, niż zazwyczaj. Widać, że reżyser zastanawiał się nad tą postacią bardzo długo, nad tym, co ukształtowało go w taki, a nie inny sposób. Kaligula Villqista to młody, zagubiony człowiek, wcześnie pozbawiony rodziców, wystawiony na okrucieństwa mordów, intryg, molestowany przez dziadka. Do tego człowiek z wielką władzą, co skutkuje tym, że z jednej strony jest wystawiony na ciągłe niebezpieczeństwo ze strony spiskujących senatorów, z drugiej strony każdy jego krok jest nieustannie chwalony. Stresująca i zaburzona sytuacja. Dzięki takiemu przedstawieniu można się zastanawiać, czy aby na pewno wiemy wszystko o Kaliguli? Czy może jednak osądzaliśmy go według niepełnych przesłanek? Zresztą tak sobie dumam, że piękną klamrą spina całość profesor historii, który pojawia się od czasu do czasu na planie filmowym i próbuje przekazać właśnie to – jak niejednoznaczna jest postać cesarza, na jak niepewnych przesłankach stoi cała nasza dotychczasowa wiedza. Niestety, nikt go nie słucha…

Kaligula4_164
Makron (Jakub Bohosiewicz) oraz Sabinus (Kosma Szyman)

Jak już pisałam nie podobało mi się założenie związane z planem filmowym. Owszem, doceniam jego zasadność, ale jednak jest ono dla mnie zbytnim upraszczaniem, „waleniem wprost”, szczególnie, że przyjęta została typowa estetyka jaka przeciętnie kojarzy się z takimi przedsięwzięciami (przynajmniej bazując na wizji portali plotkarskich) – służalczość, intrygi, wulgarność, rozpasanie erotyczne. I owszem, widzę, jak te zabiegi łączą się w całość (szczególnie w drugiej części spektaklu), ale i tak zdecydowanie bardziej przemawia do mnie część stricte związana z Kaligulą.

Kaligula jawi się jako bardzo zagubiony człowiek, poszukujący swego miejsca na świecie, zrozumienia, miłości, nie odnajdujący się w roli, która została mu przydzielona. Grono senatorów ciągle dybie na jego życie, planując kolejne zamachy, w których niestety bierze też w końcu udział wierny z pozoru legionista Cherea. Wierny Makron broni swego cesarza, cóż jednak może zrobić, gdy on sam wystawia się na śmierć? Historia walki o władzę, intryg, międzyludzkich rozgrywek oraz tego, jak to wszystko wpływa na ludzką psychikę.

„Cesarz Kaligula” zawiera według mnie sceny, które były niepotrzebne, np. te przebitki z tańcem, sporo gestów, które można było usunąć, sceny filmowe mogłyby zostać skrócone, a już szczególnie ta z kręcenia orgii (która miała służyć chyba głównie szokowaniu publiczności, bo by przekazać informacje o molestowaniu młodego Kaliguli nie potrzeba było aż tyle czasu). Jednak wiele scen było pięknych – wyważonych, czasami wręcz ascetycznych w przekazie, a i tak buzujących emocjami. Pierwsza połowa jednak prosiłaby się o przemyślenie, owszem, w drugiej połowie wszystko łączy się w całość, jednakże ryzykujemy tym, co wydarzyło się w trakcie naszego pobytu – przynajmniej kilkoro widzów wyszło w trakcie przerwy. Owszem, jest to pewnego rodzaju ryzyko zawodowe w tym przypadku, jednakże nie można przecenić roli dyskomfortu, który może sprowokować widza do powiedzenia „dosyć”.

Kaligula4_484fotPiotrKubic
Makron (Jakub Bohosiewicz) w swym przepięknym kostiumie.

My mieliśmy okazję oglądać w roli Kaliguli Michała Kościuka, który według mnie poradził sobie z nią całkiem dobrze, szczególnie w drugiej połowie wzbudzał we mnie uczucia żalu i wzburzenia. Dobre wrażenie zrobiła także Anna Rokita jako Cherea, zresztą sporo drugoplanowych w tym przypadku aktorów zaprezentowało się ciekawie. Jednakże cały spektakl ukradł – i to w 100% – odtwórca Makrona, czyli Jakub Bohosiewicz. O raju, jak on to zagrał – moc, mrok i urok. Do tego świetny głos, bardzo dobra mimika, gestykulacja i ruch sceniczny, sam miód. Oczu nie szło oderwać! Wydatnie pomagał też w tym jego kostium, a właśnie…!

Męskie kostiumy to bardzo mocny plus tego przedstawienia – proste, ale świetnie wymyślone, wyraziste, dobrze dobrane. Każda postać otrzymała dobrany pod siebie kostium w wybranej kolorystyce, bardzo dobrze uszyty, do tego piękne buty, naprawdę miło było popatrzeć na panów, co niestety w teatrach wcale nie jest normą. Dużo bladziej wypadały panie. Druzylla sukienkę miała ładną, buty jednakże strasznie jarmarczne, a Caesonia miała przedziwne sukienki, z jedną z nich walczyła zresztą całą pierwszą połowę – nagminnie odrzucając nogą lub ręką fałdę sukienki, by ta pokazywała jej nogi. Denerwujące i niepotrzebne.

Kaligula4_177
Kaligula (Mateusz Bieryt) oraz Miłość (Patryk Kośnicki)

Czytam to, co napisałam i wychodzi na to, że generalnie „Cesarz Kaligula” – mimo niepotrzebnych scen, zbytnich dłużyzn, przesadnych przejaskrawień – zrobił na mnie wrażenie większe, niż myślałam na gorąco, że zrobił. Nie jest to spektakl, który zostanie ze mną całe życie, jednakże jest ciekawym przykładem niejednoznacznego i trudnego do oceny spektaklu, który gdzieś tam we mnie siedzi i drażni zmysły. No i warto go obejrzeć chociażby dla Jakuba Bohosiewicza, który został mianowany odkryciem krakowskiego weekendu kulturalnego.

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych teatru. Fot. Piotr Kubic.

PS. „Naszego” Kaligulę grał Michał Kościuk, który w kostiumie cesarza prezentował się tak:

16907996_1211279885608043_1964193921483407360_n(1)
Michał Kościuk w kostiumie Kaliguli

Zanurkuj w nieznane

ChallengerDeep-parallax-b

Jak to jest być chorym psychicznie? Co się wtedy myśli, co się czuje? Dzięki tej książce mamy okazję chociaż trochę zbliżyć się do poznania tego stanu.

„Głębia Challengera” to opowieść Cadenie Boschu, nastolatku z pozoru takim sam, jak wszyscy inni. Ma może zbyt wybujałą wyobraźnię, którą od czasu do czasu niepokoi dorosłych, ale przecież to okres dojrzewania, minie mu z czasem.Jednak Caden coraz częściej ma wrażenie, że jest członkiem załogi statku, który płynie zmierzyć się z najgłębszym miejscem na Ziemi, głębią, która skrywa największe skarby świata.

