„Kupiliśmy zoo” – Benjamin Mee

Wydawnictwo: W.A.B., 2011

Oprawa: twarda z obwolutą

Liczba stron: 342

Moja ocena: 3,5/6

Ocena wciągnięcia: 3,5/6

„Kupiliśmy ZOO”. Jak wielu z nas może to powiedzieć o sobie i swojej rodzinie? Pewnie kilkaset czy kilka tysięcy osób na całym świecie. A w tym właśnie towarzystwie znalazł się Benjamin Mee z żoną, dwojgiem dzieci i dalszą rodziną. Benjamin to dziennikarz, który pisze – głównie dla Guardiana – o majsterkowaniu. Stosunkowo niedawno spełnili z Katherine marzenie – sprzedali londyńskie mieszkanie i kupili teren na południu Francji. Słońce, pyszne jedzenie i wino, zabytkowe stodoły, pełnia szczęścia. A jednak, gdy w paczce od siostry Ben znajduje ulotkę dotyczącą sprzedaży ZOO w Dartmoor, to nie zastanawia się długo, tylko staje do walki o kupienie tego niesamowitego przybytku. Co było więc jego marzeniem? Francuska prowincja? Angielskie deszczowe tereny pełne egzotycznych zwierząt? A może samo gonienie za realizacją kolejnych marzeń jest tym, co pociąga go najbardziej?

Ben ze sprzymierzeńcami długo walczy o to, by najpierw kupić ZOO, a potem doprowadzić do jego otwarcia. Miesiące bitew o kredyty, naprawy, wyremontowane wybiegi, nowe zwierzęta, leczenie obecnych, renowacja domu i całego ogrodu, stworzenie godziwej infrastruktury, pokonanie biurokracji etc. A to wszystko w atmosferze zmian kadrowych, a przede wszystkim – z bardzo chorą Katherine u boku. Aż się można zastanowić – jak ktoś mógł dać radę i podołać zagrożeniu życia najbliższej osoby, w połączeniu z walką o rozkręcenie olbrzymiego biznesu?

Pomysł na książkę – rewelacyjny! Bo kto z nas tak naprawdę wie wiele o prowadzeniu ZOO, o codziennym życiu jego mieszkańców i ich opiekunów, o tym, co za kulisami? Z wielką chęcią dowiedziałabym się o tym dużo więcej i dlatego chciałam sięgnąć po tę książkę. Owszem, otrzymałam mnóstwo informacji, ale spora część z nich to były informacje mniej związane ze zwierzętami, a bardziej z tym, jak przerabiano budynki, wybiegi, jakie papiery trzeba było wypełnić, jakie wymagania spełniać, by ZOO mogło zostać otwarte. Mnóstwo informacji dotyczyło spraw finansowych – kredytów, biznesplanów, zysków, strat, ryzyka finansowego etc. O zwierzętach autor pisał najwięcej albo a propos problemów ze zdrowiem i utrzymaniem, albo przy okazji opisywania prób ucieczek.

Tej potencjalnie fascynującej książce przytrafiły się trzy rzeczy, które znacznie ograniczyły mój zachwyt powyższą lekturą. Pierwszą było przegadanie – autor snuje mnóstwo opowieści, ale niekoniecznie silnie związanych z głównym tematem.  Druga to fakt, że nawet, gdy trzyma się tematu, to często skupia się na rzeczach, o których pisałam wyżej, a które mnie interesowały znacznie mniej, niż np. opowieści o zwierzętach zamieszkujących ZOO, czy też o tym, jaki był wpływ tego przybytku na odwiedzających etc. Ostatnia to – niestety – zaskakujący brak umiejętności autora do snucia porywających opowieści. Najpierw, skonsternowana zastanawiałam się, jak to możliwe, przecież od wielu lat pisze teksty do Guardiana. Ale potem przypomniałam sobie, że pisze o majsterkowaniu, więc może w tym temacie nie jest potrzebny dar porywającego opowiadania? Mnie zdecydowanie zabrakło tego „czegoś”, co nie pozwala się oderwać od lektury, co zatrzymuje dech w płucach, zaskakuje i poraża.

Suma sumarum – to jest książka ciekawa ze względu na tematykę, jednakże mogłaby być dużo lepsza, gdyby napisał ją ktoś inny. Owszem, autor dokonał zacnego i trudnego czynu uratowania ZOO przed likwidacją, doceniam to całym sercem. Jednakże chyba lepiej byłoby, gdyby pozostał przy prowadzeniu ZOO i serialu, który powstał w trakcie walk o istnienie tej placówki. Książka jest niestety przeciętna. © Agnieszka Tatera

Recenzja powstała dla portalu Lektury Reportera

Reklama