Wieloksiąg różności (#15)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Pierwszy wieloksiąg od sierpnia! Długaśna przerwa, aż dziwne, bo z pisaniem ciągle tak sobie, więc wydawałoby się, że takie krótkie formy powinny mi iść łatwiej. Tak czy owak, dzisiaj mam dla Was trzy, bardzo różne książki.

*****

siła niższa„Siła niższa” – Marta Kisiel

Po sześciu latach czekania fani „Dożywocia” doczekali się wreszcie swoistej kontynuacji. O moich zachwytach nad tą książką piałam przez lata wszędzie, gdzie się dało, zaczynając oczywiście od bloga. Możecie więc sobie wyobrazić, jak wysokie były moje oczekiwania.

Po utracie Lichotki Konrad wraz z „przyległościami” ląduje w nowym domu. Staje przed wieloma wyzwaniami – utrzymanie bardzo specyficznej gromadki domowników, utratę jednych z nich, pozyskanie nowych, problemy z nierzetelnymi współpracownikami, rozchwianie psychiczne u niektórych. Ma na głowie tyle, że nic dziwnego, że nie śpi, pada na twarz ze zmęczenia i tylko myśli o tym, jak sobie ze wszystkim poradzić. Żeby nie spojlerować, to napiszę tylko, że z małą anielską pomocą. No dobra, pewien Wiking też będzie miał niemały wkład w akcję. A będzie się działo, że hej!

Muszę przyznać, że chyba postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko. Lub przez tych sześć lat mocno się zmieniłam – i ja, i moje poczucie humoru. A może zły moment wybrałam na tę lekturę, może to skrajne wyczerpanie, zabieganie i stres nie pozwoliły mi się odpowiednio zanurzyć w rozkosznej powieści? W każdym razie tym razem nie było zarykiwania się na głos, rechotu słyszalnego u sąsiadów, płaczu ze śmiechu. Było kilka uśmiechów, ze dwa parsknięcia i tyle. Trochę rozczuleń i owszem. Bo to generalnie jest bardzo przyjemna, ciepła, urocza, rozczulająca powieść z przesympatycznymi bohaterami. Rozrywka dobrej klasy i czystej wody. Ale „efektu Dożywocia” nie było. Może to też dlatego, że ta powieść jest jednak pod mocnym wpływem rodzicielstwa, w przeróżnych odsłonach i wariacjach? Może dlatego nie odnalazłam się w niej tak dobrze, jak w pierwszej?

W każdym razie jeżeli szukacie lektury, która uprzyjemni Wam jesienne czy zimowe wieczory, przyniesie uśmiech i relaks, to jest to świetny wybór. Polecam!

pchli pałac„Pchli pałac” – Elif Shafak

Akcja powieści rozgrywa się w Stambule, w Pałacu Cukiereczek. Ten dom, który wybudowany był dla bogatej rosyjskiej rodziny stał jakiś czas opuszczony, aż pozwolono na wynajęcie wszystkich mieszkań. Powoli zapełnił się mieszanką, która odzwierciedla to niesamowite miasto – barwną, wielokulturową, przedziwną, wierzącą w różnych bogów, bogatą w różnorodny miks poglądów, doświadczeń, marzeń. Autorka przedstawia czytelnikom każdą z osób/rodzin zamieszkujących w Pałacu, a następnie zaczyna opowiadać ich historie, splatać je ze sobą i prowadzić powolutku do interesującego finiszu.

Była to druga książka Elif Shafak, którą czytałam. Myślę, że przeczytam i kolejne, bo jej twórczość mnie intryguje. Chociaż z tych dwóch bardziej podobało mi się „Czarne mleko”, co mnie samą dziwi, bo to nie jest książka, która powinna mi przypaść tak bardzo do gustu. A tu proszę, sjurpryza. W każym razie już po tych dwóch powieściach mogę powiedzieć, że autorka to bystra obserwatorka rzeczywistości, umiejętnie opowiada historie, snuje je leniwie, z dbałością o szczegóły psychologiczne i oddanie realiów. Polecam tym, którzy chcą odrobiny odmiany po literackiej kombinacji Polska-USA-trochę Wielkiej Brytanii…

Nieśmiertelny„Nieśmiertelny” Catherynne M. Valente

Książka ta powstała ponoć na bazie starej rosyjskiej bajki o Marii Morewnie, Iwanie i Kościeju Nieśmiertelnym. Valente jednak opowiada nową jej wersję, magiczną i świeżą, okraszając także dodatkami z innych podań słowiańskich, a także… socrealizmem. To właśnie w jej opowieści skrzaty domowe zawiązują komitet domowy, w społeczeństwie panuje strach przed systemem, realia brzmią znajomo.

