„Czarny pryzmat” – Brent Weeks

black prism

Można powiedzieć, że Chromerią rządzą kolory. W tej krainie zamiast typowej magii używa się kolorów i światła. Jeżeli masz szczęście, to urodzisz się krzesicielem, człowiekiem z darem do krzesania jednego z kolorów palety podstawowej (czyli takiej, jak tęcza 😉 ). Jeżeli masz jeszcze więcej szczęścia, to umiesz krzesać dwa i więcej kolorów, tych położonych obok siebie, a bardzo rzadko tych z różnych końców spektrum. A tylko jedna osoba na pokolenie potrafi krzesać wszystkie barwy. I dzięki temu jest władcą tegoż świata. Poznajcie Pryzmata Siedmiu Satrapii – Gavina Guile.

Gavin niepodzielnie rządzi już od wielu lat. Jako że Pryzmat zawsze żyje liczbę lat wynoszącą wielokrotność liczby siedem, a żaden nie żył dłużej niż 21 lat od rozpoczęcia rządów, to ma on świadomość, że zostało mu już niewiele czasu. A za to tak wiele ma spraw do rozwiązania i nadrobienia! Jest tajemniczy więzień, jest nagle odnaleziony syn, jest porzucona ukochana – to tylko część spraw. A do tego szykuje się wojna, pojawił się jakiś dziwny kolorak, który udziela pomocy zbuntowanemu królowi. Zresztą, coraz więcej dookoła koloraków, stwory zaczynają się buntować, uważają, że rządy Pryzmata są dla nich niesprawiedliwe i trzeba z nimi skończyć. Jest jeszcze sporo pobocznych wątków, ta książka – jak tort – ma całkiem wiele smakowitych warstw.

Bardzo podoba mi się świat stworzony przez Weeksa. Zarówno szczegółowe opisy miast, miejsc czy osób, jak również zasady tym światem rządzące. Bardzo spodobała mi się „magia kolorów”, to dobry pomysł, który został na dodatek opisany w interesujący sposób. Autor daje nam szansę stopniowego poznawania krainy i jej mieszkańców. Powoli poznajemy tajemnice, które skrywa tak wiele osób. Autor przemyślał fabułę i prowadzi nas od jednych zamkniętych drzwi do drugich, a każde z nich pozwalają nam poznać kolejne aspekty tej historii i lepiej ją zrozumieć.

Ciekawie stworzeni zostali bohaterowie. Pryzmat jest męski, inteligentny, charyzmatyczny, bywa upierdliwy i uparty. Kip, jego bękart przeżywa przemianę z serii od zera do bohatera. Ten grubasek, niepewny siebie samotnik nagle odnajduje swe miejsce i odczuwa przynależność do grupy. Piękna Karris, która jest tak samo niebezepieczna, jak urocza. Zresztą nie tylko główni bohaterowie są dopracowani, autor zadbał również o wiarygodność bohaterów pobocznych. Jest ich bardzo wielu, wnoszą do książki różnorodność, czynią ją barwniejszą.

Gdy zaczynałam czytać „Czarny Pryzmat”, byłam przekonana, że nie zdołam jej przeczytać przed wyjazdem i będę musiała tę cegiełkę dźwigać ze sobą. Jednakże niespodziewanie zostałam wessana do akcji, porwały mnie przygody Gavina i jego ekipy. Porwały tak bardzo, że książkę przeczytałam w niecałe dwa dni! Autor bardzo sprawnie przeplata wątki,  nakręca akcję, wprowadza nowe informacje, a to wszystko sprawiało, że nie chciałam się oderwać od tej książki.

„Czarny Pryzmat” to bardzo dobra fantasy, z ciekawym pomysłem na fabułę i zdobywającymi sympatię bohaterami. Polecam, ja już się nie mogę doczekać większej ilości wolnego czasu, bym mogła sięgnąć po drugi tom!

© 

Czarny pryzmat

Wydawnictwo: MAG, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 733

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

Reklama

„Złomiarz” – Paolo Bacigalupi

wrak

Nieokreślona przyszłość. Świat zmienił się bardzo, katastrofy ekologiczne spowodowały zalanie wielu miast, zmieniły się wybrzeża, szaleją potężne burze i sztormy, te najsilniejsze zwane są niszczycielami miast. Większość ludzi żyje w tragicznych warunkach, wegetuje z dnia na dzień, a nieliczni bogaci pławią się w luksusie.

