Odważyć się na zmiany

17273247_10154133802411076_1420105518_o

Po wpisie „Rok zmian, czyli o tym, dlaczego 2016 był ważny!” ruszyła lawina wiadomości, maili, dziesiątki różnych, bardzo pozytywnych reakcji. Spodziewałam się ich, jednak skala i tak bardzo pozytywny odbiór przerosły me przewidywania! Pisaliście o tym, jak bardzo był to pozytywny, inspirujący, motywujący wpis, dzieliliście się doświadczeniami, zdarzały się wręcz podziękowania za to, że go napisałam! Przez kilka dni po publikacji chodziłam z uśmiechem na twarzy. Nagle odezwała się też Danuta Awolusi, która w swojej książce – „Odważona. Dziewczyna minus 70 kg” podzieliła się swoją historią. Danka zaproponowała mi lekturę i sprawdzenie, na ile nasze historie się pokrywają. Oczywiście się skusiłam i w konsekwencji powstaje ten wpis. Nie recenzja, ale półosobisty wpis inspirowany książką.

Ale najpierw krótko na jej temat – „Odważona” to opis dorastania do zmian, procesu wprowadzania ich w życie, konsekwencji, jakie przynosiły, roli psychiki, sportu, wsparcia, niebezpieczeństw, jakie pojawiają się na drodze osoby zmieniającej takie nawyki. Do tego oczywiście sporo o jedzeniu i innych aspektach praktycznych. Generalnie całościowy opis procesu przechodzenia przez zmiany. Tylko trzeba mieć świadomość tego, że to jest historia Danusi, nie można jej traktować uniwersalnie, bo każdy z nas ma inne potrzeby, cele, możliwości i ograniczenia. O czym zresztą sama autorka wielokrotnie wspomina. Jeżeli więc traktujemy tę książkę jako inspirację, to pewnie, świetna sprawa, bo ukazuje, że naprawdę wiele jest możliwe (i opisane jest to realnie, bez hurraoptymizmu i ukrywania ciemniejszych stron takich zmian), tylko nie zagalopujmy się i nie przekładajmy metod 1:1, sprawdzajmy, co jest dobre dla nas.

A w szczegółach?

W szczegółach to wielokrotnie chciałam krzyknąć „to o mnie!”. Mimo tego, że Danusia schudła 70 kg, ja na razie jakieś 15 kg (docelowo chcę dobić mniej więcej do 20 kg), to jednak droga, przez którą się przechodzi jest podobna. A już procesy psychiczne bywają wręcz identyczne!

Na początku lektury wyłapywałam głównie różnice, ciekawe, czy dlaczego. W każdym razie widzę, że Danusia była (jest?) o wiele bardziej rygorystyczna. Ja po pierwszych miesiącach bardzo ostrego przestrzegania narzuconych sobie przez siebie samą zasad i po pierwszym potężnym kryzysie psychicznym trochę odkręciłam śrubę. Przez to chudnę baaaardzo wolno, ale – na razie? – nie mam już takiego ciężaru psychicznego, jest mi łatwiej traktować te zmiany jako nowy styl życia, niż właśnie „dietę” (do czego miałam tendencję wcześniej). Teraz postrzegam te zasady bardziej jako coś, co przyniosło mi nowy komfort życiowy i co ma zostać ze mną na zawsze. Ma być gorsetem, który trzyma mnie „w formie”, jednak nie takim, który nie daje mi odetchnąć pełną piersią. Na początku właśnie taki sobie założyłam i w konsekwencji był solidny trach! Boleśnie nauczyłam się tego, że dietetycy i inni specjaliści nie od kozery twierdzą, że tzw. „cheat meal” jest zdrowy dla psychiki, że nie ma się co pałować tym, że zjadło się coś zakazanego. Trzeba się mentalnie „otrzepać” i dalej robić dobrą robotę. Nie ustawać. Gorsze momenty zdarzać się będą zawsze i tylko nie możemy dopuścić do tego, by zawaliły one całość. Zauważać, analizować i wracać na dobre tory, to według mnie element sukcesu.

