W otoczeniu duchów i upiorów („Szamański blues” – Aneta Jadowska)

duch

Premiera 15 stycznia!

Od lat jestem wierną fanką Dory Wilk, szalonej wiedżmy z uniwersum Thorn. Czy równie chętnie, jak ona przygarniać będę do serca kolejnych jej przyjaciół? Na razie sprawdziłam, czy mamy szansę na zaprzyjaźnienie się z Witkacym!

Witkac, były parnter Dory z policji. Ludzkiej policji, oczywiście. Jakiś czas temu – po wieloletnich przygodach z różnymi używkami – dowiedział się, że to, co go dręczy i nie daje mu spokoju, to dar. Witkac jest szamanem, ma moc odsyłania duchów w zaświaty. Dzięki niemu mogą zaznać spokoju, więc one same często nie dają mu spokoju. Przeprowadź nas, przeprowadź, pomóż… Chyba już nikt nie dziwi się mu, że przez lata – nie wiedząc o swoim talencie – myślał, że jest wariatem?

W każdym razie już wie, kim jest i powoli uczy się swojego drugiego fachu. Idzie mu to powoli, bo ciągle nie zgadza się na pełną inicjację w zaświatach, u Przedwiecznych. Bazuje więc na różnorakich księgach i wypytywaniu magicznych przyjaciół. Ciekawe, co go w końcu ostatecznie przekona, by poddał się próbie?

Ale wracając do pierwszego tomu nowej serii Anety Jadowskiej – pewnego dnia na progu mieszkania Witkaca staje Konstancja, największa miłość jego życia. Oczywiście nie chodzi jej o to, że po latach odkryła, że ciągle kocha swego byłego, przychodzi prosić go o pomoc. Na oddziale noworodkowym, na którym pracuje, giną ostatnio niemowlęta. Zdrowe, zadbane, bez widocznych przyczyn śmierci. Czuje, że coś jest z tymi przypadkami nie tak, przyszła więc prosić o pomoc najdziwniejszą znaną jej osobę, która wydaje jej się odpowiednia do takiej sprawy.

No dobrze… Nie jest to jedyny powód, który przyciągnął Konstancję do Witkaca, ale o tym cicho-sza! Bez spojlerowania!

W każdym razie na Witkaca czekają dwie trudne sprawy, nie byle co! A na dodatek w pierwszej nie może liczyć na pomoc przyjaciółki – Dory, bo ta zajmuje się swoim stadem wilków. Wprawdzie trafia się mu pomocnik, ale hm… lekko dziwny i nie jest jasne, czy można na nim polegać. Pewnie dowiemy się, kto zacz, w przyszłych tomach.

„Szamański blues” jest jednocześnie swojski i świeży. Swojski, bo znamy część bohaterów, bo styl autorki jest właściwie ten sam, bo jest to samo swojskie poczucie humoru. A świeży, bo jednak szamaństwo to temat dla fanów Dory dosyć nowy i chyba ustawiający więcej ograniczeń niż seria o wiedźmie. Jej moce rozmnażały się przez pączkowanie, przez kilka pierwszych tomów wydawało się, że to się nigdy nie skończy. Tu wiedźma, tam synowie wampirzy, tu stado wilków, tam triumwirat etc. Nie wiem, co planuje autorka dla Witkaca, ale mam wrażenie, że bycie szamanem ustawi trochę więcej ograniczeń, będzie większym wyzwaniem dla niej, by seria nadal była w miarę urozmaicona i przyciągała czytelników tak, jak poprzednia. Rozpuściłaś nas, autorko! Tyle fajerwerków i jazdy bez trzymanki było przy Dorze, że Witkac ma wysoko postawioną poprzeczkę.

Tak czy siak – podobało mi się, ale nie spodziewałam się też niczego innego. Dalej mamy fajny światek, bohaterów z ikrą, humor i wciągającą akcję. I zapowiada się taki cudny duecik szamański z… Albo nie, sprawdźcie sobie sami z kim! Polecam!