W każdym razie główną bohaterkę – Marię Moriewną – poznajemy, gdy wypatruje kolejnych ptaków uderzających w ziemię i zamieniających się w pięknych młodzieńców przychodzących prosić o rękę jej starszych sióstr, a w końcu i jej. Ale dla niej los przeznaczył kogoś dużo bardziej spektakularnego, ma zostać żoną Kościeja Nieśmiertelnego, Cara Życia. I tak oto Maria trafia pomiędzy życie i śmierć, odwieczną walkę, która wydaje się być z góry skazana na porażkę.

Książka ta, pełna baśniowych stworów, nowego spojrzenia na stare baśnie i ich bohaterów jest powieścią ciekawą, jednak nie porywającą. Czytało mi się ją powoli, lektura trochę mnie męczyła i sama nie wiem, dlaczego tak było. Czy to ze względu na specyficzny styl, czy może przeładowanie pomysłów, trudno mi zadecydować. Jednakże jest to gratka dla wielbicieli fantastyki nietypowej i dla tych, którzy lubują się w nowych wersjach baśni, opowieści, mitów, historii.

*****

To byłoby na tyle na dzisiaj. Za oknem plucha, spotkanie odwołane, więc wracam na kanapę z książką. Chociaż sumienie woła: „poćwicz! ugotuj! posprzątaj!”. Za chwilę…

Reklama

„Mordercy w mauzoleach. Między Moskwą a Pekinem” Jeffrey Tayler

Wydawnictwo: Carta Blanca, Grupa Wydawnicza PWN, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 410

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Jeffrey Tayler to autor książek reporterskich, reporter, podróżnik, znawca Rosji, w której mieszka od 1993 roku. W latach 1988–1993 był członkiem Korpusu Pokoju. Początkowo służył w Marakeszu, w 1992 roku – w Warszawie, potem w Uzbekistanie. Osiadł w Rosji, ożenił się z Rosjanką i poświęcił się pisaniu książek. Ciekawa persona, prawda?

„Mordercy w mauzoleach. Między Moskwą a Pekinem” to kolejna książka tego autora, w której opisuje rejony Eurazji, szczególnie kraje byłego Związku Radzieckiego. Autor mieszkając od lat w Rosji miał okazję obserwować jej rozwój, zmiany społeczne, polityczne, kulturalne, codzienne życie mieszkańców. Zdał sobie jednak sprawę, że zna codzienność właściwie tylko okolic bardziej turystycznych i popularnych z różnych powodów. Zaczął zastanawiać się nad tym, w jaki sposób przemiany, które rozpoczęły się po rozpadzie ZSRR wpłynęły na mieszkańców mniej znanych mu regionów Rosji, jak również byłych krajów imperium sowieckiego, a nawet tych z nim graniczących. Postanowił to sprawdzić osobiście i ruszył w podróż…

Ponad jedenaście tysięcy kilometrów, różne miasta, różne kraje, a właściwie wszędzie różno kulturowy tygiel. Tayler podróżuje szybko, w każdym z miast spędza od jednego do trzech dni i potem jedzie dalej. I to niestety zrobiło na mnie wrażenie powierzchowności w jego relacji. Może warto byłoby wyznaczyć krótszą i mniej intensywną trasę, a każdemu z tych miejsc poświęcić za to więcej czasu i uwagi? Autor w każdym z miast spotyka ludzi poleconych mu przez różnorakich znajomych, jest to więc towarzystwo przypadkowe i zdecydowanie różnorodne. Od przywódcy Kozaków, przez lokalnych biznesmenów, aż po piękne studentki. Opowiadają mu oni swoje historie, losy regionów, krajów, miast. Często opowieściom towarzyszy pewnego rodzaju napięcie – czy to dzięki spychaniu niektórych mniejszości poza nawias społeczny, udawanie, że ich nie ma, czy to ludobójstwo, konflikty między narodami, grupami etnicznymi. Region Eurazji jest wielkim tyglem kulturowo-narodowościowym, co potencjalnie często bywało i ciągle bywa zapalnikiem konfliktów i wzajemnej nienawiści. Nie pomogło temu sztuczne ustalanie granic. Są jednak i dobre przykłady – odkładanie zatargów na bok, pary mieszane, wspólne budowanie historii. Możemy poznać zarówno kraje będące właściwie pod władaniem dyktatorów, jak i te, gdzie podejmowane są próby demokratyzacji społeczeństwa.

