Rok zmian, czyli o tym, dlaczego 2016 był ważny!


Należę do nielicznych – wnioskując po wpisach na Facebooku – szczęściarzy, którzy uważać będą już na zawsze, ze 2016 rok był dobry i znaczący. Może dlatego, że skupiam się na sobie, nie na „zewnętrzu” (bo gdybym miała pomyśleć np. o polityce…). Postanowiłam spisać mój rok w pigułce, bo mam taką potrzebę, a może komuś się to przyda i zachęci do sprawdzenia „jak to jest ze mną?”, kto wie!

Praktycznie całe życie byłam przekonana, że kompletnie, ale to kompletnie nie mam silnej woli. Cokolwiek dużego zaczynałam robić, krótko po rozpoczęciu szło do kosza niepamięci i prywatnej galerii porażek. Wprawdzie w 2012 roku udało mi się zapanować nad nałogowym, kompulsywnym kupowaniem książek i do dzisiaj kupuję kilka książek w roku, ale w głębi duszy byłam przekonana, że to tylko „przypadek”, taki wyjątek potwierdzający regułę. A tu nagle niespodzianka, ubiegły rok pokazał, że każdy ma silną wolę, tylko musi naprawdę chcieć. Ale nie tylko o tym będzie ten wpis, zacznę od praktycznej zmiany i przejdę do tych bardziej „miękkich”.

Po pierwsze: mieszkanie

W maju ubiegłego roku zostałam właścicielką mieszkania w starej części Ochoty. Tym samym związałam swój los z Warszawą na troszkę dłuższą chwilę. Czy na zawsze, tego nie wiem, zobaczymy. Ale na dłuższy czas, to na bank. I chociaż wkurza mnie smog, za duża liczba aut i durne władze dzielnicy, które tylko tną drzewa i niszczą zieleń, bez nowych nasadzeń, to i tak uwielbiam tu mieszkać. Tyle fajnych opcji, możliwości, ciekawych ludzi, uroczych zakątków…

Ale to pół roku poszukiwań mieszkania, potem szarpania się z byłym właścicielem (co to był za koleś!), następnie remontowania i meblowania wspominam nie najlepiej. Strasznie dużo zmarnowanego czasu, nerwów, nawet w pewnym momencie łzy. Jednak wszystko się udało i od czerwca mieszkam na moich 38 m2.. I oby mi się tutaj mieszkało długo i szczęśliwie!

Tu zdjęcie z celebrowania pierwszej nocy na swoim + trzy dodatkowe foty „z początków”. Teraz to wygląda trochę inaczej, ale nie mam aparatu z odpowiednim obiektywem, by porządnie obfotografować to moje maleństwo 😉

A przechodząc powoli w stronę mniej praktycznych, a bardziej duchowych zmian…

Po drugie: teatr

Lubiłam chodzić do teatru, ale jakoś wcześniej zdarzało się to raz na pół roku, chyba potrzebowałam swoistego „wyzwalacza”. Została nim pewna Kasia, z którą na początku ubiegłego roku negocjowałam spotkanie i by ją skusić (bo diablica nie chciała wyjść z domu :p) zaproponowałam (dobrze wiedząc, że kocha Teatr Narodowy), że pójdziemy razem na jakiś spektakl. Fortel się udał, poszłyśmy na „Fortepian pijany” (ze względu na mą fascynację głosem Marcina Przybylskiego), a kilka dni później na „W mrocznym, mrocznym domu” i przepadłam! Emocje, które we mnie wyzwoliła ta druga sztuka były tak olbrzymie, że stały się katalizatorem do dalszych poszukiwań. A że z Kasią doskonale się chodzi do teatru (i nie tylko tam 🙂 ) to ruszyła machina, której rezultatem jest to, że teraz, gdy nie obejrzę jakiegoś spektaklu co tydzień – 10 dni, to jestem nieszczęśliwym człowiekiem.