Reklama

Miasto pełne magii („Rzeki Londynu” – Ben Aaronovitch)

rzeki londynu

Legalny departament londyńskiej policji zajmujący się tylko i wyłącznie zjawiskami magicznymi? Dlaczego niby nie miałoby to być możliwe?

Peter Grant, młody posterunkowy, przekonuje się o tym pewnej nocy, gdy zostaje wezwany do morderstwa – pewnego mężczyznę pozbawiono głowy. Dlaczego? I skąd wrażenie, że ta sprawa mocno śmierdzi?

Na miejscu morderstwa Peter spotyka ducha, który udziela mu informacji istotnych dla śledztwa. Jego koleżanka z pracy traktuje jego doświadczenie z przymrużeniem oka, ale niedługo po tym spotkaniu Peter dostaje przydział do bardzo szczególnego departamentu. Jednostka ta współpracuje z wszystkimi innymi służbami porządkowo-ratowniczymi, jednakże podstawą jej pracy jest radzenie sobie z wszelakimi zjawiskami i stworzeniami magicznymi – duchy, wampiry, różnorakie genius loci itp. Peter tym samym staje się uczniem inspektora Nightingale’a, czarodzieja i przeprowadza się do siedziby departamentu – Szaleństwa.

Przypadek, na jaki natknął się Peter jest dosyć mocno skomplikowany, szczególnie dla osoby, która jeszcze niedawno w ogóle nie wiedziała, że dookoła niego istnieje coś takiego, jak magia. Chłopak musi się bardzo wiele nauczyć, a czasu… właściwie nie ma. Na dodatek trafił na całkiem sprytnego przeciwnika. Całe szczęście, że w walce wspierać Petera będą personifikacje rzek Londynu, zadziwiająco barwne i rozrywkowe towarzystwo.

Peter jako główny bohater jest trochę taką ciapą-policjantem. Roztrzepany, odkrywający wiele rzeczy bardziej przez przypadek, niż na podstawie planowanego działania. Jednak – oczywiście – w trakcie czytania możemy dostrzec jego wyraźny rozwój, powolutku zmierzający do schematu „od zera do bohatera”. Peter to Peter, nie wzbudził we mnie głębszych emocji. O wiele bardziej zainteresował mnie inspektor Nightingale, ale było go dla mnie zdecydowanie za mało. Jednak najciekawszymi bohaterami były właśnie personifikacje rzek i jak dla mnie, to one mogłyby być głównymi bohaterami tej książki. Mam nadzieję, że autor w kolejnych tomach przewidział większy ich udział w akcji. Jak również umieści w kolejnych książkach więcej informacji na temat samego departamentu, jego korzeni, innych pracowników itp. spraw. Bo na razie mam poczucie niedosytu.

Magia w Londynie Aaronovitcha to sprawa normalna, tak naturalna, jak wszystko inne; o tej samej istotności, co nauka. Oczywiście tylko w departamencie specjalnym londyńskiej policji. Ale jego pracownicy wiedzą, że jest ona wpleciona w całe miasto, w jego ulice, budynki, rzeki, jest wszędzie dookoła!

Autor pokazał już całkiem niezły poziom – ciekawa fabuła, zróżnicowani bohaterowie, może momentami lekkie przegadanie i nierówno rozłożona akcja, ale to drobiazg. Generalnie jest to przyjemna lektura rozrywkowa, okraszona odrobiną humoru. Tom inicjujący serię, spełnił swe zadanie – rozbudził we mnie apetyt na kolejne powieści.

rzeki londynuWydawnictwo:

Oprawa:

Liczba stron:

© 

Czy widzisz ocean? („Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman)

ocean

Wyobraźcie sobie, że powróciliście do rodzinnego domu po latach, na dodatek przy bardzo smutnej okazji. Jeździcie sobie samochodem bez celu, gdy nagle natykacie się na gospodarstwo… tych tam… Nieważne, jak im było, ważne jest to, co Wam się przypomina. A przypomina się wszystko, o czym nie pamiętaliście przez lata!