Caden z czasem coraz dłużej przebywa na statku, a coraz rzadziej w rzeczywistości. Zaczyna się zmieniać – ma problemy ze skupieniem, z nauką, ze snem, z jedzeniem, nawet z ukochanym hobby – rysunkiem. Przyjaciele powoli się od niego odsuwają, rodzina obserwuje go z rosnącym zaniepokojeniem. A on… chodzi. Chodzi godzinami, każdego dnia, z obtartymi do krwi stopami, często na boso, chodzi, bo musi, czuje wewnętrzny przymus.

Rodzice w końcu nie wytrzymują i umieszczają chłopaka w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ma przejść leczenie i wrócić do codzienności wyleczony. Ale czy mu się to uda? Czy można zwyciężyć ze schizofrenią?

Na początku męczyłam się strasznie. Krótkie rozdziały – przeskoki z jednej rzeczywistości Cadena do drugiej – sprawiały, że mój mózg wysyłał komunikat „daj sobie luz, po co ci ta męka z taką pojechaną książką?”. Nie mogłam się odnaleźć, mój racjonalny mózg cierpiał. Ale o to właśnie chodzi, by czytelnik mógł odczuć, jak to jest, gdy się jest chorym. Jakie to wielkie wyzwanie, jaki trud, by ogarniać to, co się dzieje w naszym mózgu, jak straszliwa wojna czeka osobę, która chce podjąć się nierównej walki z chorobą. Kiedy zaczęłam tak myśleć, to ta lektura nagle stała się fascynująca, poczułam ją jako studium chorego mózgu, wręcz dałam się jej „wessać”.

Muszę przyznać, że na ile oceniać to mnie – zupełnemu laikowi w tej kwestii – autorowi bardzo realistycznie udało się oddać stan, w którym funkcjonuje chory na schizofrenię, jego myśli i zachowania. Zapewne bardzo pomógł mu fakt, że syn Neala Shustermana boryka się z chorobą psychiczną, którą ponoć udało się przezwyciężyć, no ale jest to przeżycie pozostawiające niepewność i swoiste piętno na całe życie. Zresztą rysunkami wykonanymi przez syna autor postanowił unaocznić to, o czym pisał.

Trzeba przyznać, że w opowieść ta jest zgrabnie napisana, styl jest dobry, miałam tylko momentami wątpliwości, co do błędów, które się pojawiały (np. król Lir), czy to wynikać miało z narracji osoby chorej, czy jest to niechlujność językowa, którą przepuściła redakcja (w co aż mi trudno uwierzyć). Ale też jest całkiem sporo ciekawych porównań, wierzę, że osoby lubiące zaznaczać cytaty miały tu co robić.

„Gdybym żył w czasach biblijnych, być może uznano by mnie za proroka, bo bądźmy szczerzy, są tylko dwie możliwości: albo prorocy rzeczywiście słyszeli Boga, który do nich przemawiał, albo byli chorzy umysłowo. Jestem pewien, że gdyby prawdziwy prorok objawił się dzisiaj, dostałby masę zastrzyków haldolu, aż w końcu otworzyłyby się niebiosa i ręka boska sprałaby lekarzy na kwaśne jabłko.”

„Głębia Challengera” to bardzo poruszająca książka, którą warto przeczytać, by otworzyć sobie umysł, poznać lepiej sposób myślenia i funkcjonowania osób, które najczęściej społeczeństwa mniej lub bardziej świadomie wyrzucają poza nawias. Warto ją przeczytać również po to, by lepiej pojąć, jak niebezpiecznym i mrocznym oceanem potrafi być nasz umysł, jak wrażliwym instrumentem jest i jak wiele krzywdy może uczynić nam samym, a w konsekwencji naszym bliskim.

A czy Wy zechcecie zanurzyć się w głębię Challengera?

Odważyć się na zmiany

17273247_10154133802411076_1420105518_o

Po wpisie „Rok zmian, czyli o tym, dlaczego 2016 był ważny!” ruszyła lawina wiadomości, maili, dziesiątki różnych, bardzo pozytywnych reakcji. Spodziewałam się ich, jednak skala i tak bardzo pozytywny odbiór przerosły me przewidywania! Pisaliście o tym, jak bardzo był to pozytywny, inspirujący, motywujący wpis, dzieliliście się doświadczeniami, zdarzały się wręcz podziękowania za to, że go napisałam! Przez kilka dni po publikacji chodziłam z uśmiechem na twarzy. Nagle odezwała się też Danuta Awolusi, która w swojej książce – „Odważona. Dziewczyna minus 70 kg” podzieliła się swoją historią. Danka zaproponowała mi lekturę i sprawdzenie, na ile nasze historie się pokrywają. Oczywiście się skusiłam i w konsekwencji powstaje ten wpis. Nie recenzja, ale półosobisty wpis inspirowany książką.

Ale najpierw krótko na jej temat – „Odważona” to opis dorastania do zmian, procesu wprowadzania ich w życie, konsekwencji, jakie przynosiły, roli psychiki, sportu, wsparcia, niebezpieczeństw, jakie pojawiają się na drodze osoby zmieniającej takie nawyki. Do tego oczywiście sporo o jedzeniu i innych aspektach praktycznych. Generalnie całościowy opis procesu przechodzenia przez zmiany. Tylko trzeba mieć świadomość tego, że to jest historia Danusi, nie można jej traktować uniwersalnie, bo każdy z nas ma inne potrzeby, cele, możliwości i ograniczenia. O czym zresztą sama autorka wielokrotnie wspomina. Jeżeli więc traktujemy tę książkę jako inspirację, to pewnie, świetna sprawa, bo ukazuje, że naprawdę wiele jest możliwe (i opisane jest to realnie, bez hurraoptymizmu i ukrywania ciemniejszych stron takich zmian), tylko nie zagalopujmy się i nie przekładajmy metod 1:1, sprawdzajmy, co jest dobre dla nas.

A w szczegółach?

W szczegółach to wielokrotnie chciałam krzyknąć „to o mnie!”. Mimo tego, że Danusia schudła 70 kg, ja na razie jakieś 15 kg (docelowo chcę dobić mniej więcej do 20 kg), to jednak droga, przez którą się przechodzi jest podobna. A już procesy psychiczne bywają wręcz identyczne!

