Wieloksiąg różności (#15)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Pierwszy wieloksiąg od sierpnia! Długaśna przerwa, aż dziwne, bo z pisaniem ciągle tak sobie, więc wydawałoby się, że takie krótkie formy powinny mi iść łatwiej. Tak czy owak, dzisiaj mam dla Was trzy, bardzo różne książki.

*****

siła niższa„Siła niższa” – Marta Kisiel

Po sześciu latach czekania fani „Dożywocia” doczekali się wreszcie swoistej kontynuacji. O moich zachwytach nad tą książką piałam przez lata wszędzie, gdzie się dało, zaczynając oczywiście od bloga. Możecie więc sobie wyobrazić, jak wysokie były moje oczekiwania.

Po utracie Lichotki Konrad wraz z „przyległościami” ląduje w nowym domu. Staje przed wieloma wyzwaniami – utrzymanie bardzo specyficznej gromadki domowników, utratę jednych z nich, pozyskanie nowych, problemy z nierzetelnymi współpracownikami, rozchwianie psychiczne u niektórych. Ma na głowie tyle, że nic dziwnego, że nie śpi, pada na twarz ze zmęczenia i tylko myśli o tym, jak sobie ze wszystkim poradzić. Żeby nie spojlerować, to napiszę tylko, że z małą anielską pomocą. No dobra, pewien Wiking też będzie miał niemały wkład w akcję. A będzie się działo, że hej!

Muszę przyznać, że chyba postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko. Lub przez tych sześć lat mocno się zmieniłam – i ja, i moje poczucie humoru. A może zły moment wybrałam na tę lekturę, może to skrajne wyczerpanie, zabieganie i stres nie pozwoliły mi się odpowiednio zanurzyć w rozkosznej powieści? W każdym razie tym razem nie było zarykiwania się na głos, rechotu słyszalnego u sąsiadów, płaczu ze śmiechu. Było kilka uśmiechów, ze dwa parsknięcia i tyle. Trochę rozczuleń i owszem. Bo to generalnie jest bardzo przyjemna, ciepła, urocza, rozczulająca powieść z przesympatycznymi bohaterami. Rozrywka dobrej klasy i czystej wody. Ale „efektu Dożywocia” nie było. Może to też dlatego, że ta powieść jest jednak pod mocnym wpływem rodzicielstwa, w przeróżnych odsłonach i wariacjach? Może dlatego nie odnalazłam się w niej tak dobrze, jak w pierwszej?

W każdym razie jeżeli szukacie lektury, która uprzyjemni Wam jesienne czy zimowe wieczory, przyniesie uśmiech i relaks, to jest to świetny wybór. Polecam!

pchli pałac„Pchli pałac” – Elif Shafak

Akcja powieści rozgrywa się w Stambule, w Pałacu Cukiereczek. Ten dom, który wybudowany był dla bogatej rosyjskiej rodziny stał jakiś czas opuszczony, aż pozwolono na wynajęcie wszystkich mieszkań. Powoli zapełnił się mieszanką, która odzwierciedla to niesamowite miasto – barwną, wielokulturową, przedziwną, wierzącą w różnych bogów, bogatą w różnorodny miks poglądów, doświadczeń, marzeń. Autorka przedstawia czytelnikom każdą z osób/rodzin zamieszkujących w Pałacu, a następnie zaczyna opowiadać ich historie, splatać je ze sobą i prowadzić powolutku do interesującego finiszu.

Była to druga książka Elif Shafak, którą czytałam. Myślę, że przeczytam i kolejne, bo jej twórczość mnie intryguje. Chociaż z tych dwóch bardziej podobało mi się „Czarne mleko”, co mnie samą dziwi, bo to nie jest książka, która powinna mi przypaść tak bardzo do gustu. A tu proszę, sjurpryza. W każym razie już po tych dwóch powieściach mogę powiedzieć, że autorka to bystra obserwatorka rzeczywistości, umiejętnie opowiada historie, snuje je leniwie, z dbałością o szczegóły psychologiczne i oddanie realiów. Polecam tym, którzy chcą odrobiny odmiany po literackiej kombinacji Polska-USA-trochę Wielkiej Brytanii…

