Zatrzymane chwile #20

Nadrobiłam lipiec, a teraz czas na sierpień!

Jak zwykle – były książki!

Było pyszne jedzenie, mniam, mniam… Poczynając od przepysznej tarte flambee, przez genialne ciasto marchewkowe z dodatkami, domowej roboty kompot, pierwsze w sezonie kurki oraz własnoręcznie mieszane musli (od którego się uzależniłam).

Były kolorowanki, nowe zeszyty do kolorowania, nowe kredki i inne pomoce naukowe 😉

Było trochę natury, widoków i przyjemności 🙂

I kilka do niczego nie pasujących fot 😉 Pierwsze foto, to moje wspaniałe, pierwszosierpniowe odkrycie! Okazało się, że w czasie, gdy wiele osób w Warszawie godzinę „W” świętuje przy wyciu syren i rac, moi sąsiedzi najpierw słuchali Chopina, potem – przez minutę – stali w ciszy, a potem zaczęli śpiewać wojskowe i warszawskie pieśni. Ależ to było niesamowite!

Kolejne foty, to już pierdołki: nowy budzik, który kupiłam. Za nim symbol przeraźliwej suszy, która przez tygodnie dręczyła Warszawę, a na końcu siedziba radiowej Trójki, gdzie (dwukrotnie w ciągu jednego miesiąca!) wypowiadałam się a propos kolorowania i kolorowanek. Jednak zrobiła się moda!

I to tyle, jestem z fotopodsumowaniami na bieżąco, oby tak dalej 😉 Chociaż nie wiem, czy są one Wam potrzebne, bo są chyba dosyć monotonne. Ja tam je lubię, ale nie wiem, na ile są one dla Was interesujące?

Zatrzymane chwile – bardzo opóźnione #19

Przegapiłam! Kurczę, no! Nie tylko przegapiłam 6 rocznicę blogowania, ale i podsumowanie lipca… Co się ze mną dzieje? Może pora zwinąć blogowy bizensik? Ale na razie do rzeczy! Najpierw nadrabiam ominięty lipiec, a niedługo wrzucę sierpień!

Było duuuuużo kolorowania, bardzo dużo 🙂

Było sporo Pałacu Kultury i Nauki, który kończył niedawno 60 lat i chyba z tej okazji zrobił się jeszcze bardziej fotogeniczny, niż zazwyczaj 😉

Byłam też na chwilę u Rodziców, trochę przewinęło się pięknych okoliczności przyrody 🙂

Były oczywiście i książki…

W lipcu na fanpage’u pojawił się fan numer 2000, to super, że jesteście ze mną! 🙂 Jakoś dziwnie mało jedzenia się w lipcu przewinęło przez mojego Instagrama 😉 A na ostatnim zdjęciu widzicie moich Rodziców, do których wpadłam na weekend.

Na pierwszym zdjęciu widzicie mój cudowny zestaw 72 kolorów kredek Koh-I-Noor Polycolor, uwielbiam je! Siedziba firmy symbolizuje „miesięcznicę” pracy (chociaż już stuknęły 3 miesiące!), a na końcu widzicie jedną z przesyłek, które przygotowywałam w pracy dla blogerów 🙂

To już cały mój lipiec! A niedługo postaram się pokazać Wam, jaki był mój sierpień!

Zatrzymane chwile #18

Czerwiec. Na początku miesiąc niepewności i obawy, potem… potem to już dobry miesiąc i tyle. Nie mogę go inaczej podsumować. Spokojniejszy, radośniejszy, bardziej zrelaksowany, dobry i tyle. I niech tak będzie dalej! Mniej czytałam, więcej kolorowałam, mania ciągle kwitnie 😉

Generalnie miesiąc był taki, jak wszystkie. Były książki…

Różnorodnie, raczej dobrze jakościowo, ale poza Bishop bez wielkich uniesień. No, jakościowo jeszcze „Jaśnie pan” równa w górę. Reszta ok, ale poza poziom dobry nie wyskoczyła. „Inofoszk” pewnie wyskoczy, ale skończę go już w lipcu 😉