Druga różnica to podejście do pomocy – czy to do specjalistów, czy do wsparcia bliskich czy przyjaciół. Owszem, ja na początku też nie trąbiłam o zmianach na prawo i lewo (chociaż wiedziały o nich dwie bliskie osoby), to jednak nie czułam takiego oporu, by o tym rozmawiać, gdy była odpowiednia okazja czy padały pytania. Dla mnie wręcz wsparcie bliskich było niezbędne, bez nich już dawno rzuciłabym to w kąt przy pierwszych ciężkich chwilach. Widocznie nie mam aż tak silnej psychiki lub jestem bardziej nastawiona na pozyskiwanie bodźców również z zewnątrz, motywacja wewnętrzna nie była dla mnie wystarczająca. Z pomocy dietetyka nie korzystałam, jednak obserwuję w ciągu ostatnich lat bardzo fajne zmiany u moich znajomych, którzy do takich specjalistów chodzą i to pewnie, jak ze wszystkim – trzeba trafić dobrze. Ja sama niedługo wybiorę się do specjalisty, który zajmuje się 3 czy 4 z moich znajomych, bo chcę z nim przedyskutować różne kwestie (a niestety Internet daje tyle różnych odpowiedzi, że nie jestem w stanie samodzielnie przesiać, co z tego należy do śmieci, a co nie) + chcę porozmawiać o tym, dlaczego waga od pewnego czasu prawie stoi w miejscu (pewnie muszę wkroczyć na kolejny etap lub wprowadzić kolejne zmiany, może popełniam jakiś błąd). Jestem bardzo ciekawa tej wizyty!

Kolejna różnica, to podejście do niektórych produktów – część z nich Danka widzi jako zło, a ja jako coś, co może spożywać, byle w sensowny sposób, a część odwrotnie. No, ale to akurat zupełnie normalne, wszyscy to dobrze znamy!

A podobieństwa?

  1. Postrzeganie „gotowców” – przetworzone produkty, to w potężnej większości zło i świństwo. Składy wołają o pomstę do nieba! Wszędzie cukry (te wszystkie syropy, fruktozy i inne formy cukru), wszędzie dużo za dużo soli, najgorsze tłuszcze, a do tego mnóstwo „polepszaczy smaku” i utrwalaczy. Jedno wielkie fuj i rzecz do trzymania się z daleka. Ja również, jak i Danka staram się spożywać jak najwięcej rzeczy, które przygotowuję samodzielnie. Do tego dochodzą produkty, które mają jak najczystszy skład. Oczywiście, nie uniknę produktów przetworzonych (chociażby dlatego, że jadam na mieście, czy ze względu na to, że czasami mam zachciewajki), jednak robię wszystko, by było ich jak najmniej. A już zdecydowanie wykluczyłam wszelkie masowe mieszanki przypraw, sosy etc. Całe szczęście bez większego problemu można dostać przyprawy i zioła bez dodatków, część można też uprawiać samodzielnie (przyznaję, że tego już mi się nie chce robić). Świeże owoce i warzywa to podstawa mojego żywienia. Do tego dobre mrożonki i kiszonki. Trochę kasz, zero makaronów (z wyjątkowym pałaszowaniem od czasu do czasu jakiegoś razowego), praktycznie zero pieczywa, jajka „ze wsi”, sporo kasz. Jeszcze dużo mogłabym zmienić na lepsze, jednak i tak jestem zadowolona, ja, moje psyche i moje ciało.

