O blogowaniu słów kilka, czyli jak „Konstelacje” przyczyniły się do powstania tej notki

drogowskaz blogowanie

Byłam wczoraj po raz drugi na „Konstelacjach” w Teatrze Polonia (TUTAJ będzie kiedyś link do notki na temat tej arcydobrej sztuki, jak się w końcu ogarnę i napiszę!), a skutkiem tej sztuki jest to, że zaczęłam myśleć. Co by było, gdyby…? Jakie konsekwencje miał ten krok i co mogłoby się wydarzyć, gdybym go nie podjęła? Albo gdybym zadecydowała, że inna ścieżka jest ciekawsza?

A że wczoraj temu blogowi stuknęło 7 lat (mamma mia, siedem lat w jednym miejscu to mój rekord!), to moje myśli w dużej części dotyczyły tego, co z blogowaniem związane. A wnioski są powalające!

Niby to tylko blogowanie, pisanie o czymś, w moim przypadku o czymś tak de facto mocno ograniczonym zasięgowo, jak książki. Nic wielkiego, prawda? Może i tak bywa, ale może być zupełnie inaczej, zobaczcie sami…

Gdy w 2009 roku zaczynałam blogować o książkach, to była nas tylko garstka. Mam wrażenie, że wszyscy odwiedzali wszystkich, dyskusje na blogach potrafiły być długie i burzliwe. Jednak pojawiły się magiczne „egzemplarze recenzenckie” i „współpraca z wydawnictwami” i zrobił się boom, z garstki blogów zrobiło się ponad 100, potem kilkaset, a teraz to już nie ogarniam.

Nie zamierzam obłudnie twierdzić, że to samo zło, przecież sama długo korzystałam, a i teraz od czasu do czasu przygarnę jakąś książkę do recenzji. Ale to akurat uznaję – z perspektywy czasu – za mało istotny aspekt blogowania. Co było ważniejsze? Po pierwsze – będzie to straszny truizm – ludzie. Przez te lata poznałam całe dziesiątki czy nawet setki ciekawych osób – blogerów, czytelników, wydawców, autorów, dziennikarzy, pasjonatów z różnych dziedzin. Ta siatka znajomości trwa po części do dzisiaj, z niektórymi osobami nawiązałam przyjaźnie, z częścią spotykam się głównie zawodowo, ale całkiem spory kawałek tej pierwotnej sieci jest ze mną niezmiennie od lat. I to jest niesamowite!

Druga sprawa, nie mniej istotna, to fakt, jak blog wyprowadził mnie de facto z niszy książkowej. Mimo tego, że dalej ciągle głównie jest o książkach, to to, że go prowadzę zaowocowało zaproszeniami na różne imprezy mniej lub bardziej „branżowe” – od festiwali i targów stricte literackich, przez spotkania dla blogerów (np. Blog Forum Gdańsk), aż do prowadzenia warsztatów dla młodzieży w gimnazjach. Niewiarygodne jest to, jak wkładanie serca w pasję i mówienie o tym potrafi pootwierać różne furtki. I tylko trzeba znaleźć w sercu trochę odwagi, by uczynić pierwszy krok. Tak, wiem, rzuciłam tekstem jak z Coelho…

Ale przejdźmy do dużych i namacalnych zmian! Przede wszystkim blogowanie, pasja, serce i mówienie o swej pasji zaowocowały zaproszeniem na pierwszą rozmowę o pracę spoza branży w której trwałam do 2011 roku włącznie. Mało tego, dzięki temu wszystkiemu dostałam tę pracę (o czym ci starsi stażem czytelnicy wiedzą) i od lutego 2012 roku zaczynałam w Świecie Książki. Tak niedawno, a jakby to były wieki… Jak bardzo to wszystko wpłynęło na mnie i moje życie!

Pamiętam, że gdy dostałam propozycję przedstawienia mojej kandydatury do rozpatrzenia, to było to dzień przed Wigilią, spędziłam całe Święta rozważając, czy aby na pewno chcę się przeprowadzać z prowincjonalnej wsi do Warszawy, czy zdołam się samodzielnie utrzymać, czy dam się radę odnaleźć, jak to będzie żyć kilkaset kilometrów od rodziny i przyjaciół… Ale zdecydowałam się podjąć ryzyko (chociaż co to za ryzyko, rozmowa o pracę jeszcze o niczym nie decyduje!) i pojechałam. Po kilku dniach dostałam informację, że mnie chcą i że czekają na mnie od 1 lutego. Pamiętam, że miałam dwa tygodnie na znalezienie mieszkania i przeprowadzkę. Nigdy nie zapomnę tego, jak włóczyłam się po Ochocie (bo chciałam blisko miejsca pracy) w śniegu po kostki, klnąc, bo nic sensownego się nie udało znaleźć, aż w końcu trafiłam do ostatniego na liście mieszkania, które okazało się właśnie tym i w którym spędziłam  ponad 4 lata. Ale ograniczając dygresje: to właśnie dzięki blogowaniu udało mi się zmienić branżę i rozwinąć skrzydła na nowo. A na dodatek odnalazłam się w tym mieście, darzę je dużym sentymentem, a od kilku miesięcy jestem jego stałą, zameldowaną jak władze przykazały mieszkanką 😉

