Boylesque & Burlesque Show, czyli o niespełnionej nocy zmysłów

Tego jeszcze nie było! 11 lutego miałam okazję uczestniczyć w „Boylesque & Burlesque Show” w Teatrze Druga Strefa. Od wieków chciałam zobaczyć jakąś ciekawą burleskę. Wydarzenie to zrobiło na nas duże wrażenie, jednak nie jestem pewna, czy o tego typu efekt chodziło twórcom…

Rozmowy przeprowadzone w przerwie i po spektaklu zaowocowały pomysłem stworzenia recenzenckiego dwugłosu! Do rozmowy o tym wieczorze zaprosił mnie Włodzimierz Neubart, czyli Chochlik kulturalny (krytyk, który w niecały rok blogowania został dostrzeżony i doceniony przez branżę teatralną). Stworzyliśmy więc dla Was tekst o wydarzeniu, które miało zagotować naszą krew. Czy tak się stało?

*****

bur5Włodek: Bawiłaś się dobrze na walentynkowym spektaklu burleskowo/boyleskowym?

Agnieszka: Niestety, nie. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania (styl Dity von           Teese), jednak to, co otrzymaliśmy było dalekie od poziomu, który myślałam, że zostanie zaprezentowany.

Włodek: Zaraz, zaraz… Przecież wiedziałaś, że nie idziesz oglądać Chippendales`ów…

Agnieszka: Tak (i właściwie dobrze, bo według mnie to już jest poziom niżej niż taka burleska, którą uprawia wspomniana wyżej Dita), tylko zabrakło mi tutaj dopracowania, spójności, dbałości o szczegóły, nawet momentami umiejętności. Najzwyczajniej w świecie poziom był zdecydowanie niższy od oczekiwanego. Momentami show sprawiał wrażenie prowizorki.

Włodek: Ja szedłem z nadzieją, że będzie wesoło. Nie szukałem tu Dity, bo wiedziałem, że to nie ten rodzaj burleski. Spodziewałem się, że będzie to kawał solidnej roboty i zabawne numery ubrane w płaszcz burleskowego świata.

Agnieszka: A co otrzymałeś?

Włodek: Hmm… Czy ja wiem? – samej burleski było tu niewiele. Co gorsza – nie widziałem sztuki…

Agnieszka: O, właśnie! Ja też po wyjściu z teatru powiedziałam dokładnie to samo: zabrakło mi sztuki w sztuce. Wesoło może i było, przynajmniej dla części widowni, niektórzy przecież wyli, tupali, śmiech się niósł…

Włodek: Ale – wybacz – wieczór nie był dla Ciebie chyba aż tak nieudany? Bawiłaś się śietnie! Zawiązała się zdaje się w pierwszym rzędzie mała loża …

Agnieszka: Oczywiście, wieczoru nie mogę nazwać nieudanym, ponieważ towarzystwo, w którym go spędzałam było bardzo zacne i bawiłam się w nim świetnie. Obawiam się, że byliśmy taką lożą szyderców, jednak to była reakcja na to, co się działo. Reakcja obronna. Jednakże był to efekt uboczny.

Włodek: Zachowywałaś się kiedyś w teatrze w ten sposób? Bo ja nie…

Agnieszka: Nie, nigdy! Na palcach jednej ręki można pewnie policzyć spektakle, na których wypowiedziałam więcej niż jedno zdanie. A tutaj gadaliśmy i gadaliśmy, komentarze były wymieniane nieustannie. Owszem, np. na „Fredraszkach” czy „Ślubach panieńskich” zdarza mi się serdecznie śmiać, ale to jednak inna „bajka” niż to, co działo się w trakcie tego show.

bur4Włodek: Zastanawiałem się długo, co nas do tego sprowokowało. Powtarzaliśmy w trakcie występów, że brakowało w nich jakości. Mówiłem wręcz, że gdyby wyciągnąć kogoś z widowni, wyglądałoby to pewnie o niebo lepiej. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ruch sceniczny był tak toporny. Pamiętasz, pokazywałem na żywo, jak można byłoby niektóre gesty wykonać. Robiłem to siedząc, od niechcenia, a wyglądało jakby lepiej…

Agnieszka: Też się zastanawiałam. Czy to wynika z braku spójnej wizji, jak ma wyglądać całość? Czy też z braku artystów na tym rynku? A może ma tu znaczenie też nikła potrzeba publiczności, by oglądać wysokiej jakości występy? Zobacz, jakie były reakcje większości widzów – wydawało mi się, że naprawdę wielu osobom się podobało. A przecież część z występujących niezbyt nawet potrafi tańczyć – bardzo drewniane, toporne ruchy, przejścia między tańcem a rozbieraniem typu „a przystanę sobie i rozwiążę wstążki”, brak pomysłu na to, by dany numer był perełką. Mnie zabrakło właśnie talentu i chęci olśnienia innych, włożenia w to serca, by zapewnić widzom show na najwyższym poziomie.

