Wieloksiąg różności (#15)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Pierwszy wieloksiąg od sierpnia! Długaśna przerwa, aż dziwne, bo z pisaniem ciągle tak sobie, więc wydawałoby się, że takie krótkie formy powinny mi iść łatwiej. Tak czy owak, dzisiaj mam dla Was trzy, bardzo różne książki.

*****

siła niższa„Siła niższa” – Marta Kisiel

Po sześciu latach czekania fani „Dożywocia” doczekali się wreszcie swoistej kontynuacji. O moich zachwytach nad tą książką piałam przez lata wszędzie, gdzie się dało, zaczynając oczywiście od bloga. Możecie więc sobie wyobrazić, jak wysokie były moje oczekiwania.

Po utracie Lichotki Konrad wraz z „przyległościami” ląduje w nowym domu. Staje przed wieloma wyzwaniami – utrzymanie bardzo specyficznej gromadki domowników, utratę jednych z nich, pozyskanie nowych, problemy z nierzetelnymi współpracownikami, rozchwianie psychiczne u niektórych. Ma na głowie tyle, że nic dziwnego, że nie śpi, pada na twarz ze zmęczenia i tylko myśli o tym, jak sobie ze wszystkim poradzić. Żeby nie spojlerować, to napiszę tylko, że z małą anielską pomocą. No dobra, pewien Wiking też będzie miał niemały wkład w akcję. A będzie się działo, że hej!

Muszę przyznać, że chyba postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko. Lub przez tych sześć lat mocno się zmieniłam – i ja, i moje poczucie humoru. A może zły moment wybrałam na tę lekturę, może to skrajne wyczerpanie, zabieganie i stres nie pozwoliły mi się odpowiednio zanurzyć w rozkosznej powieści? W każdym razie tym razem nie było zarykiwania się na głos, rechotu słyszalnego u sąsiadów, płaczu ze śmiechu. Było kilka uśmiechów, ze dwa parsknięcia i tyle. Trochę rozczuleń i owszem. Bo to generalnie jest bardzo przyjemna, ciepła, urocza, rozczulająca powieść z przesympatycznymi bohaterami. Rozrywka dobrej klasy i czystej wody. Ale „efektu Dożywocia” nie było. Może to też dlatego, że ta powieść jest jednak pod mocnym wpływem rodzicielstwa, w przeróżnych odsłonach i wariacjach? Może dlatego nie odnalazłam się w niej tak dobrze, jak w pierwszej?

W każdym razie jeżeli szukacie lektury, która uprzyjemni Wam jesienne czy zimowe wieczory, przyniesie uśmiech i relaks, to jest to świetny wybór. Polecam!

pchli pałac„Pchli pałac” – Elif Shafak

Akcja powieści rozgrywa się w Stambule, w Pałacu Cukiereczek. Ten dom, który wybudowany był dla bogatej rosyjskiej rodziny stał jakiś czas opuszczony, aż pozwolono na wynajęcie wszystkich mieszkań. Powoli zapełnił się mieszanką, która odzwierciedla to niesamowite miasto – barwną, wielokulturową, przedziwną, wierzącą w różnych bogów, bogatą w różnorodny miks poglądów, doświadczeń, marzeń. Autorka przedstawia czytelnikom każdą z osób/rodzin zamieszkujących w Pałacu, a następnie zaczyna opowiadać ich historie, splatać je ze sobą i prowadzić powolutku do interesującego finiszu.

Była to druga książka Elif Shafak, którą czytałam. Myślę, że przeczytam i kolejne, bo jej twórczość mnie intryguje. Chociaż z tych dwóch bardziej podobało mi się „Czarne mleko”, co mnie samą dziwi, bo to nie jest książka, która powinna mi przypaść tak bardzo do gustu. A tu proszę, sjurpryza. W każym razie już po tych dwóch powieściach mogę powiedzieć, że autorka to bystra obserwatorka rzeczywistości, umiejętnie opowiada historie, snuje je leniwie, z dbałością o szczegóły psychologiczne i oddanie realiów. Polecam tym, którzy chcą odrobiny odmiany po literackiej kombinacji Polska-USA-trochę Wielkiej Brytanii…

Nieśmiertelny„Nieśmiertelny” Catherynne M. Valente

Książka ta powstała ponoć na bazie starej rosyjskiej bajki o Marii Morewnie, Iwanie i Kościeju Nieśmiertelnym. Valente jednak opowiada nową jej wersję, magiczną i świeżą, okraszając także dodatkami z innych podań słowiańskich, a także… socrealizmem. To właśnie w jej opowieści skrzaty domowe zawiązują komitet domowy, w społeczeństwie panuje strach przed systemem, realia brzmią znajomo.

W każdym razie główną bohaterkę – Marię Moriewną – poznajemy, gdy wypatruje kolejnych ptaków uderzających w ziemię i zamieniających się w pięknych młodzieńców przychodzących prosić o rękę jej starszych sióstr, a w końcu i jej. Ale dla niej los przeznaczył kogoś dużo bardziej spektakularnego, ma zostać żoną Kościeja Nieśmiertelnego, Cara Życia. I tak oto Maria trafia pomiędzy życie i śmierć, odwieczną walkę, która wydaje się być z góry skazana na porażkę.

Książka ta, pełna baśniowych stworów, nowego spojrzenia na stare baśnie i ich bohaterów jest powieścią ciekawą, jednak nie porywającą. Czytało mi się ją powoli, lektura trochę mnie męczyła i sama nie wiem, dlaczego tak było. Czy to ze względu na specyficzny styl, czy może przeładowanie pomysłów, trudno mi zadecydować. Jednakże jest to gratka dla wielbicieli fantastyki nietypowej i dla tych, którzy lubują się w nowych wersjach baśni, opowieści, mitów, historii.

