Co wybierzesz? („Ene, due, śmierć” – M. J. Arlidge)

ene due śmierć telefon

Wyobraź sobie… Budzisz się nagle w dziwnym, odizolowanym i zamkniętym pomieszczeniu. Obolały, zdezorientowany, nie wiesz, o co chodzi. Spostrzegasz, że nie jesteś tam sam – może jest z Tobą żona, może przyjaciel lub współpracownik. W każdym razie ktoś, z kim łączy Cię stosunkowo lub bardzo bliska więź. Zanim zdążysz pomyśleć, o co w tym wszystkim chodzi, dzwoni telefon. Rozmowa jest krótka i zmienia wszystko. Teraz już wiesz, że przeżyje tylko jedno z Was…

Southampton i jego okolice stają miejscem szczególnej gry. Gry o śmierć i życie. Ktoś porywa po dwie osoby, zamyka je bez pożywienia i bez wody, zostawia im pistolet z jedną kulą oraz prawie rozładowany telefon, przez który informuje, że jedna osoba musi zginąć, wtedy druga odzyska wolność. Przerażająca wizja, prawda?

Gdy okazuje się, że działaniu sprawcy jest schemat, staje się też jasne, że sprawca musi mieć istotny motyw, że jest świetnie zorganizowany i przebiegły. Ale o co mu chodzi?

Wyjaśnienie sprawy przydzielone zostaje Helen Grace. To policjantka rozkochana w swojej pracy, odnosząca w niej sukcesy i poświęcająca się jej praktycznie całkowicie. Tylko czasami znajdująca chwilę relaksu w trakcie sesji BSDM, czująca, że potrzebuje bólu, by móc dalej wieść takie życie, by zapanować nad sobą i swoją – tajemniczą – przeszłością. Co takiego się wydarzyło, gdy Helen była dzieckiem?

Tajemniczy morderca (bo jak inaczej nazwać osobę, która wymyśla i realizuje takie plany?) to główny problem Helen, ale nie jest jedynym. Dochodzą różnorakie problemy w pracy, utrudnianie śledztwa, konflikty międzyludzkie. Nie ma łatwo, jak się wali, to na całej linii. To wszystko nie pomaga Helen w skupieniu się na sprawie, jak najszybszym i „najczystszym” jej rozwiązaniu. Czy osoba, która nie potrafi sobie poradzić z przeszłością i powoli gubi się w teraźniejszości jest w ogóle w stanie sobie z nią poradzić?

„Ene, due, śmierć” przykuwa czytelnika już pierwszą sceną. A później wciąga go głębiej i głębiej, nie puszczając aż do końca. Nie da się jej czytać wolno, krótkie rozdziały aż zapraszają do tego, by przeczytać jeszcze jeden i jeszcze jeden, a akcja pędzi na łeb, na szyję i nie pozwala się oderwać. Pochłaniałam tę książkę, za każdym porwaniem zastanawiałam się, jak się skończy oraz naturalnie głowiłam się, któż za nimi stoi.

Thriller thrillerem, akcja akcją, ale dwie sprawy były dla mnie bardzo interesujące. Pierwszą z nich było to, co rozgrywało się w psychice każdej z porwanych osób. Zabić? Dać się zabić? Przeżyć z piętnem mordercy? Jak straszny proces decyzyjny musiał zachodzić w ich głowach, jak przerażające musiało być podejmowanie takich decyzji! A potem? Jak żyć z poczuciem, że zamordowaliśmy kogoś, by samemu przeżyć? Jak sobie z tym radzić? Spoglądać w oczy bliskim, chodzić do pracy, funkcjonować w społeczeństwie? Właśnie to było dla mnie najbardziej interesujące w tej książce, mogłoby być nawet bardziej rozwinięte.

Powieść Arlidge’a to bardzo wciągający thriller, buzujący od emocji, kawał naprawdę fajnej literatury rozrywkowej. Rozrywkowej, popularnej, ale jednak wzbudzającej w głowie czytelnika pytania: a jak ja zachowałabym się na ich miejscu? Jak poradziłabym sobie w tej sytuacji? Czy jestem siebie pewna?

