Poszukując sprawiedliwości („Cesarz Ośmiu Wysp” – Lian Hearn)

cow

„Opowieści rodu Otori” mam na półce od lat. Cierpliwie czekają na swoją kolej, marzy mi się dłuższy urlop, w trakcie którego usiądę i pochłonę pięć tomów jeden po drugim… Gdy jednak trafiła mi się okazja przeczytania początku nowego cyklu, postanowiłam spróbować, tym bardziej, że niesamowicie kusiło mnie to piękne wydanie. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z Lian Hearn?

Najpierw długo i powoli wchodzimy w zbudowany przez autorkę świat. Klimat średniowiecznej Japonii – władcy feudalni, cesarz, słudzy, duchy, magia, ofiary, ceremoniały – jest wciągający i interesujący. Do tego dostajemy zbiór bohaterów, którzy zdecydowanie będą oddziaływać na czytelnika.

Z jednej strony młodzieniec, który traci ojca w rozgrywce z nieczystymi siłami i którym ma się opiekować stryj. Jednakże dybie on na życie dziedzica, gdy chłopak umrze, to cały majątek trafi w jego ręce. Jednak Kazumaru udaje się przeżyć, trafia pod opiekę wielkiego czarownika i w tym momencie zaczyna się właściwie nowe życie chłopaka.

Z drugiej strony mamy pana Kiyoyori, starszego syna możnego rodu, który pragnie tylko spokojnie żyć. Jednakże decyzja ojca i głowy rodu jest nieubłagana – Kiyoyori ma „przejąć” żonę młodszego brata i jego majątek, stanąć po jednej stronie wielkiego stronnictwa, a młodszy brat ma wyjechać i wejść do drugiego stronnictwa możnowładców. W ten sposób zawsze jeden z nich będzie u władzy. Jednakże ojciec nie rozważył wszystkich skutków swej decyzji…

Do tego jeszcze mamy postać księcia opata, wielkiego pana, który jest mistrzem intryg i szpiegów, a który postanowił posadzić na tronie cesarstwa swego człowieka, nie patrząc na to, co taki ruch oznacza dla całego kraju. Przeprowadza zamach, jednakże kilkuletni następca tronu – Yoshimori – znika i nikt nie wie, co się z nim stało. A kraj stopniowo zaczyna odczuwać skutki decyzji opata, chaos i zniszczenie rozlewa się powoli na coraz szersze jego połacie.

A gdy dodamy do tego jeszcze pomniejsze postaci, które także wpływają na akcję, tych wszystkich mędrców, magów, ukochane kobiety, córki, żony, to robi się wielowarstwowa opowieść o pragnieniach, zemście, miłości, władzy i sprawiedliwości. Bardzo uniwersalna historia osadzona w bardzo szczególnym świecie, doskonała kombinacja.

Lian Hearn zdecydowanie potrafi snuć opowieści, tworzyć wciągający klimat i interesujący świat. Przeczytałam „Cesarza Ośmiu Wysp” z zainteresowaniem, oczywiście na początku trochę musiałam się oswoić z tymi wszystkimi nietypowymi dla nas nazwami i nazwiskami, ale później szło już jak po maśle. Na tyle, na ile mnie to oceniać, Hearn udało się wytworzyć ten swoisty klimat powieści związanych z Japonią, co bardzo mi się podobało, stęskniłam się za nim, ale właśnie w takim wydaniu, niekoniecznie w wydaniu tych wszystkich opowieści o kurtyzanach, których zalew na rynku przeżywaliśmy dobrych kilka lat temu.

Wydanie jest przepiękne, zobaczcie sami! Piękna, klimatyczna okładka, twarda oprawa, tasiemka zamiast zakładki i brzegi kartek farbowane na czerwono. Cudo!

