„Miłość, szkielet i spaghetti” – Marta Obuch

Wydawnictwo: SOL, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 334

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Trzy szalone siostry, jeden genetyk-paleoantropolog, jeden policjant, jedno miasto – Częstochowa. Och, zapomniałam, jeszcze włoska mafia do kompletu. Szalona kombinacja? A jakże, o to przecież chodzi!

Dorota czuje się przytłoczona przez matkę i ciotkę, z którymi mieszka, postanawia się wyprowadzić. Znajduje więc idealną pracę u idealnego mężczyzny – pięknego Włocha zwanego pieszczotliwie Aldente. Ma być jego gospodynią, opiekunką, sprzętaczką i właściwie również kucharką. Na dodatek ma gotować też dla jego współpracowników, razem dla siedmiu krewkich mężczyzn. Dorota jednak nie potrafi gotować, ale od czego ma rodzinę?

Julia, to psychoterapeutka. Na tyle uznana w tym środowisku, że pewnego dnia klient, który próbuje się wkupić w jej łaski i przekonać ją do zajęcia się jego terapią, daje jej prezent – Alfę Romeo. Julia, pozbierana w życiu zawodowym, w życiu prywatnym liże wiele rozmaitych ran. Dlatego bardzo nieufnie traktuje mężczyznę, który pojawia się na horyzoncie.

Ewelina, najmłodsza z sióstr, jest bardzo przebojową, pewną siebie osobą, która zawsze dąży do tego, by dostać to, czego chce. Bezczelnie wsadza nos tam, gdzie tylko może go włożyć. A interesuje ją praktycznie wszystko. Szczególnie jeżeli dotyczy to jej sióstr lub daje jej okazję do zabłyśnięcia i popisania się.

To szalone trio ma równie szalone pomocniczki – ich matkę i ciotkę. Zwariowane starsze panie o wybitnych umiejętnościach kulinarnych. Tym pięciu kobietom na drodze staje włoska mafia. A także tajemnicze odkrycie poczynione w trakcie wykopalisk archeologicznych na Jasnej Górze. Do tego pewne tajemnicze bractwo, tunele łączące Jasną Górę z kilkoma miejscami poza miastem, upozorowanie morderstwa… Sporo będą miały na głowie, oj sporo!

Jeszcze niedawno nie wiedziałam o istnieniu Marty Obuch. Natknęłam się na jedną recenzję tej książki, w której to recenzji ktoś porównywał ją z Panem Samochodzikiem i wczesnymi książkami Joanny Chmielewskiej. Z porównaniem do książek Nienackiego nawet się po części zgodzę, chociaz byłby to bardziej Pan Samochodzik dla kobiet. Autorka wydaje się też faktycznie czerpać ze stylu Chmielewskiej – nagromadzenie absurdalnych sytuacji, wariaccy bohaterowie, nawet styl dialogów bywa dosyć podobny. Jednakże troszkę rozeszło się nam poczucie humoru. O ile „wczesna Chmielewska” budzi we mnie wręcz paroksyzmy śmiechu, nie jest w stanie go krępować nawet obecność innych ludzi (dlatego nie czytam jej książek w podróży 😉 ), to tutaj głównie tylko uśmiechałam się półgębkiem, a tylko kilka razy parsknęłam śmiechem.

Nie zmienia to faktu, że jest to naprawdę przyjemna, lekka, relaksująca lektura. Idealna na przykład na weekend po ciężkim tygodniu. Bardzo dobrze mi się ją czytało i zdecydowanie chcę sprawdzic, jakie wrażenie na mnie zrobią na mnie inne książki Marty Obuch. Brakowało mi do tej pory młodej autorki polskiej, która pisałaby komedie kryminalne, więc sporo sobie obiecuję!