PS. W trakcie czytelniczych emocji nie zwróciłam na to uwagi, ale faktycznie, jedna sprawa wydaje się być niezbyt realna. Wyszła w trakcie rozmowy z Jankiem, który zapytał mnie – „no dobra, ale dlaczego właściwie nikt nie zadzwonił pod numer alarmowy? Do tego nie trzeba mieć karty SIM”. I myślę sobie nad tym do dzisiaj – faktycznie, opcja dzwonienia na numery alarmowe jest przecież dostępna niezależnie. Jeżeli zasięg był (a musiał, bo przecież porywacz dzwonił), to i oni powinni móc się dodzwonić. I nie wierzę w takie wycyrklowanie stanu baterii, by zaraz po telefonie porywacza się rozładowywała. Szczególnie, że różne osoby w różnym tempie odzyskiwały przytomność. No, ale to jedyna moja zagwozdka!

W obronie sprawiedliwości? („Kasacja” – Remigiusz Mróz)

warszawa skylight

Skylight. Budynek na środku zdjęcia. Samo centrum miasta. W nim i w jego okolicy mieszczą się wielkie i ważne firmy. W tym jedna z najpopularniejszych kancelarii adwokackich – Żelazny & McVay. To właśnie prawniczka z ich ekipy – Joanna Chyłka – spotyka się z człowiekiem oskarżonym o okrutną zbrodnię. Piotr Langer jest oskarżony o zabicie dwóch osób. A właściwie o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. W ewentualnej obronie nie pomoże fakt, że spędził ze swoimi ofiarami aż 10 dni. Czy jest chory psychicznie? Zastraszony? W pełni świadomy tego, co zrobił? Joanna wychodzi z pierwszego spotkania przerażona…

Do pomocy dostaje aplikanta – Kordiana Oryńskiego. Dla niego jest to skok wysoko w górę, ta kancelaria to wrota do potencjalnej kariery. Pokazanie się z dobrej strony może spowodować niezłe jej przyspieszenie, nawalenie w jakiejś sprawie – wylądowanie w małej podmiejskiej kancelarii. Wrota do nieba czy do piekła?

Chyłka i Zordon (przydomek zdobyty błyskawicznie przez Kordiana) stają przed wielkim wyzwaniem – w którą stronę pójść, jak zdobyć informacje, które wydają się być niemożliwe do zdobycia, jak obronić ich klienta? I to wszystko w sytuacji, gdy ktoś usilnie robi wszystko, by im w tym przeszkodzić. Ktoś, kto wydaje się być bardzo groźny i niezmiernie wpływowy. I kto wie wszystko i zna wszystkich.

I tak oto zostajemy wciągnięci w świat prawniczych korporacji, wielkich pieniędzy, niekoniecznie czystych rozgrywek, w świat zbrodni. Akcja w „Kasacji” prawie nie przystaje, gna na łeb, na szyję. A czytelnik może się tylko zastanawiać, co będzie dalej. A tej parze można tylko kibicować. Chociaż są nietypowi.

Chyłka to twarda kobieta, pozująca wręcz na tzw. „sucz” – niewyparzona gęba, nastawienie „gdzie ja nie byłam, czego nie widziałam, nic mnie nie zdziwi”, jeździ autem, którego pozazdrości jej większość facetów, a na obiad pożera potrójną porcę mięsa. Do tego styl „po trupach do celu”, skuteczność i niezawodność. Zordon to znowu trochę taki mięczak. Niepewny siebie, lekko gapowaty, taka ciepła klucha. Aczkolwiek to się – naturalnie – zmienia w trakcie rozwoju akcji. I niestety zmiania według mnie zbyt szybko i powierzchownie, by mogło być wiarygodne. Tak samo, jak końcówka, nie zagrała mi ta zmiana. Wolałabym widzieć powolny rozwój tej dwójki bohaterów, a nie wszystko wciśnięte w ile to w sumie było? Dwa miesiące?