Włodek: Aaa… , żeby była jasność – nie do wszystkich występujących mam takie same zarzuty. Niektórym wychodziło to jednak trochę lepiej niż innym. Tak czy owak, dla mnie to było tak szalenie niedopracowane. Nawet jak był jakiś pomysł na numer, to nie wypalał. Czegoś zabrakło. Umiejętności? Prób?

Agnieszka: O właśnie, też się zastanawiałam, czy były w ogóle jakieś próby!

Włodek: Były, tu gwarantuję, było sporo prób.

Agnieszka: Tym bardziej dziwi mnie efekt. Dla mnie przykładem braku talentu i pomysłu były pokazy, które zaprezentował Kim Lee. Tam nie było absolutnie nic ciekawego, a poziom tańca okazał się bardzo niski. Miałam wrażenie, że to osoba „z ulicy”, która dostała szansę na występ.

Włodek: Kim mnie również rozczarował najbardziej. Miałem wrażenie, że sam nie wie do końca, co ma tam robić…

Agnieszka: Jakby go ktoś postawił na scenie i powiedział: występuj.

bur2Włodek: Rozczarował mnie też Gąsiu, słuchałem wcześniej fantastycznego wywiadu radiowego, w którym opowiadał o sztuce boyleski. Podobało mi się. A potem wyszedł na scenę i… OK, rozumiem, była kontuzja, ale cała otoczka, te przybrudzone czerwone stringi, te gesty, ten pomysł na numer… Dramat!

Agnieszka: Tak, ja też o nim słyszałam wcześniej i też przyznaję, że niestety poczułam się rozczarowana.

Włodek:    A jeszcze te zapowiedzi, że będzie nas reprezentował na jakimś boyleskowym konkursie… Pamiętasz naszą reakcję?

Agnieszka: Tak, pamiętam reakcję, chociaż w głębi ducha liczyłam właśnie, że może w końcu coś się zadzieje, co zmieni mą wizję całości. Też miałam wrażenie, że nie był do końca przygotowany i trochę „szył” bez pomysłu. Do tego właśnie ten pomysł „brutala-agresora” do mnie nie przemówił, to zmemłanie papierosa i wyplucie go na scenę – nie, nie kupiło mnie to. Do tego może drobiazgi, ale brak przewidzenia, że źle będzie się otwierało puszkę z piwem w rękawiczkach… Albo ta gumka przy skrzydełkach, która pękła i nie wiedział wtedy, co zrobić. Ewidentnie brakowało mu planu B na momenty, w których coś nie wychodziło

Włodek: Takie rzeczy, jak skrzydła – mogą się przytrafić każdemu, ale trzeba wtedy to ograć…

Agnieszka: Dokładnie. Plan B.

Włodek: Mówisz o Planie B, ja mam problem z zauważeniem planu A.

Agnieszka: Fakt, też nie zauważyłam, by były tam spójne pomysły na te występy, na opowiedzenie nimi jakiejś historii, a nie tylko powtarzanie po trzy razy różnych elementów choreografii.

bur3Włodek: Zatrzymajmy się przy tym… Opowiadał Master B, opowiadała Red Juliette… Wciąż to samo: panopticum i panopticum…

Agnieszka: Panopticum i małe dziewczynki…

Włodek: Aaa…, tak! Pamiętam, popłakałem się ze śmiechu.

Agnieszka: Niestety, ta opowieść robiła na mnie wrażenie kolejnej prowizorki i wymyślania ad hoc, bez potrzeby tworzenia spójnej historii, a już w ogóle bez potrzeby wzbogacenia jej o jakieś ciekawe detale adekwatne do danej części opowieści.

Włodek: Pomińmy też fakt, ze potem te jego/jej opowieści najczęściej nijak się miały do treści następnego numeru…

Agnieszka: A pomysł sam w sobie był całkiem ciekawy, można było zrobić naprawdę interesujące i spójne show, a nie przypadkową zdaje się zbieraninę tego, co mogli zaproponować poszczególni wykonawcy.

Włodek: Nie widzę problemu w tym, by to był zbiór różnych etiud, historię zabawną zawsze się da do tego opowiedzieć…

Agnieszka: Zgadza się, da się, mnie jednak tu coś przeszkadzało: raz panopticum, tajemnica, Azja, palacze opium, a za chwilę plastikowy i różowy Ken rozwieszający pranie, jakoś mi to nie zagrało. Powiedz, w czym zatem widzisz problem?