Kocham teatr za bliskość, ogrom emocji, których dostarcza, za to, że najczęściej aktorzy włąśnie tam (a nie w serialach czy filmach) pokazują, na co ich stać, za olbrzymią pracę, jaką cała ekipa wkłada w to, by każdy spektakl był cudowny. Oczywiście, piszę w oparciu głównie o spektakle tak cudownej klasy, jak te w Teatrze Narodowym, Och-Teatrze, Teatrze Polonia, Teatrze Dramatycznym… Są też małe teatry, które zapewniają bardzo dobrą – jak na swe możliwości – sztukę, a są większe, które dają „polsatowski chłam” (np. Capitol).

Tak czy siak – teatr pokochałam miłością wielką, zafundował mi dziesiątki przecudownych wieczorów i ciekawych przeżyć. I gratisowych palpitacji serca, gdy np. po spektaklu podeszła do nas p. Beata Ścibakówna i skomplementowała nas „byłyście panie wspaniałe” – chyba było widać, jak dobrze się bawiłyśmy na „Fredraszkach” 😉 Miałam także okazję poznać dwóch z trzech moich ukochanych aktorów i to też było przeżycie, które będę hołubić długo. Suma summarum – zachęcam, byście też spróbowali, kiedy tylko będziecie mogli. To jest zachwycający, przynoszący wiele emocji i refleksji szczególny świat, w którym możecie się zanurzyć, polecam! A ci z Was, którzy z różnych względów nie mogą często bywać w teatrze, mogą za to obejrzeć całkiem sporo sztuk online, np. TUTAJ.

Teatralny rok 2016 prawie w całości
Teatralny rok 2016 prawie w całości

Po trzecie: punkt zbiorczy, który nazwę sobie hasłowo „życiowa zmiana”

W 2015 czułam, że z moim ciałem jest źle, że w moim wieku nie powinnam odczuwać problemów z biodrem, że mój nadgarstek i ramię nie powinno tak dawać czadu i inne takie „kwiatki”. W tym wszystkim nie pomagała duża nadwaga. To wszystko w końcu zmotywowało mnie do poszukania rozwiązania i z polecenia trafiłam do fizjoterapeutki, którą nazywam darem losu. Iwona Janus to wspaniała specjalistka od terapii manualnej w modelu holistycznym. Dzięki niej moje życie zmieniło się na znacznie lepsze i to w wielu aspektach!

Po pierwsze – co na początku straszliwie mnie wkurzało, bo byłam typem bardzo stacjonarnym – stwierdziła, że jeżeli mamy się spotykać i ma to mieć sens, to muszę zacząć robić ćwiczenia, które mi zapisze i dużo więcej chodzić. Ćwiczenia 6 razy w tygodniu. O 6:40 rano (bo tylko wtedy jestem pewna, że je danego dnia zrobię). Chyba teraz z łatwością możecie sobie wyobrazić moją początkową niechęć 😉 Chociaż to i tak były – z perspektywy czasu patrząc – ćwiczenia bardzo mało wymagające, na początku głównie jakieś rozciągania, napinania, generalny rozruch i odbudowa mięśni. Z czasem wchodziłam na kolejne stopnie trudności, a teraz ćwiczę wymiennie – zestaw od Iwony + zestawy interwałowe (tzw. trening przedziałowy o wysokiej intensywności) z kanału Lumowell. No i coraz częściej sama zaczynam szukać nowych możliwości. A rozmowy z Iwoną w trakcie 50-minutowych wizyt to kopalnia inspiracji, motywacji, nowych pomysłów i punktów widzenia, jest świetna!

Czy Wy macie pojęcie, co to dla tak zapuszczonej fizycznie osoby oznaczało, gdy poczuła, że zaczyna mieć mięśnie? A gdy zaczęło je być widać spod kochanego ciałka? I gdy odczułam, że wejście na 4 piętro nie doprowadza mnie do stanu przedzawałowego, a wręcz nie jest żadnym wyzwaniem? Gdy zobaczyłam, jak inaczej chodzę, siedzę i ogólnie się poruszam? Matko, jak bardzo wcześniej nie dbałam o swoje ciało! A wydawało mi się, że przecież „tylko” nie ćwiczę, ale poza tym jest git. Frajerka…