Na początku lektury wyłapywałam głównie różnice, ciekawe, czy dlaczego. W każdym razie widzę, że Danusia była (jest?) o wiele bardziej rygorystyczna. Ja po pierwszych miesiącach bardzo ostrego przestrzegania narzuconych sobie przez siebie samą zasad i po pierwszym potężnym kryzysie psychicznym trochę odkręciłam śrubę. Przez to chudnę baaaardzo wolno, ale – na razie? – nie mam już takiego ciężaru psychicznego, jest mi łatwiej traktować te zmiany jako nowy styl życia, niż właśnie „dietę” (do czego miałam tendencję wcześniej). Teraz postrzegam te zasady bardziej jako coś, co przyniosło mi nowy komfort życiowy i co ma zostać ze mną na zawsze. Ma być gorsetem, który trzyma mnie „w formie”, jednak nie takim, który nie daje mi odetchnąć pełną piersią. Na początku właśnie taki sobie założyłam i w konsekwencji był solidny trach! Boleśnie nauczyłam się tego, że dietetycy i inni specjaliści nie od kozery twierdzą, że tzw. „cheat meal” jest zdrowy dla psychiki, że nie ma się co pałować tym, że zjadło się coś zakazanego. Trzeba się mentalnie „otrzepać” i dalej robić dobrą robotę. Nie ustawać. Gorsze momenty zdarzać się będą zawsze i tylko nie możemy dopuścić do tego, by zawaliły one całość. Zauważać, analizować i wracać na dobre tory, to według mnie element sukcesu.

Druga różnica to podejście do pomocy – czy to do specjalistów, czy do wsparcia bliskich czy przyjaciół. Owszem, ja na początku też nie trąbiłam o zmianach na prawo i lewo (chociaż wiedziały o nich dwie bliskie osoby), to jednak nie czułam takiego oporu, by o tym rozmawiać, gdy była odpowiednia okazja czy padały pytania. Dla mnie wręcz wsparcie bliskich było niezbędne, bez nich już dawno rzuciłabym to w kąt przy pierwszych ciężkich chwilach. Widocznie nie mam aż tak silnej psychiki lub jestem bardziej nastawiona na pozyskiwanie bodźców również z zewnątrz, motywacja wewnętrzna nie była dla mnie wystarczająca. Z pomocy dietetyka nie korzystałam, jednak obserwuję w ciągu ostatnich lat bardzo fajne zmiany u moich znajomych, którzy do takich specjalistów chodzą i to pewnie, jak ze wszystkim – trzeba trafić dobrze. Ja sama niedługo wybiorę się do specjalisty, który zajmuje się 3 czy 4 z moich znajomych, bo chcę z nim przedyskutować różne kwestie (a niestety Internet daje tyle różnych odpowiedzi, że nie jestem w stanie samodzielnie przesiać, co z tego należy do śmieci, a co nie) + chcę porozmawiać o tym, dlaczego waga od pewnego czasu prawie stoi w miejscu (pewnie muszę wkroczyć na kolejny etap lub wprowadzić kolejne zmiany, może popełniam jakiś błąd). Jestem bardzo ciekawa tej wizyty!

Kolejna różnica, to podejście do niektórych produktów – część z nich Danka widzi jako zło, a ja jako coś, co może spożywać, byle w sensowny sposób, a część odwrotnie. No, ale to akurat zupełnie normalne, wszyscy to dobrze znamy!

A podobieństwa?

  1. Postrzeganie „gotowców” – przetworzone produkty, to w potężnej większości zło i świństwo. Składy wołają o pomstę do nieba! Wszędzie cukry (te wszystkie syropy, fruktozy i inne formy cukru), wszędzie dużo za dużo soli, najgorsze tłuszcze, a do tego mnóstwo „polepszaczy smaku” i utrwalaczy. Jedno wielkie fuj i rzecz do trzymania się z daleka. Ja również, jak i Danka staram się spożywać jak najwięcej rzeczy, które przygotowuję samodzielnie. Do tego dochodzą produkty, które mają jak najczystszy skład. Oczywiście, nie uniknę produktów przetworzonych (chociażby dlatego, że jadam na mieście, czy ze względu na to, że czasami mam zachciewajki), jednak robię wszystko, by było ich jak najmniej. A już zdecydowanie wykluczyłam wszelkie masowe mieszanki przypraw, sosy etc. Całe szczęście bez większego problemu można dostać przyprawy i zioła bez dodatków, część można też uprawiać samodzielnie (przyznaję, że tego już mi się nie chce robić). Świeże owoce i warzywa to podstawa mojego żywienia. Do tego dobre mrożonki i kiszonki. Trochę kasz, zero makaronów (z wyjątkowym pałaszowaniem od czasu do czasu jakiegoś razowego), praktycznie zero pieczywa, jajka „ze wsi”, sporo kasz. Jeszcze dużo mogłabym zmienić na lepsze, jednak i tak jestem zadowolona, ja, moje psyche i moje ciało.

  2. Nie wpadłam tak głęboko w sport, zresztą przy Danusi to ja jestem leniwą kluchą, bo moje ćwiczenia są krótkie i zdecydowanie mniej wymagające od jej. Jednak tak samo doceniamy wagę aktywności fizycznej. Sorry resory, bez wprowadzenia ruchu nie da rady. Owszem, można schudnąć tylko trzymając dietę. Tylko co się stanie, gdy ją skończymy? Bo diety przecież z założenia się kiedyś kończą. No właśnie, dobrze to wszyscy znamy – mniej lub bardziej wracamy do poprzedniego stanu i tyle. Zresztą nawet z drakońską dietą zejdziemy tylko do pewnego stanu, dalej już nie. Sport pomaga w utracie wagi, ma wpływ na metabolizm i generalnie na całokształt naszego funkcjonowania – zarówno ciało, jak i mózg i duszę. Nie chodzi o to, by się katować godzinami na siłowni, tylko by znaleźć taką aktywność fizyczną, która jest odpowiednia dla nas, pomaga nam realizować cel. Zresztą jeżeli znajdziemy coś, co będzie dla nas fajne, to sami się automatycznie wkręcimy. A wybór jest olbrzymi, niekoniecznie trzeba też chodzić na siłownę (nigdy mnie tam nie widziano, ćwiczę w domu!). Jeżeli nie chcecie korzystać z pomocy specjalisty, to skorzystajcie z Internetu, naprawdę jest masa dyscyplin, zasobów, z których możecie skorzystać, YouTube jest zalany przez filmy z instrukcjami i ćwiczeniami. Poza tym aktywność sportowa pomoże nie tylko mięśniom, ale i skórze (co ma znaczenie przy większej utracie wagi) i generalnie wspomoże zmiany na lepsze.