Nastoletni chłopiec, Nailer, żyje na plaży. Jego dni upływają na pracy na wrakach tankowców, skąd (jako że jest nieduży i elastyczny) wydobywa różnego rodzaju przewody, które potem reszta ekipy odziera z izolacji, a metalowy środek sprzedaje. To trudne życie, cały czas czai się dookoła niebezpieczeństwo, wraki są przerdzewiałe, w każdej chwili można też się zgubić i nie móc trafić do wyjścia. Panuje ciemność, a pył utrudnia oddychanie. Ale to i tak dobre życie – w końcu jest praca, która pozwala zdobyć coś do jedzenia, można więc przeżyć. Przy odrobinie szczęścia uniknie też czasami razów od swego ojca, brutala walczącego na ringu, pijaka, narkomana. Dwoma światełkami w egzystencji Nailera są przyjaciółka Pima i jej matka, które wielokrotnie mu pomagają, są mu bliższe od ojca. Takie oto życie wiedzie Nailer.

Pewnego dnia nad ich część wybrzeża dociera niszczyciel miast, który zmienia życie ich wszystkich. Po uspokojeniu się żywiołu, Nailer z Pimą znajdują ekskluzywny statek, który rozbił się w trakcie sztormu. Pokład pełen jest bogactw, a kabiny skrywają ich jeszcze więcej. W jednej z nich znajdują jednak również ranną dziewczynę, która twierdzi, że pochodzi z bardzo wpływowej rodziny i że ktoś chce ją porwać. Dwójka przyjaciół staje przed pytaniem: pozwolić dziewczynie umrzeć (zyskując wiele cennych rzeczy) czy też raczej pomóc jej, pakując sie jednocześnie w wielkie tarapaty?

Paolo Bacigalupi kolejny raz zafundował mi podróż przez fascynujący, lecz tak trudny świat. W tym zniszczonym środowisku normą jest walka o przeżycie kolejnego dnia, przemoc, głód. Świat umiejscowiony w fikcyjnej przyszlości jest jednak tak naprawdę podobny do tego, który nas otacza. Bo jak wielu ludzi na świecie codziennie toczy takie właśnie bitwy? Jak dobrze niektórzy znają opisywaną walkę o władzę, intrygi ekonomiczno-polityczne, roszady rozgrywające się między wielkimi klanami i ich firmami, wszelakie podziały między ludźmi? Autor podaje w futurystycznym sosie rzeczywistość całkiem nieźle nam znaną, o której tylko najczęściej nie chcemy w ogóle pamiętać.

„Złomiarz” to czwarta książka tego autora, którą miałam okazję przeczytać i po raz czwarty zafundował mi on świetną lekturę! Interesująca fabuła, realni bohaterowie, których spotykają różnorakie (często bardzo ciężkie, również pod względem moralnym) zadania, wciągająca akcja. A to wszystko poprowadzone tak, że mimowolnie zaczynałam się zastanawiać nad różnymi kwestiami, przyszłością naszej rasy i planety na której mieszkamy. I za to – po raz kolejny – brawa dla tego autora!

PS. Nie obejmuję swoim rozumkiem sytuacji, która zaistniała na polskim rynku. Najpierw tom drugi tej serii został wydany przez jedno wydawnictwo, a jakieś pięć miesięcy później tom pierwszy wydaje inne wydawnictwo. Dwa różne tłumaczenia, dwa różne wydania. I pozostaje tylko się zastanawiać, jak dalej potoczą się losy tego cyklu… I czy Tool z jednego tomu, to Młot z drugiego 😉

złomiarzWydawnictwo: MAG, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 286

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

Cykl „Złomiarz”:

1. „Złomiarz”

2. „Zatopione miasta”

© 

„Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy” – Jeffrey Ford

uczta wyobrazni

„Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy” to ponownie (MAG chyba polubił taką strategię w tej serii) połączenie zbioru opowiadań i powieści w jednym tomie. Do tej pory wychodziło im to nieźle, jak sprawdziło się tym razem?