Nieśmiertelny„Nieśmiertelny” Catherynne M. Valente

Książka ta powstała ponoć na bazie starej rosyjskiej bajki o Marii Morewnie, Iwanie i Kościeju Nieśmiertelnym. Valente jednak opowiada nową jej wersję, magiczną i świeżą, okraszając także dodatkami z innych podań słowiańskich, a także… socrealizmem. To właśnie w jej opowieści skrzaty domowe zawiązują komitet domowy, w społeczeństwie panuje strach przed systemem, realia brzmią znajomo.

W każdym razie główną bohaterkę – Marię Moriewną – poznajemy, gdy wypatruje kolejnych ptaków uderzających w ziemię i zamieniających się w pięknych młodzieńców przychodzących prosić o rękę jej starszych sióstr, a w końcu i jej. Ale dla niej los przeznaczył kogoś dużo bardziej spektakularnego, ma zostać żoną Kościeja Nieśmiertelnego, Cara Życia. I tak oto Maria trafia pomiędzy życie i śmierć, odwieczną walkę, która wydaje się być z góry skazana na porażkę.

Książka ta, pełna baśniowych stworów, nowego spojrzenia na stare baśnie i ich bohaterów jest powieścią ciekawą, jednak nie porywającą. Czytało mi się ją powoli, lektura trochę mnie męczyła i sama nie wiem, dlaczego tak było. Czy to ze względu na specyficzny styl, czy może przeładowanie pomysłów, trudno mi zadecydować. Jednakże jest to gratka dla wielbicieli fantastyki nietypowej i dla tych, którzy lubują się w nowych wersjach baśni, opowieści, mitów, historii.

*****

To byłoby na tyle na dzisiaj. Za oknem plucha, spotkanie odwołane, więc wracam na kanapę z książką. Chociaż sumienie woła: „poćwicz! ugotuj! posprzątaj!”. Za chwilę…

Reklama

„Czarny statek” Sherko Fatah

Wydawnictwo: Czarne, 2010

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 330

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

W trakcie czytania tej książki przypomniała mi się rozmowa, którą usłyszałam w trakcie wolnego popołudnia na jednym ze szkoleń, w których miałam okazję uczestniczyć. Bohaterami byli dziewczyna z Palestyny i chłopak z Izraela. W trakcie naszego spaceru po mieście nagle usłyszeliśmy kilka samochodów jadących na sygnale, nie wiedzieliśmy czy to karetki, czy samochody innych służb, zresztą jest to nieważne. Ważne jest to, że nasi bohaterowie spojrzeli na siebie w specjalny sposób, a potem wybuchnęli śmiechem. Na nasze pytania „O co chodzi?” odpowiedzieli mniej więcej w taki sposób: „Jednego samochodu na syrenie w ogóle nie zauważamy, dwa to pewnie jakiś wypadek, dopiero od trzech zaczynamy się martwić, bo to pewnie wybuchła bomba”. I ta myśl o relatywiźmie postrzegania naszej rzeczywistości, o tym, jak znieczulamy się – siłą rzeczy – na wydarzenia dookoła, jak głęboko jednak tkwią w nas przeżycia, których doświadczyliśmy – właśnie ona towarzyszyła mi w trakcie lektury „Czarnego statku”.

