Bloger to tchórz?


Siedzę w blogosferze już kilka lat. Długich lat. Miałam szansę obserwować wiele różnych sytuacji, z których buduję sobie powoli „portfolio wspomnień”. Oprócz różnorakich sytuacji fajnie obserwuje się też zachowania ludzi. W internecie wyłazi szydło z worka i tutaj najlepiej widać wszelkie nasze zachowania. Takie krzywe zwierciadło ludzkości.

Postanowiłam od czasu do czasu pisać o sprawach, która jakoś mnie ruszają, bawią, oburzają, wzruszają. Takie przemyślenia blogozaura 😉

Wiele jest zachowań, które obserwuję dosyć często, więc mogłam sobie ułożyć listę ulubionych. Jako, że wywodzę się z blogosfery ksiażkowej, to od zachowań z naszego kąta chciałabym zacząć. Pierwsze hasła, które przychodzą mi do głowy:

1. „Nie ma złych książek, jest tylko niewłaściwy odbiorca” – o matko, jakie przegięcie! W ten sposób nie byłoby podziału na dobrą i złą literaturę, nie miałaby racji bytu klasyka i kanon literatury, nie moglibyśmy sobie wyrobić i rozwijać gustu czytelniczego. Halo, jest tu kto? Naprawdę tak uważacie?

Na tej zasadzie moglibyśmy mówić: nie ma złej pizzy, to nic, że jest niedopieczona, sos jest do kitu, a ser się nie ciągnie, pewnie komuś innemu będzie smakowała. Ewentualnie: nie, ona nie fałszuje, nie ma też słabego głosu, tylko ja nie jestem odbiorcą dla którego ona śpiewa. Można byłoby też rozwinąć to założenie do poziomu wręcz metafizycznego: nie ma złych ludzi, tylko trafiają na niewłaściwe inne osoby/sytuacje 😉

Naprawdę tak bardzo boimy się oceniania literatury? Pisania: to jest do kitu ponieważ to i tamto? Uważam, że ta książka jest słaba, a opinię opieram na…? A może robimy to w cztery oczy i tylko boimy się opiniować publicznie? Skąd to tchórzostwo?

2. „Autor się napracował przy pisaniu, dlatego nie należy krytykować” – naprawdę? Serio? Skąd to założenie? Jeżeli ugotuję obiad, spędzę cały dzień w kuchni i mi nie wyjdzie, a obiad będzie bardzo kiepski, to też nie należy powiedzieć sorry, schrzaniłaś sprawę, ponieważ…? Następnym razem jednak już będziesz wiedział, żeby unikać X i zwracać uwagę na Y.

Dlaczego konstruktywna krytyka książki miałaby autora skrzywdzić? Chyba każdemu zależy na własnym rozwoju i coraz lepszym wykonywaniu tego, co się robi, prawda? A może sie mylę i wcale nie lubimy szlifować swoich umiejętności, tylko wolimy, by nas głaskać po głowach i się uśmiechać?

A może wynika to z tego, że teraz pisać i publikować może każdy, prosić o recenzję także i przez to, że zależy nam na współpracy z wydawnictwem lub autorem boimy się tak naprawdę ocenić to, co czytamy? Unikamy ewentualnej konfrontacji?

3. „Właściwie warto przeczytać, jak się komuś nudzi” – uwielbiam ten tekst 🙂 Bloger w tekście jedzie po książce, jak po burej suce, a na koniec takie zdanie. Skąd ta tendencja do „książkowej poprawności”? Takie kończenie to forma usprawiedliwiania się, coś w stylu punktu numer jeden. Czemu to ma służyć?

Rozumiem, że każdy może mieć słabszy dzień i użyć podobnego sformułowania, bo np. ma mętlik w głowie. Ale spotykam je tak często w różnych recenzjach, że albo część z nas ma naprawdę często złe dni, albo znowu brakuje nam odwagi do konkretnego i szczerego pisania. Co jest na rzeczy?

4. „Jeśli Ci się nie podoba, to nie czytaj” – taka książkowa wersja „nie musisz tego robić, skoro nie chcesz”, o której ostatnio pisał Michał na Subiektywie.

5. „Piszę dla siebie” – jeżeli by tak było, to blog byłby zamknięty na kluczyk i wiedziałby o nim tylko prowadzący. Proste.

Pewnie u części z nas pojawiały się takie teksty na pewnym etapie blogerskiego rozwoju, a potem zniknęły. U innych to jest część generalnej postawy. A ja się zastanawiam, z czego wynikają te teksty. Czy blogerzy to tchórze?

*****

To tylko pięć zachowań (czy raczej wymówek?), które przyszły mi do głowy jako pierwsze. Ciekawe, czy zrobi się z tej akcji coś cyklicznego, czy to zryw jednorazowy. Zobaczymy.

Będzie burza w szklance wody? A może pożrecie mnie żywcem? 😉

Reklamy

66 thoughts on “Bloger to tchórz?

  1. Wywołana do tablicy – halo jest tu kto? – odpowiadam – naprawdę uważam, że nie ma złych książek, są tylko niewłaściwie dobrani czytelnicy. Co z tego, że ja gardzę Harlequinami, skoro znam takie panie, które bez tego żyć nie potrafią. Co z tego, ze są takie ksiażki na rynku, które ja uznaję za okropne paszteciarstwo, skoro na innych blogach pieją peany, kobiety mdleją, płaczą i hołdy pisarce ślą. Co z tego, że oglądam niektóre stosy i widzę takie książki, że musieliby mi duuużo zapłacić, zebym je przeczytała, a komentarze są takie, ze się ta i inna nie może doczekać lektury.
    To nie jest kwestia niedopieczonej pizzy, to jest kwestia pizzy z owocami morza, której nie lubię i pizzy z pepperoni, którą uwielbiam. Odwiedzam blogi, jeśli widzę, że omawiane tam książki są nie po mojej ‚linii partyjnej’ przestaję tam zaglądać, ale pogardzać czy piętnować nie będę. W życiu nie sądziłam, że za to motto mogę być ciągana po blogach i piętnowana, że głupoty gadam. Przykro mi się zrobiło

    1. Harlequiny to zasadniczo nie są złe książki, po prostu skierowane do mniej wymagających czytelniczek. Zła książka nie jest wtedy gdy Tobie się nie podoba, bo to nie ten typ, tylko raczej gdy widzisz rażące byki na każdej stronie, ktoś chyba zapomniał zrobić dokładniejszą korektę, błędy warsztatowe zauważy każdy śmiertelnik i książka została wydana w pośpiechu, bez talentu i jakiegokolwiek pomysłu. W takim wypadku, już ciężko stwierdzić jakiemu odbiorcy by to się spodobało. Wiadomo, Ty nie jesteś właściwie dobranym czytelnikiem. Ale w takim razie, kto?? Dziecko z dysleksją, które czytać umie, ale jeszcze nie ogarnie fabuły, czy mały brzdąc, który wykorzysta książkę do zabawy z ‚koteckiem’?

      PS. W kwestii blogów i peanów, to jednak trzeba wziąć poprawkę, że w przypadku pewnych pisarek to z zasady albo pisać pochlebnie, albo milczeć. A niektórzy, po prostu tak okazują wdzięczność za darmowy egzemplarz – na to też trzeba uważać 🙂

    1. Kasiu – ja mam nieodparte wrażenie, że piszemy o dwóch zupełnie różnych sprawach. Mogę np. nie lubić hm… tzw. ambitnej prozy nowoczesnej czy horrorów, ale kompletnie nie mam problemu z tym, że inne osoby je lubią. To, o czym ja myślę, to książki źle napisane – z blędami stylistycznymi, ortograficznymi, logicznymi, pełne banału, schematu, niedopracowanej fabuły, bohaterów etc. Jeżeli i wtedy książki będziemy oceniać na zasadzie „są dobre, ale pewnie dla kogoś innego”, to naprawdę chyba już stracimy do końca możliwość ustalenia jakiegoś odnośnika, wyczucia tego, co cudowne i mistrzowskie, a co pełne bylejakości.
      I tak, dla mnie to jest kwestia niedorobionej czy źle upieczonej pizzy, a nie róznicy między jednym a drugim jej typem. Dla mnie to dwie różne sprawy.

      PS. Jak pisałam na FB – do dzisiaj nawet nie zauważyłam Twego motta. Ten tekst czytałam na tylu blogach i w tylu dyskusjach, że jest dla mnie pewnym generalnym przykładem, a nie „przynależnością” do jednego bloga.

