Przedpremierowo – „Nomen omen” Marta Kisiel

nomen omen 3

Premiera 5 lutego!

Oczekujecie „Dożywocia”-bis? Zapomnijcie o tym!

Ustawiając sobie oczekiwania na tym poziomie, robicie sobie i tej książce krzywdę, bo to zupełnie inna bajka. Czy warta poznania?

Jest sobie rudowłosa, dobrze zbudowana młódka – Salka. Ma rozbuchaną seksualnie, ostro trzepniętą matkę, dziwnego ojca oraz kompletnie nieogarniętego, bezczelnego bracholka – Niedasia. Salka ma rodziny tak serdecznie dosyć, że ucieka od niej do Wrocławia. Pytanie tylko, czy nie trafiła z deszczu pod rynnę? Stara, rozpadająca się willa i jej właścicielka – generał w spódnicy. Do tego zwariowana gadająca papuga wyżerająca wafelki. A czy to wszystkie niespodzianki, na które Salka natknie się w tym domiszczu?

Chętnie bym Wam napisała więcej na temat tego, co Salomea Klementyna przeżywała w wielkim mieście, jednak boję się zdradzić zbyt wiele z treści fabuły. Napiszę więc tylko tyle, że dziewczyna będzie musiała wykazać się cierpliwością (wręcz anielską), odwagą, otwartym umysłem. Do tego żyłka detektywistyczna, ciekawość, logika i kilka innych przydatnych cech i umiejętności. A na jej drodze stanie sporo interesujących hm… osobników. Przybycie do Wrocławia Niedasia zapoczątkuje całą lawinę śnieżną wydarzeń. Bo kto to widział, być tak podobnym do pradziadka?! To nawet nie wypada…

Na „Nomen Omen” czekałam cztery lata. Regularnie molestowałam autorkę pytaniami „pisze?”, „kiedy skończy?”, „dlaczego tak długo?”. Cud, że mnie nie ubiła! Po zamknięciu książki zastanawiałam się przez chwilę, czy było warto tyle czekać. I już wiem: było.

To książka zdecydowanie inna od „Dożywocia”. Tam mieliśmy zbiór luźno powiązanych ze sobą historyjek, które łączyło miejsce wydarzeń i przecudowni bohaterowie. A „Nomen omen” to już rasowa powieść. Wszystko jest w niej takie, jak powinno.

Na początku fabuła trochę kojarzyła mi się z „Szamanką od umarlaków”. Młoda dziewczyna przybywająca do Wrocławia, stare domiszcze, nietypowa właścicielka, magiczne moce wtarabaniające się do życia dziewczyny. Jednak po chwili przestałam mieć te skojarzenia, bo też i Marta poszła ze swoją książką w inną stronę, tematycznie i stylistycznie. Poza tym tutaj fabuła jest hm… po części lżejsza, po części ciut mniej wypełniona zjawiskami i stworzeniami magicznymi, niż u Martyny Raduchowskiej.

No dobrze, muszę to napisać wprost – podczas jej czytania mniej było dzikiego i nieopanowanego rechotu. Nadal śmiechu, chichotania czy też rechotania było wiele. Nadal znajdziecie masę smakowitych cytatów i zabawy słowem. O to się nie musicie martwić. Jednak zdarzają się tu momenty zdecydowanie nie do śmiechu, ba! Nawet czasami jest lekko melancholijnie! Bardzo podobało mi się to, w jak zręczny, prawie niezauważalny sposób autorka wplotła w akcję refleksje dotyczące czasów wojny, wspominki na temat dawnego Wrocławia i losów jego mieszkańców. Miodzio!

Bohaterowie nie są tutaj tak rozczulający i przekochani, jak w „Dożywociu”. Ale też mało co ma szansę przebić przeuroczego, zasmarkanego aniołka czy też stwora morskiego piekącego ciasteczka. Jednakże i tutaj postaciom niczego nie brakuje – są charakterni, mają mnóstwo ciekawych cech charakterystycznych, są zabawni, wkurzający, uroczy czy też lekko… woniejący rozkładem. W każdym razie – dosyć masowo wzbudzają sympatię. Czy to nieporadna, nieskoordynowana ruchowo Salka, czy też rozmiłowany w literaturze filolog – Bartek, kieszonkowych rozmiarów dzielna Basia, bohaterowie starszego pokolenia, nawet wredny Niedaś – nie mogłam ich nie polubić.

