Uczucie ponad czasem („Miłość, która przełamała świat” – Henry Emily)

Miłość-która-przełamała-świat

Natalie stoi na kolejnym życiowym rozdrożu – kończy liceum i od jesieni ma zacząć studia na prestiżowym uniwersytecie daleko od rodzinnego miasteczka. To jej ostatnie wakacje z rodziną i przyjaciółmi z dzieciństwa. Dziewczyna czuje się rozdarta między chęcią poznania nowego, rozwoju i swoistego nowego początku oraz czasem sielskiego bycia dzieckiem. Natalie całe życie była inna – indiańska dziewczynka, zaadoptowana gdy miała jedenaście dni, nigdy nie potrafiąca w stu procentach odnaleźć się w swym życiu, a na dodatek widująca dziwne postaci i rzeczy.

W tym trudnym momencie na nowo pojawia się postać, której nie widziała od trzech lat – tajemnicza Babcia. Natalie widywała ją przez lata, nocami, nie wie, kim jest, doczepia jej różne etykietki – Boga, anioła, ducha. Babcia zna ją na wylot, opowiada jej przeróżne historie, jednak tym razem przybywa ją ostrzec – dziewczyna ma 3 miesiące na to, by „go” ocalić. Ale kogo? Ma jej w tym pomóc Alice Chan, kimkolwiek jest.

Natalie czuje się przytłoczona, nic nie rozumie – co się wydarzy za 3 miesiące, kogo ma uratować, kim jest Alice i jak ją znaleźć? A na dodatek w jej życiu pojawia się tajemniczy Beau, chłopak, którego nigdy do tej pory nie widziała, a do którego przeraźliwie ją ciągnie. Okazuje się, że Beau jest do niej dużo bardziej podobny, niż się spodziewała. Na dodatek pomaga jej zrozumieć jej „inność”, widzenia, które ją nękają, misję, którą dostała od Babci. Natalia krok po kroku odkrywa, jak wielkie wyzwanie postawiła przed nią Babcia. Czy miłość pokona śmierć?

„Miłość, która przełamała świat” Emily Henry to książka przedziwna. Sam „trzon” pomysłu nie jest może zbyt unikatowy: jest sobie dziewczyna, która całe życie widuje teoretycznie nie istniejące miejsca i osoby, która nagle dostaje misję do wykonania. Ale już główny pomysł – równoległe rzeczywistości w powiązaniu z ideą czasu, czasoprzestrzeni, swoistych przeskoków między rzeczywistościami i w czasie – to wszystko wyróżnia tę książkę na tle innych. Wiąże się to jednak z wprowadzeniem do fabuły kilku bardziej teoretycznych momentów, gdzie wyjaśniane są mechanizmy, z których wynika to, jak toczy się akcja. Te momenty mogą nużyć, chociaż wszystko zależy oczywiście od czytelnika.

Innym wyróżnikiem tej książki są opowieści snute przez Babcię. Nawiązują do przeróżnych religii i wierzeń, chociaż chyba najczęściej do tych indiańskich, czyli łączących się z postacią Natalie. Jest to na bank coś nowego w stosunku do praktycznie wszystkich książek, szczególnie tych młodzieżowych. I chociaż przez część akcji te historie wydają się być od czapy, powoli łączą się z fabułą książki. Ciekawe, czy znaleźli się czytelnicy, których zdążyły one znużyć zanim dotarli do momentu, gdy zaczęli rozumieć, jak to się wszystko łączy.