Po niesamowitych zachwytach dwóch czy trzech blogerek nad tą książką, oczekiwałam sporo więcej, wręcz arcydzieła. Tego nie dostałam, ale „Kasacja” to naprawdę dobra rozrywka. Trochę taki polski Grisham. Prawnicy, ich rozgrywki, sala sądowa, sędziowie, ławnicy, więzienie, zagrożenie i próba dojścia do prawdy. Bardzo się to przyjemnie czyta. Dla mnie tym przyjemniej, że mowa o miejscach, które znam. A na dodatek powieść jest naprawdę wciągająca. Mimo tych małych mankamentów, nie mogłam się od niej oderwać.

Z przyjemnością sięgnę po inne książki tego autora, teraz jestem już pewna, że mam szansę spędzić czas ciekawie i z wypiekami na twarzy!

Bezgraniczna samotność („Jaskiniowiec” – Jorn Lier Horst)

fotel jaskiniowiec
Fot. Bryan & Lyn (flickr)

Premiera 10 września!

Cztery miesiące rozkładu ciała, wsiąkania płynów ustrojowych w fotel, powolnej mumifikacji. A to wszystko przed włączonym telewizorem, obok programu telewizyjnego, na którym zakreślono to, co miało być oglądane…

Wyobrażacie sobie siebie samych prowadzących tak samotne życie? Przerażająca, bezgraniczna samotność! Takie życie wiódł Viggo Hansen. A znaleziono go już(!) po czterech miesiącach, bo rachunki nie były opłacane i w końcu zainteresowano się tym, dlaczego. 

To właśnie ta śmierć samotnego staruszka porusza Line, która postanawia zrobić reportaż o Viggo, a przez jego przypadek pokazać samotność, która coraz bardziej panoszy się w społeczeństwie dookoła. I nie tylko samoność, ale i brak zainteresowania innymi ludźmi,sąsiadami, kolegami z pracy etc. Do sprawy podchodzi skrupulatnie, jednakże by ją naprawdę zgłębić, musi pojechać do domu rodzinnego, przynajmniej na kilka dni. W końcu jej ojciec mieszka na tej samej ulicy, co Viggo!

A jej ojciec – William – ma przedziwną sprawę do rozwiązania, spędza więc w pracy mnóstwo czasu, coraz bardziej przerażony rozwojem sytuacji, nie ma czasu zainteresować się tak naprawdę reportażem, który tworzy Line. Mimo tego, że rzadko się widują, nie są w stanie wykorzystać tej okazji i pobyć ze sobą, praca pochłania obydwoje całkowicie. Czy to nie jest kolejny przypadek innego rodzaju samotności? Poświęcenia pracy w takim stopniu, że nawet rodzina niezasługuje na uwagę? Obserwując sporą część znajomych osób mam wrażenie, że praca coraz częściej wygrywa z resztą życia i coraz częściej widać model „pracuję, by żyć”, a reszta nie jest ważna lub jest zdecydowanie mniej ważna. Tutaj wprawdzie – szczególnie u Williama – wynika to z istotnych pobudek, ale natchnęło do refleksji na ten temat.

Kim był Viggo i dlaczego był tak samotny? Czy ktoś go w ogóle znał bliżej? Co stoi za sprawą, którą prowadzi William? Kogo poszukują? I kim jest tak naprawdę tytułowy jaskiniowie?

„Jaskiniowiec” to dobra lektura. Nie jestem w stanie odnieść się do porównań do Jo Nesbo, bo książki tego autora ciągle są przede mną. Wprawdzie patrząc obiektywnie – to wszystko już było, ten kryminał nie wnosi nic nowego, wszystkie triki i zabiegi stylistyczne już znamy. Ale ciągle uważam, że jest to dobrze napisany kryminał, o całkiem ciekawej fabule. Podoba mi się wątek równoległego działania ojca i córki, dodaje to smaczku całości. Chociaż więcej mej sympatii zyskała Line i jej sposób działania – systematyczny, bardzo dobrze zorganizowany, otwarty na nowe możliwości, bystry i odważny. Kobieta ma łeb na kartku, działa sprawnie, aczkolwiek nie ukrywajmy – dziennikarz ma przeważnie większe pole do działania, niż związany mnóstwem przepisów policjant, któremu wszyscy patrzą na ręce.

