Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro („Fredraszki” – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński
Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński
Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński
Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński
Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Bulwersująca kotka? („Kotka na gorącym blaszanym dachu” – Grzegorz Chrapkiewicz)

edyta olszówka, grzegorz małecki
Edyta Olszówka, Grzegorz Małecki

Kameralna scena. Półmrok. Wyraźnie widzimy tylko łóżko i lustrzane drzwi. I kobietę, piękną, seksownie ubraną i… nieszczęśliwą. Nie radzącą sobie z rzeczywistością. Samotną. Odrzuconą. Rozhisteryzowaną. Rozchwianą psychicznie. Desperacko kochającą swego męża, ale nie potrafiącą odzyskać jego miłości. Tak bardzo, przeraźliwie samotną!

Jest też i on – Brick. Też samotny, też nieszczęśliwy. I też nie radzący sobie ze światem i samym sobą. Jednakże o ile Margaret wszelkimi siłami pragnie go odzyskać, o tyle Brick próbuje o wszystkim zapomnieć, szuka tego „klika, który go uspakaja”, szuka go usilnie topiąc się w morzu alkoholu. Dni i noce spędzane za rozmytą mgłą upojenia. Próba zapomnienia, próba zniknięcia?

Gra między Brickiem a Margaret jest desperacka, pełna okrucieństwa, histerii, niechęci z jego strony, wszelkich prób z jej strony. Margaret za każdą cenę próbuje zmusić Bricka, by na nowo ją docenił, odkrył, pokochał, zauważył w niej kobietę. A Brick… On ma jej dosyć, nie chce na nią patrzeć, jest dla niej okrutny, wręcz agresywny. Ona histeryczka, on agresywny pijak. A co jest za tą fasadą?

Powoli odkrywamy kolejne warstwy tej relacji. Poznajemy ją także w głębszym kontekście, czy to rodzinnym, czy związanym z przyjaciółmi. Czy aby tylko przyjaciółmi? Są tu rozgrywki dotyczące władzy, pieniędzy, relacji międzyludzkich. Jest Duży Tata (Janusz Gajos), milioner, na którego majątek czyha starszy syn, którego ojciec zresztą… A nie, sprawdźcie sami!

To, co dzieje się w tej rodzinie jest mocno skomplikowane, wzbudza emocje, odrzuca, a jednocześnie stawia pytania. Bo czyż nie znamy wielu takich historii dookoła nas? Gdzie syn czeka na śmierć ojca, by przejąć majątek, ksiądz gładkimi słówkami próbuje wyciągnąć darowiznę, kobieta płacze z samotności, a mężczyzna topi rozpacz w alkoholu? Sytuacje tak znajome, że aż pewnie czasami boimy się sami do tej swojskości przyznać.

Janusz Gajos, Grzegorz Małecki
Janusz Gajos, Grzegorz Małecki

Spektakl buzuje od emocji, nie ma w nim momentu, w którym widzowie nie byliby wystawieni na próbę, gdy mogliby się uspokoić, czy wręcz znudzić. O nie, tutaj macie złość, krzyk, przemoc, przekleństwa, seks, odrzucenie, niezrozumienie i wiele więcej. To istny rollercoaster emocji!

Edyta Olszówka na początku mnie zniechęciła, była dla mnie zbyt rozchwiana, zbyt desperacka, zbyt histeryczna. Jednak powoli dobiła się do mojego serca, zaczęłam ją rozumieć i jej współczuć. Jednakże końcówka spektaklu do mnie nie przemówiła, no ale tutaj nie mogę mieć pretensji do aktorki. Ona sama bardzo dobrze się spisała, była wiarygodna w swej roli, a do tego bardzo seksowna, podejrzewam, że większość panów na widowni nie mogła od niej oderwać wzroku, a część pań bardzo jej zazdrościła 😉

Na początku myślałam coś w stylu „No to Grzegorz Małecki sobie tutaj nie pogra…”, ale bardzo się cieszę, że się myliłam. Ma niełatwą rolę do odegrania, bohatera niejednoznacznego, pełnego wątpliwości i niechęci, również niechęci do samego siebie. Wściekłość w nim buzuje, nie wybucha tylko wtedy, jeżeli jest zostawiony sam na sam z butelką. A jak na złość wszyscy czegoś od niego chcą – miłości, dziecka, posłuszeństwa, uwagi, wyrozumiałości. A przed nim dwie najważniejsze rozgrywki – z Margaret i z Dużym Tatą. Jak to się skończy?

Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos
Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Janusz Gajos i Ewa Wiśniewska jako Duży Tata i Duża Mama to majstersztyk. Świetne pokolenie aktorów, stara dobra szkoła. Porywają, angażują uwagę widza, chwytają za serce. A pan Gajos dodatkowo ma w tym spektaklu świetną rolę, bohatera przerysowanego, ale cudownie barwnego, z charakterkiem.

„Kotka na gorącym blaszanym dachu” to świetna sztuka ku zastanowieniu, refleksji. Porywa, przeraża, zniechęca, odrzuca. Dużo w niej elementów, które mogą być dla niektórych niemile widziane – początek ocieka seksem, dużo tam przekleństw, przemocy, a jeszcze ten wątek Skippera… To może być dla niektórych zbyt wiele. Zresztą wczoraj dwie osoby wyszły w trakcie sztuki, chyba przekroczyła ona ich normy, wprowadziła ich poza tzw. „strefę komfortu”, zbulwersowała. A i tak na zakończenie aktorzy wychodzili trzykrotnie, dostali owację na stojąco, to pokazuje, jak mocno porusza widownię!

Kotka6

Ja po wyjściu miałam mętlik w głowie, nie potrafiłam jasno ocenić ani głównych bohaterów, ani tego, co się wydarzyło na scenie. A na zewnątrz szalała burza z piorunami, jakże adekwatnie do tego, co się dopiero wydarzyło…

PS. Żałuję, że gdy kupowałam bilety nie wiedziałam, że 29 maja będzie setne przedstawienie, kupiłabym bilety na ten dzień.

PPS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Nic dwa razy się nie zdarza… („W mrocznym, mrocznym domu” – Grażyna Kania)

Gdy robi się jasno widzimy mur obrośnięty bluszczem. I scenę wypełnioną żwirem. Prosto, wręcz ascetycznie. Na scenie pojawia się dwóch mężczyzn, zaczynają dziwną rozmowę, a widzowie zostają krok po kroku wciągnięci w przedziwną, mroczną historię…

W_MROCZNYM_galeria_2
Marcin Przybylski (Drew). Fot. Andrzej Wencel

Drew (Marcin Przybylski) to imprezowy król życia. Bogaty prawnik, spędzający czas wolny na imprezach pełnych używek i chętnych do poznania bawidamka kobiet. A w domu czekają dzieci i żona, wiecznie udająca, że nic nie widzi. Jakże wygodny układ, który jednak nagle rozbija wypadek. Drew kasuje auto, okazuje się, że naturalnie był pod wpływem alkoholu, z narkotykami w wozie, zostaje więc skierowany na przymusową terapię, która ma zadecydować o jego dalszych losach.

W trakcie terapii wychodzi na jaw pewne zdarzenie z przeszłości, które może mocno wpłynąć na ostateczny jej wynik oraz decyzję sądu. Ktoś musi więc potwierdzić te dawne wydarzenia, do ośrodka zostaje więc wezwany brat Drew – Terry (Grzegorz Małecki). I zaczyna się gra!

Najpierw nie wiemy, co myśleć. Jeden z braci ostro nabroił i nie wydaje się fajnym człowiekiem, ale jednocześnie można mieć wrażenie, że to wszystko go jednak zmieniło i próbuje nadrobić błędy przeszłości. Szczególnie, gdy wyznaje, że był jako dziecko molestowany przez ich wspólnego znajomego – Todda. To właśnie o tym, że tenże znajomy istniał, ma zaświadczyć Terry. To wyznanie robi na starszym bracie wielkie wrażenie, dochodzi do gwałtownej kłótni, w trakcie której zaczynamy głębiej poznawać przeszłość tej rodziny i zastanawiać się nad relacjami, jakie między nimi istnieją.

grzegorz malecki terry
Grzegorz Małecki (Terry). Fot. Andrzej Wencel

Natomiast Terry, hm, Terry to postać szczególna. Na początku wydaje nam się tylko wycofany, samotny i pełen wściekłości. Gniew w nim płonie, widać go w spojrzeniach, gestach, zatrzymaniach w trakcie mówienia, mimice. Spala się od środka, widać, że od lat coś go dręczy, nie daje spokoju. Jednakże ciągle nie jest nam dane dowiedzieć się co to. Wiadomość o molestowaniu przyjmuje z niewiarą. Nie ufa bratu, wie, że Drew jest patologicznym kłamcą, jednak mimo wszystko zgadza się poświadczyć o wydarzeniach z przeszłości. A później rusza w podróż…