  2. Nie wpadłam tak głęboko w sport, zresztą przy Danusi to ja jestem leniwą kluchą, bo moje ćwiczenia są krótkie i zdecydowanie mniej wymagające od jej. Jednak tak samo doceniamy wagę aktywności fizycznej. Sorry resory, bez wprowadzenia ruchu nie da rady. Owszem, można schudnąć tylko trzymając dietę. Tylko co się stanie, gdy ją skończymy? Bo diety przecież z założenia się kiedyś kończą. No właśnie, dobrze to wszyscy znamy – mniej lub bardziej wracamy do poprzedniego stanu i tyle. Zresztą nawet z drakońską dietą zejdziemy tylko do pewnego stanu, dalej już nie. Sport pomaga w utracie wagi, ma wpływ na metabolizm i generalnie na całokształt naszego funkcjonowania – zarówno ciało, jak i mózg i duszę. Nie chodzi o to, by się katować godzinami na siłowni, tylko by znaleźć taką aktywność fizyczną, która jest odpowiednia dla nas, pomaga nam realizować cel. Zresztą jeżeli znajdziemy coś, co będzie dla nas fajne, to sami się automatycznie wkręcimy. A wybór jest olbrzymi, niekoniecznie trzeba też chodzić na siłownę (nigdy mnie tam nie widziano, ćwiczę w domu!). Jeżeli nie chcecie korzystać z pomocy specjalisty, to skorzystajcie z Internetu, naprawdę jest masa dyscyplin, zasobów, z których możecie skorzystać, YouTube jest zalany przez filmy z instrukcjami i ćwiczeniami. Poza tym aktywność sportowa pomoże nie tylko mięśniom, ale i skórze (co ma znaczenie przy większej utracie wagi) i generalnie wspomoże zmiany na lepsze.

  3. Zachwyt, gdy w końcu nie musisz być skazana na jeden sklep i 3 sklepowe półki z ciuchami. Gdy zaczynasz się mieścić we wszystko, gdy każde miejsce stoi dla Ciebie otworem! Pamiętam moje szczęście, gdy zaczęły mi się zmieniać rozmiary. Gdy pierwszy raz od lat weszłam w sukienkę rozmiar M (a ostatnio nawet S!), gdy przestałam się ograniczać do wyszukiwania 1-2 marek w każdym centrum handlowym. Cóż to za cudowne uczucie! Chociaż ma też mroczniejszą stronę – ciągle che mi się nowych ciuchów, zbankrutuję niedługo! Inna sprawa, że też ciągle potrzebuję nowych ubrań, bo nawet te z ubiegłego roku przecież już są za duże, więc non-stop odkrywam: potrzebuję spodni, bluzki, spódniczki, sukienki, płaszczyka, żakietu, bielizny, a nawet… butów. Wszystkiego! Sponsor zmian potrzebny od zaraz 🙂

Ale największe podobieństwo, to podobieństwo psychiczne i postrzegania samych siebie. Tutaj co chwile w duszy wołałam „to o mnie, to o mnie!”. Zadziwiające, jak wiele podobieństw jest „wkonstruowanych” w mózgi grubych ludzi. Jak bardzo czujemy się gorsi, społecznie odrzuceni, niechciani, ciągle na cenzurowanym (znowu je! Zobacz, co ona je! Zobacz, jak ona wygląda! O matko, jaki grubas!), pod jaką ciągłą presją jesteśmy. Niewiarygodne, że żyjemy tak całymi latami. Nic właściwie dziwnego, że wielu otyłych ludzi w konsekwencji chowa się w domach i zajada kolejne upokorzenia. Jak wiele odwagi i motywacji potrzeba, by dojrzeć do zmian, a o ile więcej ich potrzeba, by je wprowadzić w życie i w nich wytrwać. Danusia pisze o tym, jak to chodziła biegać nad ranem, byle nie spotkać nikogo na ulicy, bo czuła, że w duchu te osoby będą ją oceniać, wręcz wyśmiewać to, że „gruba udaje, że biega”. Wspomina też o tym, że m.in. dlatego czuła tak duży opór przed dzieleniem się z innymi informacją o zmianach, bo czułaby się na nowo oceniana, szczególnie oceniana z oczekiwaniem na porażkę, kiedy się podda, kiedy nawali. Bo przecież grubi zawsze nawalają, inaczej by się tak nie spaśli.

Danka pisze też o tym, jak powoli zmienia się psychika osoby grubej, że grubym się – mentalnie – nawet latami po odchudzeniu. Patrzymy w lustro i nadal widzimy grubaska, nadal się kontrolujemy, bo przecież „grubym nie wolno/nie wypada/nie powinni”. Zawsze nas zaskakuje fakt, że mieścimy się w jakiś ciuch, że nie musimy zmierzać w stronę działu „plus size”. Nie ma zupełnego luzu, zawsze gdzieś tam w głębi pali się czerwona lampka. Nad postrzeganiem siebie i własnego ciała trzeba pracować latami, a zmiany nie są łatwe, to raczej skomplikowany i bolesny proces.