Marta Kisiel swą drugą książką utwierdziła mnie w przekonaniu, że zapowiada się z niej autorka świetnej literatury rozrywkowej. Fajne fabuły, urokliwi bohaterowie, mnóstwo zabawy słowem, naprawdę sporo lekkiego humoru, a to wszystko okraszone namiętnością autorki do romantyzmu, która to namiętność błyszczy tak jasno, że i tutaj nie da się jej przegapić! Jak tak dalej pójdzie, to bez problemu stanie na którymś miejscu na podium wśród literatów piszących książki tego typu, o tym jestem przekonana.

Błagam więc o zwiększenie tempa pisania kolejnych książek, bo cztery lata, to jest znęcanie się nad czytelnikami, które to powinno być karalne!

PS. Plus dla wydawnictwa za bardzo ładną oprawę graficzną!

nomen omenWydawnictwo: Uroboros, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 420

© 

Reklamy

Blogerski WrocLOVE

Blogerzy

Za oknem hula wiosenny wiatr, przegania po niebie chmury. Trochę to wszystko melancholijne, więc postanowiłam bronić się przed takim nastrojem wspominkami ze zwariowanego wyjazdu sprzed tygodnia. A działo się…

Jakiś czas temu Ilona z BlogoStrefy wyznała, że marzy o zrobieniu wyjazdowego spotkania blogerów warszawskich z…, no właśnie z blogerami skąd? Niedługo później okazało się, że tym razem będzie to Wrocław, że pojedziemy do tego uroczego miasta, by uczestniczyć w imprezie pod hasłem „Reklamowe Pogaduchy Blogerów #4”, organizowanej przez chłopaków ze Studium Przypadku. Pozostawało ogarnąć, jak tam pojedziemy i co z noclegiem, ale z tym radziła sobie dzielnie Ilona razem z wrocławską drużyną organizatorów. I wielkie Wam za to „danke” z mej strony!

Ilona znalazła przewoźnika bardzo przyjaznego blogerom. PKS Polonus (zobaczcie, co też kryje się pod linkiem!) nie dość, że okazał się elastyczny cenowo i zaoferował nam preferencyjne warunki, to jeszcze przywitał nas na Placu Defilad w sposób, który widzicie u góry. A na dodatek zaopatrzył w notatniki do zapisywania złotych myśli oraz solidny zapas wody, żebyśmy przypadkiem z pragnienia nie umarli. Bardzo udany wstęp do dłuższej współpracy?

W każdym razie w sobotę wcześnie rano na parkingu zjawiła się grupa blogerów, którzy po zrobieniu miliarda fotek wsiedli wreszcie do autobusu i ruszyli w drogę. Na początku padały żarty na temat „blogowego Smoleńska”, czyli jak to tak można tylu blogerów w jednym autobusie przewozić. Ale szybko zaczęliśmy się integrować, śpiewać piosenki (Ogórek, Dumka na dwa serca, czy też Mydełko Fa to tylko nieliczne z hitów, które odśpiewaliśmy), opowiadać kawały. Niektórzy wytrwali próbowali czytać, pisać czy pracować. Działania raczej skazane na niepowodzenie 😉 Po drodze zaplątaliśmy się w jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni i zamiast odebrać szybko i sprawnie Radomską z ekipą z Łodzi, to jakimś cudem na dłuższy czas utknęliśmy w Zgierzu. Ale nie ma tego złego… Teraz znamy już Zgierz i rozważamy na zmianę stworzenie tam Blogomiasta oraz Blogowej Strefy Ekonomicznej. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Przez Zgierski Trójkąt Bermudzki dojechaliśmy do Wrocławia właściwie na styk. Zdążyliśmy odebrać wejściówki, zostawić bagaże w szatni, przenieść z autobusu na teren Kina Nowe Horyzonty podarowane nam przez Wyborową zapasy i już zaczynaliśmy imprezę. A nie, wróć! Jeszcze zdążyłam spotkać Izusr, z którą przekazałyśmy sobie książki, jak na blogerki książkowe przystało.

