Bohaterki na rowerach („Zawołajcie położną” – Jennifer Worth)


niemowlak
Fot. en-shahdi (flickr)

Jennifer Worth przez dwadzieścia lat pracowała jako położna. I to w czasach, w których standardem był poród w domu, bez lekarza (o ile sytuacja nie była tragiczna), często w  bardzo trudnych warunkach. A na dodatek pracowała w niezmiernie ubogim środowisku, gdzie standardem były wielkie rodziny gnieżdżące się w malusieńkich mieszkaniach, jedna toaleta i łazienka na kilkadziesiąt (lub więcej!) osób, a często i brak higieny, bo jak ją zachować, gdy po wodę stoi się tak długo, a dzieciaki ciągną za spódnicę?

Jako młoda dziewczyna trafiła Domu Nonnata, miejsca prowadzonego przez siostry zakonne parające się położnictwem, otwartego jednak i dla świeckich położnych. Już samo towarzystwo, jakie się tam zebrało, wystarczyłoby na barwną opowieść. A gdy się do tego doda mieszkańców portowych dzielnic biedoty, to robi się opowieść niezmiernie przejmująca, wciągająca, momentami wzruszająca. Kobiety te pracowały wytrwale, a robić miały co, bo przecież to czasy, gdy o tabletce antykoncepcyjnej nikt nie słyszał, więc standardem były rodziny po około 10 osób. Porody, wizyty dwa razy dziennie u kobiet w ciąży i w połogu, poradnia, pracy było mnóstwo. Wsiadały więc na rower i niezależnie od pory i pogody jechały pomagać kolejnym kobietom i ich dzieciom.

Autorka opisywała lata pięćdziesiąte XX wieku. A czytając tę książkę ciągle miałam wrażenie, że bardziej cofnęliśmy się w czasie. To kolejny raz pozwoliło mi ocenić z jednej strony, jak wielką różnicę w rzeczywistości stworzyło tych kilkadziesiąt lat, a z drugiej strony pomyśleć, że właściwie nie dla wszystkich, tak wiele osób ciagle żyje w warunkach podobnych do tych opisywanych…

Jennifer Worth potrafi pisać w taki sposób, że sama nie wiem, kiedy zdołałam pochłonąć całą książkę! Odmalowała East End tak dosłownie, że poczułam jego smród, zobaczyłam mgłę, podwórka pełne prania, dzieciaki wyłażące z każdego kącika, usłyszłam nawoływania „Dzień dobry, siostryczko!”. W tak samo barwny sposób ukazała bohaterów, wzbudzając we mnie silne uczucie sympatii do niektórych bohaterów (sposób na udane, pełne miłości małżeństwo? Znaleźć małżonka mówiącego w zupełnie innym języku ;)), do innych antypatii.

Autorka snuje swoją historię, przeplatając ją historiami różnych przypadków, na które natknęła się w trakcie swej pracy. Obawiałam się, że się wynudzę, a do tego może autorka będzie epatować opisami makabrycznych porodów etc., jednak nie. Książka jest pełna naturalistycznych opisów, ale bez przesady w żadną stronę. Oczywiście, że czasami nas może „zatchnąć”, bo sytuacje i warunki bywały skrajne, jednak nie ma tu nic przesadzonego.

W ogóle bym po tę książkę nie siągnęła, gdyby nie to, że na Targach Książki spotkałam współpracującą ze mną pracownicę WL, która tak mi ją zachwaliła, tak mi o niej opowiadała, że nie mogłam się powstrzymać. I zdecydowanie nie żałuję! Cudna książka! Świetnie napisana, wciągająca, pełna emocji, mądra pozycja. A na dodatek to tłumaczenie wystylizowane na cockney! Te wszystkie: siostryczki, pardąsik, bozi niech bendom dzięki itp. perełki – palce lizać!

Nie pozostaje mi napisać nic innego: serdecznie polecam!

PS. Mam wielką nadzieję, że wydawnictwo opublikuje i dalsze tomy jej autorstwa.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2014 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Liczba stron: 426

© 

Reklamy

13 thoughts on “Bohaterki na rowerach („Zawołajcie położną” – Jennifer Worth)

  1. Agnieszko, pięknie napisałaś o tej książce.
    Przybliżyłaś tematykę, wcale jej nie streszczając.
    Uwaga o smrodzie aż mnie rozbawiła… choć przecież wcale nie ma się z czego śmiać 😦
    I te wszystkie perełki słowne – z pewnością tworzą one specyficzny, niepowtarzalny klimat.

    1. Dzięki 🙂 Trudno mi było ten tekst napisać, więc cieszę się, że jednak wyszedł ok.
      Hehehehe, no wyobraź sobie – jedna toaleta na tyle osób, nocniki do opróżniania, zalegające śmieci, problemy kanalizacyjne… Tam nie pachniało fiołkami 😉
      Tak, bardzo się cieszę, że wydawnictwo postanowiło dać nam chociaż namiastkę tego języka, zdecydowanie dodało to książce uroku i autentyczności, tym bardziej, że tłumaczka zacnie się spisała!

  2. Nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej lekturze, naprawdę – i to mimo tytułu, który raczej nie pozostawia wątpliwości co do treści 😛
    Jednak nie podejrzewałabym, że można w TAKI sposób napisać o typowo kobiecych, trochę wciąż tabu sprawach, jestem książką oczarowana – a cockney rzeczywiście wymiata, obśmiałam się jak norka przy tych stylizowanych fragmentach 😀

    1. Isadora – wiesz co, niby tytuł jest jasny, ale zdecydowanie można się spodziewać czegoś innego, niż się dostaje. Właśnie, to ten styl sprawia, że treść jest tak wchłaniana przez czytelników! 🙂
      Oj, ja też się obśmiałam, śliczności są te wstawki ❤

      Iza – nie, ja niby wiedziałam, że Marta to tłumaczy, ale pisała o tym wieki temu i zapomniałam. Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie p. Marta. I chwała jej za to, że mnie namówiła 😀
      Ja też trzymam za nią kciuki, niech będzie!

  3. Wczoraj wieczorem skończyłam ją czytać, z uczuciem zaskoczenie „Już koniec!”! zaraz potem „Ale ja chcę więcej, musi być jakiś drugi tom!”.

    Przyłączam się do osób polecających serial! 🙂

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s