Jedyny brak, jaki odczuwałam, to opis, jak ma się ten tom do całości. Po zerknięciu do Internetu już wiem, że MAG wydał dwa pierwsze tomy w jednym zbiorze i że niedługo otrzymamy kolejne dwa w następnym i tym samym cały cykl w polskim wydaniu zamknie się w dwóch tomach. To jest według mnie istotna dla czytelników informacja, która powinna być uwzględniona na okładce. Ale to jedyny pierdół, do którego się przyczepię, bo naprawdę podoba mi się ta opowieść.

Jeżeli szukacie powieści fantasy inspirowanej Japonią, to „Cesarz Ośmiu Wysp” będzie dobrym wyborem!

Odbicia na tafli życia („Ślady” – Jakub Małecki)

ślady

Czy zastanawiacie się czasami, jakie ślady po sobie zostawiacie? Co zostanie na tym świecie, gdy Was już nie będzie? Co pozostawicie w sercach i pamięci innych ludzi? Jakie ślady pozostawili inni w Waszym życiu? Ślady, które pozostawiono, te, które pozostawiamy my, warkocz ludzkich losów, przeplatające się życia, zjawisko kompletnie nie do opanowania czy zaplanowania. Pamięć, która pozostaje. O ile pozostaje…

„Ślady” Jakuba Małeckiego potraktowałam na początku jak zwykłe opowiadania. Nawet się zdziwiłam, że tym razem akurat ta forma. Chciałam sobie pojedynczo dawkować kolejne teksty, jednak nie było mi to dane. Owszem, każdą historię czytałam powoli i z uwagą, jednak nie byłam ich w stanie sobie dawkować pojedynczo przez kilkanaście dni. Tak się nie da, bo to nie jest zwykły zbiór opowiadań. Nie wiem, jak określić tę formę, powieściozbiór? Może lepiej nie będę wymyślać nazwy, w każdym razie „Ślady” to szkatułka pełna opowieści misternie utkanych i delikatnie ze sobą połączonych. Uważny czytelnik bez problemu znajdzie pozostawione przez autora ślady, da się poprowadzić do kolejnych odkryć.

Tylu bohaterów, tyle ludzkich losów, kilkadziesiąt lat, wiele różnych miejsc akcji, a jednak, wszędzie przewija się utrata, samotność, nieszczęście, niedostosowanie do „normalności” i otaczającej bohaterów rzeczywistości. Teresa, która w górskim schronisku opowiada dwójce nieznajomych swoje życie, to czekanie na nieokreślone coś… Kobieta nazywana przez innych świętą Eugenią, której rodzina zginęła w wypadku, a która zakopuje w swoim ogrodzie truchła potrąconych zwierząt. Czy też celebrytka, która po życiu pełnym sukcesów, pieniędzy, sławy i splendoru zapomina swoje życie i siebie samą. Te historie i wiele innych poruszają, zmuszają do refleksji nad życiem, relacjami z innymi ludźmi, oczekiwaniami, wyborami, śmiercią, chorobą, samotnością. Te opowiadania to lektura, która świetnie nadaje się na jesienną podróż, gdy po przeczytaniu jednego opowiadania można się zadumać, zawiesić wzrok na przesuwającym się krajobrazie i myśleć, rozważać, analizować.

Małecki jest w formie, zarówno pomysły na teksty, jak i ich dopracowanie i tak zgrabne utkanie w literacki kilim ukazuje, że ten młody autor ciekawie się rozwija i nie spoczywa na laurach. Do tego piękny, bogaty język, polszczyzną autor operuje bardzo dobrze, zwraca uwagę na to, jak pisze, co niestety wcale nie jest już tak częste, a powinno być przecież normą.

„Ślady” i „Dygot” są naprawdę świetne, polecam, jednak na razie dla mnie ukochanymi książkami tego autora są niezmiennie powalający „Dżozef” i niesamowite „W odbiciu”. Właśnie za przedziwne fabuły i oderwanie od rzeczywistości, takie schizofreniczne historie. Ale po cichu i tak liczę na to, że Jakub Małecki stworzy jeszcze wiele ciekawych, odjechanych, porywających i wartych przeczytania książek! Jeżeli macie ochotę oderwać się od przyjemnej i relaksującej łatwej papki i poznać twórczość ciekawego polskiego autora – polecam Jakuba Małeckiego!

