Majowy weekend z książką?

Zapraszam do lektury drugiego tekstu na portalu Arena.pl. Tym razem o książce, z którą może ktoś zamierza spędzić długi majowy weekend. Warto czy nie warto? Oto jest pytanie, sprawdźcie w moim tekście! Serdecznie zapraszam do zajrzenia TUTAJ i przeczytania opinii. Tym bardziej, że to książka, która chyba nie wzbudzała letnich uczuć – albo zachwyt, albo niechęć 😉

Konkurs!

Krótko i zwięźle 🙂 Mam dwie książki, którymi chciałabym się z Wami podzielić! Są to:

konkurs ksiazka

*****

By wziąć udział w konkursie wystarczy w komentarzu odpowiedzieć na pytanie:

Którą książkę wybierasz i dlaczego właśnie ją chcesz przeczytać?

Na odpowiedzi macie czas do 23 września, do północy. Po zakończeniu konkursu wybiorę dwóch szczęśliwców, którzy otrzymają książki. Regulamin konkursu znajdziecie TUTAJ.

Nie musicie prowadzić bloga, jednak musicie zostawić nick/imię i adres e-mail. Anonimowych komentarzy nie będę brała pod uwagę.

Zapraszam do zabawy!

Konkurs!

Wieki całe nie było tutaj konkursu. Czas to zmienić!

zapomniany legion konkursMam do rozdania 3 egzemplarze książki „Zapomniany legion” Bena Kane ufundowane przez Wydawnictwo Znak. By wziąć udział w konkursie wystarczy w komentarzu odpowiedzieć na pytanie:

Którą książkę historyczną polecasz przeczytać i dlaczego?

Na odpowiedzi macie czas do 11 sierpnia, do północy. Po zakończeniu konkursu wybiorę trzech szczęśliwców, którzy otrzymają tę powieść. Regulamin konkursu znajdziecie TUTAJ.

Nie musicie prowadzić bloga, jednak musicie zostawić nick/imię i adres e-mail. Anonimowych komentarzy nie będę brała pod uwagę.

Zapraszam do zabawy!

Wieczór z autorem

20 stycznia, 18:30, Warszawa, Foksal.

Z pracy wyszłam późno, ale zamarzyło mi się, że jeszcze zrobię sobie spacerek na miejsce spotkania. W pewnym momencie zaczynam tego żałować, włączam przyspieszenie i dzwonię do organizatorki z przeprosinami – spóźnię się kilka minut. W odpowiedzi słyszę: „A może zamówić już coś ciepłego na rozgrzewkę? Kawa, herbata?”. Zaopiekowanie poziom mistrzowski!

20 stycznia, 19:05, Warszawa, restauracja na Wilczej.

Wpadam zdyszana, rozglądam się dookoła, nikogo nie rozpoznaję, proszę więc o pomoc kelnerkę. W międzyczasie zjawia się organizatorka spotkania, wskazuje stolik i towarzystwo. Rzut oka – tak, to on, wygląda tak samo, jak na zdjęciach. Prezentacje, zamieszanie z płaszczami i miejscami, no i w końcu jesteśmy wszyscy, możemy zacząć. Przed dwiema blogerkami (razem ze mną była Weronika z Literaturomanii) kolacja z norweskim autorem – Levim Henriksenem.

Najpierw ostrożne „obwąchiwanie”, próba zorientowania się, jakim człowiekiem jest Levi, jak postępować i jaką strategię komunikacyjną przyjąć. Ale po chwili rozmowa płynie, padają pierwsze pytania, rozkręcamy się.

<Retrospekcja>

„Śnieg przykryje śnieg” czytałam niedawno. To opowieść o byłym więźniu, który zaraz po wyjściu z więzienia dowiaduje się o samobójstwie brata. Przybywa na pogrzeb, zamieszkuje w domu rodzinnym i stara się zrozumieć wydarzenia, samego siebie, to, co go otacza. Dan czuje, że zawiódł brata, że zmarnował kawał życia i że nadal jest taki sam, jest wiecznym uciekinierem. Planuje jak najszybciej sprzedać ojcowiznę i ruszyć w drogę. Gdzieś, byle dalej!

