Zatrzymane chwile #22

Szczęśliwie dla mej schorowanej dłoni i nadgarstka nadeszla pora na kolejne fotopodsumowanie, a to spokojnie mogę zrobić lewą ręką. A pażdziernik był baaaaardzo pracowity i bardzo zabiegany – ważne premiery, spotkania, festiwale, targi, działo się!

 Przede wszystkim starałam się łapać piękne chwile tej jesieni…

Jak zwykle były też książki i czytanie, bo jakżeby inaczej!

Z tego, co widzę, to była też masa kolorowanek. Miałam wydajny miesiąc 😉

Były wyjazdy okołoksiążkowe, spotkania z fajnymi ludźmi i bolączka, że na to zawsze zbyt mało czasu…

Przy okazji wkręciłam garstkę ludzi w to, że zostałam autorką. Ja! Która od zawsze twierdzi, że zna swoje ograniczenia i w życiu mi do głowy nie przyjdzie pisanie książki. Nie słuchacie! 😛

Były też drobiazgi, różności:

Była impreza z okazji zacnej rocznicy istnienia firmy 🙂 Były piękne poranne widoki. Był przedpremierowy pokaz „Marsjanina” (całkiem przyjemna rozrywka!). Były postanowienia życiowe koleżanki zza biurka obok. Była nowa cudna kolorowanka oraz suche pastele do teł, których niestety nie miałam okazji wypróbować w związku z choróbskiem. Ciekawe, kiedy będę mogła wrócić do tej cudnej rozrywki…

Listopad już powinien być spokojny, zobaczymy!

Arcysmakowita opowieść literacka i filmowa („Podróż na sto stóp”)

przyprawy indyjskie
Fot. Urban Combing (Ultrastar175g) (flickr)

Historia zaczyna się od decyzji o tym, że rodzinny biznes opierać się będzie na karmieniu ludzi. Poczynając od rozwożenia porcji lunchowych po firmach, przez malutką knajpkę, aż do całkiem zacnego biznesu. A to wszystko od dzieciństwa obserwuje Hassan, który z fascynacją obserwuje dorosłych, jak zarządzają biznesem, jak walczą z przeciwnościami losu, ale przede wszystkim – jak gotują. Jak gotowanie wpływa na nich, jedzących, jak kształtuje świat dookoła niego.

Czas płynie, Hassan i jego rodzeństwo rosną szczęśliwie, restauracja się rozwija, jednakże los stawia na ich drodze politykę, rozruchy, ogień i śmierć…

Ojciec Hassana decyduje się zabrać rodzinę do Wielkiej Brytanii, ma nadzieję, że stworzy im nowy dom. Los ma wobec nich inne plany i decyduje się rzucić ich do małego miasteczka we Francji. Tam mężczyzna zostaje oczarowany opustoszałym domem, w którym oczami wyobraźni już widzi nową restaurację. Pełną smaków, zapachów, kolorów, przypraw, tradycyjnych potraw od lat serwowanych przez jego rodzinę.

Jest tylko jedno ale! Naprzeciwko ich lokalu od lat funkcjonuje ekskluzywna restauracja, którą docenili nawet krytycy tworzący przewodnik Michelin! Jest elegancka, pełna subtelnego uroku, odwiedzana przez arystokarcję, ministrów, znane osobistości. W ten wysublimowany świat wdziera się nagle przebojem głośna i niekrępująca się niczym rodzina Hassana! I tak oto zaczyna się wojna…

Wojna, wojną, przeuroczy to wątek, jest jednak tylko wstępem do głównej wątku – rozwoju Hassana, jego odkrywania drogi do sukcesu, dorastania do zrozumienia tego,  co oznacza bycie urodzonym kucharzem, z czym się taki talent łączy, szczególnie w momencie, gdy życie się na styku różnych kultur.

Zaczynałam lekturę z nastawieniem, że to nie będzie nic wielkiego. I owszem, nie jest to arcydzieło, ale jest to tak urocza, sugestywna, pełna ciepła opowieść, że miałam straszliwy konflikt wewnętrzny – czytać bez przerywania, czy też dawkować sobie, by starczyło na dłużej? Co robić, jak czytać?!

Naprawdę fajna książka „okołokulinarna”, a autorowi udało się oddać te wszystkie barwy, smaki, zapachy, opisać poszczególne sceny, że miałam wrażenie, że tam jestem z bohaterami jego książki. „Podróż na sto stóp” trafiła na półkę, na której gości „Czekolada” (i s-ka), „Smażone zielone pomidory” i inne książki-przyjaciele tego typu. Naprawdę smakowita, przepyszna lektura!