© 

Reklamy

„Okruchy dnia” – Kazuo Ishiguro

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997

Oprawa: miękka

Liczba stron: 204

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Niektórzy ze stałych czytelników pamiętają zapewne, że już kiedyś – króciutko – polecałam Wam tę książkę. Pisałam o niej TUTAJ, dosłownie w kilku słowach. Teraz nadeszła pora na coś więcej.

„Okruchy dnia” to książka pozornie tylko do opisania. Gdybym chciała tylko pozostać na powierzchni, to mogłabym napisać, że jest to historia życia skostniałego angielskiego kamerdynera, gospodyni, domu w którym oboje służą oraz rodziny, do której tenże dom należy. Tylko wtedy pewnie nikt by nie sięgnął po tą książkę, a na dodatek byłabym dla niej mocno niesprawiedliwa.

Ta ksiażka jest jak cebula, ma wiele warstw, sporo z nich jest tak cierpkich, jak to warzywo, a i osoby bardziej wrażliwe mogą mieć kilka razy mokre oczy. Dlaczego?

To książka o prawdziwym powołaniu do zawodu, o oddaniu, lojalności, poświęceniu. Stevens, to kamerdyner, których już od dawna na świecie nie ma. Służba, zarządzanie domem w taki sposób, by nikt nie odczuł nawet najmniejszej niedogoności, by w ogóle o domu, jego i swoich potrzebach nie musiał myśleć. Godność osobista i bycie najwyższej klasy kamerdynerem wydaje się być niekwestionowanym życiowym celem Stevensa. Od pracy nie jest go w stanie praktycznie nic oderwać, życie prywatne jest jej podporządkowane w zupełności. Służba każdego dnia, od rana do – często – późnej nocy, bez urlopu, bez chorobowego, bez dni wolnych. Tak przez kilkadziesiąt lat wygląda życie Stevensa. Szczęście osobiste zostaje zastąpione przez spełnienie zawodowe. Przez ten czas właściwie nigdy nie przychodzi mu do głowy, że mógłby założyć rodzinę, żyć inaczej. Aż nastają nowe porządki – posiadłość kupuje nieokrzesany Amerykanin, który – o zgrozo! – nie dość, że żartuje ze służbą, to wysyła kamerdynera na wakacje. A tenże decyduje się pojechać na drugi koniec Wielkiej Brytanii, do byłej pannyKenton, zaproponować jej ponowne prowadzenie domu.

I tak zaczyna się ta część powieści, którą można byłoby ośmielić się nazwać opowieścią drogi. I jak to zawsze jest z tego typu opowieściami – służy ona przemyśleniom, oczyszczeniu, dojrzewaniu do decyzji. Tak samo jest ze Stevensem. Pod kołami znikają kolejne kilometry, a w jego głowie przesuwają się kolejne lata, wydarzenia, osoby. Czy jego życiowe decyzje były słuszne? Czy godnie sprawował swoją rolę? Czy powinien oceniać swego pracodawcę? Oraz najważniejsze kwestie – szczęścia osobistego, celu życiowego.

Powieść zamyka przecudownej urody opis spotkania z byłą gospodynią, ale o tym cicho sza… Przeczytajcie sami.

„Okruchy dnia” czytalam powtórnie, po latach. I wtedy, i teraz zrobiła ona na mnie wielkie wrażenie. Tak niewielka objętościowo powieść porusza tak wiele tematów. Oprócz wymienionych wyżej mamy także relacje rodzinne, relacje na linii pracodawca – pracownik, życie arystokracji, politykę, demokrację, rolę każdego człowieka w życiu społeczeństwa, stosunki społeczne. Jest to także bardzo interesujący opis życia wyższych sfer przed II wojną światową oraz – pokrótce – także po niej.

Nie wiem, co w tej powieści jest takiego, że aż tak mnie zachwyca. A postawa Stevensa momentami aż boli. To przerażające, jak bardzo samotnym, a jednocześnie zasklepionym w poczuciu słuszności swego postępowania można być! Jak bardzo można zastąpić życie pracą i tego nie zauważać (lub też nie chcieć zauważyć). Przejmująca opowieść!

