Fascynujący zakątek („Cztery rzęsy nietoperza” – Hanna Kowalewska)

ogrod zawrocie hanna kowalewska

Czy znacie książki Hanny Kowalewskiej? Mnie cykl o Zawrociu zafascynował już przed laty i kompletnie nie wiem, dlaczego, gdy tylko pojawia się kolejna książka, to zaraz po nią sięgam. Bo tak patrząc obiektywniej jej książki to teoretycznie nie moja bajka, a lgnę do nich i z pasją zaczytują się kolejnymi. Ciekawe, skąd ta fascynacja?

Może ze względu na ich prawdziwość… W jej książkach nie ma „słodkiego pierdzenia”, nie są to nierealne bajeczki o tym, jak to laska rzuciła wszystko, za to zaraz znalazła zajefajną robotę, stu przyjaciół i zakochanego w niej po uszy księcia na białym koniu. Tu główna bohaterka boryka się z niechcianą miłością (no bo kto to widział, zakochać się w ciotecznym bracie?!), nieżyczliwymi jej okolicznymi mieszkańcami oraz z prześladowcami, którzy chcą ją wygonić zarówno z odziedziczonego Zawrocia, jak i z życia ukochanego Pawła. A do tego jeszcze ciąża-wpadka i samotność, gdy Paweł wyjeżdża do Stanów. Sporo jak na jedną osobę, ale właśnie takie jest życie. I właśnie to osadzenie w rzeczywistości, realizm mnie przyciąga do jej książek.

Może ze względu na bohaterów… Są tak bardzo realni, ludzcy, mogłabym ich spotkać za rogiem czy w teatralnej kawiarni. Pełni rozterek, emocji, wad i zalet, zastanawiający się nad przeszłością i przyszłością, wątpiący i marzący. Tu nie ma laseczek spod znaku „och, ach, jaka ja nieszczęśliwa, samiusia, biedniusia, buuuu, gdzie to ramię męskie do wypłakania się na nim?”. Bohaterowie mają przeróżne charakterki (oj, niektórymi chciałoby się potrząsnąć, innych wręcz walnąć przez łeb!), ale wszyscy są jacyś, nie są rozmemłanymi lilijkami, często głupimi jak but. Są wiarygodni i zostają czytelnikowi w pamięci. Wielu się nie lubi, za innymi przepada, wszystkich, jakby to określić – literacko szanuje? To nie są papierowe postaci.

Może ze względu na język… Hanna Kowalewska pisze piękną polszczyzną. Zdania są przemyślane, nie produkuje linijek, by dobić do uzgodnionej objętości z umowy wydawniczej. Język jest taki, jak trzeba, dostosowany do sytuacji i do bohatera, czasami kolokwialny, czasami tzw. wysoki. A zawsze jest barwny, wręcz soczysty, pełen dźwięków, muzyki, ciekawych porównań. Bardzo lubię czytać jej książki właśnie ze względu na to, jak często pojedyncze zdania zatrzymują mnie na chwilę, bym popodziwiała ich urodę. Gdybym miała zwyczaj zaznaczania cytatów, to pewnie jej książki byłyby pełne kolorowych karteczek.

A może ze względu na mądrość… I tu nie ma się co rozpisywać. Ten cykl skłania mnie do refleksji, rozważań nad bohaterami i ich decyzjami, nie daje łatwych rozwiązań. Czytanie czasami boli, ale zawsze warto.

I co? Wyszła laurka, ale to i dobrze, bo uważam, że to autorka ciągle zbyt mało znana i szanowana. Więcej takich kobiet, piszących książki na poziomie, na które nie marnuje się papieru i których nie zapomina się w zalewie innych, prawie takich samych.

A ja wracam do przypominania sobie niektórych fragmentów. Teatru i pani Janeczki! Pani Janeczka wymiata 🙂 Przykłady?

Złym aktorom szyła za ciasne kostiumy. Potem je niechętnie poprawiała. Im więcej kiepskich scen i monologów, tym więcej poprawek – pisałam ci już o tym, babko. – I także o tym, że nie było rady na panią Janeczkę. A właściwie była jedna: grać lepiej! Wtedy kostium też zaczynał lepiej leżeć.

czy też

– Czy ty na pewno wiesz, co robisz? Ja tam wolę tych z tyłu sceny, bo się na nich gapi mniej ślicznych Ofelii.
– E tam! Mnie życie przekonało, że ci z tyłu lubią sobie poprawiać ego może i częściej niż ci z przodu. Poza tym mężczyzna nie mydło, nie zmydli się.

Reklama

Wiatr zmian („Tam, gdzie nie sięga już cień” – Hanna Kowalewska)

morze jesień wiatr
Fot. marcin ejsmont (flickr)

Są takie książki, które odbieram każdym zmysłem. Które są tak bardzo prawdziwe, że aż mnie to zawsze zaskakuje. Książki – życie w pigułce i mały masjtersztyk. Oto jedna z nich.