Jakoś tak wyszło, że mniej więcej miesiąc po rozpoczęciu chodzenia do fizjoterapeutki Kasia usnuła swój fortel (ciekawe, czy w zemście za mój teatralny…) i wplątała mnie w zmianę żywieniową. No właśnie, nie dietę, nie odchudzanie, ale zmianę podejścia do żywienia. 5 posiłków dziennie, o jak najbardziej stałych godzinach (bo oczywiście nie da się jak w zegarku), owoce do 12:00, jak najmniej węglowodanów (tym bardziej, że cukry w tej czy innej postaci są w 80% produktów!), jak najwięcej warzyw, brak podjadania między posiłkami. O jeżżżżu, jakie to było ciężkie na początku! No bo jak to – nie zjeść cukiereczka lub czipsa (szczególnie, gdy nasz działowy „paśnik” jest pod moim nosem), tyle gotować i jeździć z pudełkami z obiadami i sałatkami prawie codziennie do pracy. Nie podobało mi się to na początku, oj nie! Do momentu, gdy zaczęłam odczuwać efekty. Ćwiczenia + przepracowanie trybu żywieniowego poskutkowało tym, że na spokojnie i bez katowania się (ba! najadając się pysznościami po dziurki w nosie) w 10 miesięcy schudłam 12 kilogramów (generalnie więcej, ale pierwszy raz zważyłam się w kwietniu, więc nie wiem, ile w sumie, obstawiam, że mogło być 14-15). Wiem, dla niektórych to żaden efekt wow, ale dla mnie jest to bezpieczne i wygodne zmienienie rozmiarówki o kilka numerów w dół. Jeszcze jakieś 7 kolejnych i będę stabilizować wagę na tej „książkowej”.

Nie udałoby mi się przetrzymać początków i kryzysów, gdyby nie Kasia i druga „wspomagaczka” – Sylwia. Kibicowały, chwaliły, wspierały, gdy trzeba było powiedzieć gorzką prawdę – waliły prosto w oczy. A od pewnego czasu dodatkową motywacją jest fantastyczna babska grupa na FB – „I wish I was Beyonce – tak pozytywna, wspierająca i normalna (bez zadęcia: zjadłaś czipsa! Katuj się teraz! Czy też bez misjonarstwa dietetycznego i nauczania nieoświeconych). Dziewczyny dzielą się doświadczeniami, przepisami, ciekawostkami, wspierają w chwilach zwątpienia, radzą, gdy są pytane o rade, uwielbiam tę grupę!

Wsparcie Kasi i Sylwii oraz zmiany w mym ciele (i w konsekwencji po części też w psyche) poskutkowały tym, że zaczęłam nosić spódniczki i sukienki, co ostatni raz zdarzyło się pewnie w podstawówce, gdy byłam zmuszana stroić się w nie na apele. Czułam się w nich źle, więc przez długie, długie lata nie nosiłam ich w ogóle. A teraz żałuję, bo to jest świetna sprawa! Niestety, zimą chodzę w nich rzadziej, ale już niedługo wiosna i wrócę do standardu z ubiegłych wakacji, gdy spódniczki i sukienki były najczęstszym mym ubiorem. Poczułam się dzięki temu bardziej kobieco. No i w końcu mogę pięknie wyglądać, gdy idę do teatru 🙂

W 2016 roku zyskałam też bliskość prawdziwej przyjaciółki, z którą mogę naprawdę o wszystkim porozmawiać wprost i bez fochów. Jesteśmy w stanie przegadać – chyba naprawdę – każdy temat, szczerze wyjaśniając swoje punkty widzenia, swoje doświadczenia, obydwie strony są zaangażowane i otwarte na komunikację wprost. Taka głębsza przyjaźń, a nie tylko taka do poplotkowania i wyjścia na wino od czasu do czasu. I to jest piękne. Bywają chwile kryzysowe, bo mimo sporej dozy podobieństw, mamy kilka dużych różnic charakterologicznych. Ale właśnie to jest piękne, że mimo tego, że tak się w kilku istotnych sprawach różnimy, to i tak chcemy i potrafimy się dogadać. Dziękuję! :*