Kerim, to chłopiec, którego dojrzewanie przypadło na czas dla Iraku nieszcześliwy. Czas walk, bratobójczych morderstw, wjazdu żołnierzy amerykańskich, walk „partyzanckich”, terroru i śmierci. Na dodatek jego rzeczywistość zaczyna wyglądać prawie tak, jakby nieznany bliżej Bóg chciał przetestować go w sposób podobny do tego, w jaki sprawdzał wiarę Hioba. Najpierw jest świadkiem zabicia ojca, co samo w sobie jest wystarczająco traumatyczne dla młodego chłopca. Potem – jako najstarszy „mężczyzna” w rodzinie – zostaje obciążony obowiązkiem prowadzenia restauracji, która utrzymuje całą rodzinę. A gdy pewnego dnia jest w drodze do dziadków, nagle zostaje napadnięty przez partyzantów i uprowadzony. Tam zostaje wcielony do grupy, która ma za zadanie walki z najeźdzcami, ale także rozliczanie się ze zdrajcami. A przynajmniej tymi, którzy wyglądają na zdrajców w oczach dowódców. Kerim zostaje przeszkolony, wie jak używać broni, konstruować bomby, nagrywać zamachy, zna zapach krwi i wie jak wygląda ucięta głowa trzymana za włosy ku postrachowi obcych. Jednocześnie przeżywa fascynację Nauczycielem, duchowym przywódcą tej grupy. Z dnia na dzień wyczuwa jednak coraz większe zagrożenie ze strony dowódcy podgrupy, do której Kerima wyznaczono. Sytuacja ta rozwija się błyskawicznie, a kończy się tym, że chłopakowi udaje się uciec i wrócić do domu.

Jednak i w domu długo nie bawi, cały czas czuje jakieś zagrożenie, niepokój, niedosyt. Postanawia więc ponownie uciec, tym razem do Niemiec, do wuja mieszkającego w Berlinie. Nie da się tego zrobić legalnie, więc na Kerima czeka wiele niebezpieczeństw, podróż jest długa, ciężka, pogrążona w ciemności, klaustrofobiczna. A czy Niemcy okażą się w końcu miejscem, gdzie odzyska spokój, wróci do normalności? Czy będzie potrafil się odnaleźć w zachodniej cywilizacji? Czy odnajdzie drogę do szczęścia?

„Czarny statek” to książka bardzo – paradoksalnie – stonowana, spokojna, powolna. Może wbrew tematom, które porusza, nie wiem. Zaczyna się mocnym akcentem, potem stabilizuje na bardzo spokojnym, jakby wypranym z emocji, poziomie. Kerim, widząc mordowanie całej wsi, każdej osoby, nawet niemowląt, wydaje się nie odczuwać żadnych emocji. Jednak to tylko przykrywka, wygląda na to, że chłopak żyje w permanentnym szoku, jakby w ciągłej traumie. Co kompletnie by mnie nie dziwiło, bo jedno tragiczne wydarzenie goni drugie, a on sam dorasta w nienormalności, która go otacza.

A gdy w końcu może spróbować odnaleźć spokój ducha i myśli, to wtedy te wszystkie wrażenia do niego wracają, pojawiają się co jakiś czas w przebłyskach z przeszłości. To znowu męczy Kerima, nie daje mu zaadaptować w nowej rzeczywistości. I to też ciągle zmusza go do różnorakich poszukiwań – do spotykania się z chłopakami z ulicznego gangu, z młodzieżą pogrążoną w modlitwie, z niemiecką dziewczyną, w której ramionach próbuje odnaleźć samego siebie. Szkoda, że nikt nie wpadł na to, by Kerima zaprowadzić do psychologa, który pomógłby mu zrozumieć to, co mu się przydarzyło i zapanować nad życiem. Ale jednocześnie jest to bardzo prawdziwa sytuacja. Jak wielu uchodźców nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, co jest tym trudniejsze biorąc pod uwagę fakt, co przeżyli! I jak niewielu z nich tak naprawdę ktoś pomaga w odpowiednim czasie.

Autor – ustami bohaterów – dzieli się także wieloma celnymi przemyśleniami dotyczącymi sytuacji w wielokulturowych społeczeństwach, adaptacji, mieszania się kultur, podejścia do inności i wielu innych spraw.

Każdy tutaj jest wolny, nie istnieje ustalony porządek, na którym można by się oprzeć, dlatego stale trzeba zadawać sobie pytania, chodzić na polowanie i oferować siebie, dlatego w tej grze są przegrani, ci, którzy mają do zaoferowania zbyt mało, brzydcy, głupi albo po prostu niezręczni. A kiedy w końcu dwoje ludzi się schodzi, muszą walczyć o wspólny czas i na dodatek starać się, żeby nie było za nudno. Czy to nie ta wieczna walka jest istotą przygnębiającej wolności, o któej mówił Nauczyciel, wolności, która sprawia, że czujemy się samotni?