      Edith – czytam, czytam, obserwuję, jak się rozwija. Ja tam jestem zboczona socialmediowo, więc się nie wypowiadam 😀

  2. Czytając Twojego posta zastanawiałam się nad swoją postawą i wyszło na to, że mam szereg przemyśleń odnośnie każdego z punktów.
    1. Ja wychodzę z założenia, że krytykować mogę, a nawet powinnam, ale tylko wtedy, gdy czuję się kompetentna. Jeżeli nazwę gniotem książkę, której nie zrozumiałam, bo nie była adresowana to takiego laika jak ja, czułabym się nie w porządku. Jasne nie dotyczy to powieści, tylko innych gatunków, ale zawsze.
    2. Krytykować należy, ale z sensem. Czasami krytyka jest warta więcej niż pochwała. Ja bardzo szanuje osoby, które potrafią mi wytknąć błędy w recenzji, a przy tym doradzić. Myślę że autorzy też to cenią, a przynajmniej ja takich spotkałam.
    3.4 Szczerze? Nigdy nie czytałam takiego tekstu. Uważam że poziom recenzji w sieci rośnie. Coraz więcej jest opinii rzeczowych i konkretnych, a przy tym napisanych lekko i z polotem. Słabe blogi po prostu omijam.
    5. Nikt z nas nie pisze dla siebie, taka jest prawda. Ja uwielbiam pisać i uwielbiam być czytana. Jednak jeżeli komuś nie odpowiada to, w jaki sposób to robię, nie będę przekonywać czy namawiać.

    Podsumowując:

    Myślę, że już dawno wyrośliśmy z pisania hymnów pochwalnych dla książek, które dostaliśmy. Nigdy nie spotkałam się z negatywnym odbiorem niezbyt pozytywnej opinii którą wystawiłam. Wbrew pozorom autorzy doceniają konstruktywną krytykę. Nie warto robić z gęby cholewy, to tyle.

  3. Ciekawy pomysł na cykl, zwłaszcza, że blogów różnej jakości stale przybywa, i może warto się pokusić o głębszą analizę zjawiska.

    Co do punktu pierwszego, to poniekąd zgadzam się z kasią, ale tylko poniekąd. Są książki złe, i są książki, które nam się nie podobają – i to są dwie różne rzeczy. Pozostając w nomenklaturze pizzowej powiem tak – też lubię tą z pepperoni, a nie znoszę hawajskiej, ale zdarzało mi się jeść syfiastą pepperoni i, kto wie? może zdarzy mi się kiedyś hawajska, która będzie tak przyrządzona, że mi posmakuje? Innymi słowy – ok jest napisać, że nie lubię romansideł, ale to jest dobre, jak i – lubię kryminały, ale ten jest shitowy. Może faktycznie chęć dalszej współpracy powstrzymuje niektórych od takich haseł? U mnie osobiście czasem zdarza się, że nie wiem co napisać o książce, bo mi się nie podobała, ale znajomy bloger ją uwielbia i nie chcę mu zrobić przykrości. Ale jednak zwykle wygrywam ze sobą i piszę szczerze (ale całkowicie bez winy pewnie nie jestem).

    Podobnie z punktem trzy – są książki naprawdę złe, i są takie, które nas nie zachwyciły, ale obiektywnie kiepskie nie są (w sensie – jestem w stanie rozumieć, co ktoś w tym widzi). Jeśli się pisze pod recenzją tego pierwszego typu – przeczytaj, jak masz czas, to to jest nadużycie. Gdy pod tą drugą – wydaje mi się to w porządku – nie wiem co myśleć o tej książce, nie potrafię jednoznacznie polecić lub zniechęcać, dlatego, czytelniku, spróbuj sam w wolnej chwili, bo ja ci nie pomogę.

    1. „Pozostając w nomenklaturze pizzowej powiem tak – też lubię tą z pepperoni, a nie znoszę hawajskiej, ale zdarzało mi się jeść syfiastą pepperoni i, kto wie? może zdarzy mi się kiedyś hawajska, która będzie tak przyrządzona, że mi posmakuje?” Celnie ujęte 😀

      1. Jusssi – pewnie, że jeżeli przeczytam jakąś książkę naukową czy popularnonaukową i jej nie zrozumię, to nie napiszę, że to gniot roku, bo nie jestem w stanie go zrozumieć. Chodzi mi o to, o czym pisałam w odpowiedzi na komentarz Kasi.
        Co do punktu 3 i 4, to widocznie mam za dużo wspólnego z blogami. Cóż, pewnie w związku ze zmianą pracy, zmieni mi się także częstotliwość i liczba odwiedzanych blogów, wtedy będę miała mniej pola do obserwacji 😉

        Ja tam uważam, że czas pisania hymnów pochwalnych wcale nie minął, wręcz odwrotnie – ma się bardzo dobrze…

        Viv – to może zrobimy coś razem w tej kwestii? To może być fajny przyczynek do współpracy blogerskiej 🙂
        Odpisalam Kasi, więc możesz sobie przeczytać. Dla mnie ja i ona piszemy o innych sprawach, ale nie będę się tu powtarzać, zobaczysz sama 🙂
        Raz miałam sytuację, gdy złagodziłam ton całej notki, właśnie ze względu na zaprzyjaźnione osoby. I do dzisiaj tego żałuję. Postaram się nigdy tego nie powtórzyć. A przecież ja i tak jestem arcyłagodna w ocenianiu książek!
        A co do punktu 3, to zapewne omawiasz plusy i minusy tej książki, pokazujesz ją z różnych kątów. A ja piszę o tekstach, gdzie jest właściwie tylko krytyka, a na koniec taki kwiatuszek.

        1. Bardzo chętnie – w tym roku postanowiłam się rozwijać blogowo i podejmować nowe wyzwania, a to byłoby ciekawe – muszę tylko zacząć prowadzić odpowiednie badania, bo choć masa drobiazgów na blogach mnie uderza (rzeczy dobre i złe), to nie prowadząc notatek szybko mi to wietrzeje. 😉

          Z tym puntem trzecim mam teraz właśnie problem – czytałam świetną, zachęcającą recenzję książki, wygrałam ją nawet w konkursie u tej osoby, a teraz to czytam i widzę, że to jest, delikatnie mówiąc, ubogo napisane. raczej laurki nie napiszę, ale też przykro mi będzie publikować opinię tak mocno negatywną. Dlatego właśnie nie biorę książek recenzyjnych – za słaba chyba jestem psychicznie, żeby przechodzić takie dylematy regularnie 🙂

          1. Viv – o, to super 🙂 Rób notatki, ja też coraz częściej coś notuję, bo faktycznie się zapomina i będziemy się kontaktować „na priv”.
            Ja ten dylemat rozumiem w zupełności, w końcu to ludzkie, co nie? Ale jeżeli negatywną opinię uzasadniasz, podajesz konkrety, to wg mnie wszystko jest ok. Może urazisz(?) jedną osobę, ale za to ile będzie Ci wdzięcznych za szczerą opnię!

        2. No dobrze, ale czy w takim razie widząc/czytając taki niezasłużony hymn pochwalny reagujesz? Może gdybyś wdała się z taką osobą w dyskusję, posłuchała drugiej strony, jej argumentów, wtedy zrozumiałabyś punt widzenia. To co dla jednego jest banałem dla drugiego może być odkrywcze, abstrahując od rażących błędów.

          Jeszcze trochę i wyrażanie pochlebnej opinii będzie zbrodnią, a ganienie i wytykanie błędów uznawane za akt odwagi.

          1. Czasami próbowałam (ostatni raz jakiś miesiąc temu), ale spotykałam się głównie z odpowiedziami, że się nie znam i że jak nie chcę, to nie muszę czytać. Trochę to zniechęca do dalszych prób niestety.
            Nie chodzi mi tu o pisanie banałów czy ich lubienie. Chodzi o to, że czuję przez skórę, że książka podobała się średnio lub mocno średnio, a i tak jest chwalona. A w skrajnych przypadkach widzę pozytywną recenzję na blogu danej osoby, a potem jej wypowiedzi u kogoś innego czy na forum, z których to wypowiedzi wynika zupełnie inna opinia. Chociaż te przypadki – całe szczęście! – są ekstremalnie rzadkie.
            Chodzi mi także nie o to, by robić nagonkę na pozytywne opinie (przecież sama jestem bardzo łagodnym czytelnikiem!), tylko o to, by było jak najwięcej balansu w tym, co piszemy.