Autorowi udało się kilkukrotne wodzenie mnie za nos. Kilka razy byłam pewna, że teraz to ja już wszystko wiem i rozumiem, a tu niespodzianka – wcale tak nie było. I za to dostaje ode mnie dodatkowy plusik.

Najbardziej jednak w tej powieści zwrócił mą uwagę wątek ludzkiej samotności i zamknięcia w swoim życiu. Jakie to przerażające, by żyć całymi latami z boku, nie mieć przyjaciół (bo ok, nie każdemu jest dana rodzina) lub chociaż bliższych znajomych, mieć za to sąsiadów, którzy kompletnie nie zwracają na ciebie uwagi. A z drugiej strony patrząc być tak zasklepionym w swej samotności, że nie potrafi się wyjść do ludzi, pokazać im, że potrzebuje się kontaktu z nimi. Przecież człowiek jest zwierzęciem stadnym, nie mówię, że zaraz musi mieć codziennie dziesięcioro gości, ale chociaż spotkać się z kimś raz na kilka dni?

Ten wątek współgra mocno z moją obawą o to, gdzie zmierza nasze cywilizowane społeczeństwo. Mam wrażenie, że coraz bardziej zamykamy się w swoim życiu – zamknięte osiedla, klatki schodowe, sąsiadom może powiemy dzień dobry, o ile ich już spotkamy. Mało kto chyba już wpada się przywitać po przeprowadzce, pożyczyć szklankę soli, czy też porozmawia z sąsiadem dłużej niż minutę. Mam wrażenie, że coraz mniej zwracamy uwagę na innych ludzi, czekamy aż zrobi to za nas ktoś inny? Kolejny przykład, który pasuje do mych obaw, widziałam kilka dni temu TUTAJ.

Ten wątek jak sami widzicie poruszył we mnie czułą strunę. Może dlatego, że sama boję się takiej samotności, szczególnie tak samotnej starości?

W każdym razie „Jaskiniowca” miłośnikom kryminału polecam. Ale zdecydowanie tym, którzy lubią kryminały skandynawskie, z dużą dozą otoczki obyczajowej. To książka dla Was!

jaskiniowiecWydawnictwo: Smak Słowa, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 336

© 

Kim jesteś? („Pochłaniacz” – Katarzyna Bonda)

kula morderstwo
Fot. John Spade (flickr)

Lata 90-te. W Trójmieście w wyniku bardzo nieszczęśliwego splotu okoliczności grupka młodych ludzi wplątana zostaje w rozgrywki mafijne, w rezultacie których giną brat i siostra. Wydarzenia te wpływają na życie wielu osób, zmieniają je całkowicie już na zawsze.

Po dwudziestu latach była policjantka, a aktualnie profilerka, Sasza Załuska, otrzymuje dziwne zlecenie. Zgłasza się do niej niedoszła ofiara i prosi o zrobienie profilu swojego mordercy. Sprawa nietypowa sama w sobie, a na dodatek błyskawicznie okazuje się, że osoba, która odwiedziła Saszę nie jest tą, za którą się podawała. O co w tym wszystkim chodzi? Kto do niej przyszedł i jaki był jego cel?

W tym samym czasie, w znanym klubie, dochodzi do masakry – ginie jedna osoba, a druga ląduje w szpitalu w stanie krytycznym. Oskarżona zostaje jedna z pracownic, ale Saszy coś się nie zgadza, sprawa nie daje jej spokoju, zaczyna więc ryć głębiej i głębiej. Coraz częściej przewija się w tle zapomniana już od dawna sprawa Staroniów i rodzeństwa, które zginęło w dziwnych okolicznościach. Co łączy tę starą sprawę z dopiero co popełnionym morderstwem? A może to połączenie to tylko zwykła fanaberia Saszy?