Te wszystkie powyższe czynniki wpływają też na moje myślenie i podejście do życia. Oczyszczając i wspomagając me ciało, by wróciło do formy zmieniło się też moje podejście np. do zakupów, jedzenia produktów przetworzonych, robienia sobie – na własne życzenie – krzywdy żywieniem i stylem życia etc. Ale także moje kompleksy są powolutku przepracowywane, z pomocą właśnie Iwony oraz przyjaciółek. Przepracowuję kwestię np. tego, że nie jestem pomidorówką,żeby mnie wszyscy lubili i że nie zamierzam uzależniać swojego samopoczucia i stanu nerwów od innych (oczywiście jest to megatrudne!), pracuję też nad postrzeganiem samej siebie. Możecie tego nie wiedzieć, bo skąd, ale jestem jednym wielkim kłębkiem kompleksów, mam więc nad czym pracować przez długie lata. Ale najważniejsze jest to, że zobaczyłam, że się da i że z dobrą wolą, motywacją, wytrwałością da się zrobić naprawdę wiele! Ja w każdym razie czuję się po ubiegłym roku dużo lepiej niż w latach wcześniejszych i zamierzam dalej to zmieniać na lepsze i lepsze!

ja-kiedys
Mniej więcej tak wyglądałam jakieś 1,5 czy 2 lata temu
Zdjęcie z tego tygodnia, gdy miałam okazję poznać Marcina Przybylskiego (tego, od głosu i cudownego aktorstwa <3)

To wszystko pokazało mi, że naprawdę chcieć, to móc. Uważam, że poza skrajnymi przypadkami jakiejś ciężkiej choroby każdy może zrobić tak samo. Tylko trzeba tego naprawdę chcieć, nie szukać wymówek, a możliwości, być otwartym na zmiany i cieszyć się drobiazgami.

A ja teraz uczę się powoli tego, jak być tu i teraz. I nie odkładać życia na później, bo tego później może nie być. Kibicujcie mi! 🙂

A teraz zostawiam Was z tym wpisem i lecę poćwiczyć!

Reklamy

30 thoughts on “Rok zmian, czyli o tym, dlaczego 2016 był ważny!

  1. Fantastyczne zmiany! Mój rok 2016 byl rokiem ogromnych zmian i wspominam go.. Jak za pięć lat. Za dużo i zbyt szybko. Dlatego tym bardziej sie cieszę, że dla niektórych był to wspaniały rok. Gratuluję, muszę powiedzieć, że na zdjęciu wyglądasz promiennie i po prostu pięknie. 🙂 teatru baaardzo zazdroszczę, ale najbardziej to mieszkania na ochocie. Wynajmuję mieszkanie na ochocie i marzę o tym, że mogłabym tu mieszkać na swoim, ale na razie jako studentka mogę dalej marzyć. 🙂 Jednak smog nie smog – to piękne miejsce. Dlatego jeszcze raz – bardzo gratuluję i życzę takich wspaniałych sukcesów również w tym roku! 🙂
    Pozdrawiam bardzo ciepło!

    1. Tak bywa niestety, że czasami czynniki zewnętrzne rozwalają nam nasze plany, życie, drastycznie czasami zdrowie i psyche. Ale bardzo dużo zależy też od nas samych, czego w końcu się uczę, bo do niedawna tylko brałam to, co się wydarzało i tyle. A teraz uczę się, jak reagować, by jak najbardziej dbać o siebie. Cholernie trudna sprawa.

      Dziękuję za komplement 🙂 Promienność może wynikać z towarzystwa 🙂 Ale słyszę to ostatnio często, więc coś musi być na rzeczy!

      Witam sąsiadkę! Też mieszkasz na Starej Ochocie, czy w innej części dzielnicy? Może się gdzieś mijamy i o tym nie wiemy? 😀 Co do mieszkania tutaj – wiesz, ja już jestem od kilkunastu lat pracującą osobą, więc w końcu był ten czas 😉 Na studiach to mi nawet do głowy nie przychodziła kwestia kupowania mieszkania 😀 Wszystko przed Tobą, jak się zakochałaś w Ochocie, to jest duża szansa, że jak dojdzie co do czego, to właśnie tutaj zapuścisz korzenie, jestem tego pewna!