Jednak ciągle nie daje mu spokoju samobójstwo brata, próbuje zrozumieć, co mogło go do tego popchnąć. Poszukuje więcej i więcej informacji, a tym samym uruchamia ciąg wydarzeń, które będą miały znamienne konsekwencje. A na dodatek w jego życiu na nowo pojawia się stary, niepełnosprawny wuj oraz Mona, młoda kobieta, która spotykała się z bratem Dana. Ta dwójka ma na niego coraz większy wpływ, pomaga mu poznać na nowo samego siebie.

To nie kryminał i nie thriller, to obyczajowa historia rodzinna. Najbliżej jej do powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym. Surowa w stylu, smutna, pełna emocji, refleksji. Oddająca – na ile mnie to oceniać – klimat Norwegii.

Taka to książka

20 stycznia, 19:05, Warszawa, ciągle ta sama restauracja.

Levi opowiada o tym, że od dziecka pisał i chciał pisać przez całe życie. Mimo tego, że obrał karierę dziennikarza i muzyka, to ciągle pisał. I ciągle próbował wydać to, co tworzył. Wysyłał swe utwory kilkadziesiąt razy zanim zostały opublikowane! Ale gdy w 2002 roku pierwszy z nich pojawił się drukiem, to potem ruszyła lawina. „Śnieg przykryje śnieg” została nagrodzona Nagrodą Norweskich Księgarzy, prawa zostały sprzedane do wielu krajów, trwają negocjacje a propos jej sfilmowania. A Levi pisze dalej…

Na pomysł tej powieści wpadł w Sylwestra na przełomie 1999 i 2000 roku. Spędzał go z przyjaciółmi, snuły się rozmowy, gdy nagle zaczęli rozważać podobny pomysł. Długo jednak nic się nie działo, a gdy w końcu zdecydował się przekuć go w powieść, to czekał na niego sukces.

Często pytany jest o to, dlaczego jeszcze nie napisał kontynuacji. Levi twierdzi, że jest to zamknięta historia (a ja się z nim zgadzam), że nie ma sensu pisanie kontynuacji. Chociaż nie zapiera się – kusi go to, bo Dan jest mu bardzo bliski. Może kiedyś wróci do Skogli…

Samo Skogli wymyślił. Postanowił, że będzie to miejsce, które odwierciedlać może wiele miejsc w Norwegii i będzie to miejscowość, w której będzie umieszczał wszystkie swoje powieści. Uniwersalny świat, dzięki któremu utnie wszystkie gdybania: dlaczego akurat tutaj, czemu nie tam, a dlaczego pokazał to miejsce w taki sposób etc. Jest jednak wzorowana na wsi, w której Levi dorastał, która do dzisiaj jest mu bliska.

Sam pisał o tym, co jest mu tak czy inaczej znane i to samo zaleca innym pisarzom i tym, którzy pisarzami chcą być. Jemu praca nad książką zajmuje około roku. Pracuje nad każdym rozdziałem tak długo, jak długo uznaje za stosowne, by w końcu poczuć, że to jest to, teraz tekst jest gotowy, a on może rozpocząć pisanie kolejnego rozdziału. I dlatego gdy stawia ostatnią kropkę uważa książkę za dzieło ukończone.

Zapytany o przyszłość odpowiada, że pisze kolejną książkę, a polski wydawca już zakupił prawa do innej powieści, więc czytelnicy w Polsce będą mogli przeczytać kolejną książkę Leviego Henriksena.

20 stycznia, 19:05, Warszawa, to samo miejsce akcji.

Trzy godziny minęły szybko, pora się rozstać. Jeszcze tylko pamiątkowe wpisy do książek i zdjęcia, chwila rozmowy z pracownikami wydawnictwa i pora ruszyć na tramwaj. Podsumowując w głowie spotkanie, myśląc o tym, co się usłyszało i o tym, jak to wszystko opisać w jednej notce. Trzeba byłoby napisać kilkustronicowy esej, który kłóci się z ideą bloga. Pozostają tylko luźne impresje!

25 stycznia, 19:34, Warszawa, mała kawalerka na warszawskiej Ochocie.

