Wiatr zmian („Tam, gdzie nie sięga już cień” – Hanna Kowalewska)

morze jesień wiatr
Fot. marcin ejsmont (flickr)

Są takie książki, które odbieram każdym zmysłem. Które są tak bardzo prawdziwe, że aż mnie to zawsze zaskakuje. Książki – życie w pigułce i mały masjtersztyk. Oto jedna z nich.

Co mam Wam napisać o fabule? Jest ona tak wielowarstwowa, że albo zostanę na zupełnie powierzchownym poziomie, albo zdradzę zbyt wiele. Powierzchownie? Młoda kobieta odbiera pewnego dnia telegram nadany w imieniu ciotki, która ją wychowywała. Telegram o treści takiej, że Inka natychmiast rusza w podróż nad morze. Znajduje ciotkę na łożu śmierci, męczącą się, walczącą momentami o każdy oddech, ale nie dającą się pokonać śmierci dopóki nie porozmawia z Inką. I tu znajduje się pierwszy poziom – co chce jej przekazać?

A z każdą kolejną stroną rozpakowujemy kolejną warstwę. Tak, jakbyśmy odwijali z papierka kolejny cukierek. Tylko tutaj nie jest słodko i pysznie, tylko… gorzko, smutnie, cukierki są wypełnione żółcią, strachem, zdradą, złymi wspomnieniami, złymi językami.

Mała nadmorska miejscowość, która żyje tylko przez krótki czas w roku, a potem zamiera, to miejsce, w którym każdy jest pod obserwacją. Ludzie wiedzą wszystko, a przynajmniej tak im się wydaje. Dorabiają do swojej powierzchownej wiedzy interpretacje, które uznają za jedyne słuszne, nie dbając o prawdę i o to, czy kogoś tym krzywdzą.

Inka artystka, podrzutek, niepasujący tutaj barwny ptak to stały temat plotek, pomówień, jest zbyt nietypowa, by wzbudzać sympatię wielu mieszkańców. A na dodatek „to wszystko przez nią…”. A co wszystko? I dlaczego przez nią?Tego musicie się dowiedzieć sami!

Przyjazd Inki otwiera swoistą puszkę Pandory. Jest przyczyną wielu zmian, kołem napędowym rozmów, wydarzeń, czynów. Burzy spokój wielu osób, zmienia zastałą rzeczywistość. Jej samej jest bardzo trudno – umierająca ciotka, obmawiający ją ludzie, rodzina Berty, która Inki nie akceptuje, plotki, cienie przeszłości, rozliczenia do zrobienia. Dużo tego jak na jedną, samotną osobę. Ale dlaczego budzi ona tyle niezdrowych emocji? Czytelnik jest tego coraz bardziej ciekawy, wprawdzie coś już wie, czegoś się domyśla, ale czyta niecierpliwie, by poznać całą prawdę. I zrozumieć.

Historię Inki poznajemy jednocześnie z poznawaniem opowieści wielu osób. Wszystko się przeplata, zazębia, a przed naszymi oczami przepływa cała rzeka barwnych, bardzo realnych postaci. A autorka snuje swą opowieść tworząc jednocześnie niezapomnianą atmosferę – opustoszałe miasteczko, wiatr, pojedyncze osoby na chodnikach, koty pod nogami, a na plaży staruszka rysująca dla Boga. A to wszystko opisane stonowanym językiem, który – paradoksalnie! – świetnie podkreśla ogrom emocji, jaki się przez tę książkę przewija.

Hannę Kowalewską poznałam kilka lat temu, przy okazji natknięcia się na pierwszy tom cyklu o Zawrociu. I chociaż kompletnie nie była to wtedy książka w moim stylu, to wpadłam w nią po uszy. Powinnam się męczyć, a nie mogłam się oderwać. Mało znam autorów tej klasy, co ona. Jej oszczędny, teoretycznie suchy styl maluje obrazy tak prawdziwe, że walą mnie po głowie jak obuch. Mam wielki problem z pisaniem o jej książkach, bo generalnie chciałabym się ograniczyć do jednego zdania: są wyśmienite i prawdziwe, czytajcie!

„Tam, gdzie nie sięga już cień” to książka gorzka, smutna, pokręcona. Ale jednocześnie tak dobra, tak pięknie napisana, tak dobrze napisana, że życzyłabym sobie, by wśród polskich autorów namnożyło się jak najwięcej tak dobrze piszących osób.

Chcecie poznać świetną polską prozę? Czytajcie książki Hanny Kowalewskiej. To nie lekkie czytadełka. To książki o prawdziwym życiu.

PS. Ostatnio przeczytałam na jakimś blogu, że to takie lekkie, przyjemne czytadło, czy coś w ten deseń. Zdębiałam, bo wiele można byłoby o tej książce pisać, ale lekkim czytadłem to ona nie jest. Niesamowite jest to różne postrzeganie literatury, aż przez kilka minut zastanawiałam się, czy tę samą książkę czytałyśmy 😉

Reklama