Na polu minigolfa Terry spotyka Jennifer (Milena Suszyńska), słodką i naiwną córkę Todda. W rozmowie z nią dowiaduje się kolejnych nowości o przyjacielu z dzieciństwa. Jego obraz zmienia się coraz bardziej w umyśle Terry’ego, a cała ta sytuacja związana z bratem i przyjacielem-pedofilem coraz bardziej wpływa na mężczyznę. Jednocześnie obserwujemy pełną erotyzmu grę między Terrym a Jen, grę o tyle symboliczną, że on sam jest teraz dojrzałym mężczyzną koło 40-tki, a ona ma lat 16. Ich rozmowa z każdą minutą staje się coraz bardziej dwuznaczna, a końcówka sceny zostawia widzów z pytaniem – jaki był koniec tego pulsującego erotyką spotkania?

terry jennifer milena suszynska

Ostatnia część powala. Zaczyna się niewinnie. Drew zakończył terapię, świętuje to z rodziną i znajomymi. Terry, wieczny obserwator stoi z boku i czeka na to, aż brat raczy go zauważyć. A gdy tak się dzieje następuje scena oczyszczenia, swoistej spowiedzi, tak bolesnej, przejmującej, że nie można oderwać oczu. W końcu poznajemy szczegóły przeszłości Terry’ego, rozumiemy jak bardzo był przez całe życie obciążony psychicznie i jak bardzo wpłynęło to na to, jaki teraz jest. Zmienia się także nasze postrzeganie Drew, ich wzajemnej relacji. Straszliwie poruszająca scena, powalająca siłą emocji!

Ta adaptacja to czysty minimalizm. Scenografia, muzyka, wszystko jest bardzo ascetyczne, jednocześnie podkreślające siłę przekazu. Te oddzielające sceny dźwięki potęgujące grozę, ten oddalający się mur z bluszczu, który jakby symbolizował odkrywanie kolejnych tajemnic z przeszłości, wyśmienite!

Ale to, co najważniejsze w tej sztuce, to gra aktorska. Za pierwszym razem (tak, szalona ja, widziałam ją wczoraj po raz drugi!) mą uwagę najbardziej przykuł duet męski, czyli Marcin Przybylski i Grzegorz Małecki. To oni rządzili na scenie. Wczoraj za to najpierw zachwyciła mnie Milena Suszyńska, której wyśmienicie wychodzi odgrywanie tej uroczej nastoletniej trzpiotki, a później ponownie Grzegorz Małecki. To, jak zagrał, szczególnie w ostatniej scenie, to mistrzostwo świata, dał z siebie wczoraj chyba 1000%! Grał, jakby miał się spalić w ogniu odgrywanej postaci, kompletnie zatraciłam granicę między aktorem a bohaterem i w końcówce czułam najczystszą litość dla Terry’ego. To, co się działo na scenie chwytało za gardło, wyduszało łzy nie tylko w oczach bohatera. A to ostatnie puste, przerażające spojrzenie…

marcin przybylski drew grzegorz malecki terry
Marcin Przybylski (Drew). Fot. Andrzej Wencel

„W mrocznym, mrocznym domu” to doskonała adaptacja sztuki Neila LaBute’a. To swoiste drwina z terapii, a jednocześnie właśnie psychiczne katharsis bohaterów. Świetna sztuka z obsadą, która gwarantuje trzęsienie ziemi. Wieloznaczna, pełna możliwości interpretacji, z otwartym zakończeniem, o które można się posprzeczać. Kto był katem, a kto ofiarą?

Polecam!

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Nie wierzę w to, co piszę! („Dziady” – Eimuntas Nekrošius)

dziady teatr narodowy

Tak, jestem jedną z tych osób, która szkolne omówienie (i paskudnie słaba interpretacja objazdowej grupy teatralnej) na długie lata zniechęciły do „Dziadów” Mickiewicza. I nie spodziewałam się, że kiedykolwiek odzyskam dla siebie to dzieło. A już tym bardziej nie spodziewałam się, że stanie się to za sprawą wizji Litwina – Eimuntasa Nekrošiusa. A jak to się stało?