17310410_10154137463406076_101964862_o

Autorka nie boi się też poruszać tematów, które właściwie są tabu dla większości, przez część osób uważane są za obrzydliwe: nagość grubych ludzi i seks.

Nagość jest dla większości z otyłych ludzi koszmarem. Bo przecież społeczeństwo przez kilkadziesiąt lat dosadnie danej osobie pokazało, że gruby jest brzydki, czasami obrzydliwy. Więc jak tu się swobodnie pokazać nawet nie tyle nago, co chociaż w kostiumie kąpielowym? Pobyt na plaży często wiąże się ze stresem, bo przecież ludzie będą nas oceniać (patrz: w głębi duszy wyśmiewać), a czasami jakiemuś szczeremu dziecku jeszcze się wyrwie „popatrz mamo/tato, jaka gruba pani!”. Po co to komu, może jednak lepiej posiedzieć w domu, z książką?

Seksualność grubych ludzi to już temat rzeka. Często przez ludzi otyłych zakopany „na wieczne niemyślenie”. Bo przecież nie zasługujemy na to, by się nami interesowano, w końcu jesteśmy grubi…

Czy grubej można pożądać? Czy gruba nago może się podobać? Czy gruba w ogóle podobał zadaniu? Czy ona sama może z seksu czerpać przyjemność? A przede wszystkim: czy gruba zasługuje na seks?

Te punkty – podejście do własnego ciała, do nagości w każdym jej aspekcie – to chyba największe wyzwanie do przepracowania dla każdej osoby, która w końcu chce się pozbyć wewnętrznych kajdan. Owszem, zmiana nastawienia społeczeństwa byłaby bardzo pomocna, ale chyba już zbyt mała ze mnie idealistka, by uwierzyć w to, że się dokona szybko. Pozostaje nam więc praca nad samym sobą i naszym nastawieniem do tych tematów. Wiem, łatwo się mówi, a cholernie trudno robi. Uwierzcie mi, sama nad tym wszystkim pracuję i jestem ciągle jeszcze na początku drogi. Jestem jednym wielkim workiem różnorodnych kompleksów, których przepracowanie potrwa lata. Ale wierzę, że można i że dam radę. A to już pierwszy krok do sukcesu!

Jak sami widzicie książka ta wzbudziła we mnie wiele refleksji i zmotywowała do tego, by pierwszy raz od wieków napisać coś na blogu. Może dlatego, że wiem, że dla wielu poszukujących osób może być motywatorem? Jeżeli ten mój styczniowy wpis mógł być, to ta książka tym bardziej. Jeżeli więc dorastacie lub dorośliście do zmian w swym życiu, ale szukacie motywatorów, powinowactwa dusz i doświadczeń, to sięgnijcie po nią, zobaczycie, że się da! Tylko musi być w Was wola walki i tony motywacji. Ale w końcu po co są cele, jeżeli nie po to, by je realizować? Będzie ciężko, będą łzy i pot, ale zawsze wtedy pytam siebie: czy na serio chcesz się poddać i dalej tak żyć? Dalej chcesz mieszkać w mentalnej klatce ograniczeń? I wtedy ruszam do przodu, bo nie, chcę wolności, chcę, by mi było dobrze. I chcę być zdrowa, a szczupłość w tym pomaga.

Polecam książkę Danki wszystkim tym, którzy chcą się zainspirować i zmotywować, szczególnie, że na jej końcu znajdziecie jeszcze kilka innych historii ludzi, którzy odnieśli podobnie imponujące rezultaty. Bo prawdziwie chcieć to móc!

 

Żar w popiołach („Ember in the Ashes. Imperium ognia” – Sabaa Tahir)

dziewczyna krew

Dotknęła mnie przykra przypadłość wieku i rozwoju – coraz trudniej mnie totalnie zachwycić, coraz rzadziej wpadam w książkę po uszy i nie mogę się od jej czytania oderwać. Nie ukrywam, że trochę mnie to smuci i ciągle poszukuję kolejnych książek, które nie dadzą mi się odłożyć na bok. Ale zwykła młodzieżówka?

