„Pisane szkarłatem” – Anne Bishop

wilk pisane szkarlatem

Dlaczego, do diabła, ja wcześniej nie sięgałam po książki tej autorki?! Przecież od lat stoją na półkach! Błąd, jednakże postaram się go nadrobić najszybciej, jak to tylko będzie możliwe. A przechodząc do tej książki…

Meg Corbyn jest wieszczką krwi. Dzięki nacinaniu swego ciała ma wizje, które są cenne dla jej Kontrolera. Zarabia na niej grubą kasę i nic dziwnego, że nie zamierza uwolnić dziewczyny, dopóki tylko jest na jej ciele jeszcze skrawek skóry, który można naciąć. A co potem? Łatwo można się domyślić.

Meg – w odróżnieniu od większości innych cassandra sangue – jest tak zdesperowana, że udaje jej się uciec. Jednakże śnieżyca, w czasie której uciekła, osłabia ją tak bardzo, że jest w stanie dotrzeć tylko do Dziedzińca, na którym mieszkają Inni. A oni mogą być bardziej niebezpieczni od śnieżycy!

Dziewczyna nie ma jednak sił uciekać dalej, a na dodatek widzi ogłoszenie, że poszukują łącznika, który pomoże im współpracować z ludźmi. Nie do przecenienia jest też fakt, że ludzkie prawo nie obowiązuje na Dziedzińcu, co może pomóc jej uchronić się przed Kontrolerem. Musi tylko ośmielić się zapytać o tę pracę. A potem przeżyć kolejne dni.

Mieszkańcy Dziedzińca – szczególnie jego zarządca Simon Wilcza Straż – traktują ją z podejrzliwością. Nie lubią ludzi, są dla nich tylko „małpami”, „mięsem”, a ona na dodatek nie pachnie jak człowiek (patrz: „ofiara), tylko jakoś inaczej. Nietypowe i podejrzane. Nie dość, że szuka jej Kontroler, a mieszkańcy Dziedzińca traktują z podejrzliwością, to jeszcze coś dziwnego zaczyna się dziać w innych miejscach w których mieszkają Inni i ludzie, a Meg dostaje pod opiekę młodego wilczka, który od 2 lat nie zmienił postaci na ludzką. Jak sobie poradzi ta, która przez lata żyła w sterylnym, odizolowanym środowisku?

Co za książka! Już dawno nie miałam takiej sytuacji, że musiałam się zmuszać prawie siłą do odłożenia książki i do której wracałam (i nadal wracam, chociaż minęło kilka dni od zakończenia lektury) regularnie myślami! A przecież to żadne arcydzieło, tylko najczystszej wody rozrywka! Nie rozumiem, skąd aż tak silna fascynacja.

Bishop wzięła oklepany temat zmiennokształtnych i ich relacji z ludźmi, wstrząsnęła, zamieszała i podała nam koktajl, którego chyba jeszcze nie było! Bardzo kreatywna fabuła i zarąbiści bohaterowie, nie dam rady ich inaczej określić. Świetnie wymyślony koncept terra indigena, czyli naturalnych mieszkańców Ziemi, dla których ludzie to tylko nędzny dodatek. Bardzo ciekawy pomysł na Dziedzińce i ich funkcjonowanie. A już żywioły i pory roku jako bohaterowie (i to jacy!) podbiły me serce w 150%. Tak samo, jak wilczy szczeniak, wampiry w wersji Sanguinatich, Tess-niewiadomo-kto i wiele innych stworów.

Do niczego nie jestem w stanie się przyczepić! Fabuła jest skonstruowana tak, byśmy się nie nudzili, ale żebyśmy mieli okazję lepiej poznać bohaterów, ale też funkcjonowanie Dziedzińca, relacje Innych z ludźmi etc. Jest wciągająca, lekka i zabawna. I ta kombinacja gwarantuje piorunujący skutek. Jeżeli szukacie rozrywki i lubicie urban fantasy, to jest to wasz must-have!

Ta książka jest jak narkotyk, czytajcie na własną odpowiedzialność! Ja w każdym razie od momentu rozpoczęcia lektury przynajmniej raz dziennie myślę „niech tylko wydawnictwo wydaje kolejne tomy i to jak najszybciej!”. Zaczynam się wręcz zastanawiać, czy nie nasączono czymś kartek 😉

PS. Ciągle mam wrażenie, że źle opisałam tę książkę, typowy problem: „coś mi się podobało aż tak bardzo, że nie wiem, jak to opisać, by nie było tylko och, och, ach!”. Ale trudno, pozostaje mi z tym żyć…

© 

pisane szkarlatemWydawnictwo: Initium, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 558

Moja ocena: 6/6

Ocena wciągnięcia: 6+/6

Cykl: Inni (tom 1)


Reklama