W 1995 roku prezydent Nazarbajew ogłosił referendum, na mocy którego jego kaencja została przedłużona, a zakres prerogatyw głowy państwa rozszerzony: obecnie wyłącznie on może zgłaszać poprawki do konstytucji, powoływać i odwoływać rząd, rozwiązywać parlament, według własnego uznania zgłaszać referenda oraz wyznaczać zwierzchników administracji regionów i miast.

Zadziwiająco często wspominano z melancholią, czasami wręcz rozczulenie czasy ZSRR, jak wtedy było im dobrze i bezproblemowo. Czasami wspomnienia dotyczyły zaskakujących aspektów:

– Ja tam lubię sowieckie filmy – odezwał się stary Rosjanin. – No wiecie, takie o miłości, przyjaźni i honorze. W Hollywood to sama przemoc i seks, i głupia fabuła… Jakby robili filmy dla idiotów. Można by pomyśleć, że Amerykanie to kulturalni ludzie. A tu proszę. Same tłuściochy, a sądząc po ich filmach, kretyni. Bez obrazy – zwrócił się do mnie – ale mamy tu powyżej uszu hollywoodzkich filmów.

Książka ta oferuje nam błyskawiczną podróż razem z autorem, doświadczanie tego, co i on doświadczył, ale miałam nieodparte wrażenie, że moja wiedza pozostała na poziomie powierzchownym, nie dotarłam głębiej w jej rozwoju. Możemy poznać sporo różnych informacji, ale jak opisać tak wiele różnorakich miejsc  i ludów dogłębniej na 410 stronach? Nie jest to przecież możliwe. Jest to dobry start do dalszego poznawania Eurazji, również od bardziej ludzkiej strony – autor opisuje swoje relacje z napotkanymi osobami, wspólne biesiady, podróże, tańczenie. Używa prostego języka, bez zbytniego ozdabiania tekstu, relacjonuje co przeżył. Niezależnie od kraju powtarzała się uwaga, która niezmiernie mnie bawiła, a którą Jeffrey musiał wysłuchiwać chyba kilkadziesiąt razy:

Wyszliśmy razem na korytarz, gdzie wypytał mnie o wojnę w Iraku i o prezydenta Busha (oraz o to, czemu Amerykanie dwa razy obrali „takiego durnia” głową państwa.

Polecam osobom zainteresowanym tym regionem, a które jeszcze zbyt wiele na jego temat nie wiedzą. Tutaj razem z autorem podczas tańcu w dyskotece spotkacie przedstawicieli mniejszości i większości i będziecie mogli poznać wersje obydwóch stron. Mnie się podobało, jednak w porównaniu chociażby do książek Wojtka Góreckiego, to książka Taylera jest słabsza, mniej interesująca i wciągająca. A może to tylko Polak lepiej rozumie realia tego regionu? Sprawdźcie sami!

Recenzja dla serwisu Na Kanapie.

„Podróże po Azji Środkowej. 1885-1890” Bronisław Grąbczewski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN SA, 2010

Oprawa: twarda

Ilość stron: 712

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

Seria: Odkrywanie Świata

*****

Ojciec Bronisława Grąbczewskiego był powstańcem biorącym udział w powstaniu styczniowym, a sam Bronisław rósł w domu o patriotycznych korzeniach. Jednak, gdy dorósł był na rozdrożu: podążać za głosem patriotyzmu, czy głosem pasji? Bo był z niego pasjonat podróży, odkrywania nieznanego, miał żyłkę awanturnika. To wszystko spowodowało, że zaciągnął się do armii rosyjskiej, jednak jednocześnie – by uniknąć „zaszkodzenia rodakom” wnioskował o skierowanie do Azji. I tak zaczęło się jego niesamowite życie podróżnika i odkrywcy.