*****

To byłoby na tyle na dzisiaj. Za oknem plucha, spotkanie odwołane, więc wracam na kanapę z książką. Chociaż sumienie woła: „poćwicz! ugotuj! posprzątaj!”. Za chwilę…

Reklama

„Rodzina na pokaz” – Kevin Wilson

Rodzina na pokazWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 415

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Jak to jest, gdy jest się określanym dzieckiem A lub dzieckiem B? Czy to tylko żartobliwa gra oparta o imiona, czy jest w tym jakieś głębsze znaczenie? Jak to jest żyć w rodzinie, która całkowicie podporządkowana została sztuce? W rodzinie, w której życie właściwie równa się planowaniu i wykonywaniu kolejnych – częściowo improwizowanych – spektakli.

Camille i Caleb Fang uważają się za artystów tworzących żywą sztukę. Za nic mają sztukę w znaczeniu, które nam jest najbliższe. Nie cenią malarstwa, rzeźby, gry na instrumencie. Ich żywiołem są specyficzne spektakle, np. postrzelenie mentora w ramach swoistego performance. Jednak w pewnym momnecie pojawiają się dzieci. A przecież dzieci to morderstwo dla sztuki! Chyba, że dzieci staną się składnikiem sztuki, jak ich rodzice. I tak oto rodzi się rodzina Fang, niesamowita czwórka. To oni improwizują kradzież słodyczy, rozdają fałszywe kupony do baru fast-food, a to wszystko jest dla nich sztuką. Jednak rodzice nie cofną się przed niczym w swym uwielbieniu dla żywej sztuki. Najpierw załatwiają wspólny występ dzieci jako Romea i Julii, a potem… Ale o tym w książce!

Gdy spotykamy Annie i Bustera są oni już dorosłymi ludźmi. Dziwaczne dzieciństwo i mlodość, życie dla sztuki, życie sztuką, odcisnęło na nich silne piętno, sprawiła, że są w pewnym stopniu upośledzeni. Nie potrafią nawiązywać relacji z innymi ludźmi (w końcu większość życia byli właściwie skazani na bycie tylko z resztą rodziny, właściwie nie utrzymywano relacji zewnętrznych, czy też z dalszą rodziną), nie potrafią odnaleźć celu w życiu, zaplanować go sobie. Annie ma problemy z alkoholem i tabletkami, Buster z kolei nie potrafi odblokować swej kreatywności, przez co nie jest w stanie pisać kolejnych książek, utknął w martwym punkcie. Los funduje im problemy osobiste i zawodowe, które powodują, że – jakby bezwolnie, z rezygnacją – decydują się chwilowo wrócić pod dach rodziców. A Camille i Caleb przygotowali dla nich najbardziej spektakularny, wstrząsający wręcz popis. W jego rezultacie każda z tych czterech osób będzie musiała zadecydować, co też jest dla nich najważniejsze: rodzina, wsparcie i relacje z drugim człowiekiem, czy też dzieło życia, najbardziej pokręcony pomysł, jaki do tej pory wpadł rodzicom Fang do głowy? Sztuka czy rodzina?

Ta książka trafiła u mnie na dziwny czas. Sama mam aktualnie spore zawirowania życiowe, co z jednej strony pozwoliło mi po części wczuć się lepiej w treść tej książki, ale z drugiej strony jej lektura powodała też wzrost mego przygnębienia, co też rzutowało na mój odbiór jej treści. Najbardziej zdecydowanie poruszało mnie to, jak rodzice postrzegali swe dzieci – z jednej strony były składnikiem niewiarygodnej drużyny oddającej się najwyższej z form sztuki, były więc niezbędne i przez to ukochane, ale z drugiej strony kompletnie nie postrzegano ich jako ludzi, nieważne były ich potrzeby, poczucie stabilności, bliskości, budowania więzi z rodzicami. Byli dzieckiem A i B, właściwie przedmiotami niezbędnymi do tego, by rodzina Fang mogła błyszczeć. I to robiło na mnie wielkie wrażenie, jednak w pewnym momencie odłożyłam sztukę na boczny tor i skupiłam się właśnie na relacjach między rodzicami a dziećmi. I wtedy dotarło do mnie, jak wielu rodziców traktuje dzieci przedmiotowo. Może nie składają ich na ołtarzu sztuki (chociaż czasami tak, wiele jest pamiętnych przypadków prawie zamęczonych małych skrzypków, pianistek etc.), ale sportu, filmu, wyborów małych miss etc. Gdy do tego dojdzie przenoszenie własnych ambicji na dziecko, to już strach pomyśleć, jak dokładnie mogą się pokrywać konsekwencje działań rodziców Fang, a tych dookoła nas. Ilu rodziców krzywdzi swe dzieci zarzucając je od przedszkola dziesięcioma różnymi zajęciami pozaszkolnymi, a do tego nie budując z nimi żadnych silniejszych relacji emocjonalnych?

Wracając jednak do „Rodziny na pokaz”, to ksiażka ta ukazuje czworo nieszczęśliwych ludzi, którzy nie potrafią się ze sobą wzajemnie porozumieć. Opuszczenie, samotność, brak komunikacji, zamknięcie na drugiego człowieka, a to wszystko z ukazaniem konsekwencji; tego, do czego może taka sytuacja doprowadzić. Interesująca lektura.

©