  3. Zachwyt, gdy w końcu nie musisz być skazana na jeden sklep i 3 sklepowe półki z ciuchami. Gdy zaczynasz się mieścić we wszystko, gdy każde miejsce stoi dla Ciebie otworem! Pamiętam moje szczęście, gdy zaczęły mi się zmieniać rozmiary. Gdy pierwszy raz od lat weszłam w sukienkę rozmiar M (a ostatnio nawet S!), gdy przestałam się ograniczać do wyszukiwania 1-2 marek w każdym centrum handlowym. Cóż to za cudowne uczucie! Chociaż ma też mroczniejszą stronę – ciągle che mi się nowych ciuchów, zbankrutuję niedługo! Inna sprawa, że też ciągle potrzebuję nowych ubrań, bo nawet te z ubiegłego roku przecież już są za duże, więc non-stop odkrywam: potrzebuję spodni, bluzki, spódniczki, sukienki, płaszczyka, żakietu, bielizny, a nawet… butów. Wszystkiego! Sponsor zmian potrzebny od zaraz 🙂

Ale największe podobieństwo, to podobieństwo psychiczne i postrzegania samych siebie. Tutaj co chwile w duszy wołałam „to o mnie, to o mnie!”. Zadziwiające, jak wiele podobieństw jest „wkonstruowanych” w mózgi grubych ludzi. Jak bardzo czujemy się gorsi, społecznie odrzuceni, niechciani, ciągle na cenzurowanym (znowu je! Zobacz, co ona je! Zobacz, jak ona wygląda! O matko, jaki grubas!), pod jaką ciągłą presją jesteśmy. Niewiarygodne, że żyjemy tak całymi latami. Nic właściwie dziwnego, że wielu otyłych ludzi w konsekwencji chowa się w domach i zajada kolejne upokorzenia. Jak wiele odwagi i motywacji potrzeba, by dojrzeć do zmian, a o ile więcej ich potrzeba, by je wprowadzić w życie i w nich wytrwać. Danusia pisze o tym, jak to chodziła biegać nad ranem, byle nie spotkać nikogo na ulicy, bo czuła, że w duchu te osoby będą ją oceniać, wręcz wyśmiewać to, że „gruba udaje, że biega”. Wspomina też o tym, że m.in. dlatego czuła tak duży opór przed dzieleniem się z innymi informacją o zmianach, bo czułaby się na nowo oceniana, szczególnie oceniana z oczekiwaniem na porażkę, kiedy się podda, kiedy nawali. Bo przecież grubi zawsze nawalają, inaczej by się tak nie spaśli.

Danka pisze też o tym, jak powoli zmienia się psychika osoby grubej, że grubym się – mentalnie – nawet latami po odchudzeniu. Patrzymy w lustro i nadal widzimy grubaska, nadal się kontrolujemy, bo przecież „grubym nie wolno/nie wypada/nie powinni”. Zawsze nas zaskakuje fakt, że mieścimy się w jakiś ciuch, że nie musimy zmierzać w stronę działu „plus size”. Nie ma zupełnego luzu, zawsze gdzieś tam w głębi pali się czerwona lampka. Nad postrzeganiem siebie i własnego ciała trzeba pracować latami, a zmiany nie są łatwe, to raczej skomplikowany i bolesny proces.

17310410_10154137463406076_101964862_o

Autorka nie boi się też poruszać tematów, które właściwie są tabu dla większości, przez część osób uważane są za obrzydliwe: nagość grubych ludzi i seks.

Nagość jest dla większości z otyłych ludzi koszmarem. Bo przecież społeczeństwo przez kilkadziesiąt lat dosadnie danej osobie pokazało, że gruby jest brzydki, czasami obrzydliwy. Więc jak tu się swobodnie pokazać nawet nie tyle nago, co chociaż w kostiumie kąpielowym? Pobyt na plaży często wiąże się ze stresem, bo przecież ludzie będą nas oceniać (patrz: w głębi duszy wyśmiewać), a czasami jakiemuś szczeremu dziecku jeszcze się wyrwie „popatrz mamo/tato, jaka gruba pani!”. Po co to komu, może jednak lepiej posiedzieć w domu, z książką?

Seksualność grubych ludzi to już temat rzeka. Często przez ludzi otyłych zakopany „na wieczne niemyślenie”. Bo przecież nie zasługujemy na to, by się nami interesowano, w końcu jesteśmy grubi…

Czy grubej można pożądać? Czy gruba nago może się podobać? Czy gruba w ogóle podobał zadaniu? Czy ona sama może z seksu czerpać przyjemność? A przede wszystkim: czy gruba zasługuje na seks?

Te punkty – podejście do własnego ciała, do nagości w każdym jej aspekcie – to chyba największe wyzwanie do przepracowania dla każdej osoby, która w końcu chce się pozbyć wewnętrznych kajdan. Owszem, zmiana nastawienia społeczeństwa byłaby bardzo pomocna, ale chyba już zbyt mała ze mnie idealistka, by uwierzyć w to, że się dokona szybko. Pozostaje nam więc praca nad samym sobą i naszym nastawieniem do tych tematów. Wiem, łatwo się mówi, a cholernie trudno robi. Uwierzcie mi, sama nad tym wszystkim pracuję i jestem ciągle jeszcze na początku drogi. Jestem jednym wielkim workiem różnorodnych kompleksów, których przepracowanie potrwa lata. Ale wierzę, że można i że dam radę. A to już pierwszy krok do sukcesu!

Jak sami widzicie książka ta wzbudziła we mnie wiele refleksji i zmotywowała do tego, by pierwszy raz od wieków napisać coś na blogu. Może dlatego, że wiem, że dla wielu poszukujących osób może być motywatorem? Jeżeli ten mój styczniowy wpis mógł być, to ta książka tym bardziej. Jeżeli więc dorastacie lub dorośliście do zmian w swym życiu, ale szukacie motywatorów, powinowactwa dusz i doświadczeń, to sięgnijcie po nią, zobaczycie, że się da! Tylko musi być w Was wola walki i tony motywacji. Ale w końcu po co są cele, jeżeli nie po to, by je realizować? Będzie ciężko, będą łzy i pot, ale zawsze wtedy pytam siebie: czy na serio chcesz się poddać i dalej tak żyć? Dalej chcesz mieszkać w mentalnej klatce ograniczeń? I wtedy ruszam do przodu, bo nie, chcę wolności, chcę, by mi było dobrze. I chcę być zdrowa, a szczupłość w tym pomaga.

Polecam książkę Danki wszystkim tym, którzy chcą się zainspirować i zmotywować, szczególnie, że na jej końcu znajdziecie jeszcze kilka innych historii ludzi, którzy odnieśli podobnie imponujące rezultaty. Bo prawdziwie chcieć to móc!