A kilka dni po lekturze miałam okazję obejrzeć ekranizację tej książki. Jako że upłynęło tak niewiele czasu, to byłam w stanie wyłapać wszystkie różnice między książką i filmem. I mogę teraz powiedzieć tylko jedno: film jest spójny z książką w może 60%, ale co z tego? Ekranizując tego typu powieść można świetnie powiększyć jej wartość dodając piękną stronę wizualną i dobrze dobierając aktorów. I tutaj udało się to znakomicie! Zresztą kompletnie mnie to nie dziwi, bo wiedziałam, że film reżyserował Lasse Hallstrom, ten sam, który stworzył jeden z moich ukochanych filmów – „Czekoladę”.

Owszem, film się różni od książki dosyć znacznie, ale jest stworzony w takim samym uroczym stylu, jak książka. Urzekły mnie zarówno zdjęcia, jak i aktorzy. Me serce podbił szczególnie aktor grający ojca Hassana, pokochałam go, chciałabym mieć takiego wujka 🙂 Ale i inni zostali świetnie dobrani, dzięki czemu widz ma w trakcie oglądania prawdziwą ucztę. A gdy jeszcze do nich doda się przecudnej urody zdjęcia gotowania i potraw, to po wyjściu z kina automatycznie szuka się najbliższej restauracji. Najlepiej serwującej kuchnię indyjską.

Film polecam tak samo mocno, jak książkę. Ja przez te dwie godziny siedziałam z uśmiechem na ustach! Przeurocza, ciepła, smakowita i zabawna bajka o tym, jak udaje się realizować marzenia, łączyć różne kultury, doceniając jednocześnie ich bogactwa.

Miłego czytania i oglądania!

©


Małe radości #1

Muszę wrzucić ten post, bo inaczej nie wytrzymam, pęknę i w ogóle 😉 Jeżeli zapoznacie się z całością, to będziecie się pewnie śmiać, wzruszać, uśmiechać i rozczulać. Coś u mnie się zrobiło emocjonalnie ostatnio, ale to dobrze!

Tym razem wrzucam filmiki. Zróbcie to dla mnie i obejrzyjcie je w całości, szczególnie ten pierwszy. On mnie rozwalił, jakaż to przecudowna akcja! Z każdą minutą jest bardziej rozkoszny! Najpierw się uśmiechałam, potem śmiałam w głos, potem spłakałam z uśmiechem na twarzy! Zobaczcie sami…

Muszę w wolnych chwilach obejrzeć inne pierwsze razy” na ich stronie, to musi być bardzo ciekawe i poruszające!

Drugi film jest wzruszającym zapisem miłości i upływu czasu. Piękny! Podziwiam tego ojca – za pomysł i konsekwencję w wykonaniu. Jakaż to cudowna pamiątka!

Trzeci jest tylko i wyłącznie rozkoszny 🙂 Nie chcę teraz analizować, dlaczego trzymają tygryska w domu, co się z tym wiąże i co to oznacza. Patrzę tylko na tego figlarza i się rozpływam z zachwytu, jest przesłodki! Taki Tygrysek z Kubusia Puchatka.

Poprawka! Wprawdzie miały być trzy, ale właśnie natknęłam się na to wykonanie i padłam! Gdy tylko słucham, bez wizji, to mam wrażenie, że to śpiewa zdecydowanie ktoś inny. Mega!

Za takie skarby kocham Internet! Inaczej nie miałabym okazji zobaczyć tylu wspaniałości, posłuchać utalentowanych ludzi, wzruszać i śmiać się z ludźmi z całego świata. Pewnie, jest w nim wiele śmiecia, ale większość można omijać i tworzyć sobie swoistą „enklawę zachwytów”. Do tego właśnie dążę, trzymajcie kciuki!

„Akademia Wampirów” – Mark Waters

akademia wampirów

Kilka dni temu miałam okazję obejrzeć ten film. Nastawiłam się tylko na wieczór ze znajomymi i naprawdę hm… średniawą rozrywkę. O dziwo, było lepiej, niż się spodziewałam! Nadal jest to tylko leciuchna rozrywka, ale jaka przyjemna 😉 Główne bohaterki całkiem sympatyczne i „z jajami”, aktor grający Dimitriego – Danila Kozlovsky – mniamuśny. Ale przede wszystkim, mnóstwo nawiązań do popkultury! Wyszedł z tego swoisty pastisz na książki i filmy o wampirach oraz romanse paranormalne. Te wszystkie wstawki o mieniących się wampirach, czytelnikach horrorów jako przekąskach w stołówce  i wiele innych sprawiły, że obejrzałam go nawet z przyjemnością. Mało tego, zdarzyło mi się rechotać, a to już dużo więcej, niż się spodziewałam.

Nie będę nikomu go polecać jako świetnego filmu, arcydzieła i czegoś, czego się nie zapomni do końca życia, oj nie! Ale jeżeli szukacie rozrywki do pośmiania się i odmóżdżenia, to możecie ten film rozważyć, serio! 

