Głupotka

Taki mały pierdolet, który świetnie pasuje mi do humorystycznego przypominania sobie (i innym :P) o tym, jak bardzo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia! Zdjęcia oczywiście można powiększyć.

A więc…

sniadanie blogerow
Fot. Jakub Prószyński
sniadanie blogerow
Fot. Krystyna Sarnacka

Nigdy o tym nie zapominajmy, a ułatwi nam to wszystkim życie!

PS. Zdjęcia zrobione na przemiłym śniadaniu pod hasłem „blogerzy i przyjaciele”, które odbyło się w ostatnią niedzielę w „Miasto i ogród” na terenie BioBazaaru. Fajnie było!

Reklamy

Przedpremierowo – „Nomen omen” Marta Kisiel

nomen omen 3

Premiera 5 lutego!

Oczekujecie „Dożywocia”-bis? Zapomnijcie o tym!

Ustawiając sobie oczekiwania na tym poziomie, robicie sobie i tej książce krzywdę, bo to zupełnie inna bajka. Czy warta poznania?

Jest sobie rudowłosa, dobrze zbudowana młódka – Salka. Ma rozbuchaną seksualnie, ostro trzepniętą matkę, dziwnego ojca oraz kompletnie nieogarniętego, bezczelnego bracholka – Niedasia. Salka ma rodziny tak serdecznie dosyć, że ucieka od niej do Wrocławia. Pytanie tylko, czy nie trafiła z deszczu pod rynnę? Stara, rozpadająca się willa i jej właścicielka – generał w spódnicy. Do tego zwariowana gadająca papuga wyżerająca wafelki. A czy to wszystkie niespodzianki, na które Salka natknie się w tym domiszczu?

Chętnie bym Wam napisała więcej na temat tego, co Salomea Klementyna przeżywała w wielkim mieście, jednak boję się zdradzić zbyt wiele z treści fabuły. Napiszę więc tylko tyle, że dziewczyna będzie musiała wykazać się cierpliwością (wręcz anielską), odwagą, otwartym umysłem. Do tego żyłka detektywistyczna, ciekawość, logika i kilka innych przydatnych cech i umiejętności. A na jej drodze stanie sporo interesujących hm… osobników. Przybycie do Wrocławia Niedasia zapoczątkuje całą lawinę śnieżną wydarzeń. Bo kto to widział, być tak podobnym do pradziadka?! To nawet nie wypada…

Na „Nomen Omen” czekałam cztery lata. Regularnie molestowałam autorkę pytaniami „pisze?”, „kiedy skończy?”, „dlaczego tak długo?”. Cud, że mnie nie ubiła! Po zamknięciu książki zastanawiałam się przez chwilę, czy było warto tyle czekać. I już wiem: było.

To książka zdecydowanie inna od „Dożywocia”. Tam mieliśmy zbiór luźno powiązanych ze sobą historyjek, które łączyło miejsce wydarzeń i przecudowni bohaterowie. A „Nomen omen” to już rasowa powieść. Wszystko jest w niej takie, jak powinno.

Na początku fabuła trochę kojarzyła mi się z „Szamanką od umarlaków”. Młoda dziewczyna przybywająca do Wrocławia, stare domiszcze, nietypowa właścicielka, magiczne moce wtarabaniające się do życia dziewczyny. Jednak po chwili przestałam mieć te skojarzenia, bo też i Marta poszła ze swoją książką w inną stronę, tematycznie i stylistycznie. Poza tym tutaj fabuła jest hm… po części lżejsza, po części ciut mniej wypełniona zjawiskami i stworzeniami magicznymi, niż u Martyny Raduchowskiej.

No dobrze, muszę to napisać wprost – podczas jej czytania mniej było dzikiego i nieopanowanego rechotu. Nadal śmiechu, chichotania czy też rechotania było wiele. Nadal znajdziecie masę smakowitych cytatów i zabawy słowem. O to się nie musicie martwić. Jednak zdarzają się tu momenty zdecydowanie nie do śmiechu, ba! Nawet czasami jest lekko melancholijnie! Bardzo podobało mi się to, w jak zręczny, prawie niezauważalny sposób autorka wplotła w akcję refleksje dotyczące czasów wojny, wspominki na temat dawnego Wrocławia i losów jego mieszkańców. Miodzio!

Bohaterowie nie są tutaj tak rozczulający i przekochani, jak w „Dożywociu”. Ale też mało co ma szansę przebić przeuroczego, zasmarkanego aniołka czy też stwora morskiego piekącego ciasteczka. Jednakże i tutaj postaciom niczego nie brakuje – są charakterni, mają mnóstwo ciekawych cech charakterystycznych, są zabawni, wkurzający, uroczy czy też lekko… woniejący rozkładem. W każdym razie – dosyć masowo wzbudzają sympatię. Czy to nieporadna, nieskoordynowana ruchowo Salka, czy też rozmiłowany w literaturze filolog – Bartek, kieszonkowych rozmiarów dzielna Basia, bohaterowie starszego pokolenia, nawet wredny Niedaś – nie mogłam ich nie polubić.

Marta Kisiel swą drugą książką utwierdziła mnie w przekonaniu, że zapowiada się z niej autorka świetnej literatury rozrywkowej. Fajne fabuły, urokliwi bohaterowie, mnóstwo zabawy słowem, naprawdę sporo lekkiego humoru, a to wszystko okraszone namiętnością autorki do romantyzmu, która to namiętność błyszczy tak jasno, że i tutaj nie da się jej przegapić! Jak tak dalej pójdzie, to bez problemu stanie na którymś miejscu na podium wśród literatów piszących książki tego typu, o tym jestem przekonana.

Błagam więc o zwiększenie tempa pisania kolejnych książek, bo cztery lata, to jest znęcanie się nad czytelnikami, które to powinno być karalne!

PS. Plus dla wydawnictwa za bardzo ładną oprawę graficzną!

nomen omenWydawnictwo: Uroboros, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 420

©