Sensacyjny wieloksiąg (#6)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Czas na kolejny wieloksiąg! Dzisiaj będzie sensacyjnie, pościgowo, niebezpiecznie. Książki akcji w akcji! 😉 Zaczynamy!

wysłanniczka miller„Wysłanniczka” – Stephen Miller

Daria jest młodą fanatyczną terrorystką i nosicielką śmiercionośnego wirusa ospy. Pewnego dnia zostaje wysłana do Nowego Jorku jako rzekoma dziennikarka, by tu roznosić wirus i przynieść śmierć milionom niewinnych ludzi. Jest „strzałą”, która ma ugodzić znienawidzonego zachodniego szatana.

Miało być emocjonująco, miało trzymać w napięciu, a było tylko i wyłącznie przeciętnie. Wielki potencjał, jednakże zupełnie nie został on wykorzystany. Mogło być to faktycznie świetne studium psychologiczne terrorystki, jednakże autor nie podołał, nie ma głębi.

easylog zielke„Easylog” – Mariusz Zielke

Dziesięć lat temu zaginęła ukochana Bena – Sally, a on stracił intratną posadę głównego technologa korporacji SkyCom, najpotężniejszej firmy na świecie. Żyje, rozwinął nową firmę, jednak nie jest szczęśliwy. A na dodatek wygląda na to, że demony przeszłości powracają, w ciągu jednego dnia zmieniając pozornie ułożone życie Bena w koszmar pełen emocjonujących zdarzeń i zagadek!

Przez większą część myślałam, że będzie mooooże dobra ocena, ale jednak ostatnia 1/3 podniosła ocenę, całkiem zgrabnie wymyślone. Zielke kolejny raz udowodnił, że jest niezłym rzemieślnikiem sensacyjnym. Mogłoby być lepiej wyważony rozkład napięć i lepsza psychologia postaci, ale rozrywka była całkiem godziwa.

browar chenczke„Browar” – Tomek P. Chenczke

Nieźle zaplątany thriller, którego akcja toczy się w czasach rodzącego się u nas wolnego rynku. Skomplikowana rozgrywka, wiele zwrotów akcji, do końca nie jest zupełnie jasne, co się wydarzy. Wielomilionowe transakcje, śmierć młodej modelki, agresywna kampania organizacji feministycznej, seksualny szantaż, a przede wszystkim wielkie interesy! Poplątane i wciągające.

Nie był to najlepszy moment na czytanie tej książki, miałam mało czasu, byłam zmęczona, co powodowało, ze musiałam mocno uważać, by się momentami nie pogubić. Ale było warto. Ciekawy debiut, będę obserwować autora, bo jeżeli postawi na rozwój, to zapowiada się bardzo ciekawa postać w literaturze rozrywkowej. Chociaż temat trudno za rozrywkowy uznać 😉

*****

Oby tak dalej, w końcu czuję, że coś się tutaj dzieje i powolutku posuwam się do przodu. Ostatnio straszna tutaj panowała stagnacja!

Kobiecy wieloksiąg (#5)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Od dłuższego czasu czytam sporo, ale pisanie niezbyt mi wychodzi. Czasu mało, chęci jeszcze mniej. Do tego sporo pracy i wydarzeń pozapracowych. A że w pracy trzeba dużo pisać i wykazywać się sporą dozą kreatywności, to wieczorami już mi się nie chce. I chyba po ponad 6 latach blogowania trochę mi się materiał zmęczył 😉 Tak czy siak – mogą się częściej pojawiać notki tego typu, bym chociaż troszkę napisała o większości przeczytanych książek. A dzisiaj kolejne zestawienie powieści, których grupą docelową są głównie kobiety.