Natalie, jak typowa nastolatka, bywa irytująca – niezbyt potrafi zrozumieć część otaczających ją osób, gdy wystarczyłaby odrobina dobrej woli, by to uczynić, bywa egocentryczna, a jednocześnie utrudnia sobie sama życie na własne życzenie, zachowywała się, jakby przez życie nie tyle poszukiwała tożsamości, co starała się nie ukorzenić. Z drugiej strony trochę mi jej żal, bo ewidentnie nie radziła sobie z faktem, że nie dość, że została zaadaptowana, to jeszcze pochodzi z innej rasy, co wyróżnia ją na każdym kroku. Nie pasuje do swej wspaniałej rodziny, nie pasuje do rówieśników, nie pasuje do miasteczka. Cały czas poszukuje swego miejsca na ziemi, swej tożsamości. Robi to nieumiejętnie, nie dając sobie pomóc, ale w tych poszukiwaniach budziła moje współczucie, bo jej czas dojrzewania – tak trudny dla każdego przeciętnego nastolatka – był przez to jeszcze trudniejszy. A do tego te dziwne widzenia… W każdym razie w drugiej połowie książki główna bohaterka zdecydowanie częściej niż irytację budziła ma współczucie.

Końcówka może zdumiewać, denerwować, pozostawiać niedosyt. Z jednej strony rozwiązania użyte do jej wykonania nie do końca mnie przekonują (np. teorie przedstawione przez Alice), z drugiej strony podoba mi się sama idea tak skrajnego poświęcenia i empatii. Zbyt rzadko uczymy dzieci i młodzież empatii, za bardzo wychowujemy egocentryków. Oczywiście, że nie myślę, że każdy powinien podejmować takie decyzje, jak Natalie, ale myślę, że takie, a nie inne zakończenie może odrobinę przyczynić się do otwarcia na drugiego człowieka, jego potrzeby, jego rolę. I za to autorce chwała. Chociaż i ja skrycie liczyłam na to, że pojawi się jeszcze jeden króciutki rozdział, który będzie typowym szczęśliwym zakończeniem, jednak cieszę się, że tak się nie stało.

Książka Emily Henry to lektura nietypowa, część osób zachwyci, część odrzuci, jeżeli jednak poszukujecie świeżości w literaturze i lubicie wychodzić poza schematy – jest to książka, która może was zainteresować!

Tajemnica tworzenia („Muza” Jessie Burton)

muza artystka

Rok 1967, Londyn. Pochodząca z Trynidadu Odelle Bastien, od kilku lat mieszka w tym mieście, które przed emigracją wydawało jej się rajem. Rzeczywistość okazała się zgoła inna, jednak młoda kobieta ciągle liczy na odmianę losu. A wydaje się, że ten nagle postanawia odmienić się na lepsze. Odelle dostaje pracę jako maszynistka w Instytucie Skeltona, renomowanej instytucji zajmującej się sztuką. A na dodatek niedługo później poznaje Lawriego, pierwszego chłopaka, w którym się zakochuje. To dzięki niemu w jej życiu pojawia się tajemniczy i niesamowity obraz. Obraz, który wywróci życie wielu osób do góry nogami!

Rok 1936, hiszpańska prowincja niedaleko Malagi. To właśnie tutaj postanowiła wynająć dom bogata rodzina – marszand Schloss wraz z żoną chorującą na depresję oraz córką – Oliwią. Już na początku pobytu zjawia się u nich rodzeństwo – Teresa i Izaak, by zaoferować im swe usługi, pomoc w utrzymywaniu domu i codziennym życiu. Teresa zaczyna prowadzić im dom, a Izaak… Ten młody mężczyzna wyświadcza im różnorakie przysługi, a jednocześnie sam jest wmanewrowany w przedziwny układ. Oliwia jest bardzo utalentowaną malarką, jednak nie chce się ujawnić światu. I przez tę jej niechęć zaczyna się przedziwna gra…

Odelle, tak samo, jak Oliwia jest utalentowana. Oliwia niesamowicie maluje, a Odelle ma potencjał na bardzo dobrą autorkę. Obydwie mają więc artystyczną wrażliwość i otwarcie na świat. Jednakże o ile Oliwia nie jest gotowa na wyjście z cienia, to Odelle – jak powoli zdaje sobie sprawę – chciałaby, by jej prace były publikowane, chciałaby się rozwijać i podlegać literackiej krytyce. Gotowa jest spróbować podjąć się takiego wyzwania. Dla obu bohaterek spotkanie mężczyzny (Izaaka i Lawriego) jest swoistym katalizatorem do wielu różnych decyzji i działań. Obydwie mają przyjaciółki, do przyjaźni z którymi muszą dorosnąć, niejako przejrzeć na oczy. Sporo podobieństw, jednakże również garść znaczących różnic.