  4. Ależ się z Wami zgadzam w kwestii krytyki. Być może dlatego często moje recenzje „na nie” są długie, bo chcę jak najbardziej dokładnie wytłumaczyć, czemu moja postawa jest taka, a nie inna.
    Potrzebujemy więcej takich spostrzeżeń, więcej podobnych notek, żeby móc trochę krytycznie patrzeć na teksty, podejście i nasze „blogowe ja” 🙂
    Pozdrawiam

  5. Tu kolejny raz użyję mojego motta, jeśli ma się odawgę wypowiedzieć jakąś tezę, należy jej bronić. Ta blog jest mój, jeśli chcę pisac tylko dla siebie – najlepiej będzie jak go ohasluję, coby nikt nie wszedł.
    Jeśli napiszę, że książka jest zła, tzn. mi się nie podoba. Spoko, ja zwykle podkreślam subiektywizm swojej opinii i zdaję sobie sprawę, ze komuś jednak się moze spodobać, ale ja do grona tych osób się nie zaliczam. Proste.
    To że ktoś wlożył pracę, serce, trud etc. no sorry ile ja rzeczy spartoliłam chociaż jakąś energię w to włożyłam. Coś nie wyszło. Bywa 😛

    Lubię Twoje blogowe rozważania

    1. Domi – często tak jest, że jak chcesz ująć plusy i minusy, podać konkrety, to nie ma bata – może być przydługawo.
      Dzięki! Pozdrawiam!

      Kasiek – to fakt, że trzeba mieć odwagę bronić swoich opinii. Może dlatego bywa to czasami takie trudne? Boimy się ataku, nadinterpretacji, złego zrozumienia etc.? To pewnie też przychodzi z czasem (nie mylić z wiekiem, raczej z wprawą w głoszeniu swoich opniii). Ale przecież bez prawdziwej wymiany opinii życie byłoby nudne. Nie chodzi o to, by kogoś atakować czy komuś tylko potakiwać, lecz o to, by się wymieniać swoimi punktami widzenia, prowokować spojrzenie z innego kąta etc. Subiektywizm mnie nie rusza, o ile jest podany z argumentami. Dlaczego tak, a nie inaczej. Jeżeli recenzja ma mieć coś z nas, to zawsze będzie przynajmniej w części subiektywna.
      Dzięki 🙂

      1. Mnie ogólnie wkurza rzucanie sądami i opiniami bez uzasadnienia. O ile z książką jest czasami ciężko, bo tutaj ma zastosowanie taka ilość subiektywnych odczuć, że czasami ciężko jakoś się nie poplątać. No i trudno obyć się bez dowodzenia, że nie jest się wielbłądem. Bo albo książka się podobała, albo nie. Albo średnio. Jeżeli ograniczamy się do streszczenia książki i krótkiego komentarza – podobało mi się polecam, albo nie polecam. to dyskusji nie ma. bo z czym polemizować.
        Ale jeśli ktoś się rozpisuje na 10 str a4 jaka ksiażka była denna a na końcu czytam „mimo wszystko polecam” to czuję że ktoś robi ze mnie debila. Bo mimo co? Mimo ze książka jest chłamem kup i przemęcz?
        Paranoja!
        Zwłaszcza, że np. osobiście ja nie czuję się ekspertem i własnie dlatego staram się zwykle dopisac, że to że mi się nie podoba, nie znaczy że ktoś: lubiący taką tematykę, taki gatunek, taki styl coś w niej odkryje, lub ba! nawet sie zauroczy, a że mi nie podeszła, nie znaczy, że należy wycofać ją z księgarni i zniszczyć 😉

        Nie wiem czy ja sie nie zaplątałam 😉

  6. Podoba mi się o przeczytanej książce, to dla mnie trochę za mało. „Lubię to” to dla mnie dopiero początek. Popieram konstruktywną krytykę – w miarę naszych, amatorskich przecież, umiejętności oceniania.
    Dyskusja na czasie 🙂

  7. Pytanie, czy blogerzy to tchórze, jest za mocne moim zdaniem. Każdy ma jakąś strategię przystosowawczą, niektórzy chcą się wyróżniać, więc będą budzić kontrowersje, inni wolą wtopić się w tło, więc będą pisywać letnie opinie, żeby się przypadkiem nikt nie przyczepił:P Jedni mają w gdziesiu, czy autor albo wydawca się obrazi za krytykę i piszą, co myślą, inni starannie sprawdzą, co o książce napisali inni i wyciągną średnią:P

    1. No właśnie.
      A funkcjonowanie w internecie wręcz zachęca do wystawiania tylko pozytywnych ocen. Internet karmi się ‚lajkami’. Sieć nie oczekuje konstruktywnej krytyki. Dlatego najmniej jest chyba takich blogerów, którzy wymagają od siebie bezstronności.

        1. Agnieszka czyta… – o właśnie, nikt od nas nie wymaga profesjonalnej analizy krytycznoliterackiej, ale warto argumentować, ukazywać plusy i minusy etc. Mnie też nie wystarcza „podobało mi się”, chcę wiedzieć dlaczego. No, chyba, że kogoś bardzo dobrze znam, to mogę dosyć łatwo obstawić dlaczego 😉

          ZWL – może i jest mocne, ale przynajmniej gwarantuje mi poznanie jak największej ilości opinii czytelników. A o to mi chodzi przecież.

          Agnieszka i ZWL – o własnie, bezstronni tak naprawdę do końca być nie muszą, bo recenzje są „nasze”. Ale chciałabym widzieć często argumenty powyżej wspominianych przez Agnieszkę „lubię to” i „podobało mi się”. Bo wlaśnie ich brak (m.in.) powoduje ten zalew nijakości, o którym pisze ZWL. Giniemy w masie bardzo podobnych opinii. Ja o sobie też myślę, że powinnam pisać bardziej „z jajem”, w mniej ugrzeczniony sposób. Ale to proces, a nie decyzja jednego wieczoru, a o poranku okrzyk „zrobione”!

  8. Czy boimy się krytykować na blogu?
    Chyba coś w tym jest – ale mam wrażenie, że to chodzi w większości przypadków o książki naszych współczesnych autorów.
    Skąd to się bierze?
    No, cóż nie czarujmy się – większość autorów czyta opinie o swoich dziełach, a tylko nieliczni potrafią przyjąć słowa krytyki, co widać w rozmaitych scysjach w komentarzach pod recenzjami. Więc może to trochę takie zachowawcze jest? Tym bardziej, że ostatnio mi wpadło w oko, że któremuś recenzentowi nawet sądem grożono…

    Co do pierwszego punktu to mam pewne obiekcje, bo wiem sama po sobie, że są autorzy, których nawet kijem nie tknę (żeby było jasne – zraziłam się dopiero po lekturze ich wytworów) a dzikie tłumy wielbią ich z zachwytem, a są też inni, których wiele osób krytykuje, a ja kupuję wszystko co dana osoba wyda…
    Czyli faktycznie wszystko zależy od gustu…

    A przy okazji – jeśli mi się klasyka i kanon nie podoba to co, nie będę mogła krytykować, bo to uznane dzieło jest? Nie wiem czy pamiętasz, ale była na BiblioNETce taka zażarta dyskusja na temat „Pana Tadeusza” gdzie jeden z użytkowników wręcz klątwy rzucał na tych, którzy oceniają to dzieło na mniej niż 6, ewentualnie 5,5? To chyba też przegięcie tylko w drugą stronę.

    Natomiast co do reszty przykładów to uważam, że to zwyczajnie niepoważne tłumaczenie jest…

  9. Ja pożerać nikogo nie będę, bo zasadniczo się zgadzam. O ile pytanie pierwsze może być w pewnym sensie filozoficzne (można by zagłębić się w naturę tekstu i rozważania o tym, na ile tekst tworzy autor, a na ile sam czytelnik), o tyle stwierdzenie, że nie można krytykować kogoś, kto się napracował, jest po prostu śmieszne. Jeśli ktoś totalnie nie potrafi pisać, to nie powinien się do tego zabierać – czemu mamy wspierać takie działania? Zwłaszcza z racji zawodu często nachodzą mnie wątpliwości, po co ludzie piszą – bo poprawiam często książki, po które dla własnej przyjemności nigdy bym nie sięgnęła. I utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze robię. I mam pochwalić tylko dlatego, że ktoś się starał? Nawet dziecku pokazuje się, co zrobiło źle, żeby następnym razem mogło być lepiej (jeśli jest szansa, że będzie poprawa).
    Krytykować lubię i robię to często, chociaż przyznaję, że coraz częściej trafiam na książki dobre (uważniej dobieram lektury). Staram się też zawsze rozróżnić gnioty (np. wg mnie „Coś pożyczonego”, litości!) od książek, które po prostu nie przypadły mi do gustu, ale mają pewne zalety i mogą się podobać (taka recenzja będzie w niedzielę ;)). Ale nie uważam, żebym pisała zachowawczo i asekuracyjnie. Nieraz krytykowałam książki, którymi wszyscy wokół się zachwycają, i dobrze mi z tym 🙂 Inna sprawa, że takie letnie opinie są najbezpieczniejsze – nikomu się nie narażamy (chociaż autorzy potrafią się poczuć urażeni za najdrobniejszą uwagę, wydawnictwa zresztą też). Tylko dla mnie takie opinie są bezwartościowe.