Włodek: W jakości. Może się coś nie udać, może jeden wykonawca być słabszy od drugiego, ale żeby aż tak się sypało? W zasadzie jedna tylko Red Juliette zachowała pozory klasy. Też tam w roli „zapowiadacza” nie wypadła najlepiej, scenę ze zbieraniem róż wymyślono jej przaśnie, ale kiedy zaczynała już właściwy numer, było dobrze, może nie jakoś wybitnie, ale było na co popatrzeć. I – odnoszę wrażenie – tylko u niej nie było widać tremy.

Agnieszka: Tak, Red Juliette i według mnie trochę ratowała całość. Jako prowadząca niestety nie, bo aktorsko nie ma wystarczającego talentu, scena z różami też faktycznie była przaśna. Ale dziewczyna potrafi tańczyć i łączyć taniec z pozbywaniem się kolejnych części garderoby. Widać, że w tańcu czuje się dobrze, ja też nie zauważyłam tremy i sztuczności. No i jej numery były jednak – w porównaniu z innymi – dużo bardziej dopracowane i ciekawsze.

Włodek:   Tak, tam była jakaś opowiedziana historia, wykorzystane elementy scenografii (rura, schody), Red Juliett była wszędzie i robiła wrażenie. Nie wiem, na ile to było dobre wrażenie na złym tle, ale jednak.

Agnieszka: Była historia i nie było to trzykrotne powtarzanie tych samych zestawów kroków. I faktycznie, stosunkowo ciekawie korzystała ze scenografii. Poza tym ma naturalne ruchy, nie sprawia wrażenia sztywności (może związane jest to właśnie z brakiem tremy?). A jak widzisz Santa Evitę?

Włodek:   Wymazuję z pamięci. Dziewczyna miała minę, jakby żałowała, że w ogóle jest na scenie…

Agnieszka: Oj tak, Santa Evita była tak spięta, że miałam wrażenie, że zaraz się rozsypie. I to niestety przekładało się na jakość tańca, który wypadał nienaturalnie.

Włodek: Pewności siebie nie brakowało gościowi z zagranicy – tyle, że u niego też brakowało mi jakości. Był króciutki układ, powtórzony trzy razy przy zmieniającej się jednak muzyce…

Agnieszka: Semir chociaż robił z mięśniami brzucha takie rzeczy, których mu zazdroszczę 😉 A już bardziej serio – w porównaniu z częścią wykonawców tragedii nie było, ale faktycznie mogło być dużo lepiej.

Włodek: Tyle, że nie było to klasyczny taniec brzucha… dla mnie takie trochę występy dla turystów w hotelu w Złotych Piaskach – dwadzieścia lat temu. Byłem, widziałem, wiem, co mówię…

Agnieszka: Tak, masz rację. I o to właśnie może chodzić. My szukaliśmy tam sztuki, a dostaliśmy „polsatowsko-złotopiaskową” rozrywkę.

Włodek: Ech… A kostiumy, scenografia, muzyka?

Agnieszka: W większości wygląda to tanio. Rozumiem, że budżet nie był wielki, jednak np. chwiejąca się, niestabilna rura, to już zagrożenie dla wykonawców. O muzyce nie mówmy, bo część utworów bardzo lubię, a teraz już zawsze będą mi się kojarzyły z tym show. Oj, chyba nie polubią mnie występujący…

bur1Włodek: Ludzie, którzy stoją na scenie, mają wpisane w zawód to, że są oceniani, jednym się ich praca podoba, innym nie. Takie życie. Nie umrą od tego, że ktoś o nich źle napisał. Jeśli zrozumieją nasz przekaz, wezmą się do ciężkiej pracy, może kolejne spektakle będą już o niebo lepsze. Trochę jednak wątpię, bo to wszak nie był pierwszy burleskowo/boyleskowy spektakl w tym miejscu.

Agnieszka: To się wiąże z faktem, że niestety oczekiwania społeczne co do sztuki są dosyć niskie, najczęściej ma śmieszyć i ekscytować, a to zapewne mogło wywierać takie wrażenie na części publiczności. Mało osób stara się poznawać szerokie spektrum możliwości, jakie oferuje chociażby sam teatr.

Włodek: Uczciwie przyznać trzeba, że widownia była wypełniona do ostatniego miejsca.

Agnieszka: Tak, wręcz dostawiano sporo krzeseł.

Włodek: Wyszła tylko jedna pani. Właśnie – dlaczego Ty nie zrobiłaś podobnie?