Jakiś czas  temu Kasia z bloga Moja Pasieka (wracaj do pisania!) zaczęła opowiadać mi o tym, jaka to niesamowita okazja się szykuje, gratka dla osób kochających teatr. I na dodatek, jaka tam będzie obsada! I tak od rozmowy do rozmowy, postanowiłam się zdecydować na zweryfikowanie mych wrażeń. A jeszcze dzięki łutowi szczęścia miałam okazję pójść na próbę generalną „Dziadów” w Teatrze Narodowym. Okazało się, że potrzeba było mi kogoś „z zewnątrz”, by odczarował mi ten dramat. I przepadłam…

W trakcie pierwszych scen nie byłam jeszcze pewna swoich odczuć, jeszcze ciągle tkwił we mnie ten cierń wbity przed laty, trzymał się mocno. Ale powoli, z każdą minutą spektaklu, czułam się coraz bardziej urzeczona, a koniec końców – podbita. Przez co?

Plastyczność obrazu, to zachwyciło mnie najpierw. Cały ruch sceniczny, scenografia, gra świateł, cieni, kolorów, ustawienie aktorów i rekwizytów. To wszystko wprowadzało nastrój wręcz magiczny, niektóre sceny były jakby namalowane pędzlem na płótnie, przepiękne! Gotowe obrazy, które ponoć były już w głowie reżysera przed rozpoczęciem prac. Na mnie zrobiło to wielkie wrażenie!

Scena z ptakami i Widmem Złego Pana – wyśmienita! Tak wiarygodnie zagrane, tak porywające i przejmujące, brawo! Scena w więzieniu, gdy jedni próbują tworzyć plan ratujący drugich, wsparta świetną scenografią robi duże wrażenie. Bardzo ciekawie zagrany jest też monolog Kacpra Matuli w Salonie Warszawskim. To zagubienie, pomieszanie emocji, ta szczera próba zwrócenia uwagi na wydarzenia dziejące się w Wilnie, moim zdaniem wyszło to temu wykonawcy bardzo dobrze.

 

Oprawa muzyczna zdobywała me serce delikatnie, na początku niezauważalnie, ale z każdą chwilą mocniej. Doskonale dobrana do treści i obrazu, chociaż przyznaję, że nie spodziewałabym się arii operowej czy śpiewającego Gustawa-Konrada! Muzyka Pawła Szymańskiego wspaniale rozbudowała nastrój całości.

Dużym plusem dla mnie było częściowe odejście od martyrologii polskiej, męczeństwa, rozpolitykowanych interpretacji. Reżyser postawił na poetyckość, czysty przekaz emocjonalny, symbolikę, metafory, łączność ze światem duchowym. Tu każdy może odczytać symbolikę scen czy scenografii według własnych potrzeb. Jedni zobaczą groby, inni pole golfowe, a jeszcze inni pewnie ciągłą walkę z życiem, wzloty i upadki. Co mnie zaskoczyło, to te momenty adaptacji, które mogą wręcz wywoływać uśmiech, ocierać się o groteskę. Im dalej w sztukę, tym ich więcej, to pewnie wzbudzi u części widzów sprzeciw, nazbyt jesteśmy przywiązani do męczeńskiej wizji tej sztuki.

Koncepcja reżysera umożliwiła pojawienie się dużej liczby symbolicznych scen. Nie wiem, na ile są to jego własne pomysły, na ile wkład aktorów, ale dodały one smaczków tej wersji. Ksiądz Piotr jako bocian szybujący nad skazańcami wędrującymi na Syberię, omdlały Konrad obłożony przez chciwych wydawców wydaniami „Dziadów” Mickiewicza, składający autografy (np. dla Słowackiego!), senator Nowosilcow recytujący dyszkantem mało znany wiersz Mickiewicza, Diabeł oznaczający pieczątką swe terytorium w trakcie egzorcyzmów, a przy zejściu ze sceny pokazujący wszystkim „fuck you”. I wiele, wiele innych, pewnie można tę wersję oglądać wiele razy i wyłapywać kolejne ciekawostki.

Pora jednak na meritum – aktorzy!

Tu trudno mi będzie być chociaż po części obiektywną, bo im częściej bywam w Teatrze Narodowym, tym bardziej cenię sobie jego ekipę, uważam, że – z tych teatrów, w których miałam okazję bywać – jest najlepsza. I tyle. Niedługo dotrzemy z kilkoma osobami do momentu, gdy założymy fanklub tego teatru i tej ekipy.

Ale przechodząc do rzeczy – z mniejszymi rolami rzucili mi się w oczy Arkadiusz Janiczek, wspomniany już Kacper Matula, Robert Jarociński (i jego tekst o lawie), aktorki z bardzo specyficzną rolą Dzieci, czyli Paulina Korthals i Paulina Szostak oraz Piotr Piksa. Oczywiście Mateusz Rusin jako ksiądz Piotr, wyśmienicie zagrana rola, uwierzyłam w jego rozterki, zazdrościłam niezłomnej wiary i chęci pomocy. Marcin Przybylski jako Guślarz/Diabeł niezmiennie świetny, bardzo mu ta rola pasowała, podobała mi się szczególnie wersja Diabła.