Zresztą postaci kobiece (zarówno obydwie młode bohaterki, jak i matka Oliwii – Sara, jak i mentorka Odelle – Quick oraz przyjaciółki dziewcząt) są dużo ciekawsze od postaci męskich. Oni są, funkcjonują, są „przyczynkiem” do zdarzeń, ale w porównaniu z paniami wypadają dużo bladziej, są zdecydowanie mniej interesujący. „Muza” to świat kobiet, to one tworzą i się przepoczwarzają, przewrotnie można się spierać na ile są „muzami”, a na ile twórcami. Chociaż z drugiej strony zależy jak spojrzeć, w końcu Teresa, Quick, po części Sara i Cynth są swoistymi muzami dla Odelle i Oliwii. Może nie w standardowym rozumieniu tego słowa, jeżeli jednak spojrzy się na to szerzej, to jasno widać, że mają wpływ na to, co i jak tworzyły.

„Muza” to według mnie powieść dużo lepsza od „Miniaturzystki”, która podobała mi się tylko w części (o czym możecie przeczytać TUTAJ). Jest lepiej skonstruowana, bardziej dopracowana, bogatsza w ciekawe szczegóły i rozwiązania. Niepotrzebnie autorka skusiła się na kilka zabiegów, których używać powinni tylko mistrzowie pióra, by nie wychodziło to żenująco (np. zapowiadanie czytelnikowi, że coś się wydarzy, albo hasła typu „tamtego dnia wszystko się zmieniło”). Pewnie się czepiam, ale te zabiegi według mnie uchodzą tylko wtedy, kiedy są doskonale wpasowane w fabułę i logicznie spójne, w większości książek tak nie jest i wychodzi tylko patetycznie. Pomijając jednak ten drobiazg, to druga powieść Burton jest zdecydowanie lepsza, co cieszy, bo pozwala oczekiwać jeszcze więcej po kolejnych jej książkach.

Brawa należą się autorce za umiejętne odwzorowanie szczegółów zarówno Londynu lat siedemdziesiątych, jak i hiszpańskiej prowincji lat czterdziestych. Bardzo smakowite opisy, ładnie odwzorowane realia, codzienność bohaterów. Dodatkowe plusy za Odelle (trynidadzka emigrantka w tamtych latach musiała przeżywać sporo zderzeń z brytyjską rzeczywistością, a raczej nastawieniem mieszkańców) oraz tematykę zderzeń ideologicznych i wojny w Hiszpanii, to ciągle mało znane tematy.

W odróżnieniu od poprzedniego przypadku, tym razem i ja dołączam do „chóru” pozytywnych opinii, chociaż śpiewam odrobinę bardziej stonowanym głosem niż reszta. Ale bardzo mnie cieszy rozwój autorki, po lekturze „Muzy” będę wyglądać kolejnej powieści. Aż jestem ciekawa, czym kolejnym razem zaskoczy nas autorka!

Żar w popiołach („Ember in the Ashes. Imperium ognia” – Sabaa Tahir)

dziewczyna krew

Dotknęła mnie przykra przypadłość wieku i rozwoju – coraz trudniej mnie totalnie zachwycić, coraz rzadziej wpadam w książkę po uszy i nie mogę się od jej czytania oderwać. Nie ukrywam, że trochę mnie to smuci i ciągle poszukuję kolejnych książek, które nie dadzą mi się odłożyć na bok. Ale zwykła młodzieżówka?

Imperium, podbici i rządzący, ucisk i wykorzystywanie. Przez lata Scholarzy byli pokojowo żyjącym narodem, nastawionym na rozwój wiedzy, snucie historii, ceniący słowa. Jednak od momentu, gdy zastali napadnięci przez Wojan, plemię bitne i agresywne, wszystko się zmienia. Scholarzy to teraz ludzie drugiej kategorii. O ile w ogóle są widziani jako ludzie…

Wojanie rządzą twardą ręką. Prawo egzekwują przy użyciu postrachu wszystkich – żołnierzy zwanych Maskami. Przerażających, śmiertelnie skutecznych, będących synonimem nieszczęścia i śmierci.