 

Boylesque & Burlesque Show, czyli o niespełnionej nocy zmysłów

Tego jeszcze nie było! 11 lutego miałam okazję uczestniczyć w „Boylesque & Burlesque Show” w Teatrze Druga Strefa. Od wieków chciałam zobaczyć jakąś ciekawą burleskę. Wydarzenie to zrobiło na nas duże wrażenie, jednak nie jestem pewna, czy o tego typu efekt chodziło twórcom…

Rozmowy przeprowadzone w przerwie i po spektaklu zaowocowały pomysłem stworzenia recenzenckiego dwugłosu! Do rozmowy o tym wieczorze zaprosił mnie Włodzimierz Neubart, czyli Chochlik kulturalny (krytyk, który w niecały rok blogowania został dostrzeżony i doceniony przez branżę teatralną). Stworzyliśmy więc dla Was tekst o wydarzeniu, które miało zagotować naszą krew. Czy tak się stało?

*****

bur5Włodek: Bawiłaś się dobrze na walentynkowym spektaklu burleskowo/boyleskowym?

Agnieszka: Niestety, nie. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania (styl Dity von           Teese), jednak to, co otrzymaliśmy było dalekie od poziomu, który myślałam, że zostanie zaprezentowany.

Włodek: Zaraz, zaraz… Przecież wiedziałaś, że nie idziesz oglądać Chippendales`ów…

Agnieszka: Tak (i właściwie dobrze, bo według mnie to już jest poziom niżej niż taka burleska, którą uprawia wspomniana wyżej Dita), tylko zabrakło mi tutaj dopracowania, spójności, dbałości o szczegóły, nawet momentami umiejętności. Najzwyczajniej w świecie poziom był zdecydowanie niższy od oczekiwanego. Momentami show sprawiał wrażenie prowizorki.

Włodek: Ja szedłem z nadzieją, że będzie wesoło. Nie szukałem tu Dity, bo wiedziałem, że to nie ten rodzaj burleski. Spodziewałem się, że będzie to kawał solidnej roboty i zabawne numery ubrane w płaszcz burleskowego świata.

Agnieszka: A co otrzymałeś?

Włodek: Hmm… Czy ja wiem? – samej burleski było tu niewiele. Co gorsza – nie widziałem sztuki…

Agnieszka: O, właśnie! Ja też po wyjściu z teatru powiedziałam dokładnie to samo: zabrakło mi sztuki w sztuce. Wesoło może i było, przynajmniej dla części widowni, niektórzy przecież wyli, tupali, śmiech się niósł…

Włodek: Ale – wybacz – wieczór nie był dla Ciebie chyba aż tak nieudany? Bawiłaś się śietnie! Zawiązała się zdaje się w pierwszym rzędzie mała loża …

Agnieszka: Oczywiście, wieczoru nie mogę nazwać nieudanym, ponieważ towarzystwo, w którym go spędzałam było bardzo zacne i bawiłam się w nim świetnie. Obawiam się, że byliśmy taką lożą szyderców, jednak to była reakcja na to, co się działo. Reakcja obronna. Jednakże był to efekt uboczny.

Włodek: Zachowywałaś się kiedyś w teatrze w ten sposób? Bo ja nie…

Agnieszka: Nie, nigdy! Na palcach jednej ręki można pewnie policzyć spektakle, na których wypowiedziałam więcej niż jedno zdanie. A tutaj gadaliśmy i gadaliśmy, komentarze były wymieniane nieustannie. Owszem, np. na „Fredraszkach” czy „Ślubach panieńskich” zdarza mi się serdecznie śmiać, ale to jednak inna „bajka” niż to, co działo się w trakcie tego show.

bur4Włodek: Zastanawiałem się długo, co nas do tego sprowokowało. Powtarzaliśmy w trakcie występów, że brakowało w nich jakości. Mówiłem wręcz, że gdyby wyciągnąć kogoś z widowni, wyglądałoby to pewnie o niebo lepiej. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ruch sceniczny był tak toporny. Pamiętasz, pokazywałem na żywo, jak można byłoby niektóre gesty wykonać. Robiłem to siedząc, od niechcenia, a wyglądało jakby lepiej…

Agnieszka: Też się zastanawiałam. Czy to wynika z braku spójnej wizji, jak ma wyglądać całość? Czy też z braku artystów na tym rynku? A może ma tu znaczenie też nikła potrzeba publiczności, by oglądać wysokiej jakości występy? Zobacz, jakie były reakcje większości widzów – wydawało mi się, że naprawdę wielu osobom się podobało. A przecież część z występujących niezbyt nawet potrafi tańczyć – bardzo drewniane, toporne ruchy, przejścia między tańcem a rozbieraniem typu „a przystanę sobie i rozwiążę wstążki”, brak pomysłu na to, by dany numer był perełką. Mnie zabrakło właśnie talentu i chęci olśnienia innych, włożenia w to serca, by zapewnić widzom show na najwyższym poziomie.

Włodek: Aaa… , żeby była jasność – nie do wszystkich występujących mam takie same zarzuty. Niektórym wychodziło to jednak trochę lepiej niż innym. Tak czy owak, dla mnie to było tak szalenie niedopracowane. Nawet jak był jakiś pomysł na numer, to nie wypalał. Czegoś zabrakło. Umiejętności? Prób?

Agnieszka: O właśnie, też się zastanawiałam, czy były w ogóle jakieś próby!

Włodek: Były, tu gwarantuję, było sporo prób.

Agnieszka: Tym bardziej dziwi mnie efekt. Dla mnie przykładem braku talentu i pomysłu były pokazy, które zaprezentował Kim Lee. Tam nie było absolutnie nic ciekawego, a poziom tańca okazał się bardzo niski. Miałam wrażenie, że to osoba „z ulicy”, która dostała szansę na występ.

Włodek: Kim mnie również rozczarował najbardziej. Miałem wrażenie, że sam nie wie do końca, co ma tam robić…

Agnieszka: Jakby go ktoś postawił na scenie i powiedział: występuj.

bur2Włodek: Rozczarował mnie też Gąsiu, słuchałem wcześniej fantastycznego wywiadu radiowego, w którym opowiadał o sztuce boyleski. Podobało mi się. A potem wyszedł na scenę i… OK, rozumiem, była kontuzja, ale cała otoczka, te przybrudzone czerwone stringi, te gesty, ten pomysł na numer… Dramat!

Agnieszka: Tak, ja też o nim słyszałam wcześniej i też przyznaję, że niestety poczułam się rozczarowana.

Włodek:    A jeszcze te zapowiedzi, że będzie nas reprezentował na jakimś boyleskowym konkursie… Pamiętasz naszą reakcję?