***

Mówią, że kochają wolność, ale ich wolność to samotność. Mówią, że kochają życie, ale ich życie to żądza. Mówią postęp, ale ten postęp powiększa tylko terytorium, które jótro będą wyzyskiwać i niszczyć, bez wytchnienia, do cna.

Dopiero teraz, gdy powoli piszę ten tekst, dociera do mnie jak wiele tematów porusza ta książka. Ją trzeba przemyśleć po lekturze, zyska się wtedy pełen obraz wielopoziomowości tej lektury. Może dotarła do mnie bardziej dlatego, że w mej pracy spotkałam wielu emigrantów, uchodźców, osoby z regionów objętych konfliktami zbrojnymi? A w dodatku część akcji dzieje się w Berlinie, którego wielokulturowe dzielnice zapełnione emigrantami miałam okazję nieźle poznać? © Agnieszka Tatera

„Dłoń pełna gwiazd” Rafik Schami

Wydawnictwo: WAM, 2011.

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 202

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Damaszek, czas bliżej nieokreślony. Miasto dla większości z nas słabo znane i egzotyczne. Pełne ludzi, dźwięków, smaków i zapachów. Biedne, żyjące pod tyranią kolejnych rządów, które w krótkim czasie zostają obalone, a pojawiają się następne. Gdzie prawda jest tylko jedna – ta, którą uznaje władza. Gdzie media podają tylko wybrane informacje.

W takim właśnie mieście dorasta czternastoletni syn piekarza. „Dłoń pełna gwiazd” to jego pamiętnik, dzięki któremu możemy poznać zarówno życie jego, jego rodziny i przyjaciół, jak również wydarzenia dziejące się w kraju. Chłopiec ma rozwinięty zmysł obserwacji połączony z lekko naiwnym podejściem do życia. Uwielbia pisać i pragnie zostać dziennikarzem. Jednakże jego ojciec postanawia, że syn przyda mu się w piekarni i zabiera chłopca ze szkoły. Ten jest zrozpaczony, jednakże dzięki mądremu wujkowi-przyjacielowi udaje mu się przeżyć kryzys, a nawet znaleźć sposób na znalezienie drogi, która może zaprowadzić go do spełnienia marzeń.

Książka ta jest pełna bardzo ciekawych bohaterów, o których można byłoby stworzyć osobne opowieści. Oprócz głównego bohatera mamy jeszcze wujka Salima – niesamowitego gawędziarza i mądrego człowieka, przyjaciela i mentora Habiba, dziennikarza który pomaga mu rozwinąć skrzydła, przyjaciela z dzieciństwa Mahmuda, który stoi przy nim w dobrych i złych czasach, Nadię – dziewczynę z sąsiedztwa, która jest jego pierwszą miłością, czy wreszcie matkę chłopca, która nigdy na niego nie skarży ojcu, a wręcz pomaga mu spełniać marzenia i rozwijać związek z Nadią.

Rafik Schami stworzył książkę, która jest jakby baśniową opowieścią okraszoną sporą łyżką dziegciu. Oczami narratora widzimy zarówno cudowne chwile spędzone na rozmowach z Salimem czy całowaniu Nadii, jak i aresztowania, tortury bliskich chłopcu osób, ograniczanie wolności słówa, tyranię. Przez połączenie tych słodko-gorzkich chwil i dzięki pomocy przyjaciół udaje się mu rozwinąć skrzydła, jednak do końca nie wiemy, czy historia ta skończy się dobrze, czy źle… A Rafik Schami nam niczego nie ułatwia konstruując wielowarstwową, wielowątkową opowieść, pisaną barwnym językiem, pełną przekonujących bohaterów. Historię życia, miłości, mądrości, emocji, przemyśleń, zmian.