„Podróże po Azji Środkowej. 1885-1890” to zbiór trzech samodzielnie wydanych książek, które po wielu latach Wydawnictwo PWN zdecydowało się wydać w jednej księdze, by dać nam szansę poznania dokonań naszego znamienitego rodaka. Bo jest o czym pisać, o czym mówić! Brał on udział w wielu ekspedycjach politycznych i poznawczych. W ich trakcie skrupulatnie notował swoje spostrzeżenia, robił pomiary meteorologiczne i geograficzne, zbierał kolekcje przyrodnicze, robił zdjęcia. Innymi słowy – odkrywca doskonały 🙂 A miał okazje zbadać tereny albo w ogóle jeszcze dla ludzi „ucywilizowanych” nieznane, albo znane w bardzo niewielkim stopniu.

W tomie wydanym przez PWN mamy okazję poznać zapiski z jego trzech wypraw: „Kaszgarja”, „Przez Pamiry i Hindukusz do źródeł rzeki Indus” oraz „W pustyniach Raskemu i Tybetu”. Obszary mi praktycznie w ogóle nieznane. Bronisław Grąbczewski jest świetnym narratorem, wciągnął mnie w swoje przygody bez trudu. A są to przecież podróże w XIX wieku, kiedy tamte tereny były niekoniecznie przyjazne dla podróżujących 😉 No i nie mieli oni helikopterów, samolotów, telefonów satelitarnych oraz zaplecza TVN czy TVP2 😉 Po przeczytaniu tej książki jestem pełna podziwu dla osób, które przez rok czy dwa błądziły po bezdrożach, narażając się na wszelakie niebezpieczeństwa, a to wszystko po to, by zbadać nieznany obszar, nawiązać kontakty z różnymi społecznościami, czy zbudować relacje polityczne. Mam dla nich wielki szacunek, aż szkoda, że tak niewiele o nich wiem, może teraz będę się uważniej rozglądała dookoła, by poczytać coś jeszcze na ten temat.

A na dodatek Grąbczewski jest bystrym obserwatorem, który z tych wypraw wyciągnął masę wiadomości, a dzięki temu my mamy okazję je teraz poznać. Wiadomości dotyczące geografii, fauny i flory, dróg, przepraw, sytuacji politycznej, militarnej, kultur, tradycji, języków, wyżywienia, pogody, zasobów naturalnych, agrokultury i masy innych rzeczy. I nie jest to nudne! Autor podaje nam wszystkie te informacje w ciekawy sposób, czułam się wręcz tak, jakbym jechała na koniu obok niego 🙂 A dodatkowo wciągała mnie akcja – te wszystkie intrygi polityczne, szarady między władzami, zależności, napady na ich wyprawę, przeszkody naturalne, choroby, brak pieniędzy, rywalizacja Rosji i Anglii na tych obszarach. No mówię Wam – tysiące kilometrów, bogactwo przeszkód i wyzwań do pokonania. A on – wraz z grupką lojalnych kozaków i współpracowników – dał radę 🙂

Przyznam, że gdy czytałam o warunkach podróży i życia w trakcie wyprawy, to czasami jeżyły mi się włosy na głowie. Po pierwsze – zeszłabym z tego świata przy pokonywaniu pierwszych ścieżek (bo dróg w większości przecież nie było) na wysokości kilku tysięcy metrów. A jeżeli nie tam, to przy podróżowaniu „balkonami”. Najdalej już przy przeprawianiu się przez rzeki. A do tego jeszcze milion innych przerażających momentów! Zobaczcie sami w jakich warunkach wtedy się podróżowało!

Ten most, to – jak wynika z tekstu – wersja luksusowa. Niestety mój skaner nie chce ze mną współpracować, więc wersji mniej luksusowych nie poznacie do momentu zabrania się za czytanie książki. Normalnie jakby się czytało przygody Tomka 😉

Dzięki tej książce miałam okazję poznać masę, naprawdę masę nowych informacji, dla mnie niezmiernie interesujących. Oto przykład ciekawych zwyczajów, które panowały w tamtych rejonach:

Przysięga na ziemię wśród Kirgizów odbywa się w ten sposób: Po szczegółowem omówieniu sprawy, przysięgający klękają twarzą do siebie, wyjmują z zapasa noże i, mówiąc: Alhamdu-Lilło, Rachman i Rachim (w imię Boga Wszechmogącego i Sprawiedliwego) uderzają razem nożami w ziemię. Okruchy ziemi, które przylepiły się do mego noża, zjada mój towarzysz, a ja z jego noża, mówiąc: Hu do ursyn (niech skarze Bóg) – i ceremonja skończona. (str. 185)

Przerażające były opisy chorób panujących wśród ludności:

Po pewnym przeciągu czasu gdzieś na ciele zjawia się bolesny pryszczyk, który bardzo swędzi. Oczywiście człek drapie, pryszczyk się zaognia, powstaje jątrząca się ranka, z ktorej wygląda czarna główka glisty, wielkości główki do szpilki.

