„Wojna w blasku dnia. Księga 1” – Peter V. Brett


wojna

Premiera już jutro – 3 kwietnia!

demony

Świat pełen demonów wita Was ponownie!

Tutaj nocami albo ukrywasz się za ochroną runiczną, albo stawiasz życia na szali walcząc z demonami z Otchłani. A dzień przynosi rozgrywki polityczne, walkę o władzę, konieczność wyboru między dwoma kandydatami na Wybawiciela ludzkości, między Jardirem i Arlenem. Ta dwójka, która kiedyś była sobie bliska jak bracia, od pewnego czasu jest w stanie wojny. Wybawiciel przecież może być tylko jeden!

Na dodatek nadchodzi nów, który przyniesie największe zagrożenie ze strony demonów od wielu, wielu lat. Możliwe, że wręcz zagładę ludzkości. A żeby wygrać z demonami najpierw muszą rozegrać wojnę między sobą, wojnę w blasku dnia…

Mimo tego, że teoretycznie głównymi bohaterami nadal są Jardir i Arlen, to dla mnie ta księga, to jest opowieść kobiet. Z jednej strony śledzimy dalsze losy (i rozgrywki!) Leeshy, zielarki z Zakątka, do której zapałał wielkim uczuciem Jardir (co wzbudziło wielką niechęć jego Jiwah Ka – Inevery). Leesha tworzy skomplikowaną intrygę, prowadzi grę między Jardirem a interesem swojego ludu. Gra ta może się dla niej bardzo źle skończyć… Obserwujemy rozwój związku Arlena z Renną, a także jej naukę związaną z runami, walką z demonami oraz zagrożenie płynące z odkrycia, skąd Arlen czerpie swe niesamowite możliwości. A już creme de la creme tej opowieści, to historia Inevery. Poznajemy jej dzieciństwo, odkrycie jej daru, wielopoziomowe szkolenie, rozgrywki, które prowadziła, najpierw, by nie dać się zniszczyć, a potem, by pomóc Jardirowi w rozwoju jego władzy. Smakowity kawał opowieści!

Cenię sobie ten cykl z kilku powodów. Jednym jest bardzo interesujący świat – zarówno jedno, jak i drugie plemię ma bardzo ciekawe zwyczaje, religie, tradycje, relacje międzyludzkie etc. A gdy się do tego dołoży jeszcze kwestię runów i demonów, to robi się jeszcze ciekawiej.

Pustynna Włócznia 2-4

Jest tutaj również sporo bohaterów, a każdy z nich jest bardzo realnie stworzony, pełnokrwisty, ma swoje cechy szczególne, zachowania, którymi się charakteryzuje. Możemy poznać ich historie, ale także z tomu na tom obserwować rozwój, widzieć role, które jest im dane spełnić, w jakim kierunku zmierzają etc.

Do tego dochodzi fakt, że autor – grając wieloma bohaterami, różnicowaniem czasu i miejsca akcji (przeskoki między rozdziałami) – tak buduje fabułę, że czytanie pochłania jak bagno. Wszystko jest spójne, nie rozłazi się, każdy tom jest konsekwentną kontynuacją poprzedniego, wszystko składa się w jedną zgrabną całość. Brawo dla Bretta za wyobraźnię i umiejętności!

Kolejny raz książkę ozdabiają bardzo fajne grafiki ukazujące bohaterów. I kolejny raz muszę się przyczepić do jednego – Fabryka Słów znowu rozbiła jeden tom na dwie księgi. Taki mają najwidoczniej zwyczaj (stosowany w różnych przypadkach), ale dlaczego drugą księgę (jednego tomu!) wydają dopiero w czerwcu?? Podzielić jedną książkę na dwie części i wydać tę drugą dopiero za jakiś czas to jest moim zdaniem niefajny zwyczaj. No, to sobie ponarzekałam, co nie zmieni faktu, że jak już się doczekam drugiej księgi, to rzucę się na nią z wielką niecierpliwością 😉

PS. Szkice pochodzą ze strony Fabryki Słów. Umieszczone były w poprzednich tomach, nie byłam w stanie odnaleźć grafik z tej księgi cyklu. Jednak ich styl pozostał taki sam.