Agnieszka: Dobre pytanie. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjść ze spektaklu, o ile dobrze pamiętam. Ale tak sobie teraz dumam i wychodzi mi na to, że zwyczajnie bardzo przyjemnie oglądało mi się to show razem z Wami (było nas w teatrze aż czternaście znających się mniej lub bardziej osób – przypomnienie Chochlika) i gdyby nie fakt, że mieliśmy taką lożę szyderców, to mogłoby się wydarzyć, że byłby to pierwszy raz.

Włodek: Ten spektakl miał bawić, ale można bawić i bawić. Nawet w zwyczajnych farsach można zagrać tak, że ludziom spadają buty z wrażenia, a szczęki opadają do kolan…

Agnieszka: Oj tak! Tylko pewnie można wychodzić z założenia: po co wchodzić na wyższy poziom, jeśli ten jest dla ludzi wystarczający. To dla mnie trochę takie naczynie połączone – artyści/ekipa i widownia.

Włodek: Nie jest moim celem pastwić się teraz nad twórcami burleskowo/boyleskowego spektaklu. Pominę już zatem dziesiątki błędów, które mnie tak bardzo raziły. Powiem krótko: burleska to nie tylko Dita i kielichy, nie tylko piękne stroje i ciała. Może być też zupełnie inaczej. Tylko – błagam – niech to będzie dobrze zrobione!

Agnieszka: Mnie tez przecież nie chodzi o to, by sprawić komuś przykrość, jednak przemilczenie tego, ze nie był to dobry spektakl nie służy nikomu. Wierzę w to, że mogą zrobić coś dużo lepszego i bardziej dopracowanego i ufam, ze nasza rozmowa może się do tego przyczynić.

Włodek: Zobaczymy… Zastanawiam się, jak ten spektakl ocenić. Wszak nie widziałem chyba dotąd słabszego przedstawienia. Tekst (treść przedstawienia) – hmm… mówiliśmy coś o chochlikach ujemnych… Ale z uwagi choćby na Red Juliette – może jeden?

Agnieszka: Zdecydowanie. Tekstu bym w ogóle nie brała chyba pod uwagę, bo był totalną zbieraniną przypadkowych pomysłów, które przychodziły do głowy twórcom, a przynajmniej takie to sprawiało wrażenie. Aktorsko – dwie osoby w miarę dawały radę, ale reszta!

Włodek: Reżyseria: tu nawet nie ma dyskusji!

Agnieszka: Jeszcze mówiąc o aktorach: Red Juliete według mnie nie dawała rady – i prowadzący i prowadząca – robili błędy językowe na poziomie mocno podstawowym, do tego dochodziła „nerwica rąk”, która mnie samą doprowadziła do zdenerwowania.

Włodek: No tak, przypominam sobie…

Agnieszka: Mam nadzieje jednak, ze kredyt zaufania, który ciągle u mnie mają (może niesłuszny, ale nie lubię skreślać niczego i nikogo po pierwszym razie) zostanie wykorzystany i w przyszłości zobaczymy bardziej dopracowaną wersję.

Włodek: Cieszę się, że to mówisz, bo właśnie myślę podobnie. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję powtórzyć to doświadczenie, może nie od razu, ale tak. Być może zadziało się tu coś przedziwnego, o czym nie mamy pojęcia. Powiedzmy jeszcze o jednej ważnej kwestii – przerwie! Trwała pół godziny! Myślałem, że tam się cuda rozkładają na scenie, a tu – niespodzianka – jedna lampka…

Agnieszka: Tak, ja też nie zauważyłam innej zmiany poza tym oświetleniem w ultrafiolecie, ale przerwa dała nam chociaż możliwość ochłonięcia i nabrania sił przed drugą częścią.

Włodek: Tylko ja już w zasadzie straciłem nadzieję, że tam coś się zadzieje. Finał mnie dosłownie zabił….

Agnieszka: O tak, finał był szczególny. Lubisz oglądać obroty?

Włodek: Tyle o ile.

Agnieszka: Jednak chodzenie na krzyż, robienie obrotów jak w tańcu ludowym i machanie „skrzydłami” to nie jest koncepcja wielkiego finału, która mogłaby porwać.

Włodek: Tu ważna informacja – owacja była w dużej mierze na stojąco. Wielu widzom naprawdę się podobało…

Agnieszka: Możesz mieć rację, widać było, że część publiki jest wierna i zintegrowana z ekipą, ludzie muszą bywać tam stosunkowo często, wiec jest to w zgodzie z ich estetyką i potrzebami artystycznymi. Muszę jednak powiedzieć, że choć widać, że części ekipy występującej w spektaklu sprawia to frajdę i „czują ten klimat”, to jednak nie rozumiem, dlaczego tak się denerwowali?