Istnieje też doskonały film na podstawie tej powieści. Jednakże polecam obejrzeć go po dłuższej przerwie. Przed laty byłam nim stuprocentowo zachwycona. Teraz obejrzałam go ponownie, krótko po lekturze i natychmiast wszystkie różnice między książką a filmem rzucały się w oczy. Niestety, na niekorzyść filmu. Nadal uważam, że jest doskonale zrobiony i zagrany (ach, ten Hopkins!), ale jednak spłycił książkę. Trudno zresztą byłoby tego uniknąć. Polecam, ale jakiś czas po przeczytaniu książki!

© 

„Na pastwę aniołów” – Jonathan Carroll

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 1994

Oprawa: miękka

Liczba stron: 256

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Wyatt to umierający na raka homoseksualista. Wyczerpał już wszystkie możliwości leczenia, a teraz próbuje wykorzystać jakoś sensownie czas, który mu został. Oraz próbuje zrozumieć swoją sytuację, ułożyć sobie wszystko w głowie. Jest samotny, jedyną bliską mu osobą jest wieloletnia przyjaciółka – Sophie.

Arlen, znana gwiazda filmowa, przez lata świętująca sukcesy, która nagle podejmuje decyzję o zakończeniu kariery i przeprowadzeniu się do spokojnej podwiedeńskiej rezydencji. Skąd taka decyzja? Dlaczego Arlen uciekła od świata, w którym ją wielbiono i zaszyła się w anonimowości?

Ian, Wyatt i Jesse – trzech mężczyzn, których połączyła śmierć. Dwóch o niej śni, a śmierć jest dla nich zagrożeniem, a trzeci jest u jej drzwi, a czy może być ocaleniem dla pozostałych dwóch?

Nie chcę pisać dużo o fabule, bo jej odkrywanie warstwa po warstwie to największa frajda tej książki. Jednak wyobraźcie sobie, że spotykacie śmierć, a ona oferuje Wam układ. Albo spotykacie kogoś, kto Was śmiertelnie zauroczył… Carroll jak zwykle zafundował mi jazdę bez trzymanki. Uwielbiam te jego pułapki na czytelnika. Często na początku wydaje się to być zwykła książka obyczajowa, a dopiero potem, niepostrzeżenie zaczynamy wkraczać w jakąś abstrakcyjną rzeczywistość, przestając ufać własnemu rozumowi. Tutaj jednak od początku jesteśmy wprowadzeni w zadziwiającą sytuację, od pierwszej strony narasta w czytelniku pytanie „ale o co chodzi?”.

Carroll tym razem pokusił się o wprowadzenie na karty książki postaci śmierci. I to nie takiej, do jakiej jesteśmy hm… przyzwyczajeni. Tutaj śmierć jest zadziwiająco ludzka, czyżby inspirowała się tymi, na kogo jest skazana, czyli ludźmi? To tylko od jej osobistej sympatii zależy czy umrzesz szybko i bezboleśnie jako staruszek, czy też czekają Cię męczarnie w kwiecie wieku. Z nielubianymi przez siebie osobami potrafi prowadzi złożone i okrutne gierki, niszczyć ich powoli i metodycznie. Jednocześnie zakończeniem autor znowu sprawił mi niespodziankę, odwrócił sytuację do góry nogami. Ostatnia rozmowa bohaterów to mały majstersztyk.

To była moja pierwsza książka tego autora po dobrych kilku latach przerwy. Bałam się tego spotkania, obawiałam się, że zniknęła magia, którą mnie kiedyś uwodził. Jednak widzę, że ciągle potrafi mnie zaczarować, uwieść swoimi fabułami „od czapy”, czystą abstrakcją niektórych zdarzeń i nieoszczędzaniem bohaterów i czytelników. W związku z tym postanawiam co jakiś czas czytać jego kolejne książki, tym bardziej, że całkiem sporo już czeka na półkach…

PS. Ten tekst, to wręcz modelowy przykład kryzysu typu „bardzo podoba mi się ta książka, chciałabym pokazać wszystkie jej mocne strony, ale tak źle mi się o niej pisze, ech!”