    1. Anek7 – Ja rozumiem, że niefajne jest atakowanie przez autora czy koleżankę autora. Sama miałam różne takie sytuacje, znam to więc z autopsji. Czy boimy się krytykować na blogu? Ale jednak uważam, że nie powinniśmy się poddawać. Chociażby dlatego, że wtedy w necie będą same milusie recenzje niektórych książek, nie będzie równowagi w przyrodzie 😉 Tia, też czytałam o tym sądzie, ale nikt już chyba nie opisał, jak sprawa potoczyła się dalej.

      A co do pierwszego punktu, to odpisałam Kasi.eire, dla mnie nie tyle chodzi tu o gust co do autora czy gatunku, tylko o to, jaka ta książka jest.
      Oczywiście, że możesz krytykować klasykę. Kanon pozwala nam się zapoznać z dziełami, które przeszły próbę czasu, ale nie oznacza to przecież, że musimy je uwielbiać. Ten użytkownik od „Pana Tadeusza”, to był niezły przypadek fanatyzmu jak dla mnie 😉

      Książkozaur – dziękuję za Twoją opinię, właściwie nie mam już nic do dodania 🙂

  10. Nie przeczytałem wszystkich komentarzy (niby nie ma ich wiele, ale w czasie sesji każda minuta się dla mnie liczy), więc przepraszam, jeżeli napiszę o czymś, o czym kto inny już raczył wspomnieć i co zostało już skomentowane przez autorkę wpisu… i już miałem enterować i przechodzić do następnego akapitu, ale poszedłem po kawę, wróciłem i jednak przeglądnąłem (pobieżnie) komentarze. Co prawda mógłbym skasować początkowe zdania i darować sobie ten akapit o niczym, ale co tam, a zresztą właściwie warto przeczytać, jak się komuś nudzi 😉

    Zacznę od Wilde’a: „Są książki napisane dobrze lub źle”, i przejdę do Tatery: „To, o czym ja myślę, to książki źle napisane – z błędami [poprawiłem „l” na „ł” – D., haha, taki ze mnie zimny drań] stylistycznymi, ortograficznymi, logicznymi, pełne banału, schematu, niedopracowanej fabuły, bohaterów etc.” – i właściwie nic więcej nie mam do dodania.

    Może zdanie. Nie wiem, czy blogerzy to tchórze, ale wiem, że blogerzy to obrońcy: skrytykujesz ulubionego autora = minikrucjata fanów na głowie.

    No może dwa zdania. Autorzy… e, jestem leniem, dlatego zamiast pisać, podlinkuję tekst, w którym wszystko to (notabene: smacznie podane), o czym chciałem wspomnieć: http://www.libertas.pl/dzieje_poczatkow_krytyka_miernoty.html

    PS: Krytyczne spojrzenie na blogsferę – czekam na więcej 🙂

    1. Dada – uwielbiam Twój styl! ❤ Nudziło mi się wystarczająco, by przeczytać cały komentarz 😉

      Czy obrońcy… Raczej zachowanie zachowawcze ćwiczymy nieustannie – czy to z autorami, czy to z ich fanami, czy hejterami. Tu chyba trzeba wyrobić sobie zwyczajnie tzw. grubą skórę i własne zasady, których się potem trzymamy.

      A co do autorów – świetny ten tekst, naprawdę! Czy mogę go kiedyś wrzucić na FB? A Libertas skojarzył mi się z magazynem, przy którym pracowałam w trakcie pobytu na moim wolontariacie w Macedonii, stare, dobre dzieje!

      PS. To zapraszam do wspłpracy tak, jak i Viv. Więcej głów, oczu i uszu – szansa na coś fajniejszego.

      1. Szkic „Dzieje początków krytyka miernoty”, jak widzisz, nie jest mój – zatem nie mogę mówić, co można z nim robić, a czego nie można, jednakże nie bardzo się tym przejmowałem, zamieszczając go tutaj, z tego względu, że nie sądzę, aby autorka była przeciwna jego reklamowaniu. Moim zdaniem warto go zamieścić i na FB 😉

        PS: To zacznę notować, ‚zbierać materiał’ – również i w moje oczy kilka rzeczy się rzuciło, ale nie chcę rzucać słów na wiatr i niejako bezpodstawnie stawiać sądy.

  11. Pierwszych dwóch grzechów nie popełniam.;) Uważam, że naprawdę bywają książki obiektywnie słabe, celujące w gusta li i jedynie zagorzałych fanów danej konwencji (takich, co to łykną wszystko, co ma na okładce zakochanego wampira/dziewoję w pancernym bikini/zakochaną parę w kiczowato pastelowych kolorach/cokolwiek innego). Inna sprawa, że gust czytelniczy mi się rozwija i pewne książki, które zachwyciły mnie jeszcze te dwa, trzy lata temu, teraz uznałabym za najwyżej przeciętne. Co do dwóch kolejnych też się właściwie zgadzam.

    Za to z piątym, w formie takiej, jaką przedstawiłaś, nie mogę się zgodzić. Bo chyba nikt, kto pisze bloga nie jest nastawiony WYŁĄCZNIE na zaspokajanie potrzeb czytelników. W pierwszej kolejności blog spełnia potrzeby blogera – czyli jest pisany dla siebie. A jedną z tych potrzeb może być chęć pogadania z kimś na temat książek czy przedstawienie swoich tekstów szerszemu gronu odbiorców. Co w zasadzie (to pozyskanie odbiorców i pewna forma ekshibicjonizmu) również jest rzeczą, która bloger robi „dla siebie”. Strasznie egoistyczna teoria mi wyszła.;)

  12. Chciałam się odnieść do tego, co napisałaś, ale właściwie każdy ma swoje racje, a moja jest najmojsza, więc uznałam, że nie ma sensu. Robisz szum, Twój blog, Twoje prawo 🙂 Zmiany, zmiany, zmiany.
    Ja po prostu inaczej nie mogłabym obserwować kolejnych komentarzy, a czytam je z fascynacją.

    1. Moreni – pewnie, że gust się rozwija i zmienia. I jeżeli to pozwala nam odsiewać ziarno od plew i zrozumieć swoje własne potrzeby i oczekiwania – super 🙂

      Fakt, użycie „tylko dla siebie” lepiej przekazałoby mój punkt widzenia. Chociaż przyznaję bez bicia, że teorią strasznie egoistyczną zabiłaś mi ćwieka, bo coś w tym jest. Muszę to przemyśleć 😀 I właśnie za to uwielbiam rozmawiać z ludźmi – dostaraczają pokarmu do przemyśleń, można szlifować swoje poglądy, ale także je zmieniać, gdy stwierdzimy, że nauczyliśmy się czegoś nowego lub rozbudowywać o nowe punkty widzenia. Strasznie to fajne 🙂

      Kalio – nieeee, moja racja jest najmojsza, nie Twoja 😉 O zmianach już pogadałyśmy na priwie :>

  13. Ja z kolei uważam, że większa część blogerów książkowych to jednak tchórze. Nie chcę nikogo obrażać, ale ta zachowawczość recenzyjna, lęk przed dobitnym wskazywaniem na książki ewidentnie źle napisane, na autorów, którzy do swojej pracy w ogóle się nie przygotowali (że już o przejawianiu jakiegokolwiek talentu pisarskiego nie wspomnę), ostrożność w wyrażaniu własnej opinii, czy, w ogóle, w nazywaniu rzeczy po imieniu – dobitnie mi na to wskazują. Czytam blogi nie od wczoraj – bardzo uważnie, staram się nie urabiać swoich wyobrażeń o blogerze i jego pracy w oparciu o chwilowe kryzysy czy pojedyncze potknięcia, ale faktem pozostaje dla mnie, że znaczna grupa spośród prowadzących blogi albo boi się obiektywnie spojrzeć na książkę, albo, z różnych względów, woli dostrzegać tylko jej dobre strony. Nie lubię tego rodzaju obłudy, która tłumaczy się najczęściej brakiem wystarczających do oceny kwalifikacji. Tu nie o kwalifikacje bowiem chodzi, tylko o zdrowy rozsądek i trzeźwe, chłodne przyjrzenie się temu, co się czyta i co oferuje czytelnikowi rynek wydawniczy. Takimi możliwościami dysponuje każdy z nas: problem tylko w tym, czemu tak naprawdę recenzja ma służyć, co dzięki jej napisaniu można osiągnąć, a co stracić.