Cofamy się w czasie do momentu, gdy główny bohater ma siedem lat, a do jego domu rodzinnego wprowadza się lokator, który krótko potem popełnia samobójstwo. Jakby tym nie narobił dosyć problemów, przy okazji budzi ze snu pradawne moce, złe moce! Do świata ludzi wkradają się przedziwne stwory, których celem jest sianie zamętu, niszczenie tego, co w ludziach dobre. W ich pokonaniu mogą chłopakowi pomóc tylko trzy kobiety, które mieszkają na końcu drogi. Oraz ocean, który znajduje się na ich posiadłości. A może zwykłe oczko wodne? Jak zawsze – wszystko zależy od tego, kto patrzy…

Neil Gaiman od lat należy do moich ulubionych autorów, cieszę się więc bardzo, że ponownie mnie nie zawiódł! „Ocean na końcu drogi” to wspaniała współczesna baśń dla dorosłych. Jest w niej sporo grozy, pełno magii, garść melancholii, ukrytego w głębi smutku i tęsknoty za utraconym czarem dzieciństwa.

Ale przede wszystkim to dla mnie popis autora, kolejny pokaz jego talentu i wyobraźni. Owszem, schemat jest odrobinę podobny do „Koraliny”, ale to byłoby na tyle. Gaiman stworzył niesamowitą historię, pełną dziwnych stworów, a do tego znaczącymi postaciami historii uczynił trzy kobiety stare, jak hm… świat? Kim są? Skąd pochodzą? Jaką mają władzę nad złymi mocami? Te i wiele innych pytań przewijały się przez mą głowę w trakcie czytania. Z chęcią widziałabym rozwinięcie losów rodziny Hempstock, bo aż się prosi więcej informacji na ich temat. A ile dają możliwości!

Perspektywa dziecka obdziera tę opowieśc z ułudy wielkiej odwagi i bohaterstwa, z gry pozorów. To, że z potworami zmagają się dzieci (bo najmłodsza z pań Hempstock to ponoć jedenastolatka), pozwala spojrzeć na wydarzenia w szczery, niepozowany sposób. I chociaż na początku dorośli widziani są jako wszystkomogący, to szybko okazuje się, że wcale nie są odpornii  na magii, a ich czyny  i intencje wcale nie są tak nieposzlakowane.

To także swoista analiza dorastania i tracenia większości z naszego wewnętrznego małego dziecka. Dorosłość to zapomnienie, obdarcie z magii. Bo przecież w codziennym schemacie życia, między pracą, rodzinną, przyjaciółmi i może hobby, gubimy często umiejętność dostrzegania rzeczy szczególnych, czasami wręcz pozbywamy się większości ciekawości świata. Nie chcemy zbaczać z obranego szlaku tylko po to, by zajrzeć pod most czy sprawdzić, co znajduje się w dziupli.

Jednakże książka ta nie jest pełna negatywów. A wszystko to dzięki sile przyjaźni i wierze w to, że razem możemy pokonać zło, które na nas czatuje.

Bajeczna, świetnie napisana opowieść, kolejny popis Neila Gaimana. Ten facet ma łeb na karku i bezkres wyobraźni do czerpania pomysłów na kolejne książki. Polecam!

© 

ocean na koncu drogiWydawnictwo: MAG, 2013

Oprawa: twarda

Liczba stron: 216

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5,5/6


„Zwycięzca bierze wszystko” – Aneta Jadowska

anioł

Pod koniec poprzedniego tomu Dora wraz z Mironem i Joshuą zostali połączeni w swoisty wiedźmio-anielsko-diabelski związek. Teraz przechodzą przez skutki przemiany, cierpią fizycznie i psychicznie, a na dodatek ich przemiana ma skutki uboczne dla całej magicznej gromady zamieszkującej Thorn. Dlatego trójka ta zostaje wysłana w bezpieczne miejsce, gdzie mogą oczekiwać końca transformacji oraz uspokojenia się sytuacji. Jednakże to zesłanie ma swoje konsekwencje. Lądują w miejscu z przeszłości Dory, które to miejsce przypomina jej o bolesnym wydarzeniu i dosyć mocno na nią wpływa. A na dodatek zjawiają się goście przyprowadzając pisklaka – mieszańca, którego wyrwano z niewoli, a którego Dora ma przechować. A to znowu uruchomi efekt kuli śnieżnej…

