Boylesque & Burlesque Show, czyli o niespełnionej nocy zmysłów


Tego jeszcze nie było! 11 lutego miałam okazję uczestniczyć w „Boylesque & Burlesque Show” w Teatrze Druga Strefa. Od wieków chciałam zobaczyć jakąś ciekawą burleskę. Wydarzenie to zrobiło na nas duże wrażenie, jednak nie jestem pewna, czy o tego typu efekt chodziło twórcom…

Rozmowy przeprowadzone w przerwie i po spektaklu zaowocowały pomysłem stworzenia recenzenckiego dwugłosu! Do rozmowy o tym wieczorze zaprosił mnie Włodzimierz Neubart, czyli Chochlik kulturalny (krytyk, który w niecały rok blogowania został dostrzeżony i doceniony przez branżę teatralną). Stworzyliśmy więc dla Was tekst o wydarzeniu, które miało zagotować naszą krew. Czy tak się stało?

*****

bur5Włodek: Bawiłaś się dobrze na walentynkowym spektaklu burleskowo/boyleskowym?

Agnieszka: Niestety, nie. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania (styl Dity von           Teese), jednak to, co otrzymaliśmy było dalekie od poziomu, który myślałam, że zostanie zaprezentowany.

Włodek: Zaraz, zaraz… Przecież wiedziałaś, że nie idziesz oglądać Chippendales`ów…

Agnieszka: Tak (i właściwie dobrze, bo według mnie to już jest poziom niżej niż taka burleska, którą uprawia wspomniana wyżej Dita), tylko zabrakło mi tutaj dopracowania, spójności, dbałości o szczegóły, nawet momentami umiejętności. Najzwyczajniej w świecie poziom był zdecydowanie niższy od oczekiwanego. Momentami show sprawiał wrażenie prowizorki.

Włodek: Ja szedłem z nadzieją, że będzie wesoło. Nie szukałem tu Dity, bo wiedziałem, że to nie ten rodzaj burleski. Spodziewałem się, że będzie to kawał solidnej roboty i zabawne numery ubrane w płaszcz burleskowego świata.

Agnieszka: A co otrzymałeś?

Włodek: Hmm… Czy ja wiem? – samej burleski było tu niewiele. Co gorsza – nie widziałem sztuki…

Agnieszka: O, właśnie! Ja też po wyjściu z teatru powiedziałam dokładnie to samo: zabrakło mi sztuki w sztuce. Wesoło może i było, przynajmniej dla części widowni, niektórzy przecież wyli, tupali, śmiech się niósł…

Włodek: Ale – wybacz – wieczór nie był dla Ciebie chyba aż tak nieudany? Bawiłaś się śietnie! Zawiązała się zdaje się w pierwszym rzędzie mała loża …

Agnieszka: Oczywiście, wieczoru nie mogę nazwać nieudanym, ponieważ towarzystwo, w którym go spędzałam było bardzo zacne i bawiłam się w nim świetnie. Obawiam się, że byliśmy taką lożą szyderców, jednak to była reakcja na to, co się działo. Reakcja obronna. Jednakże był to efekt uboczny.

Włodek: Zachowywałaś się kiedyś w teatrze w ten sposób? Bo ja nie…

Agnieszka: Nie, nigdy! Na palcach jednej ręki można pewnie policzyć spektakle, na których wypowiedziałam więcej niż jedno zdanie. A tutaj gadaliśmy i gadaliśmy, komentarze były wymieniane nieustannie. Owszem, np. na „Fredraszkach” czy „Ślubach panieńskich” zdarza mi się serdecznie śmiać, ale to jednak inna „bajka” niż to, co działo się w trakcie tego show.

bur4Włodek: Zastanawiałem się długo, co nas do tego sprowokowało. Powtarzaliśmy w trakcie występów, że brakowało w nich jakości. Mówiłem wręcz, że gdyby wyciągnąć kogoś z widowni, wyglądałoby to pewnie o niebo lepiej. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ruch sceniczny był tak toporny. Pamiętasz, pokazywałem na żywo, jak można byłoby niektóre gesty wykonać. Robiłem to siedząc, od niechcenia, a wyglądało jakby lepiej…