      Również cieplutko pozdrawiam!

  2. Jaki piękny wpis! Czy zdajesz sobie sprawę, jaki to wpis motywujący? Sądzę, że możesz być inspiracją dla wielu osób! Jestem z Ciebie taka dumna, że aż frunę nad stołem 😀
    I wiem doskonale, że naprawdę możesz wszystko. Ale na pewno to wiesz :-*
    ps, 2017 będzie kontynuacją 2016 😀

    1. No właśnie ne zdawałam sobie sprawy, że może być aż tak pozytywnie postrzegany! Baaardzo mnie to cieszy, bo może akurat dla kogoś będzie to taki właśnie wyzwalacz, który poruszy kamyczek pod głazem zmian? 🙂

      Dziękuję, kochana, za wszystko! :* A w 2017 roku podbijemy resztę świata 😀

  3. Aga,wspaniałe zmiany! Jestem pod ogromnym wrażeniem, zwłaszcza, że pamiętam Ciebie sprzed tych kilku ładnych lat 🙂 Promieniejesz, zmianę widać w Twoich oczach, na twarzy, w uśmiechu, w postawie. Trzymam kciuki za kolejne kroczki i kroki i zmiany w takich kierunkach, które sobie zaplanowałaś.
    Bardzo, bardzo się cieszę 🙂

    1. Kornwalia – o, dziękuję Ci za te słowa, bo to tylko potwierdza, że warto było 🙂 Ja mam skrzywione postrzeganie samej siebie, więc widzę te zmiany w umniejszony sposób, z czym walczę, ale jeszcze trochę mi zejdzie. Dlatego takie opinie z ust osób, które znały mnie już przed laty są szczególnie cenne 🙂 Dziękuję!

      PS. Swoją drogą, jak my się straszliwie dawno nie widziałyśmy, ech!

  4. Brawo!!! U mnie 2016 to rok „zastojowy” ale wynika to tylko i wyłącznie ze mnie. Już krok po kroczku zaczynam wprowadzać pewne zmiany, żeby 2017 był inny. Cudownie że miałaś taki wazny rok!!! 😘

    1. Dziękuję 🙂 No właśnie, ja takie miałam poprzednie lata, niby się coś działo, ale nic tak naprawdę istotnego. I dlatego się cieszę, że w końcu zmiana 😀 Super, że 2017 zapowiada się „zmiennie”, trzymam kciuki i pozdrawiam!

  5. Nie ma to jak odkryć, ile szczęścia daje bycie dobrym dla siebie 🙂 Agnieszko, gratuluję pozytywnych zmian w każdym zakresie i trzymam kciuki, by kolejny rok był równie dobry.
    Wyglądasz pięknie, dbasz o duszę i to widać 😉

    1. Anna – dzięki 🙂

      Lustro Rzeczywistości – najpierw przepracowanie tego, co to oznacza. Bo wcześniej np. wydawało mi się, że bycie dobrym dla siebie to nagradzanie się po ciężkim dniu ciastkami czy czipsami 😉 Więc sporo rzeczy się musiało najpierw zmienić, bym doszła do tego poziomu.

      Dziękuję, bardzo mi miło, gdy czytam takie słowa 🙂

  6. Rzeczywiście był to rok zmian, na szczęście dobrych zmian! Jest mi niezmiernie miło, że na tej liście zasłużonych znalazła się też mała wzmianka o mnie. Cieszę się, że choć w malutkim stopniu mogłam się przyczynić do tej prawdziwej „dobrej zmiany”! 🙂 Jak zawsze trzymam kciuki za Twoje postępy i wierzę, że jeszcze dużo świetnych zmian przed Tobą ❤

    1. Nieogarniam – całe szczęście. Poprzednie lata były nieszczególne, więc jestem bardzo szczęśliwa z tego względu, że w końcu 2016 pokazał milsze oblicze. I tak, przyczyniłaś się razem z Kasią do podtrzymania moich kilku zwątpień, odpowiadałaś na durne pytania, wysłuchiwałaś marudzenia, więc wiesz, nie taki mały wkład 😀

  7. Brawo Taterka! Faktycznie chcieć, to móc. Piszę, to z własnego doświadczenia.
    Ale trzeba bardzo chcieć :). A silną wolę trzeba ćwiczyć. Jak mięśnie.