Pewnego wieczoru, w domu rodziny scholarzy zjawia się oddział Wojan, dowodzony przez Maskę. Szukają Darina, młodego mężczyzny podejrzewanego o szpiegostwo. W wyniku tego nalotu Darin zostaje aresztowany, a jego siostra – Laia – traci dom i resztę rodziny. I tutaj zaczyna się cała historia…

Laia postanawia walczyć o życie brata. Chociaż, gdy podejmuje tę decyzję, kompletnie nie wie, co czyni i co na nią czeka. Jedna z konsekwencji tej decyzji ponownie zmienia wszystko w jej życiu – trafia jako niewolnica do szkoły, w której uczą się Maski. I tam spotyka jednego z nich Eliasa – syna komendantki. Dziewczyna, która pragnie uwolnić brata, uchronić go od śmierci i uciec oraz chłopak, który nienawidzi swego losu, przemocy i marzy o życiu w spokoju. Pewnie już macie wizję tego, co może się wydarzyć, prawda?

Ale to nie wszystko! Elias – razem z trójką innych młodych Masek – zostaje wybrany do przejścia przez Próby. Nie jest to byle co, odbywa się tylko wtedy, kiedy przewidywany jest koniec rządzącej dynastii i trzeba wybrać nowego rządzącego. Próby są nie tylko rzeczywiste, ale i magiczne, opierają się największych obawach i słabościach kandydatów. Najtrudniejsze wyzwania w życiu! A gdy do tego doda się jeszcze walkę z najgorszym wrogiem z Akademii oraz najlepszą przyjaciółką, to robi się z tego jeszcze cięższe wyzwanie.

A jakby tego wszystkiego było mało, to w tle mamy jeszcze ruch oporu, rozgrywki polityczne i osobiste, opowieść robi się bardziej i bardziej wielowarstwowa. I super!

Gdy przejdzie pierwszy entuzjazm, to wyraźnie widać, że w tej książce niewiele jest rzeczy tak naprawdę nowych. Nie zmienia to jednak faktu, że czyta się ją… Ach, jak się ją czyta! Wpadłam w nią, jak śliwka w kompot. Gdy musiałam pójść spać czy do pracy, to byłam nieszczęśliwa! Ma w sobie to niesprecyzowane COŚ, co zachwyca i uwodzi. Żadne arcydzieło, ale porywająca rozrywka dla młodzieży – i jak widać – nie tylko. Świetnie rozłożone napięcie, wciągająca akcja. Bohaterom też się chce kibicować (lub ich mocno nie lubić), emocji w trakcie czytania dopadało mnie multum.

Dwie rzeczy podobały mi się najbardziej – szczególna atmosfera, która nie pozwoliła się od książki uwolnić oraz ciekawi bohaterowie. Komendantka to taka intrygująca postać, ciekawe, dlaczego tak nienawidzi własnego syna?

Pewnie, jest to pierwszy tom serii, więc można byłoby się przyczepiać, że wielu rzeczy się nie dowiadujemy – zarówno o bohaterach, jak i o świecie, w którym ich osadzono. Ale czepiać się będę ewentualnie, jeżeli po zakończeniu cyklu nadal będę miała taką niewiedzę, na razie traktuję to jak typowe otwarcie. I tylko mantruję, by autorka szybciej pisała, a wydawnictwo zdecydowało się na polskie wydanie kolejnych tomów!

Poznajcie książkę, która mnie uwiodła! „Imperium Ognia” to opowieść o świecie pełnym przemocy i śmierci, w którym jednak przetrwała odrobina dobra, drobinka żaru w popiołach. A czy uda się ją rozdmuchać? Dowiemy się z dalszych części! Tylko nastawcie się na zakończenie, które sprawi, że będziecie zgrzytać ze złości, że jeszcze nie macie przy sobie drugiego tomu!