© 

„Księga Diny” – Herbjorg Wassmo

Wydawnictwo: Muza, 1999

Oprawa: twarda

Liczba stron: 636

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Dina, którą poznajemy na pierwszych stronach książki, to bezbronne, małe dziecko. Dziecko, na którym los położył swą ciężką łapę i przewidział dla niej najcięższe próby. Bo to właśnie ona, przez przypadek, przyczynia się do straszliwej agonii własnej matki. Ojciec nie jest w stanie poradzić sobie ze straumatyzowanym dzieckiem, wysyła je rodzinie zależnych od niego chłopów, gdzie mała rośnie pospołu z krowami i dziećmi gospodarza. W pewnym momencie ojciec wzywa ją ponownie do domu, ale tam ciągle żyje samotnie, spędzając czas w dziczy lub między zwierzętami.

Los, oprócz odrzucenia przez ojca, prowadzi ją w stronę dziwnego, niespodziewanego małżeństwa. Zostaje panią na Reinsnes, dużym majątku w północnej Norwegii. Dzika Dina przez lata wzbudza spore kontrowersje wśród domowników i gości, nie zachowuje się tak, jak powinna zachowywać się kobieta, na dodatek pani na włościach. Sprawia raczej wrażenie mężczyzny w kobiecej skórze. Na dodatek cechuje ją dosyć silny i nieskrępowany apetyt seksualny, co dodatkowo wprawia innych w zdumienie.

Dina jednak konsekwentnie dąży do swych celów, ta inteligentna i zdecydowana kobieta ma wyraźne zdolności do sprawnego zarządzania majątkiem, pomnażania tego, co posiadała wcześniej rodzina męża. Interesy prowadzi twardą ręką, ale bardzo sprawiedliwie. Sprawiedliwość jest dla niej tak ważna, że kompletnie nie przejmuje się tym, co ludzie powiedzą, tylko dąży do wyjaśnienia danej sytuacji.

Na razie obraz Diny jest bez skazy, prawda? Wydaje się, że to taka ciekawa bohaterka. Jednocześnie jest to jedna z najbardziej wkurzających bohaterek, jakie dane mi było poznać. Jest uparta jak osioł, pełna gniewu, zimna jak głaz, nieprzewidywalna. Swe własne dziecko traktuje – moim zdaniem – bardzo zimno, nie dba o więź z synem. Przez to wszystko, mimo że wiedziałam, jak bardzo została skrzywdzona w młodości, nie byłam nawet w stanie jej współczuć. Mało tego, współczułam prawie wszystkim innym bohaterom, że muszą się z nią zadawać.

Ta książka to opowieść – jak tytuł wskazuje – o życiu Diny. Jak już widać z mych opisów, jest to życie nietypowe dla tego typu bohaterek, czasu i miejsca. W końcu ile kobiet w dziewiętnastowiecznej Norwegii zdobyłoby się na to, co robiła Dina? Jest to opowieść o życiu, wyborach, relacjach międzyludzkich. Jednakże tak wielki cień na nią rzucała główna bohaterka, że pewnie oceniłabym ją dużo niżej, gdyby nie jeden – wielki – plus.

Tym plusem są przecudownej urody opisy życia głównie norweskiej prowincji, ale nie tylko. Autorka naprawdę wyśmienicie potrafiła opisywać najdrobniejsze czynności, najbłahsze miejsca, te wszystkie tradycje, opisy mieszkań, obejścia, statków, przyrody – cudeńka! Nie dość, że robiła to prześlicznie i tak wyraziście, że miało się uczucie, że tam się jest, to jeszcze w taki sposób potrafiła np. opisywać pogodę, że w upalnym sierpniu robiło mi się zimno, gdy czytałam o zimie, która dopadła bohaterów książki.

