Dożywocie za grosze!

No dobraaa, nie za grosze 😉 Ale już tej jesieni nie będziecie musieli wydawać 100 – 150 – 200 czy więcej złotych, by kupić książkę Marty Kisiel pod tytułem „Dożywocie”! Pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, nawet e-booków nie kupicie, bo prawa wygasły, więc od jakiegoś czasu jest to prawie biały kruk. Ja o tej książce pisałam TUTAJ i TUTAJ. Generalnie od lat opowiadam znajomym o tej książce, pewnie część z Was ma mnie już pod tym względem dosyć 😉 Jednak niezmiennie polecam!

Ale jest dobra wiadomość dla wszystkich, którzy chcieliby tę książkę mieć!

dozywocie nowe wydanie

PS. Ja wiem, wczoraj kilka(?) osób spamowało tą wieścią Facebooka i blogi, ale co tam, może ktoś z Was jeszcze tej wiadomości nie widział i go ona ucieszy?

Reklamy

Przybywajcie tłumnie!

Gdyż, ponieważ, bo… 😉

Ten blog rzadko robi za słup ogłoszeniowy. Nie lubię tego i koniec. Ale tym razem muszę się złamać. Mam takie wewnętrzne pragnienie, wręcz przymus!

Jeżeli macie wolną sobotę i mieszkacie w jakiejś w miarę sensownej odległości od Warszawy, to zapraszam z całego serca, bo ałtorka jest tak samo fajna, jak jej książki! A przybywa do nas niedługo osoba, która „popełniła” dwie cudnej urody powieści, a dokładnie – „Dożywocie” i „Nomen Omen”. Tak, dobrze widzicie, już w sobotę można w Warszawie spotkać Martę Kisiel!

(gdy klikniecie na plakat, to zobaczycie jego większą wersję, ze szczegółami)

marta kisiel

Będzie bajdurzyć, odpowiadać na pytania (a to najciekawsze zostanie nagrodzone książką!), pisać dedykacje, a z tymi najwytrwalszymi może i na piwo pójdzie?

Możecie – ku pamięci – zapisać się na wydarzeniu na Facebooku, o TUTAJ.

PS. A nieprzekonanych niech przekona fakt, że będą mieli okazję również spotkać tam mnie i Zacofanego w lekturze! 😛

Przedpremierowo – „Nomen omen” Marta Kisiel

nomen omen 3

Premiera 5 lutego!

Oczekujecie „Dożywocia”-bis? Zapomnijcie o tym!

Ustawiając sobie oczekiwania na tym poziomie, robicie sobie i tej książce krzywdę, bo to zupełnie inna bajka. Czy warta poznania?

Jest sobie rudowłosa, dobrze zbudowana młódka – Salka. Ma rozbuchaną seksualnie, ostro trzepniętą matkę, dziwnego ojca oraz kompletnie nieogarniętego, bezczelnego bracholka – Niedasia. Salka ma rodziny tak serdecznie dosyć, że ucieka od niej do Wrocławia. Pytanie tylko, czy nie trafiła z deszczu pod rynnę? Stara, rozpadająca się willa i jej właścicielka – generał w spódnicy. Do tego zwariowana gadająca papuga wyżerająca wafelki. A czy to wszystkie niespodzianki, na które Salka natknie się w tym domiszczu?

Chętnie bym Wam napisała więcej na temat tego, co Salomea Klementyna przeżywała w wielkim mieście, jednak boję się zdradzić zbyt wiele z treści fabuły. Napiszę więc tylko tyle, że dziewczyna będzie musiała wykazać się cierpliwością (wręcz anielską), odwagą, otwartym umysłem. Do tego żyłka detektywistyczna, ciekawość, logika i kilka innych przydatnych cech i umiejętności. A na jej drodze stanie sporo interesujących hm… osobników. Przybycie do Wrocławia Niedasia zapoczątkuje całą lawinę śnieżną wydarzeń. Bo kto to widział, być tak podobnym do pradziadka?! To nawet nie wypada…

Na „Nomen Omen” czekałam cztery lata. Regularnie molestowałam autorkę pytaniami „pisze?”, „kiedy skończy?”, „dlaczego tak długo?”. Cud, że mnie nie ubiła! Po zamknięciu książki zastanawiałam się przez chwilę, czy było warto tyle czekać. I już wiem: było.

To książka zdecydowanie inna od „Dożywocia”. Tam mieliśmy zbiór luźno powiązanych ze sobą historyjek, które łączyło miejsce wydarzeń i przecudowni bohaterowie. A „Nomen omen” to już rasowa powieść. Wszystko jest w niej takie, jak powinno.