nie tracmy ani chwili„Nie traćmy ani chwili” – Jill Mansell

Dexterowi umiera siostra. Bawidamek i lekkoduch postanawia przejąć opiekę nad siostrzenicą. Opieka nad niemowlakiem oraz utrata wolności i bujnego życia singla to nie wszystko, bo dla dobra dziecka postanawia przeniesć się do małej miejscowości. A tam trafia na barwną grupę, z nową sąsiadką na czele…

Jakie to jest przeurocze, ciepłe i zabawne czytadełko! Lubię takie książki i mam dla nich prywatną kategorię – „plaster na duszę”. Obok wielkiej literatury nawet nie stało, ale też nie ma do tego pretensji. Rozrywka, zanurzenie się w opowieści i tyle. Sporo humoru, bardzo przyjemni bohaterowie. Świetnie się sprawdziło na początek gorącego okresu roboczego.

niech ci sie spelnia marzenia„Niech ci się spełnią marzenia” – Barbara O’Neal

Opowieść o czterech blogerkach kulinarnych, ich życiowych historiach oraz wielkiej międzypokoleniowej przyjaźni. Wiele kobiecych rozmów, wspierania się, pomocy w pokonywaniu trudnych sytuacji. I dużo smakołyków, w końcu blogi kulinarne zobowiązują. Nie czytać bez przekąsek u boku!

Cóż za przyjemna książka! Nierealna i słodka bajeczka, ale tak pełna ciepła, humoru i wzruszeń, że czytało się ją doskonale, świetne czytadło. Z chęcią sięgnę po inne książki tej autorki i przekonam się, czy wszystkie są w podobnym stylu. Aktualnie potrzebuję lekkości i relaksu.

ostatni bus do coffeeville„Ostatni bus do Coffeeville” – J. Paul Henderson

Eugene i Nancy przeżyli wielką miłość. Jednakże los nie dał im być razem, rozdzielił ich ścieżki. Ale Eugene zdążył jeszcze obiecać ukochanej, że gdy ta zachoruje na Alzheimera, to on pomoże jej umrzeć. Gdy po kilkudziesięciu latach nadchodzić ten moment, przed dwójką staruszków (i nie tylko) staje wielkie wyzwanie, szalona podróż do Coffeeville. Czeka na nich wiele przygód!

Ta powieść powolutku skradła moje serce… Ale jak już je skradła, to pewnie na zawsze! Chyba w ogóle nie jest znana, a to taka urocza opowieść. Trochę jak skrzyżowanie „Stulatka, który…” ze „Smażonymi zielonymi pomidorami”, tylko jeszcze dodatkowo ze wzruszającą końcówką. O poważnych, smutnych sprawach w lekki sposób. Polecam!

*****

To tyle na dzisiaj! Mam nadzieję, że niedługo podrzucę Wam kolejny wieloksiąg i dzięki temu systemowi powolutku dotrę do momentu, gdy będę już pisać na bieżąco. Oby!

Granice rzeczywistości („Przebudzenie” – Stephen King)

przebudzenie king piorun
Fot. Katie Moore (flickr)

Nie chcę umierać.

Od zawsze przeraża mnie śmierć, panicznie się jej boję. A odkąd przeczytałam zakończenie „Przebudzenia” Stephena Kinga, boję się jej jeszcze bardziej. Wizja, którą stworzył jest tak niesamowita i przerażająca, że jeżeli miałaby być prawdziwa, to zaczęłabym się zajmować poszukiwaniem metody na pozostanie wiecznie żywą. Ale do rzeczy!

Lata sześćdziesiąte, amerykańska prowincja. Znamy to, prawda? Chłopiec bawi się żołnierzykami, toczy wyimaginowaną wojnę, gdy nagle pada na niego cień człowieka, który odmieni całe jego życie. Jest to Charles Jacobs – jak określa go dorośnięciu tenże chłopiec – piąta osoba dramatu.