Imperium, podbici i rządzący, ucisk i wykorzystywanie. Przez lata Scholarzy byli pokojowo żyjącym narodem, nastawionym na rozwój wiedzy, snucie historii, ceniący słowa. Jednak od momentu, gdy zastali napadnięci przez Wojan, plemię bitne i agresywne, wszystko się zmienia. Scholarzy to teraz ludzie drugiej kategorii. O ile w ogóle są widziani jako ludzie…

Wojanie rządzą twardą ręką. Prawo egzekwują przy użyciu postrachu wszystkich – żołnierzy zwanych Maskami. Przerażających, śmiertelnie skutecznych, będących synonimem nieszczęścia i śmierci.

Pewnego wieczoru, w domu rodziny scholarzy zjawia się oddział Wojan, dowodzony przez Maskę. Szukają Darina, młodego mężczyzny podejrzewanego o szpiegostwo. W wyniku tego nalotu Darin zostaje aresztowany, a jego siostra – Laia – traci dom i resztę rodziny. I tutaj zaczyna się cała historia…

Laia postanawia walczyć o życie brata. Chociaż, gdy podejmuje tę decyzję, kompletnie nie wie, co czyni i co na nią czeka. Jedna z konsekwencji tej decyzji ponownie zmienia wszystko w jej życiu – trafia jako niewolnica do szkoły, w której uczą się Maski. I tam spotyka jednego z nich Eliasa – syna komendantki. Dziewczyna, która pragnie uwolnić brata, uchronić go od śmierci i uciec oraz chłopak, który nienawidzi swego losu, przemocy i marzy o życiu w spokoju. Pewnie już macie wizję tego, co może się wydarzyć, prawda?

Ale to nie wszystko! Elias – razem z trójką innych młodych Masek – zostaje wybrany do przejścia przez Próby. Nie jest to byle co, odbywa się tylko wtedy, kiedy przewidywany jest koniec rządzącej dynastii i trzeba wybrać nowego rządzącego. Próby są nie tylko rzeczywiste, ale i magiczne, opierają się największych obawach i słabościach kandydatów. Najtrudniejsze wyzwania w życiu! A gdy do tego doda się jeszcze walkę z najgorszym wrogiem z Akademii oraz najlepszą przyjaciółką, to robi się z tego jeszcze cięższe wyzwanie.

A jakby tego wszystkiego było mało, to w tle mamy jeszcze ruch oporu, rozgrywki polityczne i osobiste, opowieść robi się bardziej i bardziej wielowarstwowa. I super!

Gdy przejdzie pierwszy entuzjazm, to wyraźnie widać, że w tej książce niewiele jest rzeczy tak naprawdę nowych. Nie zmienia to jednak faktu, że czyta się ją… Ach, jak się ją czyta! Wpadłam w nią, jak śliwka w kompot. Gdy musiałam pójść spać czy do pracy, to byłam nieszczęśliwa! Ma w sobie to niesprecyzowane COŚ, co zachwyca i uwodzi. Żadne arcydzieło, ale porywająca rozrywka dla młodzieży – i jak widać – nie tylko. Świetnie rozłożone napięcie, wciągająca akcja. Bohaterom też się chce kibicować (lub ich mocno nie lubić), emocji w trakcie czytania dopadało mnie multum.

Dwie rzeczy podobały mi się najbardziej – szczególna atmosfera, która nie pozwoliła się od książki uwolnić oraz ciekawi bohaterowie. Komendantka to taka intrygująca postać, ciekawe, dlaczego tak nienawidzi własnego syna?

Pewnie, jest to pierwszy tom serii, więc można byłoby się przyczepiać, że wielu rzeczy się nie dowiadujemy – zarówno o bohaterach, jak i o świecie, w którym ich osadzono. Ale czepiać się będę ewentualnie, jeżeli po zakończeniu cyklu nadal będę miała taką niewiedzę, na razie traktuję to jak typowe otwarcie. I tylko mantruję, by autorka szybciej pisała, a wydawnictwo zdecydowało się na polskie wydanie kolejnych tomów!