Było jedzenie…

Był przepyszny obiad – tarte flamee w uroczej restauracji Flambeeria. Było musli na życzenie (bardzo smaczne, ciągle się zastanawiam, czy organizować sobie własne, jeżdżąc i szukając składników, czy zamówić za ciut więcej, ale bezproblemowo). Mój ukochany sezon w pełni – truskawki, czereśnie, maliny, arbuzy, mnóstwo pysznych, świeżych warzyw i owoców, uwielbiam tę porę roku! Typowo letnie pyszności, jak zupa kalafiorowa czy drinki z lodami 😉 A na koniec dwa moje uzależnienia – Pretzel chips oraz karmelowa czekolada ze słonymi orzeszkami. Ech, za dużo tego dobra dookoła 😉

Były kolorowanki…

O tym, że wsiąkam coraz bardziej, to wiecie od dawna. Zobaczcie, ileż tego naprodukowałam w czerwcu! Teraz chyba jasne już jest, dlaczego o ksiażkach jest mniej 😉 A w trakcie weekendu u znajomych odkryłam przyjemność wspólnego kolorowania i gadania, gadania, gadania. Super sprawa!

Starałam się też łapać piękne chwile lata, które takie w naszym kraju krótkie jest! Możecie też zobaczyć trzeciego storczyka, którego nabyłam, bo pozostałe dwa się lenią i długo już nie kwitną. Swoją drogą nawet podziałało, bo jeden z nich wypuszcza nową gałązkę! Miałam też okazję być na pokazie przedpremierowym filmu „Randka z królową”. Taka romantyczna bajeczka, chociaż ponoć oparta (oczywiście w części) o prawdziwe zniknięcie księżniczek. Macie też okazję zobaczyć komplet moich cudnych talerzy, które zafundowałam sobie dzięki karcie podarunkowej. Cudne są, orgia kolorów, jak na kolorowankach 😉

W czerwcu miałam też okazję obejrzeć kolejne przedstawienie przecudnego Cirqu du Soleil! Tym razem był to „Quidam” i było to niesamowite, przepiękne przeżycie, uwielbiam ich! Piękne widoki złowione w trakcie podróży po mieście. Oraz znowu mój piękny storczyk i nowa kolorowanka. W prawym górnym rogu –  symbol piątkowego wieczoru spędzonego na spotkaniu z dwiema znajomymi z poprzedniej pracy. Na końcu „Conan The Baby” próbujcie zmyć się tacie z chusty 😉

Ostatnie są trzy zdjęcia reprezentujące pracę – książki, które zobrazowały na Instagramie ogłoszenie o nowym pracodawcy. Buciki kopciuszka, które promować będą jedną z książek (oraz posłużyły do zareklamowania nowego konta na Instagramie, śledźcie nas na @proszynski_wydawnictwo!). A na środku cudny pies koleżanki, który spędził z nami wieczór w kawiarni, w trakcie którego grałyśmy w Tabu i miałyśmy masę frajdy, takie nieformalne wyjście integracyjne działu.

To byłoby na tyle. I tak jest tych zdjęć – jak zwykle! – masa. Jak Wam się podobał mój czerwiec?

Zatrzymane chwile #17

Maj. Miesiąc dużej ilości stresu – przez pierwsze dwa tygodnie oraz miesiąc odpoczynku – przez kolejne dwa. Dziwaczny miesiąc, który zagwarantował mi taki rollercoaster emocjonalny, że prawie padłam w pewnym momencie. Ale dzięki ostatnim dniom, które spędziłam u Rodzinki, pozwolił mi ochłonąć i dojść do siebie.