Charles jest nowym pastorem, który powoli zdobywa uznanie wśród wiernych. Znowu więcej ludzi chodzi do kościoła, a dzieci i młodzież uczęszczają do szkółki, gdzie słuchają o Jezusie i jego czynach. A przy okazji o… elekryczności. To właśnie ona fascynuje pastora tak, że każdą wolną chwilę spędza na eksperymentach. A, gdy w jego życiu wydarza się tragedia, to właśnie elektryczność staje się swoistą fiksacją Charlesa. Ośmielę się wręcz napisać, że go opętuje.

Mały chłopiec dorasta i po latach spotyka ponownie swe przeznaczenie. Od momentu, gdy Charles zajmuje się Jamiem, już nigdy nie znika z jego życia. Jest jak cień, który pozostaje gdzieś z boku, nie daje o sobie zapomnieć. Tak samo, jak skutki jego czynu ciągle tkwią w psychice Jamiego.

A Jamie powoli zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę stoi za obsesją Charlesa, o co chodzi w jego eksperymentach. Tym bardziej, że Jamiego od czasu hm… zabiegu prześladują od czasu do czasu dziwne wizje i zachowania. I nie jest jedyny, dotyczy to wielu osób, które miały do czynienia z Charlesem i jego doświadczeniach, uzdrowieniach, różnorakich projektach. Skąd te skutki uboczne? Mężczyzna zaczyna badać sprawę, a to doprowadzi do go niewiarygodnego odkrycia i zaważy nie tylko na jego życiu!

Dwójkę bohaterów obserwować możemy przez ponad pięćdziesiąt lat, co daje nam możliwość dokładnej obserwacji rozwoju ich relacji, ich samych, tego, jak się zmieniają i gdzie zmierzają. Historię poznajemy z punktu widzenia Jamiego, jest ona jego swoistym pamiętnikiem, może spowiedzią. Dzięki temu od początku wiemy, że wydarzy się coś mrocznego, że nie będzie to opowieść z happy endem.

Z książek tego autora, które miałam okazję czytać, ta ma najlepiej splecione wątki obyczajowe i nadnaturalne. Świetne połączenie tych cudownych opisów życia z mniej lub bardziej dawnych lat (kocham te jego opisy, czuję się, jakbym tam była z bohaterami książki!), ciągle zwyczajnej i wydawałoby się oswojonej już przez nas elektryczności, z wątkiem dotyczącym Matki. I więcej Wam nie zdradzę, bo nie chcę spojlerować fabuły. W każym razie – bardzo udana robota!

Zdecydowanie nie jest to horror w klasycznym tego słowa rozumieniu. Tu opowieść snuje się powoli, mamy tylko przebłyski, które zwiastują, że coś jest nie tak, jednak dopiero końcówka jest mocnym akcentem. Za to dla mnie była ona wystarczająco mocna, by zostać na długo w pamięci! Ale nawet ona nie jest typowa – oddziałuje na czytelnika bardzo mocno jako wizja, przerażające wyobrażenie tego, co ma czekać na ludzi po śmierci. Nie ma tam hektolitrów krwi, mordowania na prawo i lewo, piły czy hord upiorów. Jest tylko siła wyobraźni i ludzkiego umysłu! I świetne połączenie wszystkich wątków, które się w tej książce pojawiły.

przebudzenie kingMam wrażenie się, że „Przebudzenie” to książka bardziej dojrzała i bardziej osobista. Możliwe, że nadinterpretuję, ale miałam poczucie, że autor doprawił ją swym lękiem przed starością i umieraniem. Czuć w niej melancholię, tęsknotę za przeszłością. Wyczuwalne są też rozważania dotyczące religii, wiary w życiu człowieka, jej wpływu na naszą codzienność i nasze postępowanie.

Ja jestem zachwycona, czytało mi się tę książkę fantastycznie. A końcówka zostaje ze mną na dłuuuuugo… Bardzo dobry nie-taki-znowu-horror, polecam!

©