PS. Jedyne, czego nie mogę wybaczyć wydawnictwu, to zmiana oryginalnej okładki. Ona jest taka piękna!

imperium ognia

Kobiecy wieloksiąg (#5)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Od dłuższego czasu czytam sporo, ale pisanie niezbyt mi wychodzi. Czasu mało, chęci jeszcze mniej. Do tego sporo pracy i wydarzeń pozapracowych. A że w pracy trzeba dużo pisać i wykazywać się sporą dozą kreatywności, to wieczorami już mi się nie chce. I chyba po ponad 6 latach blogowania trochę mi się materiał zmęczył 😉 Tak czy siak – mogą się częściej pojawiać notki tego typu, bym chociaż troszkę napisała o większości przeczytanych książek. A dzisiaj kolejne zestawienie powieści, których grupą docelową są głównie kobiety.

nie tracmy ani chwili„Nie traćmy ani chwili” – Jill Mansell

Dexterowi umiera siostra. Bawidamek i lekkoduch postanawia przejąć opiekę nad siostrzenicą. Opieka nad niemowlakiem oraz utrata wolności i bujnego życia singla to nie wszystko, bo dla dobra dziecka postanawia przeniesć się do małej miejscowości. A tam trafia na barwną grupę, z nową sąsiadką na czele…

Jakie to jest przeurocze, ciepłe i zabawne czytadełko! Lubię takie książki i mam dla nich prywatną kategorię – „plaster na duszę”. Obok wielkiej literatury nawet nie stało, ale też nie ma do tego pretensji. Rozrywka, zanurzenie się w opowieści i tyle. Sporo humoru, bardzo przyjemni bohaterowie. Świetnie się sprawdziło na początek gorącego okresu roboczego.

niech ci sie spelnia marzenia„Niech ci się spełnią marzenia” – Barbara O’Neal

Opowieść o czterech blogerkach kulinarnych, ich życiowych historiach oraz wielkiej międzypokoleniowej przyjaźni. Wiele kobiecych rozmów, wspierania się, pomocy w pokonywaniu trudnych sytuacji. I dużo smakołyków, w końcu blogi kulinarne zobowiązują. Nie czytać bez przekąsek u boku!

Cóż za przyjemna książka! Nierealna i słodka bajeczka, ale tak pełna ciepła, humoru i wzruszeń, że czytało się ją doskonale, świetne czytadło. Z chęcią sięgnę po inne książki tej autorki i przekonam się, czy wszystkie są w podobnym stylu. Aktualnie potrzebuję lekkości i relaksu.

ostatni bus do coffeeville„Ostatni bus do Coffeeville” – J. Paul Henderson

Eugene i Nancy przeżyli wielką miłość. Jednakże los nie dał im być razem, rozdzielił ich ścieżki. Ale Eugene zdążył jeszcze obiecać ukochanej, że gdy ta zachoruje na Alzheimera, to on pomoże jej umrzeć. Gdy po kilkudziesięciu latach nadchodzić ten moment, przed dwójką staruszków (i nie tylko) staje wielkie wyzwanie, szalona podróż do Coffeeville. Czeka na nich wiele przygód!

Ta powieść powolutku skradła moje serce… Ale jak już je skradła, to pewnie na zawsze! Chyba w ogóle nie jest znana, a to taka urocza opowieść. Trochę jak skrzyżowanie „Stulatka, który…” ze „Smażonymi zielonymi pomidorami”, tylko jeszcze dodatkowo ze wzruszającą końcówką. O poważnych, smutnych sprawach w lekki sposób. Polecam!

*****

To tyle na dzisiaj! Mam nadzieję, że niedługo podrzucę Wam kolejny wieloksiąg i dzięki temu systemowi powolutku dotrę do momentu, gdy będę już pisać na bieżąco. Oby!

