Wieloksiąg na koniec roku (#8)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Coraz mniej mnie ciągnie do pisania, szczególnie o książkach. Ale jest jeszcze trochę tytułów, które kiedyś obiecałam sobie opisać, chociaż krótko, więc chcę się z tej obietnicy danej samej sobie wywiązać. Tym razem czas na wieloksiąg kryminalno-sensacyjny, do dzieła!

„Zaginięcie” – Remigiusz Mróz

Kontynuacja przygód Chyłki i Zordona. Tym razem zajmują się sprawą zaginięcia trzyletniej dziewczynki, która znika nocą z rodzinnego domu, w którym był włączony alarm. Co się z nią stało? I co skrywają jej rodzice?

Nie będę wykrzykiwać z ekscytacją (jak część czytelników), że mamy kolejnego króla kryminału czy też księcia sensacji, ale uważam, że rośnie nam fajny rzemieślnik literatury rozrywkowej, sensacyjno-prawniczej. Na razie czytałam tylko dwie książki o tym duecie, więc nie mam porównania z innymi, przez niego stworzonymi, ale czyta się je przyjemnie. Tylko zaczyna mnie odstraszać tempo, w którym wychodzą kolejne. Nie mam zaufania do autorów, którzy książkę piszą w 1-2-3 miesiące 😉 Szczególnie, gdy nie chodzi o szmirowate czytadełko „och ja biedna, ale wspaniała”, tylko o książkę, która ma bazować na prawie. Dobrze, że jestem laikiem 😉

„Powiedz panno, gdzie Ty śpisz” – M.J. Arlidge

W okolicy, w której najczęściej wieczorami zjawiają się amatorzy usług seksualnych ginie mężczyzna. Nie wygląda to na „typowe” morderstwo, bo ciało zostało pozbawione serca. Mało tego, jakiś czas później organ zostaje dostarczone żonie zamordowanego. A to dopiero pierwsze z okrutnych zabójstw, którymi zajmować się będzie ekipa Helen Grace.

To kolejna dobra książka tego autora. Czyta się ją bardzo dobrze, sprawy nie są typowe, a całość nie jest schematyczna. Wydawałoby się więc, że same plusy w zalewie tak podobnych do siebie kryminałów. Jedno mnie jednak wkurzało – gdy się pojawiały prostytutki, to jedyne, jakie określano bliżej, to Polki, a jak był pijany marynarz-gwałciciel to Polak. Reszta pozostawała bez określania tożsamości. Ech…

„Lewis Winter musi umrzeć” – Malcolm MacKay

Drobny diler narkotyków zaczyna wchodzić na nieswoje terytorium. Zaczyna być niewygodny. Trzeba go więc zabić. A zlecenie dostaje najlepszy wolny strzelec w okolicy Calum MacLean. A on zabiera się do dzieła…

I to właściwie tyle, cała książka to opis przygotowań do morderstwa, jego przeprowadzenia i konsekwencji. Z jednej strony ciekawe, bo jednak w niewielu książkach mamy tak szczegółowo przedstawioną pracę mordercy do wynajęcia. Z drugiej strony – nudnawe. Mam mętlik w głowie a propos tej książki, sama nie wiem, co o niej myślę. Trochę mi się podobała, trochę nie. I co z takim fantem zrobić?

*****

To raczej ostatnia publikacja w tym roku, o ile mnie nie natchnie jutro na kolejny wieloksiąg. Czas trochę nadgonić olbrzymie zaległości 😉 Ale czy nie będę np. wolała czytać ostatniego tomu Igrzysk Śmierci…? Zobaczymy!

W każdym razie, tym, którzy świętują – życzę udanej zabawy! A wszystkim – dobrego roku 2016!