Zapraszam Was do poznania tej lekko egzotycznej, odrobinę baśniowej powieści o życiu 🙂

„Obrazy z życia na Wschodzie. 1879-1893” Anna Neumanowa

Wydawnictwo: PWN, 2010

Oprawa: twarda

Ilość stron: 286

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Po raz pierwszy o Annie Neumanowej usłyszałam w momencie, w którym zaproponowano mi ksiązkę do recenzji. Mam ogromne podejrzenia, że w całej Polsce słyszał o niej jakiś promil obywateli. Teraz już mogę to powiedzieć: a szkoda!

Szkoda, bo to kobieta niezmiernie interesująca. Panienka, która urodziła się i żyła w majątku rodzinnym na Pokuciu, a która to została wydana za mąż za konsula austrackiego. I to właśnie dzięki temu miała okazję spędzić kilkanaście lat na podróżach. A my mamy aktualnie możliwość poznania jej wrażeń z życia w czterech krajach: Rumunii, Bułgarii, Egipcie oraz Grecji.

Najdłużej – bo aż osiem lat – mieszkali w Egipcie, zarówno w Aleksandrii, jak i w Kairze. Dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji mieli okazję poznać naprawdę dużą część kraju, jego mieszkańców, obyczaje, historię, kulturę. Widać, że Anna zakochana była całym sercem w tym kraju – poświęcała się badaniu różnych aspektów jego dotyczących, uczyła się ciągle nowych rzeczy, odwiedziała różnorakie miejsca i poznawała osoby dostarczające jej informacji. A interesowała się praktycznie wszystkim! Począwszy od biednych chłopów egipskich, przez niewolnictwo (tak, ciągle wtedy kwitnące dookoła!), sytuację kobiet, relacje polityczne, okupację angielską, archeologię, dynastie staroegipskie, zabytki, zwyczaje ludowe, religie. Przedstawiła nam też niesłychanie ciekawe kompedium swojej wiedzy. Może i część z podanych informacji straciła na aktualności, ale mimo tego całość czytałam z fascynacją tym większą, że od zawsze interesuje mnie akurat ten kraj 🙂 A na dodatek Anna ma bardzo delikatne pióro, poetyckie widzenie świata, co ubarwia jej prozę. Wręcz widziałam opisywane sceny, jakbym tam była! A na dodatek dama ta charakteryzowała się całkiem przyjemnym poczuciem humoru, które dodatkowo umilało czytanie tej książki.

Widać, że pozostałe trzy kraje mniej jej przypadły do gustu. Grecja jest gdzieś po środku – urzekają ją antyczne dokonania kultury greckiej, malownicze pejzaże, urokliwe ruiny z zamierzchłej przeszłości. Jednakże już obrzydzenie budzi w niej brud, brak dbałości o rzeczy dookoła siebie. A dziwił ją fakt, że każdy po ukończeniu 24 lat ma prawo do głosu, bo przecież jak ma funkcjonować kraj, jeżeli każdy może głosować? A na dodatek w dzień wyborów wszyscy porzucają pracę i nie ma kucharzy, służących, wszystko leży 😉

Najmniej przypadły jej do gustu Rumunia i Bułgaria, z półsłówek oraz między wierszami można było wyczytać, że uważa te kraje za zacofane, brudne, kompletnie nierozwinięte, a ludzi za leniwych i głupkowatych. Podobały jej się różnorakie pejzaże, natura czasami kompensowała braki, ale jak tylko dostała wiadomość o przeniesieniu do Egiptu, tak zaraz jak na skrzydłach ruszyła w drogę 🙂

Dla mnie ta książka była tym ciekawsza, że pisana z punktu widzenia kobiety, a przecież w tamtych latach jeszcze nie tak wiele kobiet podróżowało w „dzikie kraje”, a jeszcze mniej spisywało i publikowało swoje wrażenia. Jest to więc prawie unikatowe spojrzenie. Daje ono bardzo interesującą możliwość do porównań, np. wizji Egiptu w oczach podróżującego mężczyzny oraz w oczach Anny. Można wyłapać wiele różnic, a na dodatek każda płeć dodatkowo zwraca uwagę na trochę inne sprawy. Chociaż Anna jest osobą naprawdę wszechstronną, jak już zresztą pisałam wcześniej. A płeć dała jej również możliwość dla mężczyzn niedostępną – mogła odwiedzać w Egipcie lokalne kobiety, bywać gościem w haremach. Dzięki temu mamy okazję poznać styl życia egipskich kobiet, ich codzienność. Powtórzę się: fascynująca lektura 🙂