© 

wojna w blasku dnia 1Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 680

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

Cykl demoniczny:

Reklamy

14 thoughts on “„Wojna w blasku dnia. Księga 1” – Peter V. Brett

    1. Lenalee – biorąc pod uwagę objętość książek wydawanych przez FS, to pewnie w jednym tomie byłoby to ponad 1000 stron. Więc mogłoby być duże i ciężkie. Faktem jest, że były wydawane takie cegły (i to w twardych oprawach!), jak np. „Mgły Avalonu”, ale to raczej rzadkość. Mnie bardziej od tych 2 tomów wkurza fakt, że one są wydawane z taką przerwą! Przecież to 1 książka, tylko podzielona na dwa tomy. Dlaczego mam czekać na coś, co już istnieje? Tego nie kumam szczególnie.

      zajeckicajec – tiaaa… Ale i tak mam dziwne przeczucie, że większość fanów wolałaby poczekać dłużej, a mieć całość za jednym zamachem, a nie czytać w tak denerwujący sposób.

      1. Mimo że nie lubię takiego dzielenia jednego tomu na dwie części, to trudno mi się nie zgodzić i faktycznie ciężko byłoby nawet gdziekolwiek zabrać ze sobą taką książkę. Uwielbiam grube książki, ale czytam je tylko wtedy, gdy mam do dyspozycji naprawdę dużą ilość czasu.

        1. Lenalee – no właśnie, też lubię grubaski, a też stosunkowo rzadko po nie sięgam, bo jak się ma mało czasu, to potem się czyta taką jedną książkę miesiąc 😉
          Troszkę w marcu udało mi sie ich poczytać, bo miałam dużo wolnego. I tyle :/

  1. Skoro tak chwalicie (komentujący też), pewnie zajrzę. Ostatnio świat fantastyki jest ciekawszy niż realny. Ale, czy aby nie ma tam śniegu?- bo już uszami mi wychodzi.

    1. Volfee – poczekasz do czerwca i nie będzie potrzeby czytania w oryginale 😉 Wtedy możesz kupić obydwa tomy po polski 😉

      Sabatowka – nie, tam nie ma śniegu. Prędzej upał i piaski pustyni lub ewentualnie zielone krainy 😀

  2. te podziały na dwie części doprowadzają do szału. Podobnie jest przecież w przypadku Martina. Polacy to jednak wiedzą jak zrobić konkretny skok na kasę.

    1. Kessell – faktycznie. Chociaż z jednej strony ja rozumiem „rozcinanie” takich olbrzymów na pół – inaczej są niezbyt wygodne w czytaniu (trzymaniu, noszeniu, przewożeniu), ale jak już się jedną książkę tnie, to można byłoby wydać obydwa tomy jednocześnie, a nie kazać ludziom czekać na coś, co już przecież istnieje :/

  3. Podzial ksiazek Martina o ile denerwujacy to calkowicie wytlumaczalny. Tam naprawde jest pelno tekstu i wydac ksiazke 1000+ stron nie jest fajne. Ciezko to sie i trzyma i nosi w plecaku. Co do Fabryki, to w ich przypadku jest to nic innego jak skok na kase. Rozdmuchana trzcionka, rozstrzelony tekst, przygotowany jak dla 12-latka z powazna wada wzroku. A wszystko po to, zeby objetosc urosla do 500-600 stron i moc wydac ja w dwoch czesciach. Zenada. Gdyby zastosowali trzcionke jak u Martina mieliby moze ze 200 stron, no ale wtedy nie mogliby zawolac dwa razy po 45 zylca prawda? Fabryka wydaje naprawde swietna fantastyke, ale przy tym robi to na tak zlodziejskich warunkach ze az szkoda o tym mowic.

    PS. Zeby nie bylo offtopu polecam zarowno Martina jak i Bretta. Obie serie to uczta dla wyobrazni 🙂

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s