Wieloksiąg taki se (#7)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Czas na kolejną notkę o kilku książkach. Tym razem wieloksiąg nijaki – książka, która mnie strasznie rozczarowała i książki „letnie”, zachwytu brak, zniechęcenia brak, lekko mdły środek. O czym myślę?

witaj w„Witaj w Murderlandzie” Frederique Molay

Nathan, niespełniony profesor Harvardu, rozwiedziony i samotny, spędza wolne chwile przed komputerem, grając w Island – grę, w której wiedzie przyjemne, lekkie życie. Jednak czasu… W grze potrąca kobietę, a krótko po tym okazuje się, że zginęła ona również w świecie rzeczywistym. A to tylko początek, gra coraz mocniej splata się z rzeczywistością. A jak się kończy?

Dawno nie czytałam tak kiepskiej książki! Pisana stylem co najwyżej opowiadania dziecka z podstawówki, tłumaczenie też raczej też nie powala (chociaż nie wiem, ile tej kiepścizny pochodzi z oryginału, więc trudno mi ocenić). Brrr… Jedyna jej zaleta to objętość – nawet jeżeli ktoś się upiera przy tym, by ją doczytać, to nie traci zbyt wiele czasu. NIE polecam.

Suminska_Usmiech_m„Uśmiech gekona: Azja jakiej nie znacie” Dorota Sumińska

Ta książka to próba stworzenia osobistego przewodnika po Azji. Autorka bywa w niej od 20 lat, kocha ją całym sercem i postanowiła tą miłością zarazić innych. Książka podzielona na krótkie rozdziały opisujące przeróżne miejsca.

Krótko i zwięźle: tak, jak lubię Sumińską, tak nie mam pojęcia, po co ta książka powstała. Serio. Całość to tylko powierzchowne skakanie z tematu na temat, tu liznę, tam dodam, dorzucę zdjęć i opublikuję. Wartość naprawdę podróżniczo-przewodnicka nikła. Zdjęć niewiele, więc i pod tym względem niewiele ma do zaoferowania. Zdecydowanie wolę powieści Pani Doroty.

Okrutna-milosc_Reginald-Hill,images_product,19,978-83-7534-033-4„Okrutna miłość” Reginald Hill

Cytując opis: „Mary Dinwoodie zostaje znaleziona martwa w rowie po wieczorze spędzonym z przyjaciółmi w pubie. Następnego dnia tajemniczy nieznajomy dzwoni do miejscowej gazety i cytuje przez telefon „Hamleta”. Tak rozpoczyna się kariera Dusiciela z Yorkshire.”

Doprawdy sama nie wiem, po co uparłam się ją doczytać do końca. Najpierw myślałam, że to może dlatego, że to środek serii. Ale nie, nie było między nami iskry 😉 Nuda, wkurzający bohaterowie, jakaś taka miałkość i brak zaangażowania w lekturę. Nie będę sięgać po kolejne.

*****

Jak widać – i tak czasami musi być, że pojawi się tutaj również coś nie tylko o fajnych książkach, ale i o tych mniej fajnych. Rzadko mi się ulewa, wolę do opisywania wybierać te, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, ale czasami nie wytrzymuję. Padło na dzisiaj 😉

Co wybierzesz? („Ene, due, śmierć” – M. J. Arlidge)

ene due śmierć telefon

Wyobraź sobie… Budzisz się nagle w dziwnym, odizolowanym i zamkniętym pomieszczeniu. Obolały, zdezorientowany, nie wiesz, o co chodzi. Spostrzegasz, że nie jesteś tam sam – może jest z Tobą żona, może przyjaciel lub współpracownik. W każdym razie ktoś, z kim łączy Cię stosunkowo lub bardzo bliska więź. Zanim zdążysz pomyśleć, o co w tym wszystkim chodzi, dzwoni telefon. Rozmowa jest krótka i zmienia wszystko. Teraz już wiesz, że przeżyje tylko jedno z Was…

Southampton i jego okolice stają miejscem szczególnej gry. Gry o śmierć i życie. Ktoś porywa po dwie osoby, zamyka je bez pożywienia i bez wody, zostawia im pistolet z jedną kulą oraz prawie rozładowany telefon, przez który informuje, że jedna osoba musi zginąć, wtedy druga odzyska wolność. Przerażająca wizja, prawda?