Agnieszka: Też się zastanawiałam. Czy to wynika z braku spójnej wizji, jak ma wyglądać całość? Czy też z braku artystów na tym rynku? A może ma tu znaczenie też nikła potrzeba publiczności, by oglądać wysokiej jakości występy? Zobacz, jakie były reakcje większości widzów – wydawało mi się, że naprawdę wielu osobom się podobało. A przecież część z występujących niezbyt nawet potrafi tańczyć – bardzo drewniane, toporne ruchy, przejścia między tańcem a rozbieraniem typu „a przystanę sobie i rozwiążę wstążki”, brak pomysłu na to, by dany numer był perełką. Mnie zabrakło właśnie talentu i chęci olśnienia innych, włożenia w to serca, by zapewnić widzom show na najwyższym poziomie.

Włodek: Aaa… , żeby była jasność – nie do wszystkich występujących mam takie same zarzuty. Niektórym wychodziło to jednak trochę lepiej niż innym. Tak czy owak, dla mnie to było tak szalenie niedopracowane. Nawet jak był jakiś pomysł na numer, to nie wypalał. Czegoś zabrakło. Umiejętności? Prób?

Agnieszka: O właśnie, też się zastanawiałam, czy były w ogóle jakieś próby!

Włodek: Były, tu gwarantuję, było sporo prób.

Agnieszka: Tym bardziej dziwi mnie efekt. Dla mnie przykładem braku talentu i pomysłu były pokazy, które zaprezentował Kim Lee. Tam nie było absolutnie nic ciekawego, a poziom tańca okazał się bardzo niski. Miałam wrażenie, że to osoba „z ulicy”, która dostała szansę na występ.

Włodek: Kim mnie również rozczarował najbardziej. Miałem wrażenie, że sam nie wie do końca, co ma tam robić…

Agnieszka: Jakby go ktoś postawił na scenie i powiedział: występuj.

bur2Włodek: Rozczarował mnie też Gąsiu, słuchałem wcześniej fantastycznego wywiadu radiowego, w którym opowiadał o sztuce boyleski. Podobało mi się. A potem wyszedł na scenę i… OK, rozumiem, była kontuzja, ale cała otoczka, te przybrudzone czerwone stringi, te gesty, ten pomysł na numer… Dramat!

Agnieszka: Tak, ja też o nim słyszałam wcześniej i też przyznaję, że niestety poczułam się rozczarowana.

Włodek:    A jeszcze te zapowiedzi, że będzie nas reprezentował na jakimś boyleskowym konkursie… Pamiętasz naszą reakcję?

Agnieszka: Tak, pamiętam reakcję, chociaż w głębi ducha liczyłam właśnie, że może w końcu coś się zadzieje, co zmieni mą wizję całości. Też miałam wrażenie, że nie był do końca przygotowany i trochę „szył” bez pomysłu. Do tego właśnie ten pomysł „brutala-agresora” do mnie nie przemówił, to zmemłanie papierosa i wyplucie go na scenę – nie, nie kupiło mnie to. Do tego może drobiazgi, ale brak przewidzenia, że źle będzie się otwierało puszkę z piwem w rękawiczkach… Albo ta gumka przy skrzydełkach, która pękła i nie wiedział wtedy, co zrobić. Ewidentnie brakowało mu planu B na momenty, w których coś nie wychodziło

Włodek: Takie rzeczy, jak skrzydła – mogą się przytrafić każdemu, ale trzeba wtedy to ograć…

Agnieszka: Dokładnie. Plan B.

Włodek: Mówisz o Planie B, ja mam problem z zauważeniem planu A.

Agnieszka: Fakt, też nie zauważyłam, by były tam spójne pomysły na te występy, na opowiedzenie nimi jakiejś historii, a nie tylko powtarzanie po trzy razy różnych elementów choreografii.

bur3Włodek: Zatrzymajmy się przy tym… Opowiadał Master B, opowiadała Red Juliette… Wciąż to samo: panopticum i panopticum…

Agnieszka: Panopticum i małe dziewczynki…

Włodek: Aaa…, tak! Pamiętam, popłakałem się ze śmiechu.

Agnieszka: Niestety, ta opowieść robiła na mnie wrażenie kolejnej prowizorki i wymyślania ad hoc, bez potrzeby tworzenia spójnej historii, a już w ogóle bez potrzeby wzbogacenia jej o jakieś ciekawe detale adekwatne do danej części opowieści.