Autorka miała też – dzięki pozycji męża – możliwość poznania wielu wybitnych ludzi oraz przedstawicieli klas rządzących krajów, w których przebywała. Poznała również wielu sławnych podróżników, a nawet – swojski akcent – Henryka Sienkiewicza, który przyjechał jak wszyscy wiedzą na pewien czas do Egiptu i gdzie przez kilka dni mogli spędzić z nim czas państwo Neumanowie.

Wiedza przekazywana przez autorkę jest podana w systematyczny sposób. Są rozdziały dotyczące np.: kobiet w haremach, Nilu, Sudanu, piramid i starożytnych miast, muzeum staroegipskiego w Kairze, podróżników afrykańskich, Aleksandrii itd. Pozwala to łatwiej przyswajać informacje. Chociaż całość miejscami i tak przypomina odrobinę klimat baśni „Tysiąca i jednej nocy” 🙂

Plusy i minusy wydania są takie same, jak te, które wymianiłam w opinii na temat książki „Podróże po Azji Środkowej. 1885-1890″ Bronisława Grąbczewskiego. Plusy to staranne wydanie, twarda oprawa, dobrej jakości papier, umieszczenie zdjęć zrobionych przez autorkę oraz zachowanie oryginalnego stylu i języka używanego przez Annę Neumanową. Minusy są identyczne: opublikowanie na wewnętrznych stronach okładek aktualnych map oraz umieszczenie zdjęć nieadekwatnie do treści. Nie wiem, jak innym, ale mnie dziwnie się czytało tekst o lazarecie greckim ozdobiony zdjęciem piramidy w Sakkarze. Innych minusów brak, treść jest arcyciekawa 🙂

Niezmiernie interesująca pozycja dla wszystkich osób ciekawych świata, lubiących poznawać inne kraje i kultury oraz tych, którzy lubią historię „żywą” (czyli niekoniecznie informacje o traktatach i bitwach, a bardziej strawny przekaz kogoś, kto żył w dawnych czasach). Polecam!

Na koniec kilka cytatów, którymi chciałabym się podzielić 🙂 Autorki refleksje na temat bazarów egipskich:

Potrzeba początkowo pewnaj odwagi, aby się zapuścić w ten labirynt przejść krętych i wpół ciemnych; potrzeba też przywyknąć do tego, że często czuje się nad sobą gorący oddech wielbłąda i łeb jego ukaże się tuż nad naszą głową, albo ogon bawoła muśnie kogo po twarzy, nabyć zręczności w wymijaniu galopujących na osłach jeźdzców i oswoić się z ciągłym krzykiem poganiaczy (…)

Nie wiem, jak Wy, ale bardzo chciałabym to zobaczyć na własne oczy, bo moje wrażenia z egipskich bazarów były trochę inne jednak 😉 Poproszę o wehikuł czasu 😀

Pamiątką tą jest kamień, na którym wyciśnięty ma być ślad stopy Proroka. Oglądając uważnie kamień, doszłam do przekonania, że szanowny Prorok posiadał nadzwyczaj szeroką nóżkę, gdyż ślad wyciśnięty w kamieniu podobniejszy jest do śladu wielbłąda lub słonia niż do stopy ludzkiej.

Ekhm… 😉 Dobrze, że to zapisane było w sztambuchu autorki, a nie powiedziane na forum publicznym 😉

Tak i najwznioślejsza, najpiękniejsza idea w umyśle ludzkim urość może w potworną hydrę, jeśli ją do przesady, do szaleństwa posuwamy. Fanatyzm religijny zamiast cnoty niejedną zbrodnię już spłodził i każda inna idea, gdy w szał przechodzi i bluźni rozsądkowi, to zamiast podziwu litość budzi, zamiast siły rodzi niemoc, zamiast życia śmierć sieje, i jak gdyby płomień, co rozerwie zapory, nie światło i ciepło, ale zniszczenie przynosi!