Poznajcie książkę, która mnie uwiodła! „Imperium Ognia” to opowieść o świecie pełnym przemocy i śmierci, w którym jednak przetrwała odrobina dobra, drobinka żaru w popiołach. A czy uda się ją rozdmuchać? Dowiemy się z dalszych części! Tylko nastawcie się na zakończenie, które sprawi, że będziecie zgrzytać ze złości, że jeszcze nie macie przy sobie drugiego tomu!

PS. Jedyne, czego nie mogę wybaczyć wydawnictwu, to zmiana oryginalnej okładki. Ona jest taka piękna!

imperium ognia

W nieznane („Zapomniany Legion” – Ben Kane)

legion rzymski walka

Czwórka bohaterów. Tarkwiniusz, etruski wojownik i widzący przyszłość. Brennus, Gal, któremu legiony wybiły plemię, a on sam został sprzedany jako gladiator. Romulus i Fabiola, bliźnięta, niewolnicy, których pan decyduje się sprzedaż – ją do lupanaru, jego do szkoły gladiatorów. Jak połączą się ich losy?

Starożytność. Rzym, jego łaknienie kolejnych ziem, podbijania ludów dookoła to temat na wiele dobrych, porywających powieści. Nic więc dziwnego, że kolejny autor postanowił oprzeć swą opowieść o ten czas i tematykę. I chociaż na początku nie mogłam się w tę historię wgryźć, to powolutku, niezauważalnie wsiąkłam w nią, aż w końcu stwierdziłam, że „ale dlaczego to już koniec, ja chcę wiedzieć, co dalej!”.

Nie jest to żadne arcydzieło, ale też nie zakładam, by miało nim być. To naprawdę solidna, wciągająca rozrywka. I dobrym pomysłem było zbudowanie jej na losach zwykłych ludzi, tych normalnie niezauważanych, traktowanych gorzej niż zwierzęta. To właśnie losy niewolników są osnową tej opowieści, a losy możnych tylko drugim planem. Jednakże są one ze sobą nierozerwalnie związane, przenikają się, stanowią zgrabnie utkaną całość.

Taka perspektywa pozwala też na lepsze wczucie się w sytuację za czasów triumwiratu. Jak wyglądało podbijanie kolejnych ziem i ludów, z czym się wiązało? Co czuli zwykli ludzie, jak funkcjonowały podwaliny wielkiego państwa – ten cały ogromny system oparty o niewolnictwo i legiony. To ciekawy punkt widzenia, zdecydowanie inny od tych, które znamy z powieści i filmów opartych o losy arystokratów i władców.

Fascynujący jest wątek zapomnianego legionu, tego, co musieli przejść żołnierze w trakcie wędrówki przez pustynię, skazanej na porażkę walki z dzikimi plemionami czy też niewolnictwa. Niesamowita historia, ciekawie opowiedziana przez autora. Porywające losy oddziału, który wyrusza poza granice znanego im świata…

Mnie dodatkowo podobał się wątek Fabioli. Jestem bardzo ciekawa, jak rozwinie się w kolejnych dwóch tomach. Wiedza historyczna dotycząca Brutusa podpowiada mi odrobinę, ale jestem ciekawa, jak też autor zamierza poprowadzić historię w tym kierunku (i dalej). Chociaż jednocześnie akurat jej losy wydają mi się najmniej wiarygodnie przedstawione – za szybko, za łatwo, za „mocno”?