    Zgadzam się z tym, że są książki, które nie trafiają na swojego odbiorcę. Powodom milion na imię. Ale stanowczo nie zgadzam się z tym, że nie ma złych książek. W całej historii literatury jest takich mnóstwo, a współczesny nam rynek wydawniczy produkuje złe książki na potęgę. Toniemy w nich, zalewają nas z każdej strony i, co najgorsze, to właśnie takie książki formują zdecydowaną większość czytelniczych gustów. Z jednego prostego powodu: znajdują najwięcej czytelników, bo są – i tu moje ulubione określenie – ” lekkie, łatwe i przyjemne”: nie wymagają ani szczególnie wysmakowanego zmysłu estetycznego, ani wysiłku umysłowego, bazują na tym, co znane, łatwo przyswajalne, z czym utożsamić może się każdy, bo – jak sadzą ich autorzy – wszyscy nosimy w sobie tęsknotę za dokładnie taką wizją życia, jaką nam autor terapeutycznie zaserwuje. I tyle się przy tym, biedaczysko, napracuje, że trzeba by być wyjątkową mendą, żeby mu za ten tytaniczny trud odrobinki choćby honoru nie oddać.

    Szczerze mówiąc, śmieszą mnie deklaracje blogerskie w rodzaju tych o pisaniu dla siebie, a jak ci się jednemu i drugiemu nie podoba, to nie czytaj. Albo nie wchodź. I, że mój blog, moja łączka, na której mogę sobie takie fikołki fikać, jakie mi się podoba. Tak? No to pisz pan/-i sobie w zeszycie, w notesiku, w pamiętniczku, albo na blogu hasełkami obwarowanym, do którego dostęp tylko wybrani wtajemniczeni zaszczyt posiadać będą. Jak się chce komuś pisać w ogólnodostępnym miejscu, jeżeli liczy się na czytelników, na odwiedzających, to trzeba mieć świadomość, że:
    a) każdy czytający głos zabrać może (no, chyba, że się mu to uniemożliwi, czy to włączając, czy to wyłączając różne ustrojstwa, żeby jednak nie każdy mógł),
    b) każdy czytający głos zabrać może i może też tym głosem wypowiedzieć coś, co autorowi bloga w smak niekoniecznie pójść musi.
    Ale jak się postanowiło publicznie blogiem swoim siebie i upodobania swoje rozsławiać, to się nie ma co obrażać na różnorakie odmienności i inne katy widzenia. I, dodam jeszcze, jak się nie ma na tyle stabilnej wizji swoich poglądów, silnego charakteru, giętkiego umysłu i umiejętności opanowywania emocji, żeby spierać się, kontrargumentować, przekonywać i być gotowym na przekonywanie, umieć spokojnie racje swoje wyłożyć i racje rozmówcy przyjąć, a może nawet i uznać, to bloga zakładać nie ma co i nerwów swoich na szwank nie narażać. A już bloga książkowego w szczególności: wiadomo przecież, że ile książek, tylu czytelników, a już interpretatorów to całe mnóstwo jest 😉

    Na nudę to polecałabym wszystko, tylko nie czytanie książek. Bo jak się nudzącemu czytanie poleca, to się później krzyk podnosi, że Polacy w ogóle czytać nie chcą 😉

    1. Jabłuszko – muszę przyznać, że zawsze czytam Twoje komentarze z wielkim zainteresowaniem. Wydajesz się być jedną z tych osób, które mają je wyraźnie ukształtowane i nie boją się o nich mówić wprost.

      A tym razem dosyć mocno zgadzam się z tym, co napisałaś, więc pozwolę sobie tylko podziękować za wyrazisty głos z Twojej strony!

      1. A nie ma za co, Agnieszko 🙂 Lubię wyraziście głos swój wyrażać 😉 Pytasz o konkrety, to Ci konkretnie odpowiadam.

    2. Jabłuszko – niby nie ma, ale co z tego, ze ja Greya uważam za książkę literacko (o treści nie wspominam specjalnie) złą, a ludzie tracą przytomność na widok okładki. To jest zła czy nie? Kwestia gustu jednak. I czytelnika

      1. Kasiu, niedostatki Greya, z tego co wszędzie czytam, dostrzega chyba każdy, kto z tym tytułem się zetknął. Ludzi przyciąga raczej ciekawość, jakże to potoczą się losy niezwykłej parki i wiara w to, że brutalny Grey to tak naprawdę skrzywdzony wrażliwiec o gołębim serduszku, który w końcu przyzna się do swego prawdziwego oblicza i zatriumfuje MIŁOŚĆ. Przecież to typowy romans, ubrany w kostium erotycznej potyczki jedynie dla niepoznaki. Wielbicielki uniesień i czułych drani nie odmówią sobie przyjemności z lektury ulubionych schematów. Innych przyciąga sława książki, która w tej chwili osiągnęła już chyba status kultowej. Tym tłumaczę szał na punkcie tego tytułu.

        Bezdyskusyjnie jest to zła książka: nie ze względu na podejmowaną tematykę, bo w seksie, nawet wyuzdanym czy perwersyjnym, niczego złego nie widzę. Zła to książka, ponieważ obraża inteligencję czytelnika, próbując wmówić mu, że można całkowicie zlekceważyć język i formalne wymogi tekstu, a autorowi takiego kuriozum jeszcze ktoś jego wypociny zechce wydać. Zła jest również dlatego, bo utrwala przekonanie, że za pisanie książek może brać się każdy – a to nieprawda! I w końcu mój największy zarzut wobec tej opowiastki: zatrważająco degradowany jest zmysł estetyczny czytelników. Już wszystko może uchodzić za literaturę, czyli jedną z gałęzi sztuki przecież. Rynek wydawniczy, sztucznie kreując takie tytuły jako bestselery, wmawia potencjalnym odbiorcom, że są w stanie ze smakiem przełknąć wszystko i jeszcze się po tym żarłocznie oblizać. I później padają głupkowate twierdzenia (i się w nie święcie wierzy), w rodzaju tego, że o gustach się nie dyskutuje, że gust jest poza wartościowaniem. To bzdura, mająca usprawiedliwić każde szalbierstwo w ramach szeroko rozumianej kultury: mamy, jej adresaci, bezrefleksyjnie przeżuwać wszystko, co nam się serwuje i trwać w zdumionym zachwycie – broń Boże ani pisnąć, że król jest nagi. Konsekwencja tegoż? Sama zobacz na jak wielu blogach ma miejsce: kiedy ktoś styka się z książką, zaklasyfikowaną już odgórnie jako arcydzieło i obwarowaną szeregiem interpretacji, z których niezbicie wynika, że oto ma się do czynienia z czymś, co ledwie rozumem i emocją objąć można, czytelnik czuje się głupszy, niegodny. prowincjonalny, bo wartości dzieła nie dostrzega, ani jej nie rozumie. I sytuacja staje się groteskowa: padają PRZEPROSINY nieomal za taki stan rzeczy, ludzie kajają się, deprecjonują swoja inteligencję, odwołują się do zrozumienia i współczucia innych. Obelgą dla mnie, jako człowieka i konsumenta kultury (tak, tak konsumenta: bo kultura jest po to, aby czegoś ludziom dostarczać na duchowym poziomie) jest, kiedy czytam na blogu: ” chyba coś ze mną jest nie tak, bo nie rozumiem”, „nie widzę, chyba jestem za głupia” etc., etc. Mamy się zachwycać, czołobitnie sławić, drżeć w bojaźni i tylko myśl, że może faktycznie z „dziełem” i jego twórcą jest coś nie tak nie ma prawa przedzierać się do naszej świadomości i kazić wątpliwościami obcowania z absolutem. A strach przed tym wynika właśnie stąd, że nie umiemy docenić prawdziwego piękna i artyzmu w sztuce, zalewani zewsząd papką i bylejakością, których wątpliwą wartość wpycha się nam jako swoisty standard, kanon estetyczny. I próbuje nam się wmawiać, że tylko taki powinien być naszym punktem odniesienia w świecie kultury. Cóż się później dziwić, kiedy za Sztukę uchodzi instalacja z pomalowaną na złoty kolor muszlą klozetową, obraz przedstawiający czarny kwadrat na czerwonym tle jako alegorię życia czy perypetie Greya i jego kochanki, jako tryptyk o wyzwalającej mocy miłości i oczyszczającym z demonów przeszłości pożądaniu, w którym jeden ze świętych odgrywa niebagatelną rolę. Ale może się nie znam, przepraszam 😉

        Nie uważam, że „gustem” daje się wyjaśniać wszystkie nieporozumienia, że ten mityczny „gust” jest w stanie usprawiedliwiać wszystko. Bo jego biegłość w odróżnianiu piękna od złudy piękna, prawdziwej wartości od jej substytutu, to umiejętność nabyta. A więc wyćwiczona w toku konfrontowania.