Włodek: No właśnie, to jest dobre pytanie. Nie wiem, może ze względu na widzów, a może dawno ze sobą takiego show nie robili?

Agnieszka: Możemy tylko gdybać, jednak mam wrażenie, że Master Bee czuje się na swoim miejscu (przynajmniej momentami, gdy nie denerwował się za bardzo). Ja przyznaję bez bicia – na burleskowo-boyleskowy spektakl raczej długo nie pójdę!

Włodek: Ale – i tu Cię zdziwię – spektakle dramatyczne w Teatrze Druga strefa są naprawdę pierwsza klasa! W listopadzie jeden zrobił na mnie takie wrażenie, że chyba wybiorę się na niego ponownie. Noc Helvera” – szczerze polecam. Bilety bardzo tanie, a wrażenia gwarantowane. Najbliższe spektakle – już 10 i 11 marca o godz. 20.00.

Agnieszka: Wierzę, ze to nie jest reprezentatywne wydarzenie dla całości działań Teatru Druga Strefa. Z chęcią poznam inne ich spektakle, z przyjemnością dam się porwać. Na „Noc Helvera” zwróciłam już uwagę, więc może to przeznaczenie?

Włodek: Uznajmy więc burleskę/boyleskę z 11 lutego 2017 r. za wypadek przy pracy.

Agnieszka: W taką konkluzję chętnie uwierzę. Może za jakiś czas będę piała z zachwytu, a o tym wieczorze zapomnę? Chociaż nie, właściwie nie chcę zapominać, bo bawiłam się z Wami wyśmienicie, a po drugie – to też buduje moją tożsamość widza.

Agnieszka Tatera i Włodzimierz Neubart

*****

Podsumować mogłabym tak samo, jak Włodek u siebie na blogu:szkoda, że tak się stało, jak się stało. Jednak wielu osobom bardzo się podobało, a może po naszej rozmowie kwietniowe show spodoba się też i osobom szukającym w teatrze czegoś więcej niż przypadkowy zestaw nie do końca dopracowanych występów? Wierzę w ekipę Teatru Druga Strefa, obserwuję ich działania na Facebooku i sprawdzę ich repertuar dramatyczny. A kto wie, może za jakiś czas wrócę i na burleskę, z której wyjdę olśniona? Zobaczymy!

Włodkowi dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Tekst rozmowy znajdziecie równie na blogu Chochlik kulturalny (z wprowadzeniem i podsumowaniem autora).

fot. Anushka Wojtecka // Fottoo.pl

Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro („Fredraszki” – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński
Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński
Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński
Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński
Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Rozmaitości kulturalne #1

Od jakiegoś czasu mój tryb życia odjechał od czytania, zaczepił o kolorowanie, a potem o inne atrakcje związane z kulturalnym spędzaniem czasu 😉 Coraz bardziej brakowało mi tutaj miejsca, gdzie mogłabym napisać o różnych moich zachwytach i rozczarowaniach nieksiążkowych. Postanowiłam więc sprawić sobie przyjemność i tak oto powstaje nowy cykl! A o czym na pierwszy ogień?

„Fortepian pijany” w Teatrze Narodowym

Kompletnie nie wiem, jak to zakwalifikować. W repertuarze stoi: musical. Dla mnie to swoista improwizacja koncertowa z luźną fabułą. Zbiór bardzo rozmaitych typów śpiewa piosenki  Toma Waitsa. Układają się one w opowieść o życiowych wędrówkach, głębokich i przelotnych miłościach, wzruszeniach i żądzach mieszkańców miasteczka Whittier.

Rzecz to przedziwna i nierówna, chociaż jak się później dowiedziałam – połowa ekipy tego spektaklu była w tym momencie nieźle chora, niektórzy wyszli na scenę z wysoką gorączką. Więc ciekawa jestem, jak to wygląda normalnie. Momentami przeszkadzał mi poziom dźwięku, ale generalnie jestem na tak.

A ocena emocjonalna? Robert Jarociński mógłby mi tak mruczeć do ucha. Ale i tak staję się psychofanką (styl pensjonarski 😉 ) Marcina Przybylskiego, ten głos, to spojrzenie, świetna rola zapaleńca, dla którego najważniejsza jest TA muzyka i wszystko jej podporządkowuje. Anna Markowicz ociekająca seksapilem, dobry Karol Dziuba. Ci aktorzy rzucili mi się w oczy/uszy najbardziej.

Suma: spektakl to specyficzny, nie dla każdego, ale warto spróbować.