Są specjaliści krajowcy, którzy umieją tę główkę uchwycić i, wyciągając glistę z nadzwyczajną ostrożnością, nawijają główkę na patyczek drzewa, cieńszy od zapałki (…) (str. 220)

A stosunek do zwierząt bywał czasami makabryczny! Tutaj przykład uzyskiwania futra z karakuł:

Nie jestem pewien, czy im (paniom) wiadomo, w jaki barbarzyński sposób otrzymuje się te ładne futerka! Otóż owcę, która ma urodzić za parę dni, przywiązują do pala i szeroką pałką biją po bokach i krzyżu, póki nieszczęśliwe stworzenie nie poroni małych. Naturalnie, wiele owiec nie przenosi takiej operacji; wtedy je dorzynają.

Jednakże wiele więcej jest informacji ciekawych, fascynujących, zabawnych, więc całość zdecydowanie warto jest poznać!

Książka – jak już wspomniałam – pełna jest informacji, wymaga więc od nas skupienia przy czytaniu. Szczególnie, że nazwy własne są dla nas mocno egzotyczne i łatwo się w nich zgubić. Wydawnictwo zafundowało nam gratkę i nie zaadaptowało tekstu do aktualnej polszczyzny, czytamy więc autentyczny tekst pisany przez Grąbczewskiego. Moim zdaniem jest to świetny zabieg potęgujący przyjemność lektury. Bo nie jest to niezrozumiała polszczyzna sprzed wielu wieków, ale urocza polszczyzna XIX wieku, którą czytało mi się wybornie.

Dodatkowym plusem jest wydanie – solidna twarda oprawa, skromna, a jednocześnie przyciągająca wzrok okładka, dobrej jakości papier, a by ulepszyć jej trwałość książka jest szyta. Dodatkowym rarytasem są zdjęcia robione przez autora, oczywiście niewielkie, czarno-białe, ale to przecież zrozumiałe.

Są też minusy, chociaż mi one bardzo nie przeszkadzały, to jednak niestety były zauważalne. Mapa początkowa to mapa aktualna, nijak mająca się do mapy z czasów autora. Niestety nie możemy sobie dzięki niej „pozwiedzać palcem na mapie”. Kolejnym minusem jest to, że zdjęcia nie są ułożone stosownie do tekstu. Autor pisze, że miejsce to uwiecznił na zdjęciu, chce się spojrzeć, a tu fotografia nie tego, co trzeba, a właściwa jest 100 stron dalej. Ja wiem, że wymaga to dodatkowej pracy, ale gwarantowałoby o wiele wyższą jakość czytania. No i tyle, więcej wad niż te dwie nie widzę 🙂

Ciekawa pozycja dla wszystkich osób ciekawych świata, lubiących poznawać inne kraje i kultury oraz tych, którzy lubią historię „żywą” (czyli niekoniecznie informacje o traktatach i bitwach, a bardziej strawny przekaz kogoś, kto żył w dawnych czasach). Polecam!

„Dziwne teleskopy” Daniel Kalder

Wydawnictwo: Czarne, 2010

oprawa: miękka
ilość stron: 516
moja ocena: 4,5/6

ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

„Dziwne teleskopy” to reportaż nietypowy. Daniel Kalder spędził w Rosji 10 lat. Zachwycił się tym krajem, ale nie w typowy sposób – nie zabytkami, kulturą, krajobrazami, lecz różnymi „naroślami” – postsowieckimi kombinatami, rozpadającymi się przedmieściami, brudnymi tunelami. Zachwycił się również ludźmi i ich charakterem. Dlatego postanowił napisać książki na temat Rosji. „Dziwne teleskopy” to jego druga książka.