        O czytelniku, co to zawsze znajdzie swoją książkę pisałam już wyżej 🙂

  14. Mnie zastanawia coś innego: dlaczego tak wiele osób skrywa pod płaszczykiem obiektywizmu i/lub profesjonalizmu swój światopogląd? Można długo śledzić wpisy jakiegoś blogera i nie dowiedzieć się, co sądzi np. o związkach partnerskich, na którą partię głosuje albo którą religię wyznaje (i czy w ogóle jakąś). Nie twierdzę, że należy się z tym wszystkim jakoś szczególnie afiszować, ale po prostu nie pojmuję, jak można wyrażać opinie o literaturze, z definicji subiektywne, i notorycznie ukrywać swoje opinie o wszystkim, co nie jest z książkami związane.

    1. Czyli co? Każdą recenzję, choćby była o książeczce do kolorowania, mam kończyć „A poza tym uważam, że związki partnerskie powinny/nie powinny być zalegalizowane”? Jakoś niezbyt to sobie wyobrażam, przynajmniej we własnym wykonaniu. Chociaż są osoby, którym się to udaje:P

      1. Wcale nie o to mi chodziło i nic takiego z mojego komentarza nie wynika. Po prostu z większą uwagą śledzę wypowiedzi osób, których światopogląd jest jakoś zbliżony do mojego, a niestety o światopoglądzie wielu blogerów (nie twierdzę, że wszystkich) nie sposób powiedzieć nic, nad czym nieco ubolewam:).

    2. Naprawdę sądzisz że przy wyrażaniu prawdziwych opinii da się uniknąć zaprezentowania swojego światopoglądu choćby niechcący? Już sam spis tego co czytasz mówi wiele o Tobie, chyba że faktycznie czytasz książkę kucharską na przemian z fizyką kwantową, harlekinem i komiksami, ale i taki zestaw powie co nieco o tobie. Chyba że to „pułapki w pułapkach”

      Nie pojmuję dlaczego tak trudno zaakceptować że mogą być ludzie silący się na obiektywizm, starający się oddzielać dawanie świadectwa książce od swojego życia wewnętrznego. Czy to że gustuje w kobietach ma dawać fory pięknym autorkom? owszem raczej nie da się pisać całkiem bezstronnie ale czy nie można próbować. Po co Ci wiedzieć że jestem grubasem przy recenzji książki o szachach jaki to ma wpływ na moją recenzję?

      Podsumowując

      Recenzent chcący naprawę być bezstronnym ma ciężko jeśli nie jest bezdusznym robotem, jednakże jego pasje np. polityczne zazwyczaj mają się nijak do recenzji książki kucharskiej jeśli nie napisał jej jakiś polityk (co niestety się niektórym przytrafiło moim zdaniem z krzywdą dla sztuki kulinarnej)

      1. Książki kucharskie to jedyny rodzaj literatury, który nigdy mnie nie pociągał:). A serio: może wyraziłam się nieprecyzyjnie albo niejasno, bo widocznie zostałam źle zrozumiana, przez ZWL i przez Ciebie. Naprawdę, nie interesuje mnie Twoja kubatura czy zapatrywania na kobiecą urodę; wolałabym się dowiedzieć, co sądzisz np. o feminizmie albo katastrofie smoleńskiej. Niektórzy lubią „obiektywne” recenzje, ja wolę wyrazistych recenzentów.

    3. Powiem brutalnie :> Żeby ujawniać poglądy, to najpierw trzeba je mieć. A patrząc na wiele osób dookoła (i nie piszę tutaj o blogosferze książkowej, ale ogóle społeczności spotykanej przeze mnie w codziennym życiu), to nie jest wcale tak częste, jakby się wydawalo.

      A przechodząc do książek i blogerów książkowych – hm… tutaj będę gdzieś po środku. Jeżeli pisze się coś więcej, niż tylko „fajna książka, polecam”, to prędzej czy później część z naszych poglądów się chociaż delikatnie zarysuje w naszych tekstach. Ale też nie czuję potrzeby osobiście, by wyciągać me poglądy na siłę na wierzch, gdy nie „czuję tego”. To tak, jak z książkami. Jeżeli poglądy autora są zarysowane w miarę sensownie, to mi nie przeszkadzają, ale w niektórych książkach aż mnie odrzucało od tego, jak nachalnie autor wciskał wszędzie, gdzie się dało swoje prywatne poglądy na politykę, religię, społeczeństwo, związki, kobiety etc. Sztuka balansu jak dla mnie.

      1. Jedni nie mają poglądów, z którymi mogliby się afiszować, inni poglądy, owszem, mają, ale uważają, że to ich prywatna sprawa, nieliczni zamęczają nimi publikę, przy czym w dobrym guście, jak zauważyłam, bywa przeproszenie za tego rodzaju „prywatę”.
        Oczywiście, nic na siłę, ale zauważyłam, że częściej ocenia się tylko „techniczne” aspekty książki, ważniejsza jest „konstrukcja” fabuły czy bohatera niż jakaś bardziej ogólna, osobista refleksja na temat przeczytanej książki. Ja też popadam czasami w tę manierę, co uświadomił mi niedawny i jeden z ostatnich wpisów Cedro.

  15. Elenoir, ależ wprost przeciwnie: bardzo wielu blogerów deklaruje swój światopogląd i stosunek do różnych aspektów współczesnej rzeczywistości – najczęściej ten negatywny 😉 Bez żartów jednak: są osoby (fakt, mało ich), które chętnie i z dumą swoje poglądy prezentują, podkreślają nawet. Sama czytam dwa blogi, z założenia autorek – o książkach, gdzie w sposób nieskrępowany i jawny przedstawiane są opinie światopoglądowe. Z częścią z nich się zgadzam, z innymi zupełnie mi nie po drodze, ale bardzo szanuję dziewczyny za to, że nie boją się być szczere. Mają te rozważania swoje oparcie w czytanych lekturach, czasami snute są w kontekście wydarzeń dnia codziennego, poszczególnych rocznic czy słów wypowiadanych przez kogoś, kto autorki bloga w jakiś sposób poruszył. I, nieodmiennie, czyta się te wpisy z ciekawością i z szacunkiem, chociaż, jak już pisałam, zgadzać się z nimi nie trzeba. Blogi, o których wspominam, to blog Bogusi („Dom z papieru”) i blog Alicji („Ala czyta”).

    1. Poczułam się wywołana do tablicy. Przed wszystkim, Jabłuszko, dziękuję za dobre słowo. Chociaż, prawdę mówiąc, to co ujawniam w sensie poglądów politycznych, to tylko czubeczek góry lodowej. Zwykle przed ostatnim kliknięciem nie szukam żadnych błędów ani literówek, ale zadaję sobie pytanie, czy można się do mnie przyczepić w sensie prawnym. Chodzi głownie o prawo prasowe. Jeśli uznaję, że nie, no to, poszło!
      Lubię jechać po bandzie:)
      A tak, w ogóle, ciekawa dyskusja tu się toczy i ciekawy problem poruszyła Agnieszka. Wielokrotnie sama się zastanawiałam, dokąd można się posunąć. Osobiście uważam, że nie warto być tchórzem, ale to moje bardzo indywidualne zdanie.
      Pozdrawiam!

      1. Alicjo, blog Twój wskazałam z przyjemnością, jaką zawsze odczuwam, kiedy mam do czynienia z czyjąś odwagą w głoszeniu swoich poglądów – szczególnie tych niepopularnych. Mam słabość do ludzi, którzy samotnie stają naprzeciw tłumów i nie cofną się ani o krok, bez względu na koszta, wtedy, kiedy mają rację. Nie musimy wszyscy zgadzać się ze sobą i oddawać czci tym samym bogom. Z nieukrywaną ciekawością konfrontuję własne poglądy z poglądami innych ludzi, bo nie upieram się przy tym, że racja zawsze jest po mojej stronie. Zdarzyło się nie raz i nie dwa, że od swoich oponentów nauczyłam się rzeczy ważnych i pod ich wpływem spojrzałam na sprawę pod nowym kątem. Jak ujawnisz więcej z tego czubeczka, mnie nie odstraszysz na pewno, chociaż szczerze przyznaję się do innego zdania na różne kwestie przez Ciebie czy Bogusię poruszane 🙂

        Też uważam, że nie warto być tchórzem. Sądzę, że jedyną granicą powinna być kwestia dobrego smaku i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości.