„W mrocznym, mrocznym domu” w Teatrze Narodowym

Dwaj bracia i kobieta. Świat trzeszczy żwirem pod butami i trzeszczy w posadach. W psychologicznym thrillerze – Marcin Przybylski, Grzegorz Małecki i Milena Suszyńska. Grażyna Kania bierze na warsztat tekst głośnego dziś amerykańskiego autora Neila LaBute’a. Dramat wstrząsu i trwogi. Wycieczka w tajemnice dzieciństwa wolno odsłania dawne krzywdy i niegojące się rany. Trudno będzie rozpoznać, kto jest katem, a kto ofiarą. Kto Kainem, a kto Ablem.

Powyższy opis to esencja tej sztuki. A wrażenia?

O mój Boże… Miazga ze mnie została, tyle powiem! To powalaja sztuka, tak pełna emocji, że wyszłam z bolącym żołądkiem. Z całym szacunkiem dla Mileny Suszyńskiej (chociaż świetnie i bardzo realistycznie wyszło jej granie szesnastolatki!), to jest spektakl dwóch mężczyzn. I mimo całej mej wielkiej sympatii dla Marcina Przybylskiego i jego talentu, to w tym przypadku muszę przyznać, że pozamiatał Grzegorz Małecki! Chapeau bas, panowie! Tak prawdziwie zagrane, tak przejmujące, że nie mogłam oderwać wzroku od sceny. Muszę koniecznie iść jeszcze raz i obejrzeć na spokojniej. Ciekawe tylko, czy to faktycznie będzie „na spokojniej”…

Suma: genialnie zagrany spektakl, polecam z całego serca!

lyzwy

 „Kings on Ice. Tribute to Chopin” – Stadion Narodowy

I dla odmiany coś innego! Światowej klasy show na lodzie w wykonaniu najlepszych łyżwiarzy, w tym mistrzów olimpijskich! Jewgienij Pluszczenko, Stéphane Lambiel, Tomáš Verner, Brian Joubert i wielu innych wspaniałych łyżwiarzy (pełna lista tutaj).

Nie jestem obiektywna, bo od dzieciństwa uwielbiam oglądać mistrzowskie wykonania, brawurowe, przepiękne, często niewiarygodnie dobre i niebezpieczne. Tutaj miałam wrażenie, że mistrzowie dali z siebie mniej niż rok temu (oprócz Jouberta), ale za to ci mniej znani łyżwiarze pokazali sporo ciekawych numerów, więc generalnie jestem zadowolona. Pluszczenko nadal jeździ mistrzowsko, a Lambiel ciągle jest wcielonym wdziękiem i żywą muzyką, uwielbiam człowieka!

Włodek Pawlik zagrał wyśmienicie, szkoda, że ta część związana z Chopinem, w której on grał była de facto tak krótka. Edvin Marton i jego bezcenne skrzypce Stradivarius kolejny raz zapewniły widzom piękne chwile.

Pewnie, było zimno jak w psiarni (ale nie spodziewałam się niczego innego w lutym na stadionie, nad lodowiskiem), ale emocje były takie, że rozgrzały mnie od środka. A te piski dziewcząt i kobiet, gdy na lód wyjeżdżali ich ulubieńcy… 😉 Chcę więcej, mam nadzieję, że za rok będzie kolejna edycja. Zobaczcie sami!

Suma: Polecam! Tylko ciepło się ubierzcie i zabierzcie koc!

Tak było w sobotę na Kings on Ice. Tribute to Chopin! Rewelacyjny pokaz łyżwiarstwa w wykonaniu mistrzów światowej sławy! Obejrzyjcie filmik i pamiętajcie, że retransmisję z tego wieczoru będzie można podziwiać w telewizji:> 9 marca ok. 20.30 – TVP Sport> 13 marca ok. 16.00 – TVP1 > 17 marca ok. 9.35 – TVP Sport

Posted by Zimowy Narodowy on Monday, February 29, 2016

*****

Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta formuła, bo mam wielką ochotę ją kontynuować, za dużo fajnych rzeczy w tym roku oglądam, by o nich milczeć 😉

PS. Zdjęcia pochodzą ze stron spektakli Teatru Narodowego.

Wieloksiąg różności (#12)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Tym razem bez tematu przewodniego, ot, zbiór wrażeń z różnych przeczytanych książek. Ostatnio niezbyt mam ochotę na czytanie, to w przerwie w kolorowaniu postanowiłam chociaż napisać krótki tekst na bloga. W ramach motywacji 😉 Do dzieła!

*****

zagubione niebo„Zagubione niebo” Katarzyna Grochola

Jest to zbiór opowiadań, nie znam ich historii, ani dat powstania. Wszystkie je łączy motyw końca i początku, utraty i zyskania, zachwytu i rozczarowania. Pierwsze i ostatnie miłości, przeróżnego rodzaju związki, rozstania i porażki, wybaczanie i zapominanie.