Agnieszka: Tak, pamiętam reakcję, chociaż w głębi ducha liczyłam właśnie, że może w końcu coś się zadzieje, co zmieni mą wizję całości. Też miałam wrażenie, że nie był do końca przygotowany i trochę „szył” bez pomysłu. Do tego właśnie ten pomysł „brutala-agresora” do mnie nie przemówił, to zmemłanie papierosa i wyplucie go na scenę – nie, nie kupiło mnie to. Do tego może drobiazgi, ale brak przewidzenia, że źle będzie się otwierało puszkę z piwem w rękawiczkach… Albo ta gumka przy skrzydełkach, która pękła i nie wiedział wtedy, co zrobić. Ewidentnie brakowało mu planu B na momenty, w których coś nie wychodziło

Włodek: Takie rzeczy, jak skrzydła – mogą się przytrafić każdemu, ale trzeba wtedy to ograć…

Agnieszka: Dokładnie. Plan B.

Włodek: Mówisz o Planie B, ja mam problem z zauważeniem planu A.

Agnieszka: Fakt, też nie zauważyłam, by były tam spójne pomysły na te występy, na opowiedzenie nimi jakiejś historii, a nie tylko powtarzanie po trzy razy różnych elementów choreografii.

bur3Włodek: Zatrzymajmy się przy tym… Opowiadał Master B, opowiadała Red Juliette… Wciąż to samo: panopticum i panopticum…

Agnieszka: Panopticum i małe dziewczynki…

Włodek: Aaa…, tak! Pamiętam, popłakałem się ze śmiechu.

Agnieszka: Niestety, ta opowieść robiła na mnie wrażenie kolejnej prowizorki i wymyślania ad hoc, bez potrzeby tworzenia spójnej historii, a już w ogóle bez potrzeby wzbogacenia jej o jakieś ciekawe detale adekwatne do danej części opowieści.

Włodek: Pomińmy też fakt, ze potem te jego/jej opowieści najczęściej nijak się miały do treści następnego numeru…

Agnieszka: A pomysł sam w sobie był całkiem ciekawy, można było zrobić naprawdę interesujące i spójne show, a nie przypadkową zdaje się zbieraninę tego, co mogli zaproponować poszczególni wykonawcy.

Włodek: Nie widzę problemu w tym, by to był zbiór różnych etiud, historię zabawną zawsze się da do tego opowiedzieć…

Agnieszka: Zgadza się, da się, mnie jednak tu coś przeszkadzało: raz panopticum, tajemnica, Azja, palacze opium, a za chwilę plastikowy i różowy Ken rozwieszający pranie, jakoś mi to nie zagrało. Powiedz, w czym zatem widzisz problem?

Włodek: W jakości. Może się coś nie udać, może jeden wykonawca być słabszy od drugiego, ale żeby aż tak się sypało? W zasadzie jedna tylko Red Juliette zachowała pozory klasy. Też tam w roli „zapowiadacza” nie wypadła najlepiej, scenę ze zbieraniem róż wymyślono jej przaśnie, ale kiedy zaczynała już właściwy numer, było dobrze, może nie jakoś wybitnie, ale było na co popatrzeć. I – odnoszę wrażenie – tylko u niej nie było widać tremy.

Agnieszka: Tak, Red Juliette i według mnie trochę ratowała całość. Jako prowadząca niestety nie, bo aktorsko nie ma wystarczającego talentu, scena z różami też faktycznie była przaśna. Ale dziewczyna potrafi tańczyć i łączyć taniec z pozbywaniem się kolejnych części garderoby. Widać, że w tańcu czuje się dobrze, ja też nie zauważyłam tremy i sztuczności. No i jej numery były jednak – w porównaniu z innymi – dużo bardziej dopracowane i ciekawsze.

Włodek:   Tak, tam była jakaś opowiedziana historia, wykorzystane elementy scenografii (rura, schody), Red Juliett była wszędzie i robiła wrażenie. Nie wiem, na ile to było dobre wrażenie na złym tle, ale jednak.

Agnieszka: Była historia i nie było to trzykrotne powtarzanie tych samych zestawów kroków. I faktycznie, stosunkowo ciekawie korzystała ze scenografii. Poza tym ma naturalne ruchy, nie sprawia wrażenia sztywności (może związane jest to właśnie z brakiem tremy?). A jak widzisz Santa Evitę?

Włodek:   Wymazuję z pamięci. Dziewczyna miała minę, jakby żałowała, że w ogóle jest na scenie…

Agnieszka: Oj tak, Santa Evita była tak spięta, że miałam wrażenie, że zaraz się rozsypie. I to niestety przekładało się na jakość tańca, który wypadał nienaturalnie.

Włodek: Pewności siebie nie brakowało gościowi z zagranicy – tyle, że u niego też brakowało mi jakości. Był króciutki układ, powtórzony trzy razy przy zmieniającej się jednak muzyce…

Agnieszka: Semir chociaż robił z mięśniami brzucha takie rzeczy, których mu zazdroszczę 😉 A już bardziej serio – w porównaniu z częścią wykonawców tragedii nie było, ale faktycznie mogło być dużo lepiej.

Włodek: Tyle, że nie było to klasyczny taniec brzucha… dla mnie takie trochę występy dla turystów w hotelu w Złotych Piaskach – dwadzieścia lat temu. Byłem, widziałem, wiem, co mówię…

Agnieszka: Tak, masz rację. I o to właśnie może chodzić. My szukaliśmy tam sztuki, a dostaliśmy „polsatowsko-złotopiaskową” rozrywkę.

Włodek: Ech… A kostiumy, scenografia, muzyka?

Agnieszka: W większości wygląda to tanio. Rozumiem, że budżet nie był wielki, jednak np. chwiejąca się, niestabilna rura, to już zagrożenie dla wykonawców. O muzyce nie mówmy, bo część utworów bardzo lubię, a teraz już zawsze będą mi się kojarzyły z tym show. Oj, chyba nie polubią mnie występujący…

bur1Włodek: Ludzie, którzy stoją na scenie, mają wpisane w zawód to, że są oceniani, jednym się ich praca podoba, innym nie. Takie życie. Nie umrą od tego, że ktoś o nich źle napisał. Jeśli zrozumieją nasz przekaz, wezmą się do ciężkiej pracy, może kolejne spektakle będą już o niebo lepsze. Trochę jednak wątpię, bo to wszak nie był pierwszy burleskowo/boyleskowy spektakl w tym miejscu.

Agnieszka: To się wiąże z faktem, że niestety oczekiwania społeczne co do sztuki są dosyć niskie, najczęściej ma śmieszyć i ekscytować, a to zapewne mogło wywierać takie wrażenie na części publiczności. Mało osób stara się poznawać szerokie spektrum możliwości, jakie oferuje chociażby sam teatr.

Włodek: Uczciwie przyznać trzeba, że widownia była wypełniona do ostatniego miejsca.

Agnieszka: Tak, wręcz dostawiano sporo krzeseł.

Włodek: Wyszła tylko jedna pani. Właśnie – dlaczego Ty nie zrobiłaś podobnie?