No i Grzegorz Małecki jako Gustaw-Konrad! Nie wiem, czy przesadzę, zobaczymy, co przyszłość przyniesie, ale mam wrażenie, że będzie to jedna z najlepiej zapamiętanych ról tego aktora. Wzruszająco nieporadny, ludzki, momentami rozdzierająco nieszczęśliwy, w innych chwilach wydaje się być jednocześnie pyszny i przekonany o swej wielkości, jak i w siebie nie wierzący. Konrad to bezradny i tragiczny, słaby i tak de facto nie wierzący w Boga.

„Dziady” w wersji litewskiego reżysera są dramatem przywróconym ludziom. Nie są tylko pomnikiem ku czci martyrologii, poświęcenia, patriotyzmu. Są przesłaniem od człowieka do człowieka, pełnym ludzkich uczuć, nie tylko tych marmurowo-stalowych, głównie zwyczajnych, codziennych.

Jeżeli ktoś z Was padł ofiarą podobnego zbiegu okoliczności, spróbujcie, może ta adaptacja i Wam odczaruje ten dramat? A ci, którzy kochają „Dziady” pewnie i tak się skuszą i pójdą porównać z innymi wykonaniami. I słusznie!

A ja czekam do 20 kwietnia, gdy wypada mój „planowy” termin (bilety kupiłam wtedy, gdy nie wiedziałam, że będę miała okazję oglądać próby) i doczekać się nie mogę, ciekawa jestem, jakie wtedy będą moje wrażenia!

A do tej pory zostaję z wizją Konrada i jego improwizacji…

Czym jest me czucie?
Ach, iskrą tylko!
Czym jest me życie?
Ach, jedną chwilką!
Lecz te, co jutro rykną, czym są dzisiaj gromy?
Iskrą tylko.
Czym jest wieków ciąg cały, mnie z dziejów wiadomy?
Jedną chwilką.
Z czego wychodzi cały człowiek, mały światek?
Z iskry tylko.
Czym jest śmierć, co rozprószy myśli mych dostatek?
Jedną chwilką.
Czym był On, póki światy trzymał w swoim łonie?
Iskrą tylko.
Czym będzie wieczność świata, gdy On go pochłonie?
Jedną chwilką.

PS. Bardzo podoba mi się plakat, który można interpretować na wiele różnych sposobów.

PPS. Zdjęcia pochodzą z prób. Otrzymałam je dzięki uprzejmości Teatru Narodowego. Możecie je powiększyć kliknięciem.

PPPS. Polecam Wam dwa teksty profesjonalistów, warto je przeczytać:

Rozmaitości kulturalne #1

Od jakiegoś czasu mój tryb życia odjechał od czytania, zaczepił o kolorowanie, a potem o inne atrakcje związane z kulturalnym spędzaniem czasu 😉 Coraz bardziej brakowało mi tutaj miejsca, gdzie mogłabym napisać o różnych moich zachwytach i rozczarowaniach nieksiążkowych. Postanowiłam więc sprawić sobie przyjemność i tak oto powstaje nowy cykl! A o czym na pierwszy ogień?

„Fortepian pijany” w Teatrze Narodowym

Kompletnie nie wiem, jak to zakwalifikować. W repertuarze stoi: musical. Dla mnie to swoista improwizacja koncertowa z luźną fabułą. Zbiór bardzo rozmaitych typów śpiewa piosenki  Toma Waitsa. Układają się one w opowieść o życiowych wędrówkach, głębokich i przelotnych miłościach, wzruszeniach i żądzach mieszkańców miasteczka Whittier.

Rzecz to przedziwna i nierówna, chociaż jak się później dowiedziałam – połowa ekipy tego spektaklu była w tym momencie nieźle chora, niektórzy wyszli na scenę z wysoką gorączką. Więc ciekawa jestem, jak to wygląda normalnie. Momentami przeszkadzał mi poziom dźwięku, ale generalnie jestem na tak.

A ocena emocjonalna? Robert Jarociński mógłby mi tak mruczeć do ucha. Ale i tak staję się psychofanką (styl pensjonarski 😉 ) Marcina Przybylskiego, ten głos, to spojrzenie, świetna rola zapaleńca, dla którego najważniejsza jest TA muzyka i wszystko jej podporządkowuje. Anna Markowicz ociekająca seksapilem, dobry Karol Dziuba. Ci aktorzy rzucili mi się w oczy/uszy najbardziej.