„Asystentka pisarza fantasy” to zbiór szesnastu opowiadań tak bardzo zróżnicowanych, że to aż niewiarygodne! Na dodatek autor bawi się gatunkami i koncepcjami, opowiada te często wymykają się więc kategoriom, nie jest łatwo je przyporządkować do jakiejkolwiek z nich. Mamy tu fantasy, science fiction, horror, obyczajówkę, odrobinę kryminału, romansu, otarcie się o dramat, naprawdę spora mieszanina! Ten zbiór jest pełen opowiadań na bardzo wysokim poziomie. Mnie bardzo spodobało się to o autostopowiczach Jezusie i diable, którzy zafundowali kierowcy niesamowitą jazdę; to o naukowcu i zombie (a może zombie-naukowcu?); o planecie robali, które zafascynowane są ziemskimi gwiazdami XX-wiecznego kina; o asystentce pisarza fantasy, która dostaje się do stworzonej przez niego magicznej krainy; o domokrążcy, który zakochuje się w mózgu, który ma na sprzedaż; o chłopcu, który niebacznie stworzył drewnianego stwora. I wiele innych, Ford ma chyba nieograniczoną ilość pomysłów. Kilka opowiadań jest trochę mniej ciekawych, a ze dwa przyprawiły mnie o taką minę:

what

Głównie to opowiadanie, w którym autor bawi się konceptem, że wszystko, w różnych wymiarach, dzieje się w tym samym czasie. To króciutkie (ze cztery strony?) opowiadanie ukazuje historię, w której naprawdę wszystko dzieje się jednocześnie. Po jego przeczytaniu rozbolał mnie mózg 😉

Po każdym opowiadaniu jest króciutka nota od autora, w której wyjaśnia on genezę powstania danego tekstu. Bardzo ciekawy pomysł, który dla mnie jest dodatkowym plusem tej książki.

„Portret pani Charbuque” to pełnowymiarowa powieść. Nowy Jork, rok 1893. Uznany portrecista, Piero Piambo, otrzymuje dziwaczne – ale potencjalnie niezmiernie lukratywne – zlecenie, ma namalować portret pani Charbuque. Zadanie wydawałoby się mało skomplikowane, gdyby nie fakt, że kobieta ta ukrywa się za parawanem, a Piambo ma namalować jej portret tylko na podstawie własnej wizji artystycznej. Jeżeli będzie podobny do oryginału, to stawka wzrośnie. Piero może zadawać pytania, jednakże nie te, które dotyczą jej wyglądu. Codzienne sesje szybko zamieniają się więc w opowieść o życiu modelki, a Piambo wpada w sidła fascynacji tajemniczą kobietą. Na dodatek jej życie jest niezwykłe, nie ma w nim nic codziennego, więc portrecista ma tym trudniejsze zadanie, bo dodatkowo jeszcze stara się dotrzeć do tego, co jest prawdą, a co fantazją. Sprawy nie ułatwia tajemniczy mężczyzna, który podaje się za męża zleceniodawczyni oraz fakt, że nagle zaczynają umierać kobiety, które dotyka zjawisko „krwawych łez”. Poczucie tajemniczości i grozy narasta z każdą kartką…

„Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy” to kolejny dowód na to, że seria Uczta Wyobraźni stoi na naprawdę wysokim poziomie! Ford bawi się konceptami, fabułami, łączy pomysły, które u innego autora wyszłyby kiczowato, a u niego wychodzą niezmiernie ciekawie i inspirująco. Okrasza je także pytaniami egzystencjalnymi, dotyczącymi człowieka, życia, miłości, wplata je jednak w treść swych utworów w taki sposób, że czytelnik nie czuje się nimi przytłoczony, zauważa te kwestie jakby mimochodem. A to wszystko opisane w sposób elegancki, subtelny, stonowany, jednocześnie bardzo obrazowy.