Wydarzenia z przeszłości, nieobliczalne w trakcie przemiany moce, wariujący Miron, pokiereszowane psychicznie pisklę, a do tego: zabójczyni czatująca na życie Dory, polujący na nią archanioł, anioł śmierci z wyrokiem na pisklaka, groźba wygaśnięcia linii magicznej, potrzeba uratowania innych mieszańcow z rąk zwyrodnialca, groźba Sądu Ostatecznego nad Dorą. Hm… Ciekawe, czy o czymś zapomniałam! W każym razie już jasno widzicie, że w tym tomie nie ma co liczyć na nudę, o nie!

Zastanawiałam się, co też autorka zaprezentuje nam w trzecim tomie. Teraz widzę, że jej kreatywność chyba nie zna granic. Nowi bohaterowie, akcja przypominająca jazdę na kolejce górskiej, fabuła nieźle poplątana, a to wszystko stworzone w taki sposób, że kompletnie nie ma się ochoty odrywać się od lektury. Ten cykl na dobre rozgościł się już na liście moich ulubionych „tasiemców”.

Widzimy ciekawą ewolucję zarówno bohaterów, jak i ich związku. Dora coraz bardziej staje się częścią grupy, z indywidualistki zamienia się w waderę, która zawsze i wszędzie stanie w obronie członków swego stada. Ba! Ona bardzo chętnie to stado powiększa i to w jaki sposób! Tylko takiej bohaterce może przyjść do głowy, by rozczulić się nad losami anioła zagłady – Abbadona czy też zaprzyjaźnić z Baalem. Ja tam się jej zresztą nie dziwię, bo w tej książce przedstawieni są w taki sposób, że z Abbadonem chciałoby się pójść na kielicha, a z Baalem mieć ognisty romans.

W tym tomie mamy również okazję poznać lepiej samą Dorę i jej historię. Widzimy też, jak jej związek z Mironem wchodzi w kolejny stopień rozwoju. A autorka dorzuciła jeszcze smaczek związany z Joshuą, przyznaję, że bardzo mi się to podobało!

„Zwycięzca bierze wszystko” to kolejne godziny wyśmienitej zabawy! Aneta Jadowska pokazuje już wyraźnie, że rozwija się z każdą książką, szturmem zdobywa kąt na scenie fantastyki rozrywkowej. I tworzy tak cudownych bohaterów, że tylko Ci z „Dożywocia” Marty Kisiel im dorównują! To naprawdę rzadkość, bym lubiła (lub wręcz uwielbiała!) bohaterów pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych. A to właśnie jest taki przypadek.

Kończąc już to maślenie, polecę tylko wszystkim, którzy lubią się dobrze bawić przy czytaniu i są otwarci na przedziwnych bohaterów oraz ekhm… nieco nietypowe relacje między nimi.

PS. Obrazek u góry, to coś najbliższego memu wyobrażeniu, co mogłam zrobić. Czy Fabryka Słów mogłaby rozważyć rozpoczęcie ilustrowania tego cyklu? Moim zdaniem tu jest genialny potencjał dla grafika, byle dobrego!