Suma: spektakl to specyficzny, nie dla każdego, ale warto spróbować.

„W mrocznym, mrocznym domu” w Teatrze Narodowym

Dwaj bracia i kobieta. Świat trzeszczy żwirem pod butami i trzeszczy w posadach. W psychologicznym thrillerze – Marcin Przybylski, Grzegorz Małecki i Milena Suszyńska. Grażyna Kania bierze na warsztat tekst głośnego dziś amerykańskiego autora Neila LaBute’a. Dramat wstrząsu i trwogi. Wycieczka w tajemnice dzieciństwa wolno odsłania dawne krzywdy i niegojące się rany. Trudno będzie rozpoznać, kto jest katem, a kto ofiarą. Kto Kainem, a kto Ablem.

Powyższy opis to esencja tej sztuki. A wrażenia?

O mój Boże… Miazga ze mnie została, tyle powiem! To powalaja sztuka, tak pełna emocji, że wyszłam z bolącym żołądkiem. Z całym szacunkiem dla Mileny Suszyńskiej (chociaż świetnie i bardzo realistycznie wyszło jej granie szesnastolatki!), to jest spektakl dwóch mężczyzn. I mimo całej mej wielkiej sympatii dla Marcina Przybylskiego i jego talentu, to w tym przypadku muszę przyznać, że pozamiatał Grzegorz Małecki! Chapeau bas, panowie! Tak prawdziwie zagrane, tak przejmujące, że nie mogłam oderwać wzroku od sceny. Muszę koniecznie iść jeszcze raz i obejrzeć na spokojniej. Ciekawe tylko, czy to faktycznie będzie „na spokojniej”…

Suma: genialnie zagrany spektakl, polecam z całego serca!

lyzwy

 „Kings on Ice. Tribute to Chopin” – Stadion Narodowy

I dla odmiany coś innego! Światowej klasy show na lodzie w wykonaniu najlepszych łyżwiarzy, w tym mistrzów olimpijskich! Jewgienij Pluszczenko, Stéphane Lambiel, Tomáš Verner, Brian Joubert i wielu innych wspaniałych łyżwiarzy (pełna lista tutaj).

Nie jestem obiektywna, bo od dzieciństwa uwielbiam oglądać mistrzowskie wykonania, brawurowe, przepiękne, często niewiarygodnie dobre i niebezpieczne. Tutaj miałam wrażenie, że mistrzowie dali z siebie mniej niż rok temu (oprócz Jouberta), ale za to ci mniej znani łyżwiarze pokazali sporo ciekawych numerów, więc generalnie jestem zadowolona. Pluszczenko nadal jeździ mistrzowsko, a Lambiel ciągle jest wcielonym wdziękiem i żywą muzyką, uwielbiam człowieka!

Włodek Pawlik zagrał wyśmienicie, szkoda, że ta część związana z Chopinem, w której on grał była de facto tak krótka. Edvin Marton i jego bezcenne skrzypce Stradivarius kolejny raz zapewniły widzom piękne chwile.

Pewnie, było zimno jak w psiarni (ale nie spodziewałam się niczego innego w lutym na stadionie, nad lodowiskiem), ale emocje były takie, że rozgrzały mnie od środka. A te piski dziewcząt i kobiet, gdy na lód wyjeżdżali ich ulubieńcy… 😉 Chcę więcej, mam nadzieję, że za rok będzie kolejna edycja. Zobaczcie sami!

Suma: Polecam! Tylko ciepło się ubierzcie i zabierzcie koc!

Tak było w sobotę na Kings on Ice. Tribute to Chopin! Rewelacyjny pokaz łyżwiarstwa w wykonaniu mistrzów światowej sławy! Obejrzyjcie filmik i pamiętajcie, że retransmisję z tego wieczoru będzie można podziwiać w telewizji:> 9 marca ok. 20.30 – TVP Sport> 13 marca ok. 16.00 – TVP1 > 17 marca ok. 9.35 – TVP Sport

Posted by Zimowy Narodowy on Monday, February 29, 2016

*****

Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta formuła, bo mam wielką ochotę ją kontynuować, za dużo fajnych rzeczy w tym roku oglądam, by o nich milczeć 😉

PS. Zdjęcia pochodzą ze stron spektakli Teatru Narodowego.