Nie wiem, czy to jakieś zbierane przez lata opowiadania, czy świeże, pisane na potrzeby tego zbioru utwory, w każdym razie dużo z nich to w najlepszym razie przeciętniaki. Zbiór bardzo nierówny, od kilku, które są ciekawe i intrygujące, do zbyt wielu takich sobie. I przy okazji doszłam do wniosku, że chyba jestem za mało „babska”, by je polubić. Schemat, stereotyp i niewiele zachwytów. A ja przecież nawet lubię czytadła, nie rozumiem więc, o co chodzi.

bycie milym„Bycie miłym to przekleństwo: Jak nauczyć się asertywności i z łatwością mówić nie” Jacqui Marson

Książka to swoista sesja terapeutyczna, w trakcie której człowiek może nauczyć się mierzyć z przekleństwem bycia miłym. Stanowi niezbędne źródło wiedzy dla wszystkich osób mających problem z mówieniem „nie”.

Autorka zabiera czytelnika w podróż do poznania siebie i własnych potrzeb. Wyjaśnia przyczyny i mechanizmy zjawiska bycia miłym, nie ocenia ludzkich zachowań, lecz daje szczegółowe wskazówki, jak zrozumieć i zmienić męczące nas postępowanie – pokazuje, jak skończyć z zapominaniem o własnych potrzebach, zacząć szanować siebie i nauczyć się być miłą dla samej siebie.

Żeby nie rozpisywać się zbytnio: zdecydowanie jestem osobą, która lubi być miłą, usłużną, dążyć do zadowolenia osób dookoła i bycia lubianą przez wszystkich. Jednak z wiekiem czułam coraz bardziej, jak niezmiernie jest to dla mnie męczące i zaczęłam się zastanawiać, na ile tak de facto jest mi to potrzebne. I stąd lektura tej książki.

Byłam mocno sceptyczna, teraz jestem zdecydowanie mniej sceptyczna 😉 Generalnie wydaje mi się ciut zbyt hurraoptymistyczna, ale coś w niej jest. Coś, co zachęcia do wracania do niej i przejścia opisywanych ćwiczeń. Mam nadzieję, że ta motywacja ze mną zostanie na długo!

warszawa perla polnocy„Warszawa. Perła Północy” Maria Barbasiewicz

Jest to album dotyczący Warszawy z czasów dwudziestolecia międzywojennego, w każdym razie jej losów do 1939 roku. Zawiera masę ciekawych zdjęć, które zwiększają zainteresowanie lekturą. Znajdziecie w niej wiele różnych tematów – architekturę, planowanie przestrzeni miejskiej, szczegóły związane z warunkami bytowymi, zawodami, rozrywką, podziałem społecznym, kulturą, polityką, religią…

Odkąd mieszkam w tym mieście, moje zainteresowanie Warszawą tylko rośnie, więc miałam wysokie oczekiwania, co do tej publikacji. Może zbyt wysokie, bo o ile jest to lektura ciekawa, to potencjał był zdecydowanie większy. Mam wrażenie, że tylko przelecieliśmy po łebkach po wielu z tych tematów. Wiem, że forma albumu narzuca pewne ograniczenia, ale uważam, że można było zagłębić się bardziej w ten czas, miejsce i ludzi je zamieszkujących.

dom po drugiej stronie lustra„Dom po drugiej stronie lustra” Vanessa Tait

Oczywista inspiracja i nawiązanie do słynnej „Alicji w Krainie Czarów”. Autorką powieści jest prawnuczka pierwowzoru Alicji, dla której Lewis Carroll napisał słynną powieść. Jednakże to nie ona gra tutaj główną rolę, a guwernantka, stara panna, która opiekuje się trzema dziewczynkami – Iną, Edytą i Alicją Liddell. To dzięki nim w jej życiu pojawią się nowe możliwości, mężczyźni, a ona sama zacznie marzyć o zamążpójściu. Ale… A zresztą, sprawdźcie sami, co się wydarzy.

Niestety, książka według mnie tylko i wyłącznie przeciętna. Wykonanie jest ok, ale kompletnie nie potrafiła mnie zainteresować, czy też wzbudzić większych emocji. A, przepraszam, jedna reakcja była – odrzucała mnie niezdrowa fascynacja Alicją.

*****

To byłoby na tyle. A teraz wracam do kolorowania, a Wam życzę udanej niedzieli!

Cztery kolorowe lata

warszawa

Właśnie zdałam sobie sprawę, że wczoraj stuknęły mi cztery lata od dnia przeprowadzki do Warszawy. Niesamowite, jak bardzo ta jedna decyzja zmieniła moje życie!