Dosyć monotonny miesiąc pod względem zdjęć. Duuuużo natury…

O dziwo, pierwsza część tych zdjęć to Warszawa. Można tu znaleźć takie cudne zakątki, uwielbiam to! Ciekawe, jak długo, bo tną na potęgę i zalewają betonem 😦 Bukiet tulipanów dostałam od znajomej z poprzedniej pracy, na pożegnanie. Wzruszyła mnie! Z konwalie i pozostałe foty to już ogród u Rodziców i okolica ich domu. Cudnie tam jest!

Dużo nieba, słońca i chmur…

Nie wiem, na czym to polega, ale u Rodziców często można zaobserwować superanckie zachody słońca! Tego mi bardzo tutaj brakuje, okna mam od północy i to wychodzące na podwórko, dookoła wysokie drzewa i domy, ech!

Dużo kolorowania…

Jak wiecie – wsiąkłam po uszy! A miałam w maju sporo wolnego, więc i kolorowałam, kolorowałam, kolorowałam. Teraz tempo mi spadnie, ale co tam, poziom frajdy jest niezmienny!

Dużo jedzenia, trochę picia…

Uwielbiam wiosnę i lato, tyle pyszności do zjedzenia! Te wszystkie owoce, warzywa, a do tego lody! Dlaczego te dwie pory roku nie mogą trwać wiecznie? Wśród wszystkich tych pyszności znajdziecie też niestety jeden niewypał – bardzo niesmaczną pizzę, którą zamówiłam, bo po targach padałam na nos, nie chciało mi się gotować, a moje niechciejstwo przypłaciłam wyrzuceniem sporej części tego podłej jakości placka. Nigdy więcej pizzy z tej firmy!

Dużo książek i czytania…

Bardzo różny zestaw lektur. Ukochany Wegner, na którego tak długo czekałam! (Dzięki, Marta, nigdy Wam tej przysługi nie zapomnę!) O części książek już pisałam, ale sporo jescze przede mną. Żeby tak mi się chciało pisać, jak chce mi się kolorować 😉

A poza tym były różności…

Co roku sąsiedzi z uliczki przylegającej do naszego podwórka organizują Dzień Sąsiada – grill, słodkości, zabawy dla dzieci. Całkiem fajna inicjatywa, pomaga czuć się, jak u siebie. Dzięki sporej ilości wolnego trochę też pisałam na bloga, aczkolwiek bez fajerwerków, mogło być lepiej. Zdjęcie z GPS pokazuje, w jakiej pustce – wg nieaktualnej mapy – jechaliśmy do Warszawy. Powyżej znajdziecie też foty dokumentujące mój szał zakupowy oraz jedną symbolizującą kolejne Targi Książki w Warszawie. Nie mam wrażenia, że je „poczułam”, ale za to spotkałam tylu znajomych, że hej! 🙂

Bardzo fajna tabliczka w jednej z kawiarni, wywołała zabawne dyskusje na moim profilu na Instagramie i Facebooku 🙂 Obok symbol stosiku, który po przerwie powrócił na łamy bloga. No i „profesjonalne” kredki, które kupilam, by pofolgować mojej manii kolorowania. A pokaz wieńczy moje oko w wersji po zakraplaniu paskudztwa do badania dna oka. Jakbym się naćpała 😉

Zdjęć bardzo dużo, to chyba efekt dużej ilości wolnego czasu. Albo fioła foto… Ciekawe, jaki będzie czerwiec!

PS. Ciekawe, czy ktoś w ogóle zauważył, że od trzech miesięcy nie ma podsumowań „statystycznych”. Wnioskuję, że nikomu nie jest ich brak, bo inaczej byście sie o nie upominali, więc dopóki nie poczuję potrzeby, to ich tutaj nie zobaczycie.