Włodek: Pomińmy też fakt, ze potem te jego/jej opowieści najczęściej nijak się miały do treści następnego numeru…

Agnieszka: A pomysł sam w sobie był całkiem ciekawy, można było zrobić naprawdę interesujące i spójne show, a nie przypadkową zdaje się zbieraninę tego, co mogli zaproponować poszczególni wykonawcy.

Włodek: Nie widzę problemu w tym, by to był zbiór różnych etiud, historię zabawną zawsze się da do tego opowiedzieć…

Agnieszka: Zgadza się, da się, mnie jednak tu coś przeszkadzało: raz panopticum, tajemnica, Azja, palacze opium, a za chwilę plastikowy i różowy Ken rozwieszający pranie, jakoś mi to nie zagrało. Powiedz, w czym zatem widzisz problem?

Włodek: W jakości. Może się coś nie udać, może jeden wykonawca być słabszy od drugiego, ale żeby aż tak się sypało? W zasadzie jedna tylko Red Juliette zachowała pozory klasy. Też tam w roli „zapowiadacza” nie wypadła najlepiej, scenę ze zbieraniem róż wymyślono jej przaśnie, ale kiedy zaczynała już właściwy numer, było dobrze, może nie jakoś wybitnie, ale było na co popatrzeć. I – odnoszę wrażenie – tylko u niej nie było widać tremy.

Agnieszka: Tak, Red Juliette i według mnie trochę ratowała całość. Jako prowadząca niestety nie, bo aktorsko nie ma wystarczającego talentu, scena z różami też faktycznie była przaśna. Ale dziewczyna potrafi tańczyć i łączyć taniec z pozbywaniem się kolejnych części garderoby. Widać, że w tańcu czuje się dobrze, ja też nie zauważyłam tremy i sztuczności. No i jej numery były jednak – w porównaniu z innymi – dużo bardziej dopracowane i ciekawsze.

Włodek:   Tak, tam była jakaś opowiedziana historia, wykorzystane elementy scenografii (rura, schody), Red Juliett była wszędzie i robiła wrażenie. Nie wiem, na ile to było dobre wrażenie na złym tle, ale jednak.

Agnieszka: Była historia i nie było to trzykrotne powtarzanie tych samych zestawów kroków. I faktycznie, stosunkowo ciekawie korzystała ze scenografii. Poza tym ma naturalne ruchy, nie sprawia wrażenia sztywności (może związane jest to właśnie z brakiem tremy?). A jak widzisz Santa Evitę?

Włodek:   Wymazuję z pamięci. Dziewczyna miała minę, jakby żałowała, że w ogóle jest na scenie…

Agnieszka: Oj tak, Santa Evita była tak spięta, że miałam wrażenie, że zaraz się rozsypie. I to niestety przekładało się na jakość tańca, który wypadał nienaturalnie.

Włodek: Pewności siebie nie brakowało gościowi z zagranicy – tyle, że u niego też brakowało mi jakości. Był króciutki układ, powtórzony trzy razy przy zmieniającej się jednak muzyce…

Agnieszka: Semir chociaż robił z mięśniami brzucha takie rzeczy, których mu zazdroszczę 😉 A już bardziej serio – w porównaniu z częścią wykonawców tragedii nie było, ale faktycznie mogło być dużo lepiej.

Włodek: Tyle, że nie było to klasyczny taniec brzucha… dla mnie takie trochę występy dla turystów w hotelu w Złotych Piaskach – dwadzieścia lat temu. Byłem, widziałem, wiem, co mówię…

Agnieszka: Tak, masz rację. I o to właśnie może chodzić. My szukaliśmy tam sztuki, a dostaliśmy „polsatowsko-złotopiaskową” rozrywkę.

Włodek: Ech… A kostiumy, scenografia, muzyka?