Pomysł zorganizowania kolacji z autorem i zaproszenia na nią blogerów, by mogli autora bliżej poznać, porozmawiać z nim i wypytać o ciekawostki, uważam za doskonały! Gratuluję osobie z wydawnictwa, która na niego wpadła. Szkoda tylko, że tak niewielu blogerów odważyło się na to, by wziąć w niej udział. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie to większa grupa, chociaż oczywiście nie narzekam na możliwość spędzenia tego wieczoru w tak małym gronie. Więcej możliwości dla Weroniki i dla mnie 😉

20150125_192155

PS. Wszystkie poniższe zdjęcia są autorstwa Weroniki Trzeciak.

Dwuksiąg zawiedzionych nadziei

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Obydwie książki przeczytałam dosyć dawno, ale nie mogłam się zdobyć na napisanie długich opinii na ich temat. Obydwie zostały już na blogach wymaglowane na wszystkie strony, więc czuję, że wystarczy, jak dodam od siebie tylko krótkie opinie.

ripper allende gra o zyciePierwsza z nich to „Ripper. Gra o życie” Isabel Allende. Bardzo lubię powieści obyczajowe tej autorki, wychodzą jej one świetnie. Ale po licho zabrała się za zmianę gatunku? Zachwalany thriller okazał się marną powieścią i tyle. Przegadana, rozwleczona, niewiarygodna, bez umiejętnego rozwoju akcji, bez dreszczyku. No i litości – to nie jest thriller, tego nawet kryminałem nazwać by nie można było. Powieść obyczajowa z elementami – może. Jak dla mnie dużo gadania o niczym, a na koniec trochę akcji. No i niestety mało to wszystko było dla mnie wiarygodne, jeszcze najwiarygodniejszy jest złoczyńca, a ci, którzy z nim walczą… No nie jest to majstersztyk, do którego przyzwyczaiła mnie Allende. Dorośli to ciapy podporządkowane nastolatkom, mówiący im wszystko o morderstwach, a za to oczywiście nastolatkowie to brzytwy, sami wszystko załatwią i rozwiążą.

Generalnie o wiele lepiej wypada warstwa obyczajowa, ta skupiona na zbrodniach i śledztwie leży i kwiczy. I cały czas miałam wrażenie naciągania, jakby autorka sama nie wiedziała czego chce, jakby ciągnęło ją do obyczajówki i przypominała sobie tylko od czasu do czasu „ach, miałam pisać thriller!”. Pani Allende, niech pani wraca do tego, co wychodzi pani naprawdę świetnie!

miniaturzystka amsterdamDruga książka, z którą mam zagwozdkę to „Miniaturzystka” Jessie Burton. Tę książę pokochali chyba wszyscy poza mną. Przynajmniej to można wywnioskować z zachwytów, które zalały Internet. A ja mam z nią problem. Opisy Amsterdamu, życia mieszkańców, funkcjonowania społeczeństwa i jednostek – super, to sprawiało mi dużo frajdy i było naprawdę ciekawe. Szczególnie, że raczej rzadko w literaturze natykamy się na relację tego zakątka Europy. Ale już wydarzenia, które spotykają główną bohaterkę i jej rodzinę nie wywarły na mnie wrażenia, wydały mi się hm… odrealnione. Jakby ci ludzie nie mieli rozumów i nie potrafili myśleć, analizować, przewidywać. A już wątek miniaturzystki był dla mnie zupełnie od czapy. Miała zapewne spajać fabułę w całość, ale jak dla mnie nie spełniła tej roli i nic nie wniosła do całości.

Jestem ciekawa, w którą stronę Jessie Burton postanowi się rozwijać i czy może w przyszłości zafunduje nam jednak ciekawą powieść historyczną, lepiej skonstruowaną i spójniejszą. Wydaje się mieć potencjał, więc trzymam kciuki! A, dla wydawnictwa brawa za piękną oprawę graficzną oraz świetną akcję promocyjną.

Jak widać, w przypadku tych dwóch książek nie wpasowałam się w ogólne tendencje i to, co zachwycało innych, mnie rozczarowało. Trudno, i tak bywa…

©