Nowa praca i nowe miejsce zamieszkania poskutkowały kolejnymi blogowymi możliwościami i znajomościami. To właśnie one pozwoliły mi na przeżycie wielu pięknych chwil, poznanie osób, które potem wielokrotnie mnie tak lub inaczej wspierały, nauczenie się pierdyliarda nowych rzeczy, zmiany stylu życia. To właśnie dzięki blogowaniu zrobiłam te pierwsze kroczki, które skutkują tym, że dzisiaj ciągle pracuję w wydawnictwie (tylko innym), lubię moją codzienną pracę (i osoby, z którymi pracuję 🙂 ), mam masę ciekawych znajomych, chyba w 90% zmieniłam styl życia, a w znacznej części samą siebie.

Co jeszcze? Mnóstwo drobniejszych spraw – to dzięki blogowaniu miałam okazję wypowiadać się w przeróżnych mediach, poznawać inspirujących ludzi, zarażać blogowaniem innych (mam przynajmniej kilkoro blogowych „chrześniaków”), być żywym dowodem na to, że o tak „nudnym” temacie, jak książki można latami blogować i jednak stale ktoś to czyta 😉

A co ostatnio szczególnie mi bliskie – dzięki blogowaniu poznałam kilka osób, które mocno wpłynęły na moje życie. Szczególnie jedna blogerka (która niestety praktycznie zarzuciła już blogowanie 😦 ) stała się bliską mi osobą, która codziennie inspiruje i motywuje, wspiera i pomaga zmienić mą rzeczywistość na jeszcze lepszą. To dzięki niej łatwiej przechodziłam różne kryzysy, to dzięki niej chociażby wprowadziłam zmiany praktyczne w życiu typu inny styl żywienia, to z nią rozkoszuję się duchową strawą w teatrze (gdzie dzięki niej chodzę regularnie!) i to ona ma cierpliwość wysłuchiwać mojego marudzenia, gdy jest mi źle. Dziękuję Ci! A właściwie, idąc torem: blogowanie przyczyniło się do zmiany pracy – pierwsza praca doprowadziła do kolejnych książkowych – kolejna książkowa praca zwróciła mą uwagę na kolorowanki – dzięki założeniu grupy kolorowankowej spotkałam drugą taką bliską duszę, to właściwie mogę napisać: dziękuję Wam!

Ośmielę się więc podsumować, że blogowanie wpłynęło na jakieś 95% mojego życia – od zmian w samym czytaniu, przez zmiany zawodowe, zmianę miejsca zamieszkania, przyczynienie się do poznania nowych znajomych i przyjaciół, po części transformację mej osobowości, aż po zmiany w sposobie myślenia. Mogę wręcz dumnie zawołać, że „od blogowania to wszystko się zaczęło!

Tylko… od jakiegoś czasu niezbyt chce mi się pisać. Może to jednak zmęczenie materiału, może czuję ograniczenie przez ten przedrostek „książkowo” w adresie bloga (ale znowu nie chcę się przenosić gdzie indziej i tracić wszystko, co tu wypracowałam latami), może jeszcze coś innego. Dlatego nie piszę o planach na przyszłość, nic nie obiecuję, popłynę z blogową rzeką.

Reklama

Cztery kolorowe lata

warszawa

Właśnie zdałam sobie sprawę, że wczoraj stuknęły mi cztery lata od dnia przeprowadzki do Warszawy. Niesamowite, jak bardzo ta jedna decyzja zmieniła moje życie!

Pamiętam, że przeprowadzałam się z poczuciem niepewności i strachu. Jak będzie? Czy się odnajdę? Czy dam radę w zupełnie nowej pracy? Czy przypadkiem po 2-3 miesiącach nie wrócę z podkulonym ogonem do domu rodzinnego? Na dodatek był styczeń, pełno śniegu, mróz, ciemność, samotność, pusty dom i pełno nieznajomych dookoła. Początki były mało sympatyczne, nie będę udawać, że było przyjemnie i różowo.