Agnieszka: W większości wygląda to tanio. Rozumiem, że budżet nie był wielki, jednak np. chwiejąca się, niestabilna rura, to już zagrożenie dla wykonawców. O muzyce nie mówmy, bo część utworów bardzo lubię, a teraz już zawsze będą mi się kojarzyły z tym show. Oj, chyba nie polubią mnie występujący…

bur1Włodek: Ludzie, którzy stoją na scenie, mają wpisane w zawód to, że są oceniani, jednym się ich praca podoba, innym nie. Takie życie. Nie umrą od tego, że ktoś o nich źle napisał. Jeśli zrozumieją nasz przekaz, wezmą się do ciężkiej pracy, może kolejne spektakle będą już o niebo lepsze. Trochę jednak wątpię, bo to wszak nie był pierwszy burleskowo/boyleskowy spektakl w tym miejscu.

Agnieszka: To się wiąże z faktem, że niestety oczekiwania społeczne co do sztuki są dosyć niskie, najczęściej ma śmieszyć i ekscytować, a to zapewne mogło wywierać takie wrażenie na części publiczności. Mało osób stara się poznawać szerokie spektrum możliwości, jakie oferuje chociażby sam teatr.

Włodek: Uczciwie przyznać trzeba, że widownia była wypełniona do ostatniego miejsca.

Agnieszka: Tak, wręcz dostawiano sporo krzeseł.

Włodek: Wyszła tylko jedna pani. Właśnie – dlaczego Ty nie zrobiłaś podobnie?

Agnieszka: Dobre pytanie. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjść ze spektaklu, o ile dobrze pamiętam. Ale tak sobie teraz dumam i wychodzi mi na to, że zwyczajnie bardzo przyjemnie oglądało mi się to show razem z Wami (było nas w teatrze aż czternaście znających się mniej lub bardziej osób – przypomnienie Chochlika) i gdyby nie fakt, że mieliśmy taką lożę szyderców, to mogłoby się wydarzyć, że byłby to pierwszy raz.

Włodek: Ten spektakl miał bawić, ale można bawić i bawić. Nawet w zwyczajnych farsach można zagrać tak, że ludziom spadają buty z wrażenia, a szczęki opadają do kolan…

Agnieszka: Oj tak! Tylko pewnie można wychodzić z założenia: po co wchodzić na wyższy poziom, jeśli ten jest dla ludzi wystarczający. To dla mnie trochę takie naczynie połączone – artyści/ekipa i widownia.

Włodek: Nie jest moim celem pastwić się teraz nad twórcami burleskowo/boyleskowego spektaklu. Pominę już zatem dziesiątki błędów, które mnie tak bardzo raziły. Powiem krótko: burleska to nie tylko Dita i kielichy, nie tylko piękne stroje i ciała. Może być też zupełnie inaczej. Tylko – błagam – niech to będzie dobrze zrobione!

Agnieszka: Mnie tez przecież nie chodzi o to, by sprawić komuś przykrość, jednak przemilczenie tego, ze nie był to dobry spektakl nie służy nikomu. Wierzę w to, że mogą zrobić coś dużo lepszego i bardziej dopracowanego i ufam, ze nasza rozmowa może się do tego przyczynić.

Włodek: Zobaczymy… Zastanawiam się, jak ten spektakl ocenić. Wszak nie widziałem chyba dotąd słabszego przedstawienia. Tekst (treść przedstawienia) – hmm… mówiliśmy coś o chochlikach ujemnych… Ale z uwagi choćby na Red Juliette – może jeden?

Agnieszka: Zdecydowanie. Tekstu bym w ogóle nie brała chyba pod uwagę, bo był totalną zbieraniną przypadkowych pomysłów, które przychodziły do głowy twórcom, a przynajmniej takie to sprawiało wrażenie. Aktorsko – dwie osoby w miarę dawały radę, ale reszta!

Włodek: Reżyseria: tu nawet nie ma dyskusji!

Agnieszka: Jeszcze mówiąc o aktorach: Red Juliete według mnie nie dawała rady – i prowadzący i prowadząca – robili błędy językowe na poziomie mocno podstawowym, do tego dochodziła „nerwica rąk”, która mnie samą doprowadziła do zdenerwowania.

Włodek: No tak, przypominam sobie…

Agnieszka: Mam nadzieje jednak, ze kredyt zaufania, który ciągle u mnie mają (może niesłuszny, ale nie lubię skreślać niczego i nikogo po pierwszym razie) zostanie wykorzystany i w przyszłości zobaczymy bardziej dopracowaną wersję.