Jednak po tej przydługiej zajawce chciałam przejść w końcu do meritum – czytaliście książki? Jakie są? Da się czytać czy może super, och i ach? Warto? Bo nie mam porównania i nie wiem, czy się skusić kiedyś, czy lepiej omijać szerokim łukiem. Jak radzicie?

Życie to walka („Witaj w klubie” – Jean-Marc Vallee)

witaj w klubie

Premiera 14 marca!

To nic, że miała być recenzja książki, będzie w weekend, mam za to coś, co mocno poruszyło me serce i zainspirowało… Pisałam ten tekst wczoraj w nocy, zaraz po powrocie z kina, więc tak zupełnie na gorąco!

Ron Woodroof, typowy teksański „kowboj” – rodeo, alkohol, hazard, panienki, używek moc. Żyje tym, co według niego jest pełnią życia. Do dnia, w którym dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV i według lekarzy zostało mu 30 dni życia. 30 dni! Wyobraźcie sobie siebie w takiej sytuacji.

Co byście zrobili?

witaj w klubie 2Ron najpierw udaje, że nic się nie dzieje. Jednak plotki rozchodzą się szybko, HIV w latach 80-tych oznaczał totalny ostracyzm, gejowską chorobę i „złą krew”. Bohater traci więc przyjaciół, pracę, mieszkanie, całe swoje dotychczasowe życie. A na dodatek z dnia na dzień czuje się coraz gorzej, ma wszelkie możliwe komplikacje.

Postanawia walczyć, jednak system medyczny i prawny nie był (i śmiem twierdzić, że ciągle nie jest) pomocny w takich przypadkach. Jedyne leki oferowane w ramach testów były bardzo szkodliwe i wręcz uśmiercały szybciej, niż sam wirus. Ron jednak znajduje furtkę prawną i podejmuje się prowadzenia półlegalnego biznesu – dostarczania zagranicznych leków chorym w Stanach. Ale oczywiście nic nie może być proste, na jego drodze staje machina systemowa, a urzędy i lobbyści tylko czekają, by się mu dobrać do skóry. Jak zwykle, Dawid przeciwko Goliatowi. Czy Ron ma w ogóle szansę na wygraną?

Urzekła mnie ta historia! To film na faktach, historia Rona to nie jest wymysł wyobraźni! Był taki człowiek, który pewnego dnia powiedział: „Nic nie zabije Rona Woodroofa w 30 dni” i postanowił to udowodnić. Ludzie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać, a to jeden z takich przypadków! Z homofobicznego twardziela-dupka w trakcie walki o życie wykształcił się twardy, ale jednocześnie wrażliwy człowiek, bardzo zaangażowany w działania na rzecz zarażonych wirusem. Bardzo wyrazisty i przejmujący był też wątek przyjaźni z  transseksualistą Rayonem, chociaż droga do ich porozumienia była długa i wyboista.

Urzekł mnie ten film! Tu krótko: fajne zdjęcia, muzyka, scenografia. Do niczego się nie zamierzam przyczepiać!

witaj w klubie 3

Urzekło mnie aktorstwo! Panowie pozamiatali! Matthew McConaugheyJared Leto przyćmili wszystkich innych. Zarąbiście zagrali, zarówno Matthew-Ron, jak i Jared-Rayon. Impulsywny choleryk i delikatny, ale pełen sarkazmu mężczyzna ze zbyt głębokim dekoltem. Dzięki ich grze poczułam, jakbym tam była z prawdziwymi bohaterami, zaangażowałam i głowę, i serce. Kompletnie mnie nie dziwią Oskary dla tej dwójki, jak i stado innych nagród. Zdecydowanie zasłużone! A poza tym cały czas nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo musieli do tych ról sterować wagą, jak bardzo musieli się odchudzić, aż nie mogłam ich poznać, brrrr…

Świetny obraz o życiu, walce do końca, przyjaźni, przekraczaniu barier, nauce tolerancji, upadaniu i podnoszeniu się. Świetne aktorstwo, dynamiczna fabuła, sporo humoru oraz choroba jako katalizator do zmian i działania – to wszystko znajdziecie w tym filmie. A niektórych pobudzi on do myślenia o tym, jak wiele leków z tych, które przyjmujemy szkodzi nam bardziej niż pomaga; o tym jak wiele innych leków jest niedopuszczonych do obrotu, bo korporacjom wygodniej jest sprzedawać leki na objawy niż doprowadzić do wyleczenia danej choroby oraz o tym, jak wielką rolę w naszej codzienności odgrywają firmy farmaceutyczne…

Idźcie, oglądajcie i zachwycajcie się tak, jak ja! Dawno nie widziałam tak przejmującego i dobrego filmu!