Ta książka to zaskakująca podróż przez Rosję i zmiany w niej zachodzące na podstawie czterech niesamowitych postaci. Pierwszą jest diggers Wadim, który fascynuje się podziemną Rosją, a szczególnie podziemną Moskwą. Zna on ponoć podziemia Moskwy, jak nikt inny. Stara się pomagać władzom, jednakże w pewnym momencie staje się persona non grata. Czy to dlatego, że twierdzi, że pod Moskwą znajduje się alternatywne miasto stworzone na wypadek wybuchu bomby atomowej? Czy dlatego, że twierdzi, że jest tam też podziemne morze zamieszkałe przez radioaktywne stwory? A może dlatego, że odkrył kremlowskie podziemne bunkry?

Dzięki Wadimowi autor poznaje jego znajomego, który poświęca życie tworzeniu filmów dokumentujących istnienie demonów i złych duchów oraz egzorc yzmy z nimi walczące. I tak oto w pewnym momencie autor trafia na Ukrainę, do domu pewnego popa, ojca czternaściorga dzieci i sławnego egzorcysty, który egzorcyzmami zajmuje się dwa razy w tygodniu, w trakcie ceremonii w jego maleńkiej cerkwi.

Kolejną osobą, która zafascynowała autora jest „syberyjski  Jezus” – Wissarion, były policjant, który twierdzi, że jest kolejnym wcieleniem Chrystusa. W pewnym momencie życia odnalazł swoje wcielenie i zaczął nawracać ludzi na jego wersję religii. Wersję, która przypomina połączenie różnych największych religii świata. W pewnym momencie, wraz z wiernymi założył osadę w syberyjskiej dziczy, która powoli się rozrasta. Jego ruch zyskuje coraz więcej wiernych, a Wissarion obserwuje to wszystko ze świętej góry, na której mieszka.

Ostatnim bohaterem książki jest były „noworuski” biznesmen i gangster – Satjugin. Wybudował on najwyższą na świecie budowlę wykonaną tylko z drewna, bo chciał „patrzeć na wszystkich z góry”. Jednakże w pewnym momencie ludziom przestało sie to podobać i Satjugin trafił za kratki. Wieża stała nieskończona, a ludzie wymyślali różne bajdy na jej temat, np. że ma być nową arką, która uratuje narody słowiańskie w razie kolejnego potopu. Po wyjściu z więzienia Satjugin postarał się, by ludzie o nim zapomnieli, zamieszkując po cichu w wieży, z żoną i kilkoma dzikimi owczarkami kaukaskimi.

Tak niesamowity miks bohaterów. Jednakże coś ich wszystkich łączy – każdy z nich ma misję, przekonany jest o ważności swojego zadania, które przecież wpłynie zapewne na losy przynajmniej całego kraju, jak nie calego świata. Każdy z nich wierzy w swoje racje całym sercem i poświeca życie tylko temu.

Autor nie wierzy za grosz w misje, które reprezentują bohaterowie książki, ale nie szydzi z nich, nie stara się znaleźć dziury w całym. Wysłuchuje ich opinii, stara się zrozumieć sposób myślenia, poznać jak najlepiej sie da bohaterów i ich życie.

Styl, w jakim jest napisana ta książka jest jednocześnie całkiem ciekawy i trochę siermiężny. Nie brak w nim „męskiego” języka oraz humoru. Aczkolwiek jest to humor bardzo specyficzny, który czasami mnie rozbawił, a czasami wręcz pozostawił lekki niesmak. Jak na przykład po przeczytaniu tego zdania:

„Niemcy, oczywiście, są najśmieszniejszym narodem Europy. Uwielbiam zwłaszcza, jak robią różne dziwne rzeczy, takie jak otwieranie specjalnych sklepów mięsnych dla nudystów albo mieszkanie w wigwamach, albo zjadanie ludzi, których poznali przez internetowy czat, albo coś w tym rodzaju.”  (str. 274)

Sumując – książka ta przedstawia inną Rosję. Nie to, co nam podają media i nie to, o czym słyszymy od starszych i na lekcjach historii. Ta Rosja, to kraj, w którym istnieją ludzie żyjący na pograniczu – pograniczu rzeczywistości ich otaczającej i własnej misji, na pograniczu społeczeństwa, na pograniczu ogólnie pojmowanego życia. Jeżeli macie ochotę poznać tak unikatowych bohaterów – zapraszam do przeczytania „Dziwnych teleskopów”!