Ale powoli, krok po kroku zaczęłam oswajać to wielkie miasto. Ja dziewczyna ze wsi, która przez całe dotychczasowe życie myślała, że jest „dzieckiem wsi” i w życiu nie polubi mieszkania w zatłoczonym, nerwowym i zanieczyszczonym mieście. A tu niespodzianka, mniej więcej po niecałym roku zdałam sobie sprawę, że z „dziecka wsi” stałam się „dziewczyną z dzielnicy w miarę blisko centrum”. Dopadła mnie taka refleksja, gdy pewnego dnia wracałam późnym wieczorem ze spotkania autorskiego w bibliotece na końcu miasta. Ochota mą miłością, kocham tę dzielnicę, szczególnie jej starą część. Szkoda tylko, że władze nie robią nic, by powstrzymać pozbywanie się starych, pięknych drzew i wzrost zanieczyszczenia powietrza. No, ale to nie temat tej notki…

Zaczęłam zgodnie z zasadą małych kroczków i mimo tak nielubianej przeze mnie zimy co weekend chodziłam na długie spacery po mojej nowej dzielnicy. Poznawałam małe uliczki, podwórka, skwery i parki. Włóczyłam się bez mapy i celu. I to do dzisiaj jest mój ulubiony sposób poznawania nowych miejsc. Powolutku rozszerzałam obszar włóczęg, oswajałam komunikację miejską (o matko! w życiu tego się nie nauczę, za dużo linii, za dużo kierunków, za dużo punktów przesiadkowych, uch!). A gdy nadeszła wiosna, zaczęłam czuć się bardziej swojsko, miasto wołało, by się po nim włóczyć.

Miałam szczęście, że przeprowadzałam się mając już tu kilku znajomych, którzy pomogli mi na początku. A z czasem poznawałam nowych – najpierw z pracy, potem znajomych znajomych, jeszcze później – gdy w końcu się przełamałam i wyszłam do ludzi – blogerów książkowych i nie tylko. Powolutku dorobiłam się dziesiątek, wręcz setek znajomych, kilkorga przyjaciół, ludzi, którzy, gdy jestem chora zrobią mi zakupy, przywiozą obiad i wyniosą śmieci 😉

Nie było jednak tylko przyjemnie. Były chwile samotności, poczucia, że tu nie pasuję. Były momenty zwątpienia, burzliwe chwile wielkich zmian życiowych, momenty rozpaczy. Normalne życie.

A dzisiaj? Mimo oddalenia i tęsknoty za bliskimi i domem z ogrodem uważam, że to była naprawdę świetna decyzja. Pokochałam to miasto, odnajduję się w nim doskonale. Oferuje mi różnorodność ludzi, bogactwo wydarzeń i możliwości, masę pięknych, ciekawych, urokliwych miejsc. Kocham ulubione knajpki, miejsca, widoki. Pewnie, są też dzikie korki, wkur… kierowcy, upierdliwcy w komunikacji miejskiej, burkliwe ekspedientki, momentami zanieczyszczone powietrze. Ale cóż, nie przeszkadza mi to w tym, by stwierdzić „moje miasto Warszawa”.

A dzięki przeprowadzce zmieniło się całe moje życie – sektor, w którym pracuję, rodzaj pracy, jej styl, styl mojego życia, spędzania czasu wolnego. Wzbogaciłam swe życie o nowe pasje, o dziesiątki fantastycznych osób. Przeżyłam fascynację blogowaniem „profesjonalnym”, po jakimś czasie stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie i – jak widzicie od jakiegoś czasu – traktuję je jako tylko jedno z moich hobby. Zmieniałam pracę i zespoły, w aktualnym jest mi niezmiernie dobrze i mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy razem pracować.

Duża zmiana warta była przeżycia niepewności, strachu, zwątpienia. Wymagała wyjścia ze strefy komfortu otworzenia się na masę nowości, elastyczności. Ale dała mi tak wiele! Zmieniłam się ja, zmieniło się moje życie, moja rzeczywistość. A to wszystko przez blogowanie!

Polecam.
Podpis

Uparcie i skrycie…

Od dwóch tygodni siedzi mi w głowie jedna i ta sama piosenka…

Pewnie większość (bo obawiam się, że już nie wszyscy!) z Was ją zna. Ci, którzy nie znają, niech teraz ją przesłuchają, bo zaraz padnie bardzo ważne pytanie 😉

Słucham jej, słucham i nagle pomyślałam, że ja wiem, za co kocham życie. Mam do tego mnóstwo powodów, całe stada. Tych dużych i tych maciupeńkich. Mogłabym o nich napisać wiele, bardzo wiele. I kto wie, może to kiedyś zrobię.