Na początku fabuła trochę kojarzyła mi się z „Szamanką od umarlaków”. Młoda dziewczyna przybywająca do Wrocławia, stare domiszcze, nietypowa właścicielka, magiczne moce wtarabaniające się do życia dziewczyny. Jednak po chwili przestałam mieć te skojarzenia, bo też i Marta poszła ze swoją książką w inną stronę, tematycznie i stylistycznie. Poza tym tutaj fabuła jest hm… po części lżejsza, po części ciut mniej wypełniona zjawiskami i stworzeniami magicznymi, niż u Martyny Raduchowskiej.

No dobrze, muszę to napisać wprost – podczas jej czytania mniej było dzikiego i nieopanowanego rechotu. Nadal śmiechu, chichotania czy też rechotania było wiele. Nadal znajdziecie masę smakowitych cytatów i zabawy słowem. O to się nie musicie martwić. Jednak zdarzają się tu momenty zdecydowanie nie do śmiechu, ba! Nawet czasami jest lekko melancholijnie! Bardzo podobało mi się to, w jak zręczny, prawie niezauważalny sposób autorka wplotła w akcję refleksje dotyczące czasów wojny, wspominki na temat dawnego Wrocławia i losów jego mieszkańców. Miodzio!

Bohaterowie nie są tutaj tak rozczulający i przekochani, jak w „Dożywociu”. Ale też mało co ma szansę przebić przeuroczego, zasmarkanego aniołka czy też stwora morskiego piekącego ciasteczka. Jednakże i tutaj postaciom niczego nie brakuje – są charakterni, mają mnóstwo ciekawych cech charakterystycznych, są zabawni, wkurzający, uroczy czy też lekko… woniejący rozkładem. W każdym razie – dosyć masowo wzbudzają sympatię. Czy to nieporadna, nieskoordynowana ruchowo Salka, czy też rozmiłowany w literaturze filolog – Bartek, kieszonkowych rozmiarów dzielna Basia, bohaterowie starszego pokolenia, nawet wredny Niedaś – nie mogłam ich nie polubić.

Marta Kisiel swą drugą książką utwierdziła mnie w przekonaniu, że zapowiada się z niej autorka świetnej literatury rozrywkowej. Fajne fabuły, urokliwi bohaterowie, mnóstwo zabawy słowem, naprawdę sporo lekkiego humoru, a to wszystko okraszone namiętnością autorki do romantyzmu, która to namiętność błyszczy tak jasno, że i tutaj nie da się jej przegapić! Jak tak dalej pójdzie, to bez problemu stanie na którymś miejscu na podium wśród literatów piszących książki tego typu, o tym jestem przekonana.

Błagam więc o zwiększenie tempa pisania kolejnych książek, bo cztery lata, to jest znęcanie się nad czytelnikami, które to powinno być karalne!

PS. Plus dla wydawnictwa za bardzo ładną oprawę graficzną!

nomen omenWydawnictwo: Uroboros, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 420

© 

Otwieram!

Skończyłam czytanie wczoraj wieczorem. Więc zbyt długie to zamknięcie nie było 😉 Chciałam napisać recenzję na dzisiaj, ale zaczęłam oglądać online sesję pytań i odpowiedzi a propos PSBV, a jak się skończyła, to była 23 i poszłam spać.

psbv 2

Nie wiem, czy wiecie, ale aktualnie formuje się Polskie Stowarzyszenie Blogerów i Vlogerów. Wzbudza wiele kontrowersji, krzyków, czasami hejtu, jednocześnie jednak wiele ciekawości i bardzo wstępnego optymizmu. Dlatego bardzo mnie interesowało to, co przez te dwie godziny zostanie powiedziane. Dla innych ciekawskich – strona Stowarzyszenia oraz zapis wideo wczorajszej rozmowy.

A wracając do „Nomen Omen” – chcecie recenzję na jutro, czy wolicie ją później, bliżej premiery?

Zamknięte do odwołania

Tak, dobrze widzicie. Pierwszy raz od 4,5 roku przez jakiś czas zagości tu zupełna cisza i spokój. Pustka wręcz. Pewnie nie pojawi sie żadna notka. Dlaczego? Powód pojawił się dzisiaj. Jest tylko jeden i jest on bardzo prosty…

nomen omen

Czekałam na nową książkę tej autorki od 2010 roku (wstyd, ałtorko, wstyd!), więc wybaczcie, ale blog idzie w odstawkę, a ja w każdej wolnej chwili zamierzam czytać. I sprawdzać, czy nadal będę rechotać przy lekturze i zachwycać się bohaterami.

Do zobaczenia, mam nadzieję niedługo! 😉

PS. Zdjęcie wykonałam aparatem Samsung Galaxy S4 Zoom.

©