Kicz czy magia? („Miód na serce” – Sarah-Kate Lynch)

miód pszczoły
Fot. Peter Shanks (flickr)

Z czym kojarzy Wam się miód? Mnie głównie z dzieciństwem, gdy mama używała go do walki z chorobami, na które często zapadałam. Ona uwielbiała kombinację mleko + miód + masło + czosnek, ja tego napoju nienawidziłam z całego serca. Teraz rozumiem, że ta mikstura to symbol troski i miłości. Kocham cię, więc chcę ci pomóc.

Bohaterka tej powieści – Sugar Wallace – lubi ludzi i też chce im pomagać. Wyczuwa, co ich trapi i stara się być blisko, by móc działać. Ma też pomocnice, dużo małych pomocnic. Sugar podróżuje z ulem pełnym pszczół. To dziedzictwo po ukochanym dziadku, od którego dostała pierwszy rój, z bardzo szczególną królową, która przekazuje swe niesamowite geny kolejnym pokoleniom. Miód Sugar pomaga leczyć ludzi, ich ciała, i ich dusze. A ona o tym bardzo dobrze wie i stara się wykorzystywać płynne złoto najlepiej, jak jest to możliwe.

Jednak Sugar sama potrzebuje pomocy. Przez lata nigdzie nie jest w stanie zagrzać miejsca, stale ucieka dalej i dalej. Ma wyrzuty sumienia, bo przed laty zraniła wiele osób i nie potrafi sobie tego wybaczyć. Tym razem ląduje w Nowym Jorku, gdzie na najwyższym piętrze jednej z kamienic znajduje urocze mieszkanie z wielkim tarasem, na którym może postawić ul i posadzić kwiaty. Powoli obecność Sugar zaczyna wpływać na wszystkich mieszkańców tego domu… Czy jednak pozwoli im (i nie tylko) odmienić również swoje życie? Czy przestanie uciekać i stawi czoła przeszłości?

Lubię książki Lynch, są pełne ciepła, jedzenia, barw, smaków, zapachów. Mają tą naiwną atmosferę dobra, przyjaźni, miłości, ludzi wzajemnie dbających o siebie. Są nierealne, lekko zabawne, mocno ocierają się o kicz. Jednak i takich książek od czasu do czasu mi trzeba! „Miód na serce” sprawiła mi więc masę przyjemności. Było lekko bajkowo, uroczo, słodko do bólu, pozytywnie. Jest to książka, która wywoływała często uśmiech na mej twarzy, pełno w niej pozytywnej energii.

Ta autorka nie pisze arcydzieł, powieści głębokich, refleksyjnych, filozoficznych. Ona pisze ku pokrzepieniu serc. Jej opowieści wydają mi się idealnie wpasowywać w teraźniejszość, w czas, gdy często boimy się samotności, zagubienia, braku przyjaciół czy ukochanych osób. Gdy tęsknimy za czasami, gdy sąsiad interesował się sąsiadem i pożyczał szklankę cukru. Gdy ludzie witali się z obcymi i przejmowali ich losem. Gdy w pędzie zauważali starszego pana, który się przewrócił i pomagali mu wstać. I gdy mówili dziękuję, proszę i nie stosowali „k…” jako przecinka. W jej książkach panuje klimat bliskości, człowiek jest tam na pierwszym miejscu, ludzie – nawet jeżeli się nie lubią – się szanują.

Lubię to, że jej książki mają odrobinę magii, tej magii w stylu „Czekolady”. Tutaj uwiodły mnie pszczoły, a szczególnie ich królowa. Co za fajna bestyjka! Pod wpływem tej powieści będę odrobinę cieplej myślała o tych owadach, kto wie, o czym tam sobie bzyczą między sobą 😉

Jeżeli szukacie książki z półki, którą nazywam na swój użytek „książki-plastry na duszę”, to będzie to idealny typ! Już sam tytuł zresztą najlepiej oddaje atmosferę książki. Siądźcie więc wygodnie w fotelu, weźcie ze sobą kubek herbaty z cytryną i miodem i zatopcie się w świat Sugar i jej przyjaciół!

miod na serceWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 320

©