Dokładnie, słowo w słowo mogłabym napisać i ja! Toż to moja opinia jest :p Fanatyzm każdego rodzaju, nieważne czego dotyczący jest zły i przerażający.

Front pałacu zwrócony jest na plac Konstytucyi, tworzący centrum nowego miasta. Przed pałacem przechadza się gwardya królewska w kostyumach greckich, t.j. krótkich a fałdzistych fustanellach i jasnych pończochach; zdala wygląda ta gwardya jakby grono baletniczek.

Hehehehe… coś w tym jest, że trochę dziwnie wyglądają gwardziści przed pałacem, aczkolwiek ja bym ich do baletniczek nie śmiała przyrównać 😉 A może zwyczajnie przez ten czas stracili oni wdzięk lekkich jak piórko baletnic? ;p

Powiedzcie sami – czy z tak sympatycznie świat opisującą kobietą można było się nudzić? Nie ma szans, więc dalej, idzcie czytać, sio mi stąd ;P

„Hamida z zaułka Midakk” Nadżib Mahfuz

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010

Oprawa: twarda

Ilość stron: 272

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Hamida długo czekała, bym mogła poznać jej losy. A są to losy niezmiernie ciekawe. Żyje ona w zaułku Midakk, w Kairze lat drugiej wojny światowej. Hamida jest młoda, piękna i bardzo uboga. Mieszka tylko z przybraną matką. Całe dnie spędza na marzeniach o lepszym życiu, o dobrym losie, bogactwie, władzy, pięknych strojach, domu, wolności. Zastanawia sie, czy zdoła to uzyskać poprzez małżeństwo, które pozwoli jej się wyrwać z zaułka, czy może matka nagle zmieni zdanie i pozwoli jej podjąć pracę? Analizuje też znajomych pod kątem przydatności. Ci, którzy do niczego nie są jej potrzebni mogliby według niej zniknąć z powierzchni ziemi.

Los stawia Hamidę przed możliwością wyjścia za mąż za ubogiego, ale kochającego ją całym sercem zaułkowego fryzjera – Abbasa. Obiecuje on jej, że podejmie pracę w wojsku, by tylko dla niej zarobić jak najwięcej. Dlatego też Hamida przyjmuje jego oświadczyny. Jednakże po jakimś czasie interesuje się nią lokalny bogacz, który chciałby z niej zrobić drugą żonę. A jeszcze później pojawia się na horyzoncie „właściciel szkoły”, którzy uwodzi ją swoimi spojrzeniami, uśmiechami, bogactwem i bezczelnością. Hamida postanawia podjąć ryzyko ucieczki, by tylko urzeczywistnić swoje marzenia o bogactwie, nie zwracając uwagi na miłość, społeczne zobowiązania i opinie innych. Czy jej się powiedzie?

Ważnym aspektem książki jest zaułek Midakk. Jest to wszechświat sam w sobie. Znajdujemy tam cały świat w pigułce – rodziny, osoby samotne, młodych, starych, biednych, bogatych, dzieci, rodziców, właścicieli, dzierżawców, dobrych, złych… A do tego dochodzi całe spektrum emocji, doświadczeń, zamierzeń. Mamy tu właściciela baru, który uzależniony jest od haszyszu i młodych chłopców.

Za jakie grzechy ma znosić tę kobietę? Żywił do niej uczucia niejasne i mieszane. Czasami ją kochał, czasami jej nienawidził. Ale zawsze kiedy go wzywała namiętność, nienawiść zwyciężała. Ogromniała jeszcze, kiedy dochodziło do awantury. W głębi ducha pragnął bardzo, żeby jego żona była kobietą rozsądną i aby pozostawiła go w spokoju. Oczywiście sobie nie miał nic nigdy do zarzucenia i dziwił się bardzo, że jego żona bez powodu sprzeciwia się jego poczynaniom. Czyż nie miał prawa robić, co mu się podoba? Jej obowiązkiem jest być mu posłuszną, bo zaspokajał wszystkie jej potrzeby i dał jej dobrobyt. Nie myślał poważnie o pozbyciu się jej, bo stała się jedną z jego życiowych potrzeb, jak sen, haszysz, dom. (str. 77)

Mamy też ojca, który stracił wszystkie dzieci i rozpoczął życie dla boga. Jest małżeństwo piekarzy, w którym to żona bije męża, ale z miłości 😉 Jest wdowa w średnim wieku, która nagle zatęskniła za małżeństwem. Jest samouk dentysta i twórca kalek. I wiele innych ciekawych postaci.