Jednak w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać nad tym, za co inni kochają życie? I postanowiłam Was o to spytać! Jakie są Wasze powody szczęścia? Dlaczego warto żyć? I nie musicie mi pisać o prywatnych powodach czy wielkich szczęściach (chociaż możecie, naturalnie!), mogą być też drobiazgi, bez których życie byłoby szare, marne. Podzielcie się ze mną, niech powstanie lista pod hasłem „Kocham cię życie!”

Przyznaję, że…

Głupia ja. No, głupia, należy czasami złożyć samokrytykę 😉

22 grudnia. Pakuję się na wyjazd do domu rodzinnego. Dwa tygodnie urlopu. Szał ciał i uprzęży. 100 książek przeczytam i w ogóle. Pakuję się, oko pada na książki. No dobrze, to może zabiorę to i to, bo bardzo chcę przeczytać. O, może jeszcze to, bo na takiego grubasa nie będę miała czasu w normalne dni robocze. A, czekaj, jeszcze to, no i tamto. I w ten sposób wiozłam ze sobą sześć książek, część grubaśna.

Powiecie: no i o co Ci chodzi, przecież tyle książek na 14 wolnych dni, to zdecydowanie za mało?! Tiaaaa… Tylko są dwa „ale”.

Od środy do środy, a ja mam na koncie jedną w pełni przeczytaną książkę (z czego większość pochłonęłam w podróży z Warszawy) + dwie przeczytane w dużej części, ale nie wiem, czy zdołam je dzisiaj skończyć. Więc nawet nie dobiłam do trzech książek w tydzień, a jeszcze i tak czeka na mnie najgrubsza z tych przywiezionych.

Druga – podstawowa – sprawa: ja na moim tutejszym pięterku mam pewnie z 1000 książek do przeczytania. Więc co mnie napadło, by wieźć jeszcze sześć? To spowodowało, że albo w ogóle nie sięgnę po żadną z tutejszych, albo może przeczytam jedną. I znowu wyjadę z przeświadczeniem, że nic a nic się od trzech lat w liczebności stosów „do przeczytania” nie zmienia. Ech…

Obiecałam sobie, że to będzie ostatni raz. Następnym razem, gdy będę jechała na dłuższe wolne do Rodziców, to zabieram ze sobą maksymalnie dwie książki, a i to tylko wtedy, jeżeli mam coś pilnego do przeczytania. Pora zabrać się za to, co tu na półkach!

A mam smakowitości wiele, np. różne cykle/serie… Gdy klikniecie na foto, to zdołacie zobaczyć szczegóły 😉

serie ksiazek

Korcą mnie te wszystkie, a mam jeszcze Igrzyska śmierci, zaczątki Martina i Rowling i masę innych. Najbliższa – ze względu na logistykę – jestem sięgnięciu po „Kłamstwa Locke’a Lamory”. Bo więcej niż 1-2 książki nie zdołam zabrać ze sobą do Warszawy. Ale korcą mnie też np. te książki:

ksiazki do wyboru

A to tylko promil tego, co mam do wyboru. I teraz siedzę i się głowię. Co tu robić? Pomocy! A przede wszystkim: co czytać w tej sytuacji?

Świąteczny paradoks

boze narodzenie, swieta, milosc
Fot. Johan Hansson (flickr)

Co roku przeżywam to samo. Świąteczny paradoks.

Z jednej strony uwielbiam Święta przygotowywane w sposób, który od lat jest stosowany przez moich Rodziców. Tradycyjne potrawy, duuużo potraw, wypucowany dom, pełno ozdób, wielu gości (no, nie na Wigilię, ale później już tak), sporo objadania się.

Z drugiej strony chronicznie nienawidzę biegania, załatwiania „bo musi być”, kolejek, ludzi warczących na siebie w sklepach, autobusach etc. Latania ze szmatą, stania godzinami nad garami, a później kręgosłupa bolącego od stania nad zlewem. Wtedy zawsze zastanawiam się: po co?

Gdzie ten złoty środek? Jak znaleźć balans, szczególnie, gdy to de facto nie zależy ode mnie?

Na razie podążam za tradycją. Bo wiem, że gdy już Rodziców zabraknie (brrr…), to nie będzie nic, tradycja się zawali. Dlatego milczę, doceniam i czerpię z niej radość. Staram się tylko pacyfikować zapędy pod hasłem „a może jeszcze…” 😉

A jak to wygląda u Was?

Jakkolwiek spędzacie Święta – życzę Wam, by były dobre. A tym, którzy (teraz lub w ogóle) Świąt nie spędzają – spokoju i wypoczynku. Niech nam wszystkim dobrze będzie! 🙂

PS. A jeżeli ktoś nie czytał jeszcze tekstu „Święta o zapachu grzybowej” to serdecznie zapraszam do lektury!