Agnieszka: Dobre pytanie. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjść ze spektaklu, o ile dobrze pamiętam. Ale tak sobie teraz dumam i wychodzi mi na to, że zwyczajnie bardzo przyjemnie oglądało mi się to show razem z Wami (było nas w teatrze aż czternaście znających się mniej lub bardziej osób – przypomnienie Chochlika) i gdyby nie fakt, że mieliśmy taką lożę szyderców, to mogłoby się wydarzyć, że byłby to pierwszy raz.

Włodek: Ten spektakl miał bawić, ale można bawić i bawić. Nawet w zwyczajnych farsach można zagrać tak, że ludziom spadają buty z wrażenia, a szczęki opadają do kolan…

Agnieszka: Oj tak! Tylko pewnie można wychodzić z założenia: po co wchodzić na wyższy poziom, jeśli ten jest dla ludzi wystarczający. To dla mnie trochę takie naczynie połączone – artyści/ekipa i widownia.

Włodek: Nie jest moim celem pastwić się teraz nad twórcami burleskowo/boyleskowego spektaklu. Pominę już zatem dziesiątki błędów, które mnie tak bardzo raziły. Powiem krótko: burleska to nie tylko Dita i kielichy, nie tylko piękne stroje i ciała. Może być też zupełnie inaczej. Tylko – błagam – niech to będzie dobrze zrobione!

Agnieszka: Mnie tez przecież nie chodzi o to, by sprawić komuś przykrość, jednak przemilczenie tego, ze nie był to dobry spektakl nie służy nikomu. Wierzę w to, że mogą zrobić coś dużo lepszego i bardziej dopracowanego i ufam, ze nasza rozmowa może się do tego przyczynić.

Włodek: Zobaczymy… Zastanawiam się, jak ten spektakl ocenić. Wszak nie widziałem chyba dotąd słabszego przedstawienia. Tekst (treść przedstawienia) – hmm… mówiliśmy coś o chochlikach ujemnych… Ale z uwagi choćby na Red Juliette – może jeden?

Agnieszka: Zdecydowanie. Tekstu bym w ogóle nie brała chyba pod uwagę, bo był totalną zbieraniną przypadkowych pomysłów, które przychodziły do głowy twórcom, a przynajmniej takie to sprawiało wrażenie. Aktorsko – dwie osoby w miarę dawały radę, ale reszta!

Włodek: Reżyseria: tu nawet nie ma dyskusji!

Agnieszka: Jeszcze mówiąc o aktorach: Red Juliete według mnie nie dawała rady – i prowadzący i prowadząca – robili błędy językowe na poziomie mocno podstawowym, do tego dochodziła „nerwica rąk”, która mnie samą doprowadziła do zdenerwowania.

Włodek: No tak, przypominam sobie…

Agnieszka: Mam nadzieje jednak, ze kredyt zaufania, który ciągle u mnie mają (może niesłuszny, ale nie lubię skreślać niczego i nikogo po pierwszym razie) zostanie wykorzystany i w przyszłości zobaczymy bardziej dopracowaną wersję.

Włodek: Cieszę się, że to mówisz, bo właśnie myślę podobnie. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję powtórzyć to doświadczenie, może nie od razu, ale tak. Być może zadziało się tu coś przedziwnego, o czym nie mamy pojęcia. Powiedzmy jeszcze o jednej ważnej kwestii – przerwie! Trwała pół godziny! Myślałem, że tam się cuda rozkładają na scenie, a tu – niespodzianka – jedna lampka…

Agnieszka: Tak, ja też nie zauważyłam innej zmiany poza tym oświetleniem w ultrafiolecie, ale przerwa dała nam chociaż możliwość ochłonięcia i nabrania sił przed drugą częścią.

Włodek: Tylko ja już w zasadzie straciłem nadzieję, że tam coś się zadzieje. Finał mnie dosłownie zabił….

Agnieszka: O tak, finał był szczególny. Lubisz oglądać obroty?

Włodek: Tyle o ile.

Agnieszka: Jednak chodzenie na krzyż, robienie obrotów jak w tańcu ludowym i machanie „skrzydłami” to nie jest koncepcja wielkiego finału, która mogłaby porwać.

Włodek: Tu ważna informacja – owacja była w dużej mierze na stojąco. Wielu widzom naprawdę się podobało…

Agnieszka: Możesz mieć rację, widać było, że część publiki jest wierna i zintegrowana z ekipą, ludzie muszą bywać tam stosunkowo często, wiec jest to w zgodzie z ich estetyką i potrzebami artystycznymi. Muszę jednak powiedzieć, że choć widać, że części ekipy występującej w spektaklu sprawia to frajdę i „czują ten klimat”, to jednak nie rozumiem, dlaczego tak się denerwowali?

Włodek: No właśnie, to jest dobre pytanie. Nie wiem, może ze względu na widzów, a może dawno ze sobą takiego show nie robili?

Agnieszka: Możemy tylko gdybać, jednak mam wrażenie, że Master Bee czuje się na swoim miejscu (przynajmniej momentami, gdy nie denerwował się za bardzo). Ja przyznaję bez bicia – na burleskowo-boyleskowy spektakl raczej długo nie pójdę!

Włodek: Ale – i tu Cię zdziwię – spektakle dramatyczne w Teatrze Druga strefa są naprawdę pierwsza klasa! W listopadzie jeden zrobił na mnie takie wrażenie, że chyba wybiorę się na niego ponownie. Noc Helvera” – szczerze polecam. Bilety bardzo tanie, a wrażenia gwarantowane. Najbliższe spektakle – już 10 i 11 marca o godz. 20.00.

Agnieszka: Wierzę, ze to nie jest reprezentatywne wydarzenie dla całości działań Teatru Druga Strefa. Z chęcią poznam inne ich spektakle, z przyjemnością dam się porwać. Na „Noc Helvera” zwróciłam już uwagę, więc może to przeznaczenie?

Włodek: Uznajmy więc burleskę/boyleskę z 11 lutego 2017 r. za wypadek przy pracy.

Agnieszka: W taką konkluzję chętnie uwierzę. Może za jakiś czas będę piała z zachwytu, a o tym wieczorze zapomnę? Chociaż nie, właściwie nie chcę zapominać, bo bawiłam się z Wami wyśmienicie, a po drugie – to też buduje moją tożsamość widza.

Agnieszka Tatera i Włodzimierz Neubart

*****

Podsumować mogłabym tak samo, jak Włodek u siebie na blogu:szkoda, że tak się stało, jak się stało. Jednak wielu osobom bardzo się podobało, a może po naszej rozmowie kwietniowe show spodoba się też i osobom szukającym w teatrze czegoś więcej niż przypadkowy zestaw nie do końca dopracowanych występów? Wierzę w ekipę Teatru Druga Strefa, obserwuję ich działania na Facebooku i sprawdzę ich repertuar dramatyczny. A kto wie, może za jakiś czas wrócę i na burleskę, z której wyjdę olśniona? Zobaczymy!