Na przykładzie zaułku Midakk możemy obserwować też relacje i normy społeczne Kairu z tamtych dni. Gdzie kobiety walczą, by ich mężowie traktowali je godnie, a mężczyźni myślą tak:

Sam „grzech” wcale go nie obchodził, co więcej, kiedy po raz pierwszy dowiedział się o nim, wzruszył ramionami i powiedział obojętnie: „Jest mężczyzną, a mężczyźnie wszystko wolno”. (str. 75)

Gdzie młoda kobieta szacuje jaki mężczyzna przyniesie jej najwięcej „zysków”, a stara myśli co jeszcze zrobić, by wyciągnąć jeszcze więcej pieniędzy od klientki. Gdzie bogaty kupiec codziennie jada potrawę, która ma mu dodać różnorakich sił witalnych 😉 Gdzie młodzi chłopcy wyjeżdżają, by pracować dla wojska, a młode dziewczyny zazdroszczą Żydówkom tego, że mogą pracować i pięknie się ubierać. Gdzie ludzie wyrażają swoje emocje dosadnie i bardzo kwieciście…

Ty narkomanie, ty pętaku, brudasie, po stokroć sukinsynu, ty bydlaku, co spłodziłeś pięć córek i dwadzieścia wnuczek, ty szmato, ty obleśny grubasie! Patrz, pluję prosto w Twoją czarną mordę. (str. 100)

Cechą wspólną prawie wszystkich bohaterów jest jednak smutek, pech, nieszczęście i niemożność spełnienia swoich marzeń.

Szczęście było już na jeden strzał z łuku albo i bliżej. Samotność miała już bardzo krótki cień i szykowała się do odejścia, a chłód osiadły w jej duszy stopniał i stał się ciepłą wodą. (str. 162)

Nawet kiedy wydawałoby się, że wszystko dobrze się skończy, nagle dochodzi do zwrotu akcji, który niweczy plany. Bohaterowie jednak walczą o swoje szczęście, próbują mimo wszystko zrealizować swoje zamierzenia.

Autor stworzył niesłychanie barwną opowieść. Dopracowane szczegóły, bogactwo charakterów, kwiecisty styl. Największą zaletą książki są właśnie tak ciekawie stworzeni bohaterowie – tak pełni emocji, o skomplikowanych (a czasami bardzo prostych, a mimo to ciągle ciekawych) charakterach, śniący o przyszłości lub rozpamiętujący przyszłość. Do tego wszystkiego dochodzi piękny język, którym operuje autor (a którego tłumacz zdecydowanie nie zepsuł) oraz dawki humoru, które zostały bardzo umiejętnie rozmieszczone.

– Wszyscy moi koledzy żyją inaczej, wszyscy stali się dżentelmenami, jak mówią Anglicy.

Ma’allim otworzył usta, ukazując złote zęby.

– Co ty mówisz? Dżel… dżelmenami? Co to jest? Nowy gatunek haszyszu?

– To znaczy ludźmi porządnymi, czystymi.

– Ależ, jak może takie bydlę jak ty zostać czystym, porządnym człowiekiem? Ty, ty dżelmenie! (str. 113)

Całość wieńczy ładna, staranna oprawa graficzna książki. Jak zresztą wszystkie inne książki tego wydawnictwa.

Sumując: świetnie napisana i bardzo ciekawa książka dla wszystkich, którzy lubią czytać o życiu, ludziach, emocjach oraz poznawać inne kultury. Miłego czytania!