I znowu przez to byłam na rozdrożu, bo gdyby nie ta wkurzająca Dina, to dałabym książce z czystym sumieniem szóstkę. Końskim targiem staje na środku – czytajcie na własną odpowiedzialność. Wiem, że sporo osób uwiodła ta książka jako całość, część z nich nawet pokochała Dinę. Mnie uwiodła otoczka obyczajowa, Dina odrzucała. Jednakże książka jest na tyle unikatowa, że warto po nią sięgnąć. © Agnieszka Tatera

„Mróz” – Marcin Ciszewski

Wydawnictwo: Ender, 2010

Oprawa: miękka

Liczba stron: 416

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Ta książka to idealny przykład tego, że należy omijać ofensywę promocyjną, jaką część autorów zarzuca Facebook, a zamiast tego przeszukiwać inne miejsca w sieci w celu wyławiania ciekawych potencjalnych lektur. Ja w każdym razie cieszę się, że na jego książkę trafiłam. Dlaczego?

„Mróz” to opowieść wielowątkowa. Główne wątki są dwa. Pierwszym jest bardzo sprawnie i profesjonalnie przeprowadzany zamach stanu. Stoi za nią oczywiście bogata klika, która jednak działa  nietypowo i teoretycznie w białych rękawiczkach, tak, że mało kto w ogóle cokolwiek zauważa. A dzieje się sporo – mordy, porwania, powolne przekupywanie posłów, oferty nie do odrzucenia składane w trakcie spotkań z najważniejszymi osobami w Polsce. Ale kto dokładnie stoi za tą rewolucją i jaki jest cel tej grupy?

Jednocześnie w tle toczy się śledztwo w sprawie morderstwa mało znanego naukowca „od pogody”. Kompletnie nie widać motywu. Jednakże do czasu… A w tle zima stulecia przekształca się w zimę tysiąclecia – na zewnątrz -60 stopni, kilka metrów śniegu, kompletny paraliż Polski i krajów ościennych. I jak tu w tych warunkach prowadzić śledztwo?

Obydwa wątki łączy grupa śledcza, której przeznaczono zbadanie tychże dziwnych wypadków. Śledztwa przez nich prowadzone oraz ich życie osobiste to kolejne warstwy tego literackiego tortu. Wszystko się ciekawie zazębia, autor przygotował dla nas wiele niespodzianek.

Korci mnie, by napisać, że język jest „męski”. Ale co tak naprawdę to oznacza? Nikt nie bluzga bez ustanku, czego pewnie część z czytelników by się spodziewała. Ja bym raczej napisała, że jest to język dostosowany do bohaterów i akcji, bardzo zgrabnie pozwalaj na lepsze urealnienie tego, co się w książce dzieje.

Dobrze wyszło Panu Marcinowi skonstruowanie bohaterów. Są bardzo wiarygodni, każdy ma swoje marzenia, zalety, wady, sporo „za uszami”. Wątpią, kochają, walczą, wściekają się, a to wszystko w taki sposób, że ja nie miałabym problemu w uwierzeniu, że są prawdziwi 😉 Są też bardzo różni, każdy czytelnik zapewne znajdzie swoich ulubieńców i tych, których kompletnie nie będzie lubił.

Zarówno właśnie za dobre dopracowanie bohaterów, jak i stworzenie wielowątkowej akcji, osadzonej w ciekawej scenerii – chwała autorowi. Napisał on naprawdę porządny thriller z fikcją polityczną. A to wszystko umiejscowione w Polsce. Dobra robota Panie Marcinie! A „Upał” już czeka na półce na swoją kolej. © Agnieszka Tatera