Co mam Wam napisać o fabule? Jest ona tak wielowarstwowa, że albo zostanę na zupełnie powierzchownym poziomie, albo zdradzę zbyt wiele. Powierzchownie? Młoda kobieta odbiera pewnego dnia telegram nadany w imieniu ciotki, która ją wychowywała. Telegram o treści takiej, że Inka natychmiast rusza w podróż nad morze. Znajduje ciotkę na łożu śmierci, męczącą się, walczącą momentami o każdy oddech, ale nie dającą się pokonać śmierci dopóki nie porozmawia z Inką. I tu znajduje się pierwszy poziom – co chce jej przekazać?

A z każdą kolejną stroną rozpakowujemy kolejną warstwę. Tak, jakbyśmy odwijali z papierka kolejny cukierek. Tylko tutaj nie jest słodko i pysznie, tylko… gorzko, smutnie, cukierki są wypełnione żółcią, strachem, zdradą, złymi wspomnieniami, złymi językami.

Mała nadmorska miejscowość, która żyje tylko przez krótki czas w roku, a potem zamiera, to miejsce, w którym każdy jest pod obserwacją. Ludzie wiedzą wszystko, a przynajmniej tak im się wydaje. Dorabiają do swojej powierzchownej wiedzy interpretacje, które uznają za jedyne słuszne, nie dbając o prawdę i o to, czy kogoś tym krzywdzą.

Inka artystka, podrzutek, niepasujący tutaj barwny ptak to stały temat plotek, pomówień, jest zbyt nietypowa, by wzbudzać sympatię wielu mieszkańców. A na dodatek „to wszystko przez nią…”. A co wszystko? I dlaczego przez nią?Tego musicie się dowiedzieć sami!

Przyjazd Inki otwiera swoistą puszkę Pandory. Jest przyczyną wielu zmian, kołem napędowym rozmów, wydarzeń, czynów. Burzy spokój wielu osób, zmienia zastałą rzeczywistość. Jej samej jest bardzo trudno – umierająca ciotka, obmawiający ją ludzie, rodzina Berty, która Inki nie akceptuje, plotki, cienie przeszłości, rozliczenia do zrobienia. Dużo tego jak na jedną, samotną osobę. Ale dlaczego budzi ona tyle niezdrowych emocji? Czytelnik jest tego coraz bardziej ciekawy, wprawdzie coś już wie, czegoś się domyśla, ale czyta niecierpliwie, by poznać całą prawdę. I zrozumieć.

Historię Inki poznajemy jednocześnie z poznawaniem opowieści wielu osób. Wszystko się przeplata, zazębia, a przed naszymi oczami przepływa cała rzeka barwnych, bardzo realnych postaci. A autorka snuje swą opowieść tworząc jednocześnie niezapomnianą atmosferę – opustoszałe miasteczko, wiatr, pojedyncze osoby na chodnikach, koty pod nogami, a na plaży staruszka rysująca dla Boga. A to wszystko opisane stonowanym językiem, który – paradoksalnie! – świetnie podkreśla ogrom emocji, jaki się przez tę książkę przewija.

Hannę Kowalewską poznałam kilka lat temu, przy okazji natknięcia się na pierwszy tom cyklu o Zawrociu. I chociaż kompletnie nie była to wtedy książka w moim stylu, to wpadłam w nią po uszy. Powinnam się męczyć, a nie mogłam się oderwać. Mało znam autorów tej klasy, co ona. Jej oszczędny, teoretycznie suchy styl maluje obrazy tak prawdziwe, że walą mnie po głowie jak obuch. Mam wielki problem z pisaniem o jej książkach, bo generalnie chciałabym się ograniczyć do jednego zdania: są wyśmienite i prawdziwe, czytajcie!

„Tam, gdzie nie sięga już cień” to książka gorzka, smutna, pokręcona. Ale jednocześnie tak dobra, tak pięknie napisana, tak dobrze napisana, że życzyłabym sobie, by wśród polskich autorów namnożyło się jak najwięcej tak dobrze piszących osób.

Chcecie poznać świetną polską prozę? Czytajcie książki Hanny Kowalewskiej. To nie lekkie czytadełka. To książki o prawdziwym życiu.

PS. Ostatnio przeczytałam na jakimś blogu, że to takie lekkie, przyjemne czytadło, czy coś w ten deseń. Zdębiałam, bo wiele można byłoby o tej książce pisać, ale lekkim czytadłem to ona nie jest. Niesamowite jest to różne postrzeganie literatury, aż przez kilka minut zastanawiałam się, czy tę samą książkę czytałyśmy 😉