Włodkowi dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Tekst rozmowy znajdziecie równie na blogu Chochlik kulturalny (z wprowadzeniem i podsumowaniem autora).

fot. Anushka Wojtecka // Fottoo.pl

Wieloksiąg różności (#17)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Czasu wolnego mam od początku roku niezmiernie mało, więc w ramach nadrabiania zaległości w pisaniu o książkach dzisiaj będzie wieloksiąg. Nie łączy tych książek nic, poza tym, że to ja je przeczytałam 😉 A o jakich książkach chcę dzisiaj napisać?

*****

mroczna-materia„Mroczna materia” Blake Crouch

Podejrzewam, że każdy z nas czasami wzdycha „szkoda, że w tamtej chwili nie podjąłem innej decyzji…”. Czasami też żałujemy, że nie mamy możliwości sprawdzenia, jak mogłoby wyglądać nasze alternatywne życie, gdybyśmy np. wybrali inne studia. Albo innego partnera. Inne miejsce pierwszych samodzielnych wakacji, inną pracę, inne zwierzę, inny dom… Opcji są miliardy, przecież decyzje – takie czy inne – podejmujemy nieustannie.

A teraz wyobraźcie sobie, że faktycznie każda decyzja tworzy mutację naszego życia. Że nas i naszych żyć jest cały alternatywny wszechświat. Niewiarygodne, prawda? Każda decyzja generująca kolejne rozgałęzienie naszego życia, multiplikująca nas w nieskończoność.

Pomyślcie, co byłoby, gdybyście nagle zostali wyrwani z życia, które znacie i uświadomieni w powyższej sytuacji. Ciekawe, jak byście zareagowali! I czy chcielibyście wrócić do właśnie tego życia, czy raczej próbowalibyście korzystać z możliwości trafienia do wielu innych „swoich” żyć. I ile moglibyście zrobić i wytrzymać, by w razie czego wrócić do swego dawnego życia.

W takiej sytuacji znajduje się bohater tej powieści, powieści – mimo użycia dosyć mocno oklepanego schematu światów alternatywnych – świeżej i unikatowej. Przyznaję, że pobudziła mą wyobraźnię, trochę zaskoczyła, trochę przestraszyła, gdy zaczęłam sobie wyobrażać konsekwencje takiej sytuacji. Na bank skłania ona do uważniejszego przyglądania się podejmowanym decyzjom i ich ewentualnym skutkom. Powieść ciekawa, niełatwa, skłaniająca do refleksji.

granice„Granice” Karina Obara

„Granice” to zbiór kilku opowiadań, wszystkie dotyczą swoistych momentów granicznych, do których czasami w życiu docieramy i które są takimi punktami swoistego oczyszczenia, przy których mamy szansę, albo je przeżyć i – kto wie, może? – pogodzić się z przeszłością, może w końcu zacząć żyć naprawdę lub uciec od bolesnego punktu zwrotnego i dalej szarpać się z nierozliczonymi, nie do końca przepracowanymi sprawami. Inna rzecz, że część z nas czasami w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, co w nich tkwi i jak bardzo potrzeba nam przejścia prze ogień oczyszczenia czy/i zmiany.

Te opowiadania przypominają czytelnikom dosadnie, jak złudne są próby prawdziwego życia tu i teraz bez rozliczenia przeszłości. Ona zawsze w nas tkwi i jeżeli nie dojdziemy do tego, co w nas tkwi i nie daje nam tak naprawdę spokoju, to nigdy nie będziemy w pełni szczęśliwi. Pozostaje więc pytanie, czy chcemy się dalej gryźć przez długie lata, czy wolimy przecierpieć przejście przez granicę, ale dać sobie szansę na oczyszczenie? Szczególnie, gdy przez długie lata żyjemy wydarzeniami z przeszłości, a nie teraźniejszością. To tak, jakbyśmy w ogóle nie żyli…

Opowiadania te, to nie jest łatwa i przyjemna lektura. Trzeba przy nich myśleć, bywają nieprzyjemne w odbiorze, warto czytać je pojedynczo, by dać sobie czas i przestrzeń do „wchłonięcia” każdego z nich. Wprawdzie powieść „Gracze” tej autorki podobała mi się bardziej, jednak nie zmienia to faktu, że „Granice” to interesujący zbiór, raczej dla psychicznie otwartych i odważnych czytelników.

garber_caraval_chlopakktory_500pcx„Caraval. Chłopak, który smakował jak północ” Stephanie Garber

Scarlett i jej siostra Tella mieszkają na małej wyspie, na której niepodzielnie rządzi ich okrutny ojciec. Scarlett bardzo niedługo ma wyjść za mąż, w czym zresztą widzi szansę dla nich obu by wyrwać się spod ojcowskiej dyktatury. Jednak dziewczęta nagle dostają szansę spełnienia wieloletniego marzenia – udziału w grze Caraval, tajemniczej, magicznej, w której zwycięstwo gwarantuje spełnienie największego życiowego pragnienia. Dziewczynom pomaga żeglarz – Julian, którego pomoc szczególnie na początku wydaje się wręcz niezbędna. W momencie, gdy znika Tella gra  staje się duża poważniejsza, a nikt nie wie, jaka będzie jej ostateczna stawka…

Muszę to napisać wprost: dałam się wrobić. Ja, z takim doświadczeniem dałam się złapać na promocyjny lep. Skusiło mnie opisywanie tej książki jako fenomenu na skalę „Igrzysk śmierci”. No, litości, powinnam się była trzepnąć w czółko i zamknąć maila. W każdym razie ładna to opowiastka, z barwnym światem, sporą dawką magii, w sam raz dla młodszej młodzieży. Ja jestem stanowczo za stara, nie urzekła mnie. Bohaterki mnie wkurzały, całość wydawała mi się naciągana (a już te wątki romansowe to wołały o litość), z czasem coraz częściej wzdychałam z irytacją i tyle. A już porównanie z „Igrzyskami śmierci” to według mnie zniewaga dla tej drugiej książki. Tamta jest porywająco realna i wciągająca, a ta to przy niej powieść dla grzecznych panienek. Może jestem zbyt surowa, bo przecież tyle zachwytów dookoła, może jestem za stara, sama nie wiem. Wiem, że przeżyłam rozczarowanie, za które niestety mogę podziękować sama sobie. Następnym razem nie dać się nabrać, odczekać dłuższy czas, wysłuchać zaufanych opinii i ewentualnie wtedy się skusić, tak, jak to było z „Igrzyskami…” właśnie.

*****

I to byłoby na tyle. A teraz wracam do czytania przedpremierowego prebooka nowej książki Grzędowicza. Chociaż powinnam też poćwiczyć, hm…