Impreza składała się z trzech prezentacji, debaty oraz pokazu filmy „Sztuka reklamy”. Pierwsze dwie prezentacje były całkiem interesujące, trzecia też, ale była zdecydowanie za długa. Generalnie całość była dla mnie ok, wolałabym być tylko mniej zmęczona, więc następnym razem przyjadę do Wrocławia w piątek 😉 Zabrakło mi czasu na integrację z wrocławskimi blogerami. Czas niby był na imprezie, ale wiadomo, jak to jest w zatłoczonych klubach pełnych muzyki. Wolałabym jakiś element integracyjny w kinie, chociaż jednocześnie wiem, że ekstremalnie trudno jest to zrobić dla tak dużej grupy osób przy tak krótkim czasie. No ale nic na to nie poradzę, mam element niedosytu w tej kwestii.

Rozochoceni prezentami od Wyborowej (która została przechrzczona na Blogową) udaliśmy się najpierw na burgerową kolację, a potem do klubu „El Barrio”, gdzie niektórzy tancowali do białego rana. Taniec nie należy do moich ulubionych czynności, więc ja głównie rozmawiałam, dzięki czemu miałam okazję poznać kilka ciekawych osób (no i nagadać się z tymi już znanymi). Był i śmiech, i rozmowy o życiu, przytulanie (bo blogerzy w większości to przytulasy! 😉 ), ale też poważne dyskusje. Ciekawy wieczór, w trakcie którego dałyśmy się razem z Mają porwać tajemniczej parze i wywieźć gdzieś za Wrocław! Tam udostępniono nam kanapę, zapoznano z kotami i przeuroczym szczeniakiem, rano poczęstowano jajecznicą z „jajek od własnych kur” i odwieziono na autobus do Wrocławia. Gościna jak się patrzy, dziękuję!

Zakładałam, że powrót będzie znacznie spokojniejszy, jednakże me oczekiwania spełniły się tylko po części. Faktycznie, niektórzy starali się spać, odpoczywać w ten czy inny sposób, ale i tak u reszty sporo się działo. W pewnym momencie z tyłu autobusu zaczęto analizować cóż oznacza „element status” i jaka to pozycja w „Blogosutrze” 😉 A znowu z przodu rozmawiano o poważnych biznesach związanych z nieruchomościami, delfinami i statkami 😉 Tym razem ominęliśmy Zgierz, więc w Warszawie zjawiliśmy się chyba wcześniej, niż większość z nas zakładała. Cmok, cmok, cmok, przytulas i już koniec.

A w poniedziałek? W poniedziałek wielu z nas cierpiało na nową jednostkę chorobową. Zwie się ona delirium blogens.

PS. Wszystkie zdjęcia są autorstwa Kobiecego Punktu.

W siną dal, w siną dal…

W momencie, w którym czytacie te słowa, ja zapewne dojeżdżam do Wrocławia lub tam od dawna jestem. Dzisiaj rano silną grupą prawie 30 blogerów wyruszyliśmy wesołym blogobusem z Warszawy (przez Łódź 😉 ) do Wrocławia. A we Wrocławiu uczestniczymy w wydarzeniu „Reklamowe Pogaduchy Blogerów #4”.

Zapowiada się upojna podróż blogowym autobusem, miodny pobyt we Wrocławiu, w znakomitym towarzystwie pewnie kilkuset blogerów, a potem zapewne śpiący powrót. A w poniedziałek umrę w pracy.

W każdym razie – będę, gdy będę. I wtedy też opiszę wrażenia. Nie jestem w stanie określić, czy dam radę się odezwać w poniedziałek, wtorek, czy jeszcze inny dzień, bo tydzień – do piątku – zapowiada mi się tak aktywnie, że nie wiem, jak go przeżyję. Ale postaram się jak najszybciej zdać relację z wyjazdu. Recenzji pewnie szybko nie będzie, bo jakoś nie przewiduję zbyt dużej ilości czytania w najbliższych dniach.

Blogobus