  8. Gratuluję! I biorę się w garść! (60+) 🙂 Można też polecać NINATEKĘ – sporo tam sztuk teatralnych i słuchowisk. Pozdrawiam serdecznie

    1. Zosik – dzięki 🙂 Oj fakt, trzeba naprawdę chcieć, a nie tylko gadać, że się chce. A potem faktycznie, nieustannie ćwiczyć wolę:D Ale się da i to jest piękne 🙂

      JPK – Ninatekę znam, ale zawsze o niej zapominam, dzięki za przypomnienie!

  9. Agusia, fantastyczny wpis. Brawo! Zmieniłaś się bardzo na tych zdjęciach, ale jedno Ci się nie zmieniło – przepiękny uśmiech.
    Z uśmiechem przez życie!

    1. Agnes – dziękuję 🙂 Staram się, chociaż bywa to trudne, jednak aktualnie i tak jest mi łatwiej o ten uśmiech niż przed laty!

      Qbuś – 🙂 I jeżeli była upragniona stabilizacja to też pięknie, ważne, by realizować swoje pragnienia 🙂

      1. Ha! Ja jestem osobą, która jako nastolatka chodziła na wagary do teatru, więc wpływ był ogromny… ale jako dorosła dzięki teatrowi zdobyłam przyjaciół, poznałam ludzi, o których nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek ich poznam, bywałam w miejscach, w których nie sądziłam, że się znajdę (bo i nie wszystkie są dla śmiertelników dostępne na co dzień…), podróżowałam daleko, byłam na rozdaniu nagród teatralnych w Londynie, zostałam kolekcjonerką grafik bardzo wyjątkowego „artysty”… Długo by mówić. Mimo że pracuję w zawodzie tak bardzo odległym od sceny, jak to tylko możliwe, siedzę w tym po uszy, jak na amatorkę jestem całkiem biegła w temacie nieznanych sztuk rówieśników Szekspira i czerpię z tej pasji coraz większe korzyści 🙂 A poza tym teatr pomógł i pomaga mi zwalczyć nieśmiałość, która mnie po wielokroć paraliżowała.

        1. Ekstra! Chociaż ja wpadłam jak śliwka w kompot w porównaniu z Tobą bardzo późno, ale trochę identyfikuję – też zdobywam przyjaciół, poznaję ludzi, o których poznaniu nigdy nawet nie marzyłam, co do bywania w miejscach niedostępnych śmiertelnikom – kto wie, coś niedużego powoli rysuje się na horyzoncie, ale na razie ciii, bo to palcem na wodzie pisane 🙂
          Fajnie, że tak cudownie rozwinęła Ci się ta pasja, a Ty razem z nią, to piękne! Podziwiam i troszkę zazdroszczę, ale bez negatywnych konotacji, tylko że sama bym tak chciała.
          Ja teraz dumam, co przeczytać, by nadrobić braki związane z teorią teatru. Masz jakieś sugestie? Chcę więcej widzieć, więcej rozumieć, poszerzyć kontekst 🙂

          1. U mnie wiedza przyszła z doświadczeniami towarzyskimi, bo mam znajomych naukowców badających teatr przed i po Szekspirze 🙂 Rozmowy przy piwie z nimi to fenomenalne doświadczenie. Jeśli chodzi o nasze lokalne podwórko, to oczywiście Raszewski, a jeśli czytasz po angielsku – prof. Stanley Wells. Plus na przykład dzienniki wybitnych aktorów teatralnych, na przykład Anthony’ego Shera o roku, który spędził na przygotowywaniu się do roli Ryszarda III. U nas niestety publikuje się niewiele książek o teatrze.

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s