Pamiętam, że przeprowadzałam się z poczuciem niepewności i strachu. Jak będzie? Czy się odnajdę? Czy dam radę w zupełnie nowej pracy? Czy przypadkiem po 2-3 miesiącach nie wrócę z podkulonym ogonem do domu rodzinnego? Na dodatek był styczeń, pełno śniegu, mróz, ciemność, samotność, pusty dom i pełno nieznajomych dookoła. Początki były mało sympatyczne, nie będę udawać, że było przyjemnie i różowo.

Ale powoli, krok po kroku zaczęłam oswajać to wielkie miasto. Ja dziewczyna ze wsi, która przez całe dotychczasowe życie myślała, że jest „dzieckiem wsi” i w życiu nie polubi mieszkania w zatłoczonym, nerwowym i zanieczyszczonym mieście. A tu niespodzianka, mniej więcej po niecałym roku zdałam sobie sprawę, że z „dziecka wsi” stałam się „dziewczyną z dzielnicy w miarę blisko centrum”. Dopadła mnie taka refleksja, gdy pewnego dnia wracałam późnym wieczorem ze spotkania autorskiego w bibliotece na końcu miasta. Ochota mą miłością, kocham tę dzielnicę, szczególnie jej starą część. Szkoda tylko, że władze nie robią nic, by powstrzymać pozbywanie się starych, pięknych drzew i wzrost zanieczyszczenia powietrza. No, ale to nie temat tej notki…

Zaczęłam zgodnie z zasadą małych kroczków i mimo tak nielubianej przeze mnie zimy co weekend chodziłam na długie spacery po mojej nowej dzielnicy. Poznawałam małe uliczki, podwórka, skwery i parki. Włóczyłam się bez mapy i celu. I to do dzisiaj jest mój ulubiony sposób poznawania nowych miejsc. Powolutku rozszerzałam obszar włóczęg, oswajałam komunikację miejską (o matko! w życiu tego się nie nauczę, za dużo linii, za dużo kierunków, za dużo punktów przesiadkowych, uch!). A gdy nadeszła wiosna, zaczęłam czuć się bardziej swojsko, miasto wołało, by się po nim włóczyć.

Miałam szczęście, że przeprowadzałam się mając już tu kilku znajomych, którzy pomogli mi na początku. A z czasem poznawałam nowych – najpierw z pracy, potem znajomych znajomych, jeszcze później – gdy w końcu się przełamałam i wyszłam do ludzi – blogerów książkowych i nie tylko. Powolutku dorobiłam się dziesiątek, wręcz setek znajomych, kilkorga przyjaciół, ludzi, którzy, gdy jestem chora zrobią mi zakupy, przywiozą obiad i wyniosą śmieci 😉

Nie było jednak tylko przyjemnie. Były chwile samotności, poczucia, że tu nie pasuję. Były momenty zwątpienia, burzliwe chwile wielkich zmian życiowych, momenty rozpaczy. Normalne życie.

A dzisiaj? Mimo oddalenia i tęsknoty za bliskimi i domem z ogrodem uważam, że to była naprawdę świetna decyzja. Pokochałam to miasto, odnajduję się w nim doskonale. Oferuje mi różnorodność ludzi, bogactwo wydarzeń i możliwości, masę pięknych, ciekawych, urokliwych miejsc. Kocham ulubione knajpki, miejsca, widoki. Pewnie, są też dzikie korki, wkur… kierowcy, upierdliwcy w komunikacji miejskiej, burkliwe ekspedientki, momentami zanieczyszczone powietrze. Ale cóż, nie przeszkadza mi to w tym, by stwierdzić „moje miasto Warszawa”.

A dzięki przeprowadzce zmieniło się całe moje życie – sektor, w którym pracuję, rodzaj pracy, jej styl, styl mojego życia, spędzania czasu wolnego. Wzbogaciłam swe życie o nowe pasje, o dziesiątki fantastycznych osób. Przeżyłam fascynację blogowaniem „profesjonalnym”, po jakimś czasie stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie i – jak widzicie od jakiegoś czasu – traktuję je jako tylko jedno z moich hobby. Zmieniałam pracę i zespoły, w aktualnym jest mi niezmiernie dobrze i mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy razem pracować.

Duża zmiana warta była przeżycia niepewności, strachu, zwątpienia. Wymagała wyjścia ze strefy komfortu otworzenia się na masę nowości, elastyczności. Ale dała mi tak wiele! Zmieniłam się ja, zmieniło się moje życie, moja rzeczywistość. A to wszystko przez blogowanie!

Polecam.
Podpis