    2. Zgłaszam się i ja. Jabłuszko, baaardzo mi miło:) Nie ukrywam, że nie lubię zupełnej anonimowości, więc wychylam się spod nicka. Dotyczy to również poglądów. Nie wydaje mi się, że byłabym wiarygodna, gdybym była letnia. Trudno mi zabrać głos w powyższej dyskusji, bo dotyczy ona głównie – jak mi się wydaje – książek recenzyjnych pochodzących od wydawców, a ja jestem wolna jak ptak. Właśnie dziś spakowałam kolejną reklamówkę z książkami, które opuszczą mój dom na zawsze. Są tam m.in. Pilch, Coelho, Evans, Murakami, Głowacki, Lem… Pewnie znajdą swoich czytelników. Staram się nie pisać negatywnych recenzji, a raczej promować dobre (moim zdaniem) książki. Zdarza się jednak, że nie wytrzymuję i zabieram głos, jeśli książka jest nagłaśniana, a ja zapatrzyłam się na drugie dno. To bardzo indywidualna sprawa, a na dodatek zmienna. Same, dziewczyny, za kilka lat się zdziwicie, że zachwycałyście się tym czy tamtym autorem. Poczekajcie trochę. Podpisuję się pod większością uwag Agnieszki, ale na każdy blog trzeba patrzeć indywidualnie. Łatwo kogoś zranić (ja sama jestem mało podatna na krytyczne słowa), więc niech każdy czyta, co chce, pisze jak myśli, a my spacerujmy po blogach, które nas ciekawią. Pozdrawiam wszystkich zabierających głos:)

      1. Książkowcu, wychylanie się spod nicka uważam za przejaw cywilnej odwagi, bo człowiek, który tak robi ma świadomość, ile cennego spokoju musi zaryzykować, firmując imieniem swoja postawę – szczególnie w sieci, która pozorną anonimowością zachęca ludzi do budzenia swoich demonów. Jak już to ktoś z rozmówców napisał wyżej, letniość wiarygodna nigdy nie jest i ja również się z tym zgodzę, bo dobitność i zdecydowanie, chociaż nie zawsze życzliwie postrzegane, przynajmniej nikogo nie zwodzą. A sieć i tak już pełna jest wszelkiego rodzaju przekłamań i nieprawdopodobieństw: można się powstrzymać od dokładania swojej cegiełki 🙂

    3. Właśnie, tego rodzaju szczerość zasługuje, Twoim zdaniem, na szacunek, a ja uważam, że to powinna być norma i oczywista oczywistość. Nie wiem, może ludzie boją się łatek w rodzaju „wojujący feminista”, „prawicowiec”, „lewak”, „dewotka” czy „antyklerykał”. No cóż, moim zdaniem jeśli się ma poglądy, to łatwo ich bronić.

      1. Łatek się pewnie boją i nie ma w tym niczego, czego nie można byłoby zrozumieć: w końcu nie każdy jest na tyle silny psychicznie, żeby śmiało wdawać się w pyskówki (bo dyskusje o poglądach mają tę dziwną właściwość, że może i zaczynają się kulturalną wymianą zdań, ale kończą się, z reguły, nożownictwem). Szczerość w ujawnianiu swoich poglądów zasługuje na mój szacunek, bo stała się rodzajem odwagi. Jest w tym pewna patologia, że do tego doszło. Norma i oczywistość – jak najbardziej! Ale odwagi wyznania i determinacji w jego obronie nikogo nie da się nauczyć. Sądzę, że kultura dyskusji jest wśród większości ludzi na tyle niska, że w konfrontacji z żywiołem wiedzących lepiej i czujących prawdziwiej, wcale nie jest łatwo bronić czegokolwiek.

    1. No właśnie. Mówimy tu oczywiście o zwykłych czytelniczych opiniach, w pełni dobrowolnych… Nie o zamówionych rekomendacjach o charakterze marketingowym, których też jest sporo na blogach. I trudno się dziwić, bo rynek zagarnął blogosferę. Niby dlaczego miałby tego nie robić? To najlepszy nośnik dla promocji sprzedaży opartej o ilość pozytywnych opinii, a nie ich jakość. Taka jest natura internetu.

      Jednak doskonale rozumiem inicjatorkę tej dyskusji. Ja też wolę nieco bardziej wnikliwe wpisy blogowe.
      Poza tym chciałabym mieć możliwość przeczytać także rzetelną opinię wysokiej jakości. Jednak nie szukałabym jej na blogach, bo to inna działka. Bardziej wnikliwa, pracochłonna opinia o książkach i do tego nienastawiona na marketing? Moim zdaniem czegoś takiego moglibyśmy oczekiwać tylko od niezależnego eksperta/krytyka. Przecież tacy eksperci – profesjonaliści – istnieją we wszystkich dziedzinach. Może i u nas powstanie coś na kształt amerykańskiego Kirkus Review? Ja bym korzystała.

      1. Limonka – też tak miewałam przez długi czas. Jednakże coraz bardziej dojrzewam do tego, by pisać. Chociażby dla tego, by balansować to, co w necie można znaleźć. I dlatego, że chciałam tu jednak zapisywać wrażenia z lektury, nie zakładałam, że tylko pozytywne wrażenia.
        Ja mam inny problem – zdarza mi się nie kończyć książek, które wybitnie mi się nie pociągają. Wtedy też ich nie oceniam. No i co zrobić z takimi fantami?

        Agnieszka czyta – mnie tam nawet nie zależy bardzo na profesjonalnych analizach krytycznoliterackich. Ja tylko bym chciała, by było więcej tekstów pisanych otwarcie, podających wyraźne poglądy na daną książkę, ukazujących plusy i minusy, które wg danego czytelnika w niej są. Może to być najbardziej amatorski tekst, bylebym miała uczucie szczerości, widziała w tym tekście autora, a nie szablon 😉

  16. Tak sobie przeglądam Wasze wypowiedzi (jako niedoświadczona blogerka książkowa, która nawet jeszcze nie zaczęła raczkować xD) i mam pewien dylemat.
    Jak reagować na chamskie teksty komentujących? Czasem najłatwiej jest rzucić zdaniem „Nie podoba się, to nie czytaj”, ale dla mnie sprawa wydaje się o wiele bardziej skomplikowana. Gdzie jest granica wolności wypowiedzi u osoby komentującej, by to nie była już jawna obraza blogera?
    Mam taki problem, ponieważ (mimo, iż prywatnego bloga piszę wiele lat), rzadko kiedy spotykałam się z atakami na moją osobę i nie wiem, kiedy już warto (że tak to ujmę) „pogonić” czytelnika.
    A jeśli chodzi o właściwy temat dyskusji: też zauważam, że blogerom brakuje odwagi. W sumie się nie dziwię, boją się ataków. Ja, pisząc u siebie na prywatnym blogu o książkach i filmach również się ich boję, bo jeszcze wyjdzie na jaw moja wielka niekompetencja xD Ale w blogowaniu chyba nie chodzi tylko o wielkie słodzenie, prawda?

    1. Cathrynek91 – jeżeli komentarz byłby chamski, ale jednocześnie przedstawiający chcoiaż cień merytoryki, to ja osobiście pewnie odniosłabym się do tej merytorycznej krytyki i poprosiła o unikanie chamstwa. Jeżeli to by się powtarzało (lub komentarze byłyby tylko chamskie) – siup, ban i do widzenia, nie cackam się z takimi delikwentami.
      Granica chamstwa to jednak ciekawy temat, szczególnie aktualnie. Może to temat na kolejną naszą wirtualną rozmowę, bo nie wiem, ile osób wychwyci Twoje pytanie tutaj w komentarzu. Dla mnie jest nią, gdy ktoś obraża personalnie mnie (lub moich bliskich), nie wnosząc nic konstruktywnego do samego tematu pod którym się wypowiada.
      Co do słodzenia – dla mnie nie chodzi. Dla mnie w blogowaniu chodzi o to, byśmy pisali o tym, co nas kręci, a co odrzuca, tylko jednocześnie to argumentowali, a nie pisali na zasadzie „książka jest głupia, a na dodatek ma obrzydliwą okładkę i brzydki kolor”. Tutaj zależy oczywiście od tego, jak kto podchodzi do blogowania. Ja z blogów chcę uzyskiwać albo informacji (czy warto lub nie daną książkę/film/przedstawienie etc. zobaczyć i dlaczego), ewentualnie ciekawych informacji, natchnienia, czasami instrukcji (np. jak przygotować sałatkę czy złożyć półkę ;)).