© 

ZwycięzcaWydawnictwo: Fabryka Słów, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 480

Moja ocena: 6/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

Cykl Dora Wilk:

1. „Złodziej dusz”

2. „Bogowie muszą być szaleni”

3. „Zwycięzca bierze wszystko”

„Czarny pryzmat” – Brent Weeks

black prism

Można powiedzieć, że Chromerią rządzą kolory. W tej krainie zamiast typowej magii używa się kolorów i światła. Jeżeli masz szczęście, to urodzisz się krzesicielem, człowiekiem z darem do krzesania jednego z kolorów palety podstawowej (czyli takiej, jak tęcza 😉 ). Jeżeli masz jeszcze więcej szczęścia, to umiesz krzesać dwa i więcej kolorów, tych położonych obok siebie, a bardzo rzadko tych z różnych końców spektrum. A tylko jedna osoba na pokolenie potrafi krzesać wszystkie barwy. I dzięki temu jest władcą tegoż świata. Poznajcie Pryzmata Siedmiu Satrapii – Gavina Guile.

Gavin niepodzielnie rządzi już od wielu lat. Jako że Pryzmat zawsze żyje liczbę lat wynoszącą wielokrotność liczby siedem, a żaden nie żył dłużej niż 21 lat od rozpoczęcia rządów, to ma on świadomość, że zostało mu już niewiele czasu. A za to tak wiele ma spraw do rozwiązania i nadrobienia! Jest tajemniczy więzień, jest nagle odnaleziony syn, jest porzucona ukochana – to tylko część spraw. A do tego szykuje się wojna, pojawił się jakiś dziwny kolorak, który udziela pomocy zbuntowanemu królowi. Zresztą, coraz więcej dookoła koloraków, stwory zaczynają się buntować, uważają, że rządy Pryzmata są dla nich niesprawiedliwe i trzeba z nimi skończyć. Jest jeszcze sporo pobocznych wątków, ta książka – jak tort – ma całkiem wiele smakowitych warstw.

Bardzo podoba mi się świat stworzony przez Weeksa. Zarówno szczegółowe opisy miast, miejsc czy osób, jak również zasady tym światem rządzące. Bardzo spodobała mi się „magia kolorów”, to dobry pomysł, który został na dodatek opisany w interesujący sposób. Autor daje nam szansę stopniowego poznawania krainy i jej mieszkańców. Powoli poznajemy tajemnice, które skrywa tak wiele osób. Autor przemyślał fabułę i prowadzi nas od jednych zamkniętych drzwi do drugich, a każde z nich pozwalają nam poznać kolejne aspekty tej historii i lepiej ją zrozumieć.

Ciekawie stworzeni zostali bohaterowie. Pryzmat jest męski, inteligentny, charyzmatyczny, bywa upierdliwy i uparty. Kip, jego bękart przeżywa przemianę z serii od zera do bohatera. Ten grubasek, niepewny siebie samotnik nagle odnajduje swe miejsce i odczuwa przynależność do grupy. Piękna Karris, która jest tak samo niebezepieczna, jak urocza. Zresztą nie tylko główni bohaterowie są dopracowani, autor zadbał również o wiarygodność bohaterów pobocznych. Jest ich bardzo wielu, wnoszą do książki różnorodność, czynią ją barwniejszą.

Gdy zaczynałam czytać „Czarny Pryzmat”, byłam przekonana, że nie zdołam jej przeczytać przed wyjazdem i będę musiała tę cegiełkę dźwigać ze sobą. Jednakże niespodziewanie zostałam wessana do akcji, porwały mnie przygody Gavina i jego ekipy. Porwały tak bardzo, że książkę przeczytałam w niecałe dwa dni! Autor bardzo sprawnie przeplata wątki,  nakręca akcję, wprowadza nowe informacje, a to wszystko sprawiało, że nie chciałam się oderwać od tej książki.

„Czarny Pryzmat” to bardzo dobra fantasy, z ciekawym pomysłem na fabułę i zdobywającymi sympatię bohaterami. Polecam, ja już się nie mogę doczekać większej ilości wolnego czasu, bym mogła sięgnąć po drugi tom!

© 

Czarny pryzmat

Wydawnictwo: MAG, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 733

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6