Włodek: Cieszę się, że to mówisz, bo właśnie myślę podobnie. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję powtórzyć to doświadczenie, może nie od razu, ale tak. Być może zadziało się tu coś przedziwnego, o czym nie mamy pojęcia. Powiedzmy jeszcze o jednej ważnej kwestii – przerwie! Trwała pół godziny! Myślałem, że tam się cuda rozkładają na scenie, a tu – niespodzianka – jedna lampka…

Agnieszka: Tak, ja też nie zauważyłam innej zmiany poza tym oświetleniem w ultrafiolecie, ale przerwa dała nam chociaż możliwość ochłonięcia i nabrania sił przed drugą częścią.

Włodek: Tylko ja już w zasadzie straciłem nadzieję, że tam coś się zadzieje. Finał mnie dosłownie zabił….

Agnieszka: O tak, finał był szczególny. Lubisz oglądać obroty?

Włodek: Tyle o ile.

Agnieszka: Jednak chodzenie na krzyż, robienie obrotów jak w tańcu ludowym i machanie „skrzydłami” to nie jest koncepcja wielkiego finału, która mogłaby porwać.

Włodek: Tu ważna informacja – owacja była w dużej mierze na stojąco. Wielu widzom naprawdę się podobało…

Agnieszka: Możesz mieć rację, widać było, że część publiki jest wierna i zintegrowana z ekipą, ludzie muszą bywać tam stosunkowo często, wiec jest to w zgodzie z ich estetyką i potrzebami artystycznymi. Muszę jednak powiedzieć, że choć widać, że części ekipy występującej w spektaklu sprawia to frajdę i „czują ten klimat”, to jednak nie rozumiem, dlaczego tak się denerwowali?

Włodek: No właśnie, to jest dobre pytanie. Nie wiem, może ze względu na widzów, a może dawno ze sobą takiego show nie robili?

Agnieszka: Możemy tylko gdybać, jednak mam wrażenie, że Master Bee czuje się na swoim miejscu (przynajmniej momentami, gdy nie denerwował się za bardzo). Ja przyznaję bez bicia – na burleskowo-boyleskowy spektakl raczej długo nie pójdę!

Włodek: Ale – i tu Cię zdziwię – spektakle dramatyczne w Teatrze Druga strefa są naprawdę pierwsza klasa! W listopadzie jeden zrobił na mnie takie wrażenie, że chyba wybiorę się na niego ponownie. Noc Helvera” – szczerze polecam. Bilety bardzo tanie, a wrażenia gwarantowane. Najbliższe spektakle – już 10 i 11 marca o godz. 20.00.

Agnieszka: Wierzę, ze to nie jest reprezentatywne wydarzenie dla całości działań Teatru Druga Strefa. Z chęcią poznam inne ich spektakle, z przyjemnością dam się porwać. Na „Noc Helvera” zwróciłam już uwagę, więc może to przeznaczenie?

Włodek: Uznajmy więc burleskę/boyleskę z 11 lutego 2017 r. za wypadek przy pracy.

Agnieszka: W taką konkluzję chętnie uwierzę. Może za jakiś czas będę piała z zachwytu, a o tym wieczorze zapomnę? Chociaż nie, właściwie nie chcę zapominać, bo bawiłam się z Wami wyśmienicie, a po drugie – to też buduje moją tożsamość widza.

Agnieszka Tatera i Włodzimierz Neubart

*****

Podsumować mogłabym tak samo, jak Włodek u siebie na blogu:szkoda, że tak się stało, jak się stało. Jednak wielu osobom bardzo się podobało, a może po naszej rozmowie kwietniowe show spodoba się też i osobom szukającym w teatrze czegoś więcej niż przypadkowy zestaw nie do końca dopracowanych występów? Wierzę w ekipę Teatru Druga Strefa, obserwuję ich działania na Facebooku i sprawdzę ich repertuar dramatyczny. A kto wie, może za jakiś czas wrócę i na burleskę, z której wyjdę olśniona? Zobaczymy!

Włodkowi dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Tekst rozmowy znajdziecie równie na blogu Chochlik kulturalny (z wprowadzeniem i podsumowaniem autora).

fot. Anushka Wojtecka // Fottoo.pl

Reklamy

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s