Gdy okazuje się, że działaniu sprawcy jest schemat, staje się też jasne, że sprawca musi mieć istotny motyw, że jest świetnie zorganizowany i przebiegły. Ale o co mu chodzi?

Wyjaśnienie sprawy przydzielone zostaje Helen Grace. To policjantka rozkochana w swojej pracy, odnosząca w niej sukcesy i poświęcająca się jej praktycznie całkowicie. Tylko czasami znajdująca chwilę relaksu w trakcie sesji BSDM, czująca, że potrzebuje bólu, by móc dalej wieść takie życie, by zapanować nad sobą i swoją – tajemniczą – przeszłością. Co takiego się wydarzyło, gdy Helen była dzieckiem?

Tajemniczy morderca (bo jak inaczej nazwać osobę, która wymyśla i realizuje takie plany?) to główny problem Helen, ale nie jest jedynym. Dochodzą różnorakie problemy w pracy, utrudnianie śledztwa, konflikty międzyludzkie. Nie ma łatwo, jak się wali, to na całej linii. To wszystko nie pomaga Helen w skupieniu się na sprawie, jak najszybszym i „najczystszym” jej rozwiązaniu. Czy osoba, która nie potrafi sobie poradzić z przeszłością i powoli gubi się w teraźniejszości jest w ogóle w stanie sobie z nią poradzić?

„Ene, due, śmierć” przykuwa czytelnika już pierwszą sceną. A później wciąga go głębiej i głębiej, nie puszczając aż do końca. Nie da się jej czytać wolno, krótkie rozdziały aż zapraszają do tego, by przeczytać jeszcze jeden i jeszcze jeden, a akcja pędzi na łeb, na szyję i nie pozwala się oderwać. Pochłaniałam tę książkę, za każdym porwaniem zastanawiałam się, jak się skończy oraz naturalnie głowiłam się, któż za nimi stoi.

Thriller thrillerem, akcja akcją, ale dwie sprawy były dla mnie bardzo interesujące. Pierwszą z nich było to, co rozgrywało się w psychice każdej z porwanych osób. Zabić? Dać się zabić? Przeżyć z piętnem mordercy? Jak straszny proces decyzyjny musiał zachodzić w ich głowach, jak przerażające musiało być podejmowanie takich decyzji! A potem? Jak żyć z poczuciem, że zamordowaliśmy kogoś, by samemu przeżyć? Jak sobie z tym radzić? Spoglądać w oczy bliskim, chodzić do pracy, funkcjonować w społeczeństwie? Właśnie to było dla mnie najbardziej interesujące w tej książce, mogłoby być nawet bardziej rozwinięte.

Powieść Arlidge’a to bardzo wciągający thriller, buzujący od emocji, kawał naprawdę fajnej literatury rozrywkowej. Rozrywkowej, popularnej, ale jednak wzbudzającej w głowie czytelnika pytania: a jak ja zachowałabym się na ich miejscu? Jak poradziłabym sobie w tej sytuacji? Czy jestem siebie pewna?

PS. W trakcie czytelniczych emocji nie zwróciłam na to uwagi, ale faktycznie, jedna sprawa wydaje się być niezbyt realna. Wyszła w trakcie rozmowy z Jankiem, który zapytał mnie – „no dobra, ale dlaczego właściwie nikt nie zadzwonił pod numer alarmowy? Do tego nie trzeba mieć karty SIM”. I myślę sobie nad tym do dzisiaj – faktycznie, opcja dzwonienia na numery alarmowe jest przecież dostępna niezależnie. Jeżeli zasięg był (a musiał, bo przecież porywacz dzwonił), to i oni powinni móc się dodzwonić. I nie wierzę w takie wycyrklowanie stanu baterii, by zaraz po telefonie porywacza się rozładowywała. Szczególnie, że różne osoby w różnym tempie odzyskiwały przytomność. No, ale to jedyna moja zagwozdka!