To była faktycznie Uczta Wyobraźni! Po raz kolejny…

© 

portretWydawnictwo: MAG, 2013

Oprawa: twarda

Liczba stron: 528

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

Inne do tej pory opisane książki z serii Uczta Wyobraźni:

 “Córka żelaznego smoka. Smoki Babel” – Michael Swanwick

– “Pompa nr 6 i inne opowiadania. Nakręcana dziewczyna” Paolo Bacigalupi

– “Pieśń czasu. Podróże” – Ian R. MacLeod

Przedpremierowo: „Przędza” – Gennifer Albin

Przędza

Premiera w marcu!

Wyobraźcie sobie, że otaczający nas świat to tak naprawdę Arras, który jest tkany (również spruwany i naprawiany) przez grupę Kądzielniczek, utalentowanych kobiet mieszkających w Zakonach. Mają one wpływ na każdy aspekt rzeczywistości. To dzięki nim ludzie mają co jeść, gdzie mieszkać, jak podróżować etc.

 Adelice kończy szesnaście lat, co oznacza, że musi przystąpić do egzaminu, w trakcie którego stwierdzone zostanie, czy ma dar tkania, czy też nie. W pierwszym przypadku trafi do Zakonu, w drugim przypadku zostanie jej przydzielona praca oraz będzie miała 2 lata na wybór męża i zawarcie związku małżeńskiego.

Dziewczyna przez lata była przyuczana przez rodziców do tego, by ukrywać swój specjalny talent. Szczególny o tyle, że widzi ona włókna arrasu bez potrzeby używania krosna. To dar niezmiernie rzadki, cechujący Prządki, twórczynie Arrasu.

Adelice – mimo usilnych prób – nie daje rady ukryć tak specjalnej umiejętności. I tutaj zaczyna się cała historia. Historia utraty, porzucenia, niebezpieczeństwa, intryg, władzy, nowych możliwości, na dodatek pełna emocji.

Trafia do Zakonu Zachodniego, gdzie czeka ją uczestniczenie w wielu rozgrywkach między władzami Arrasu, Kądzielniczkami a… No właśnie, kim jeszcze? Adelice oczywiście buntuje się, nie chce się poddać utartym schematom, chce odnaleźć siostrę, wrócić do normalnego życia. Nie rozumie dlaczego nie ma wolności wyboru, skąd pomysły o spruwaniu ludzi, po co istnieją pewne reguły.

Arras to świat niby idealny. Każdy ma pracę, rodzinę, uregulowane życie. Mało kto myśli o tym, że to życie jest może zbyt bardzo uregulowane, że nie ma właściwie wolności wyboru co do partnera, dzieci, miejsca pracy czy zamieszkania. O wszystkim decydują władze.

Z jednej strony – jak widać wyżej – to typowy przykład antyutopii. Mamy przyszłość, świat bardzo dobre rozwinięty, społeczeństwo ściśle podporządkowane władzom, które decydują o praktycznie wszystkich aspektach życia obywateli. Jednocześnie mamy tu coś więcej, niż w przeciętnej młodzieżówce tego typu. Mamy świat po swoistej katastrofie, gdzie ludzkość stworzyła nową wersję świata i społeczności. Czyli odrobinę wchodzi na poletko fantastyki postapokaliptycznej. Jest też połączenie nietypowe, czyli tkanie rzeczywistości (czyli coś, co wygląda trochę jak rodzaj magii) w połączeniu z odwiertem pierwiastków czy technologiami używanymi na Ziemi. Do tego elementy powieści inicjacyjnej, które pewnie rozwiną się w kolejnych tomach. Wychodzi takie delikatne pomieszanie gatunków, zresztą całkiem zgrabnie zrobione.

W ogóle „Przędza” to dobrze napisana powieść. Może i jest dosyć typowym reprezentantem antyutopii, ale jednocześnie autorka stworzyła zgrabną fabułę, ciekawy świat i przekonujących bohaterów. Wprawdzie pierwsza połowa książki to czystej wody wprowadzenie do świata, w którym dzieje się powieść, ale za to potem zaczyna się dziać coraz więcej i więcej. Akcja się rozbudowuje, nabiera coraz szybszego tempa, a zakończenie zostawiło mnie z poczuciem niedosytu i tekstem „ale co teraz?” na ustach.