Podsumowując: jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Po pierwsze – jest trochę dłużyzn, które spokojnie można byłoby wywalić, by dodać książce dynamiki, a spójność nic by na tym nie straciła. A po drugie – spójność językowa. Nie wiem, czy to wina autora, czy też tłumaczenia. Ale z jednej strony jest delikatna stylizacja językowa, która ułatwia czytelnikowi wczucie się w historię i czasy, w jakich jest osadzona. I dobrze, jestem całym sercem za tym, by różnicować stylistykę i dostosowywać ją do potrzeb fabularnych (dzięki czemu przynajmniej nie wszystkie książki są takie same). Ale raz na jakiś czas trafia się coś takiego, co nagle wybija z czytania i wywołuje mentalną reakcję „WTF?!?”. Na przykład…

foczka zdjecie

„Foczka”? Ale serio? W starożytnym Rzymie? Ech, może jestem czepialska, ale za nic mi to do stylizacji na tamte czasy nie pasuje. Już ochroniarze mi średnio pasowali, a to zastopowało mnie w czytaniu na tyle, że zrobiłam zdjęcie, by się skonsultować z innymi czytelnikami.

Jednak historia tej czwórki bohaterów zainteresowała mnie na tyle, że z wielką chęcią przeczytam pozostałe dwa tomy, jak tylko powiają się na polskim rynku!

A dla Was niedługo będę miała konkurs związany z tą powieścią, obserwujcie bloga!

Odwieczna walka („Tam gdzie spadają anioły” – Dorota Terakowska)

Fot. Alex (Flickr)
Fot. Alex (Flickr)

Mała dziewczynka, Ewa, zauważa przelatujące nad domem anioły. Przepiękny widok, zapierający dech w piersi. Mała próbuje zwrócić uwagę rodziców, jednakże oni zbytnio są zapatrzeni w swą pracę, nie ulegają prośbie dziecka. Ewa postanawia śledzić lot aniołów samotnie i tak oto zaczyna się cała historia…

Nad głową dziewczynki toczy się walka dobra ze złem. Białe anioły walczą z czarnymi, a w gronie dobrych jest też anioł stróż Ewy. Niestety, w jego przypadku szala przechyla się ostatecznie na korzyść tego złego, biały anioł – Ave – spada na ziemię, zostaje okrutnie potraktowany i skazany na powolne rozmywanie się niebycie. Dziewczynka bez anioła stróża jest bezbronna, a ich losy są połączone. Coraz częściej przytrafiają się jej nieszczęścia, wygląda na to, że i jej lost jest przesądzony. Czy zdoła przetrwać i znaleźć rozwiązanie?

Książkę „Tam gdzie spadają anioły” Doroty Terakowskiej chciałam przeczytać od wielu, wielu lat. Teraz żałuję, że jej nie przeczytałam zaraz, gdy zrodziło się to pragnienie. Mam wrażenie, że mogłabym ją inaczej odebrać. Wcześniej czytałam aż pięć jej książek i wszystkie mi się podobały. A „Ono” i „Poczwarka” zrobiły na mnie swego czasu wielkie wrażenie. Natomiast ta…

Mam dylemat. Wiem, że gdybym tę powieść przeczytała w młodości, to by mnie zachwyciła. Teraz też ją doceniam. Jest pięknie napisana, pomysłowa, ciekawa. Jednakże jednocześnie widzę w niej naiwność, zbyt dużo zapędów moralizatorskich, takim „dydaktycznym smrodkiem” zalatuje, teza silnie przebija na wierzch, nadawałaby się świetnie do aktualnej tendencji lektur „wg klucza”. Dużo złotych myśli, coś w stylu „Małego księcia”. Wiem, pewnie teraz narażam się milionom, ale ta książeczka też mnie nie porwała. I właściwie porównując obydwie, to wolę Terakowską.

Powieść to interesująca, ale do przeczytania w młodości, nie wtedy, gdy jest się dorosłym cynikiem. A może zbyt wiele słyszałam zachwytów, zbyt wiele „książka mojego życia” i miałam oczekiwania, które poszybowały zbyt wysoko w górę? Teraz już do tego nie dojdę, w każdym razie polecam, ale czytelnikom młodym.

A na mnie czeka jeszcze kilka jej książek, ciekawe, jak mi się one spodobają!

Pierwsza książka przeczytana w ramach akcji CzytaMY!

To już jest koniec! („Na wojnie nie ma niewinnych” – Aneta Jadowska)

cykl o dorze wilk

Dora Wilk nie ma szans na odpoczynek po jej ostatnich przygodach!