Zatrzymane chwile #15

Ufff… Święta minęły i znalazłam chwilę, by poczytać i zrobić fotograficzne podsumowanie miesiąca. Ostatnie dni były szalone, minęły mi bardzo aktywnie i padam na twarz ze zmęczenia. Dobrze, że mam krótki urlop, bo byłabym w pracy niezbyt wydajna. A przechodząc do marca – słabo go pamiętam 😉 Oprócz lekarzy i zajmowania się swoim wnętrzem oraz chodzenia do pracy nawet już nie pamiętam, co robiłam! Sprawdźmy więc, co przypomną zdjęcia…

Już widzę, że w ubiegłym miesiącu miałam sporo okazji do jedzenia dobrych rzeczy 🙂 Poczynając od leniwej soboty, którą rozpoczęłam śniadaniem z przyjaciółkami, a zakończyłam w szerszym gronie wizytą w hiszpańskiej restauracji serwującej głównie tapas. Przez upiększanie swych dni owocami i pysznymi słodkościami, aż po przestowanie słynnej „Dziurki od klucza”, która słynie z kuchni i robionego na miejscu makaronu. A przy okazji odkryłam w okolicy malutki sklepik, którego właściciel stawia na lokalne produkty (np. hummus robi sąsiadka 🙂 ), a na dodatek wstawił do sklepu 1 stolik, serwuje pyszną kawę i wyciskane na miejscu soki. A do tego jest uroczym gadułą. Coraz bardziej podoba mi się rozwój mojej dzielnicy – pełno małych sklepików, kafejek, malutkich restauracji na 3 stoliki, prowadzonych przez rodziny, gdzie klienci witani są z uśmiechem i familiarnie. Oby tak dalej!

Oczywiście były ze mną książki. I to więcej, niż się spodziewałam! Trochę czytadeł, trochę pasjonującej lektury, odrobinę wymagających pozycji. I coraz więcej tych związanych z psychologią, jakoś ostatnio zaczęło mnie ciągnąć w tym kierunku.

Kolorowanki z „Kolorowego treningu antystresowego” towarzyszą mi dalej, wsiąkłam po uszy i tyle. Od czterech dni nie kolorowałam i już mnie nosi 😉 Żałuję, że nie zabrałam moich „Esów floresów” i kredek ze sobą na urlop. Świetnie mnie to relaksuje i sprawia masę frajdy.

Jak widać – poszukiwałam też wiosny. Uwielbiam tę porę roku, a ona – po dobrym początku – jakoś się wycofała. Wstręciucha! A jak były ładne dni, to najczęściej był to środek tygodnia i mogłam je podziwiać tylko przez okno. Za to w weekend najczęściej wiało/lało/było zimno. Urlop na razie też mnie nie rozpieszcza. Ech…

Niezmiennie uwielbiam Warszawę, bardzo mi w tym mieście dobrze. Lubię je, spacery po nim, odkrywanie drobnych szczegółów, poznawanie kolejnych miejsc. Niekończące się odkrywanie. A na dodatek można tu dostać nagle – wracając do domu o godzinie 23-ciej – pęk balonów. To było urocze zamknięcie dnia!

A na koniec trzy zdjęcia, które nigdzie mi nie pasowały. Pierwsze to symbol spełnienia kolejnego mego marzenia! Miałam w końcu okazję obejrzeć na żywo dwóch spośród moich ukochanych mistrzów w łyżwiarstwie figurowym – Jewgienija Pluszczenko oraz Stephane’a Lambiela. Od lat ich uwielbiam, a teraz w końcu mogłam ten czar, wdzięk i piękno na żywo. A razem z nimi występu wielu innych świetnych łyżwiarzy, „Kings on Ice” było super! Chociaż nie wiem, dlaczego nie trafiło to foto na podsumowanie lutowe, bo rzecz działa się ostatniego dnia tego miesiąca. Chyba muszę się przyjrzeć ustawieniom w aparacie, bo mówi mi, że zdjęcie zrobiłam 1 marca…

Obok już bardziej typowo – jedno z moich wyjść do teatru oraz symbol kolejnego wpisu blogowego. I to byłoby tyle!

PS. Obejrzyjcie to wystąpienie, przeczekajcie spokojniejszy początek, sprawdźcie całość! ❤