  17. 1. “Nie ma złych książek, jest tylko niewłaściwy odbiorca”
    Zgadzam się, czasami książka jest naprawdę słaba – i choć jak nie wiem co staram się znaleźć powód, dla którego została wydrukowana bywa różnie… Ale jak mi się coś nie podoba to to zaznaczam, konkretny powód dlaczego ja tego nie czuję. Jednak mimo wszystko nie czuję się na siłach, żeby napisać: nie czytajcie, badziew. Różne są gusta.

    2. “Autor się napracował przy pisaniu, dlatego nie należy krytykować”
    A tu jest już naprawdę całe spektrum przypadków. Jeżeli tekst wygląda (pomimo druku papierowego!) jak bez korekty to wcale nie czuję tej pracy autora. Kiedy już piszę, nawet do „szuflady”, to czytam ten tekst choćby dwa razy, wracam do niego… podstawy interpunkcji znam, więc nie wygląda to tak tragicznie. Tak samo jak obserwuję blogi polskich (bo tylko tych z rzadka odwiedzam) autorów i widzę, że w dwa tygodnie/miesiąc nagle powstaje nowa książka. Od razu mi się odechciewa a już na pewno nie wydam na takie „dzieło” kasy.
    A co do krytyki – trzeba. Gdy pisałam opowiadania na blogu to często poddawałam się ocenie innych i motywowało mnie to do większych starań. Wiem, że nie jestem alfą i omegą.

    3. “Właściwie warto przeczytać, jak się komuś nudzi”
    Nudzi? Jeżeli sama kiedyś użyłam takiego tekstu w mojej pseudo-recenzji to biję się w pierś. Od dawna mi się już nie nudzi. Studiuję, pracuję, recenzuję, oglądam filmy czy seriale, ukulturalniam się czasami, spotykam się z przyjaciółmi. Nie mam czasu na nudę a jedynie na chwilę odpoczynku, gdy jak zdechnięty pies kładę się na łóżku i zasypiam na książce. Najlepiej dobrej. Tyle książek do przeczytania, a ja będę jakieś badziewia czytać, żeby zapchać czas. O nie nie…

    4. “Jeśli Ci się nie podoba, to nie czytaj”
    Tak to ja nie chcę pisać, bo wtedy biorę na siebie odpowiedzialność za fakt, że autor nie trafi na swoich odbiorców (osoby, którym książka mogłaby przypaść do gustu) i dajmy na to, załamie się psychicznie. Niechaj sobie każda powiastka żyje swoim życiem, nie polecam, nie odradzam…

    5. “Piszę dla siebie”
    Nie, nie 😀 Skoro blog, ogólnodostępny… no to hipokryzja. Ale blog ma wyrażać mnie, więc nie mam zamiaru pytać czytelników jak powinnam zmienić ten swój kawałek sieci, jak ma wyglądać, jak mam pisać itd. O nie, ja robię swoje. I albo to ktoś lubi albo nie. Pewnie, że chcę trafić do „fajnego”, szerokiego grona z którym możnaby toczyć zażarte dyskusje ale nie kosztem komciania setki blogów dziennie itd. Dla mnie oceną mojego bloga są jego statystyki. I wiem, że jest słabo, ale cóż… widać najlepsza nie jestem – nie wszyscy mogą. Na pewno będę nad sobą pracować, ale blog nie jest moim priorytetem życiowym a raczej swego rodzaju formą rozrywki. Tak samo jak i dla moich czytelników.

    1. Soulmate:
      1. Czasami powodem jest chociażby to, że autor za jej wydanie zapłacił 😉 Innym razem jest to czysta ekonomiczna kalkulacja: książka jest zła, ale zapewne dobrze się sprzeda, bo temat nośny, a czytelników, którzy go „łykną” masa, więc będzie można na tym zarobić, a może i z tej kasy wydać coś innego. Nie ma co dopatrywać sie ideologicznej misji stojącej za wydawaniem książek 😉
      2. Ortografia, interpunkcja etc., to jedna sprawa. Ale brak spójności fabuły, jej niedopracowanie, bohaterowie z drewna, kulejąca akcja, schematyczność, zwyczajny brak „iskry bożej” – to już inna sprawa. A to wszystko wpływa na całość, na to, czy książka jest dobra, czy nie.
      5. Ja tam czasami pytam 🙂 Rzadzko, bo rzadko, ale się zdarza.

      1. 1. Fakt, nie pomyślałam o tych „bogatych” autorach 🙂
        2. No tak, ale to dla mnie zbyt subiektywne. Np. brzydzą mnie pary zakochanych na ulicy, jestem średnio romantyczna i „rzygam” gdy muszę ich słuchać, oglądać, znosić. Lubię książki/filmy z umiarkowaną sferą uczuciową. Męczą mnie rzeczy, które inni uważają za artyzm, więc staram się nie krytykować tego zbytnio. Różne są gusta – czas pokaże co się stanie klasyką 🙂
        5. Wiem, rozumiem – ale gdy ja przeprowadzałam takie sondy to zdania były tak skrajnie podzielone, że nie widziałam w tym większego sensu. Plus nie cierpię robić czegoś wbrew sobie/ swoim poglądom i mam strasznie przekorną naturę (czyt. lubię robić czasem ludziom na złość, nie jakoś bardzo ale trochę, taki ze mnie hejter) więc u mnie to nie działa. Blog to mój własny kawałek sieci i lubię mieć nad nim pełną kontrolę. A że nie piszę tylko dla siebie widać w moich recenzjach, gdy często zwracam się do czytelnika. Megalomania 😀

  18. Od ponad 6 lat z uwagą śledzę polskie, brytyjskie i francuskie blogi i to co ‚się wyrabia’ w polskiej blogosferze przechodzi wszelkie pojęcie. Rzadko, naprawdę rzadko można znaleźć osobę która potrafi rzetelnie skrytykować naprawdę kiepskie dzieło, a naprawdę na nasz rynek wychodzi ich setki każdego roku. Ile osób oceniło w historii pisania swoich blogów na ‚1’ albo ‚2’? a palcach można zliczyć. Ostatnimi czasy natrafiłam na Blog Kasandry, gdzie w ciągu 3 lat ani razu żadna książka ( ponad 400 ich jest) nie została oceniona na niżej niż 3,5. A Pani Kasandra recenzuje książki te same co wszyscy, w większości pochodzące ze współpracy z wydawnictwami.

    I jak ja mam wierzyć takiej blogerce?

    1. Faktem jest, że mało osób pisze o książkach, które ocenia na 1 czy 2. Po części pewnie wynika to, z tego, o czym pisały dziewczyny wyżej – czasami nie chce się pisać o kiepskiej książce, gdy można ten czas przeznaczyć na pisanie o dobrej. U mnie z kolei często to wynika z tego, że te naprawdę kiepskie książki porzucam, nie kończę czytania. I wtedy o nich nie piszę, bo nie czuję się „władna”.
      Ciekawe swoją drogą, jak to naprawdę wygląda. Czy tak łagodnie nagminnie oceniamy książki, czy też unikamy pisania o złych. Czy jeszcze inaczej wygląda ta sytuacja.
      A w podanym przez Ciebie przykładzie trzeba byłoby spytać osobiście Kasandry.

  19. No tak, mnie się wydaje, że częściej krytykuję, niż chwalę, że się czepiam. W każdym razie, jeśli coś mi się nie podoba, nie widzę powodu, żeby o tym nie pisać, bo w imię czego? Jako, że nie jestem zawodowym recenzentem, nie muszę czytać wszystkiego jak leci, ale przecież, pomimo selekcji lektur, trafia mi się i coś słabego. Często jednak (z niejakim zdumieniem) spotykam peany na cześć książek, które mi się nie spodobały, lub były wg. mnie zaledwie średnie. Są też blogi, gdzie wiem, że wszystkie recenzje są na jedno kopyto, niezmiennie pozytywne – i te przestałam czytać, bo po co, z góry wiem, co autor/autorka napisze i że niekoniecznie będzie to miało wiele wspólnego z rzeczywistą wartością książki.

  20. Nie zgadzam się z punktem 3.
    Są książki, które uważam za dobre, jeśli ktoś się nudzi, ale nie warte przeczytania, jeśli ma pod ręką cokolwiek innego. W odróżnieniu od książek, które uważam za całkowicie niewłaściwe nawet jako sposób na nudę. Dobre, jeśli ktoś się nudzi to 2-3 na dziesięciostopniowej skali. Ale lepsze to od jedynki…

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s