Zostaje porwany Varg, wilk wybrany na partnera przez wilczycę Dory. Ona czuje jego cierpienie i wie, że jeżeli nie zdoła go uwolnić przed pełnią, to Varg – poprzez partnerską więź – wciągnie ją w obłęd. I tyle będzie z planowanego szczęścia we dwoje z Mironem. Pomijając już samą lojalność w stosunku do stada, którego jest Alfą, Dora ma więc mocną motywację do uwolnienia Varga. Okazuje się, że porwaniem stoi wilk – Alfa innego stada, z którym od dawna ma na pieńku. Z nim poradziłaby sobie bez problemu, jednak okazuje się, że pomaga mu ktoś silniejszy. A to tylko początek kłopotów, są jeszcze… Albo nie, nie będę spojlerować, czytajcie sami! W każdym razie Dora ma w tej części masę roboty, w co pierwsze włożyć ręce?

Tutaj zdecydowanie pomocne staje się poplątanie Dory. To, że jest wiedźmą, ma w sobie wilczycę, połączona jest z aniołami i diabłami i w ogóle jest jednym międzygatunkowym mieszańcem. To jakby nie było oznacza, że jej stado jest, hm…, większe niż standardowe wilcze stada. A to znowu ma wpływ na całość rozgrywki.

Aneta Jadowska w zwyżkowej formie – tak mogę podsumować ten tom. To książka z gatunku tych, co do których określenie „nie mogłam jej odłożyć” kompletnie nie jest przesadą. Musiałam się motywować, by pójść i pogadać z Rodzinką, a nie tylko czytać. Dużo komplikacji, dużo akcji, typowo „dorowe” rozwiązania. Jak dla mnie – bomba!

Ale zdecydowanie Dora Wilk to jest bohaterka, która albo podbija czyjeś serce, albo wiesza się na niej psy. By ją pokochać, to trzeba ją przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza. Uznać to, że w trakcie rozwoju cyklu jej moce nietypowo się rozbudowywały, to, że jest wiedźmą płodności, więc większość mężczyzn reaguje na nią w jeden sposób, to, że jest bezczelna, wyszczekana, a i tak wielu ją kocha. Dla mnie jest to jedna z najfajniejszych bohaterek w polskiej literaturze rozrywkowej.

W ogóle Aneta Jadowska ma dar tworzenia barwnych postaci, które urzekają i o których się pamięta. I męczy się później autorkę, by pamiętała o nich przy pisaniu kolejnych książek 😉 Heksalogia o Dorze wniosła w moje życie tak wielu fajnych bohaterów, których będę długo pamiętać i rzewnie wspominać – Miron, Joshua, Leon, Varg, Olaf, As, Baal, babka Fany, Roman. A to tylko początek listy…

Cykl o Dorze, to przykład naprawdę ciekawej i wciągającej literatury rozrywkowej. To godziny świetnej zabawy, to przywiązanie do bohaterów, przeżywanie z nimi ich radości i problemów. Dla mnie dodatkowo masa frajdy z mieszania gatunków i mitologii, czerpania pełnymi garściami z różnych wierzeń, zabawa konwencjami. No i ci bohaterowie… 😉

Pewnie, nie wszystko jest idealne. Ale mało znam tak fajnych, rozrywkowych cykli urban fantasy, i to zarówno w literaturze polskiej i zagranicznej. Takich z przymrużeniem oka, lekko niepoważnych, ale traktujących tak de facto o poważnych sprawach (lojalność, przyjaźń, miłość) i podbijających serce czytelnika.

Cykl o Dorze zaliczam do tych ulubionych, dostał specjalne miejsce na półce. Tylko muszę wymienić tom pierwszy, bo wydawca w międzyczasie zmienił szatę graficzną (wrrrrr!) i gryzie mi się z całością. No, ale to mało ważny detal. Ważne jest to, że to świetna rozrywka, którą polecam wielbicielom tego typu książek!

A ja rozpoczynam odliczanie do kolejnej książki tej autorki. No i ciekawa jestem niezmiernie, jaki będzie nowy cykl. A może za kilka lat Dora wróci? Albo np. ich dziecko, taki mieszaniec wielogatunkowy to byłoby COŚ!