Pytam więc „co będzie dalej?” i czekam na kolejne tomy!

©

Przędza 2Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2013

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 320

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

1 tom cyklu „Świat Tkaczy”

Przedpremierowo: „Świat bez bohaterów” – Brandon Mull

Pozaświatowcy

Premiera: 20 lutego 2012

Lyrian, magiczna kraina, rządzona przez tyrana Maldora. Bezwzględnie rządzi on wszystkimi gatunkami, gnębiąc mieszkańców, okrutnie rozprawiając się z potencjalnymi rewolucjonistami. A jeszcze nie tak dawno Lyrian była zupełnie inną krainą… Czy istnieje na tym świecie ktoś, kto może się rozprawić z despotą? Wygląda na to, że nie!

I w tym momencie na scenę trafia dwójka nastolatków z zupełnie innej rzeczywistości – Jason i Rachel.  Dwoje nastolatków, którzy do tej pory żyli w świecie nam znanym, chodzili do szkoły, odrabiali lekcje, spotykali się z przyjaciółmi, gdy nagle za sprawą jakiejś dziwnej sztuczki trafili do tej magicznej krainy. Wyobraźcie sobie ich szok, gdy zostają wyrwani z bezpiecznego, znanego świata i rzuceni do zupełnie innej bajki. Bajki pełnej ludzi-nasion, czatowników, rozsadników, a tymi wszystkimi stworami rządzi człowiek, którego właśnie ta dwójka ma się pozbyć.

Przed bohaterami stoi trudne wyzwanie. Maldor jest niezmiernie potężny, można się go pozbyć tylko w jeden sposób – wypowiadając w jego obecności szczególne słowo. Można je wypowiedzieć tylko raz, potem straci ono swoją moc. Jakby to nie było wystarczająco skomplikowane zadanie, to najpierw muszą się dowiedzieć jakie to słowo! Składa się ono z sześciu sylab, a każdą sylabę przechowuje od lat wyznaczona do tego osoba, którą trzeba znaleźć. Potem zostaje tylko zapamiętanie każdej z sylab (bez wymawiania całości!) w prawidłowym brzmieniu, dotarcie do Maldora i wypowiedzenie słowa. A tego wszystkiego ma dokonać dwójka nastolatków. Drobiazg!

Jason i Rachel – jak to zwykle w takich książkach bywa – na początku nie pałają do siebie wielką sympatią. Jednak wspólny trud, zagrożenie, konieczność uciekania, oszukiwania, ratowania wzajemnie swej skóry, łączy ich szybko, nawet nie orientują się, kiedy zostają przyjaciółmi. Maldor śledzi praktycznie każdy ich krok, dookoła tak wielu wrogów, a tak niewielu przyjaciół. A na dodatek nie ma pewności, że przyjaciel jest prawdziwym przyjacielem, a nie tylko podstawionym przez władcę oszustem.

„Świat bez bohaterów” to schemat. Bo ileż to książek ukazuje historie, gdzie młody bohater czy bohaterowie nagle trafiają do innego świata i muszą przyczynić się do jego ratowania? Pewnie tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy. Toteż gdy autor decyduje się na użycie takiego schematu, to sztuką jest użyć go tak, by to nie zmęczyło czytelnika i nie odrzuciło go od lektury. I to się – moim zdaniem – Mullowi udało. Począwszy już od drogi, jaką przebyła ta dwójka, by trafić do Lyrianu, a która była mocno nietypowa. Do tego sam magiczny świat i jego mieszkańcy, różnorodni i interesująco stworzeni.

Dzięki temu, że autor potrafił stworzyć ciekawy, niesztampowy świat w schemacie ogranym do bólu, to uzyskaliśmy ciekawą przygodówkę fantasy, głównie skierowaną do młodzieży. Nie jest to monumentalne dzieło, ale przyjemna rozrywka. Muszę przyznać, że i ja jestem ciekawa, jak  potoczą się dalsze losy dwójki przyjaciół, więc liczę na to, że wydawnictwo opublikuje cały cykl „Pozaświatowcy”.

©

Pozaświatowcy okładkaWydawnictwo: MAG, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 544

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

Cykl: Pozaświatowcy, tom 1