To pierwsza książka Katarzyny Bondy, którą miałam okazję przeczytać. Sięgnęłam po nią z bardzo wysokimi oczekiwaniami. Chyba nawet ciut za wysokimi (bo podświadomość się nasłuchała non-stop o „królowej polskiego kryminału”). „Pochłaniacz” to jest zdecydowanie solidny, dobry kryminał. Sporo akcji, sporo wodzenia czytelnika za nos, odwracania kota ogonem. Czytelnik ma możliwość dogłębnego poznania bohaterów, ich motywów działania, historii etc.

Jednocześnie miałam jednak wrażenie, że książka jest po części przegadana, można byłoby spokojnie skrócić ją o kilkadziesiąt stron bez uszczerbku dla jakości całości. Momentami mialam też wrażenie, że jest odrobinę chaotyczna, całe szczęście rzadko. Na początku nie mogłam też przyzwyczaić się do stylu – miałam wrażenie nadużywania krótkich zdań, jakby strachu przed zdaniami wielokrotnie złożonymi. Jednakże później albo przywykłam i przestałam zwracać uwagę, albo wciągnęła mnie historia, albo zwyczajnie opowieść się skomplikowała, a razem z nią zdania 😉 W każdym razie po pierwszych kilkunastu (-dziesięciu?) stronach mi to poczucie minęło.

Mimo delikatnego przegadania i odrobiny chaosu, „Pochłaniacz” to ciekawa pozycja na polskim rynku. Warto po nią sięgnąć chociażby dlatego, że przybliża nam raczej mało znany zawód profilera i jego wagę w rozwiązywaniu różnorakich spraw. Jak wiele informacji można wyciągnać czy odnaleźć tworząc profil przestępcy! Godna podziwu jest też ogromna praca włożona w przygotowanie tej książki, można to dostrzec nawet będąc czytelnikiem-laikiem. Brawa za to, lubię taką postawę, a mam wrażenie, że solidne przygotowywanie się do pisania ginie powoli na polskim rynku literackim. Również główna bohaterka ma duże szanse zostać ulubienicą wielu czytelników – inteligentna, silna, wytrwale walczy ze swoimi słabościami, bardzo ludzka, taka, do której można się przywiązać i z którą można się identyfikować. Ma potencjał na to, by stać się jedną ze słynniejszych bohaterek wśród polskich „kryminalistek”.

Garść plusów, garść minusów, jaka suma? Po szumnym haśle marketingowym można po tej książce oczekiwać więcej, niż się dostaje. Mam wrażenie, że niestety – chociaż bardzo dobre i zgrabne – mogło potencjalnie narobić szkody, bo stawia poprzeczkę bardzo wysoko. Książka jest dobra, ale z określeniem „królowa kryminału” poczekajmy do końca serii, wtedy możemy ocenić postępy, logikę i spójność całości. Pierwszy tom dostaje ode mnie solidną czwórkę, a ja wracam do kibicowania autorce, którą osobiście bardzo lubię i uważam za jedną z bardziej interesujących polskich autorek młodego pokolenia. Trzymam więc kciuki za dalszy rozwój!

pochlaniacz-b-iext25103254Wydawnictwo: Muza, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 672

© 

Zabójcza miłość („Kobieta z Impetem” – Mariola Zaczyńska)

czarna wdowa
Fot. Laurence Grayson (flickr)

Recenzję „Szkodliwego pakietu cnót” kończyłam słowami: Liczę więc na Mariolę i jej fantazję! Muszę powiedzieć, że tego, co mi zaserwowano się nie spodziewałam!

Po tej drugiej książce mam wrażenie, że Mariola jest polską mistrzynią wielowątkowości! Irena, martwiąca się o dzieci, matkę, przyjaciół, ukrywająca romans ze znanym politykiem. Olga, stale romansująca z młodszymi mężczyznami, prowadząca firmę, która ma coraz większe kłopoty, a od niedawna mająca na głowie ojca, który sądzi się o alimenty. Janusz, znany restaurator, który spektakularnie rozstał się ze swoim partnerem, a nie może poświęcić się omdlewaniu z rozpaczy, bo na jego terenie pojawiają się „agenci” Michelina, którzy mają zadecydować, czy jego restauracja jest godna gwiazdki. Mikołaj, którego niepokoi przemyt śmiertelnie niebezpiecznych zwierząt i możliwy udział bliskich mu osób w tym niecnym procederze. Zuzanna, uciekająca przed miłością swego życia. Regina poszukująca miłości i silnego, męskiego ramienia, na którym można się oprzeć. Ignac, niespełniony malarz. A do tego jeszcze dzieci Ireny, jej kochanek, dalsi i bliżsi znajomi, a przede wszystkim… czarny charakter, śmiertelnie niebezpieczny wielbiciel egzotycznych zwierząt.

Macie już zadyszkę?

Jednak tym razem autorce udało się lepiej ogarnąć wszystkie te wątki, spiąć je całkiem zgrabnie wątkami związnymi z przyrodą i zwierzętami. W trakcie lektury wiele razy posiłkowałam się Internetem, by sprawdzić, jak wyglądają kolejne z opisywanych zwierząt i sprawiło mi to sporo frajdy. No i jestem ciut mądrzejsza. Chociaż jednocześnie opisy tych wszystkich jadowitych pająków, skorpionów i innych paskudztw były na tyle sugestywne, że mam wrażenie, że na nowo obudziła się ma arachnofobia. Aktualnie w mym mieszkaniu pojawił się wielki pająk, którego nie mogę ubić, więc mam pole do walki ze strachem. Na razie wygrywa strach 😉

„Kobieta z Impetem” to przesympatyczna komedia kryminalna. Taka… z impetem! Widać w niej przebojową naturę autorki, co dodaje tej książce jeszcze więcej uroku. I chociaż znowu ucięłabym to i owo z fabuły (np. wątek matki Ireny), bo ciągle jest w niej duuuuuużo wszystkiego, to jednak zdecydowanie podobała mi się ta książka bardziej od poprzedniej. Szczególnie podoba mi się wyobraźnia autorki i to, że w zalewie schematycznych powieści tego typu zdołała znaleźć chyba kompletnie nie poruszany temat. Nie przypominam sobie innej książki, która miałaby jakiś związek z niebezpiecznymi zwierzętami, ich przemytem, farmami śmierci itp. sprawami. Brawo za inwencję!

Ironiczny, zabawny styl, fajni bohaterowie, ciekawa fabuła, troszkę życiowej goryczy, to wszystko znalazłam w tej książce. A do tego cudowne opisy okolic Bugu, narobiłam sobie wielkiej ochoty, by też tam pojechać i odkryć te cuda na własną rękę!

Mariola Zaczyńska potrafiła w komedii kryminalnej zastosować zmodyfikowaną zasadę Hitchcocka – na początku trzęsienie ziemi, potem napięcie rośnie. Książka zaczyna się silnym wstępem, a potem dzieje się dużo, szybko i barwnie. Jej lektura sprawiła mi sporo przyjemności. A na dodatek nie zdołałam odgadnąć tego, kto jest czarnym charakterem, wstyd! No i cóż mogę napisać? Jestem bardzo ciekawa, co autorka wymyśli w kolejnych książkach!

Idealna lektura na urlop, polecam!

PS. Okładka jest urokliwa, ale kompletnie nie pasuje. Pies nie tej rasy – to po pierwsze. A po drugie – ta skulona na kanapie babeczka kompletnie nie pasuje mi do bohaterek tej książki, zero impetu 😉

PPS. Tak sobie myślę – tą książką autorka skłoniła mnie do poszukiwań w necie, rozwoju wiedzy, a na dodatek wzbudziła zaciekawienie nieznanym mi rejonem Polski. Szacun!

kobieta z impetemWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 488

©