„Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” – Jacek Dehnel


Wydawnictwo: W.A.B., 2011

Oprawa: twarda

Liczba stron: 272

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Saturnismo. Czy to nie brzmi jak coś, co powinno być urocze, lekkie i powiewne? A ta właśnie nazwa oznacza ołowicę, chorobę, która prawdopodobnie doprowadziła do śmierci Francisco de Goyę oraz wszystkie jego dzieci poza jednym – Francisco Javierem.

Został ojciec i syn. A potem syn syna. Kobiety w tej opowieści się nie liczą, są właściwie dodatkiem, ozdobą lub przeszkodą w realizacji planów, pętają się w tle tej historii. Bo to jest historia mężczyzn i ich relacji. Artystów i rywalizacji między nimi. Ojca, syna i wnuka, krew z krwi rodu de Goya.

(…) w którym przyszedłem na świat ja, a także sześcioro moich braci i sióstr, pożartych później przez nienasycony czas. (strona 69)

Pewnie niewielu z nas nigdy nie słyszało o Francisco Goi i jego pracach. Malarz z okresu romantyzmu, wybitny portrecista, ukochany szczególnie przez arystokratyczne dwory hiszpańskie. U Dehnela to człowiek gwałtowny, choleryk, który nie liczył się z niczym i nikim. To hulaka, który poszukuje ciągle nowych doznań, szuka nowych podniet i pomysłów na kolejne dzieła. Człowiek bardzo dbający o materialną stronę egzystencji. Jego syn – Javier, to tutaj niespełniony malarz, który może i umiejętności ma, ale brakuje mu natchnienia, pomysłów, ciągle ukryty jest w cieniu ojca. Flegmatyczny, niezdecydowany, taka – jak to mówią – „ciepła klucha”. Mniej więcej w połowie książki do tego duetu dochodzi trzeci głos – syn Javiera, Mariano. Ten z kolei mocno stoi na nogach, dba o majątek, jest rozsądny, skoncentrowany na tym, by być, bywać i zaistnieć.

Trzech mężczyzn, trzy głosy, trzy punkty widzenia. Jak oni się różnią i jak skomplikowane relacje ich łączą. Francisco uważa syna za ciapę, za byle kogo, chłoptasia, co to nawet dziwki nie ochędoży, beztalencie, które istnieje niewiadomo po co. Z wnuka z kolei jest dumny, znajduje z nim wspólny język, bawią się wzajemnie. Javier uważa ojca za okrutnego rozpustnika, który za nic ma swoją żonę, a matkę Javiera. Mariano znowu to dla niego jakby obcy człowiek, różnią się tak bardzo, że właściwie nie ma między nimi kontaktu. Najmłodsza latorośl rodu z kolei zachwycona jest dziadkiem, a ojca ma za łamagę zatopionego w książkach, nie potrafiącego żyć naprawdę.

(…) myślę sobie, niech tak mówią, pies im mordę lizał, czort im w nos pierdział! (str. 54)

„Saturn” to książka, która męczy. Nie dlatego, że jest zła, wręcz odwrotnie! Autor tak doskonale odwzorował pokręcone relacje trzech mężczyzn, że czytanie o nich aż męczy, bo czytelnik odczuwa wszystko na własnej skórze. Ta opowieść ojców i synów jest opowiedziana w taki sposób, że samemu czuje się wszystko to, co dotyka bohaterów. Dehnel kolejny raz udowodnił mi, że jest zdecydowanie jednym z najlepiej rozwijających się młodych polskich pisarzy. Nie dość, że ma dar, talent literacki, który – mam nieodparte wrażenie – zdarza się coraz rzadziej w zalewie bylejakości, to jeszcze pracuje nad sobą, przygotowuje się solidnie do pisanych książek. A jaką przepiękną polszczyzną pisze! Czytanie każdej jego książki to prawdziwa uczta pod tym względem – piękno metafor, zasób słów, dopracowanie opisów, cudeńka. Bohaterowie także zawsze są stworzeni z niezmierną dbałością, są wiarygodni, tak ludzcy, jakby siedzieli w fotelu obok.

Ta książka nie jest prosta i przyjemna. Nie będzie Was wciągać po same uszy i zachwycać Was cudownymi heroinami i ich ukochanymi. „Saturn” wymęczy Was, a bohaterowie i ich relacje przyprawią Was być może o ból głowy. I co z tego? W zalewie szmir ta książka to mały literacki brylant. Panie Jacku, niech Pan pisze!

© 

Advertisements

10 thoughts on “„Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” – Jacek Dehnel

  1. Podpisuję się pod tym „apelem” do Pana Jacka.
    Mam pozytywne wrażenia z lektury „Lali” i „Saturna”, przede mną (znaczy się na półce oczekuje) „Rynek w Smyrnie”, tylko „Balzakiana” odłożyłam po kilku stronach, ale chyba dlatego, że nieodpowiedni czas na tę książkę wtedy miałam.

    1. Agnesto – 🙂 „Lala” była dla mnie pierwszą jego książką, którą przeczytałam i do dzisiaj jestem pod wielkim wrażeniem, wpadłam wtedy po uszy. Drugą książką, którą uwielbiam tak samo (o ile nawet nie bardziej) jest właśnie „Balzakiana”. Cacuszko! „Rynek w Smyrnie” jest moim zdaniem najmniej udany, chociaż ciągle dobry. A na półce czeka „Fotoplastykon”, na który ciągle nie mogę znaleźć czasu. Paradoksalnie, bo przecież to zbiór impresji.

      Karolina – oj tak, „Lala” jest wyśmienita, pamiętam, że czytałam i nie wierzyłam, że taki młody człowiek napisał tak doskonałą książkę 😀 Również „Balzakiana” jest świetna, jestem pełna uznania dla tej książki.

  2. A ja w pisarstwie Dehnela nic wybitnego nie dostrzegam. Widzę za to tendencję spadkową: „Lala” była całkiem całkiem – nie arcydzieło, ale bardzo miła książka. „Balzakiana” są dużo bardziej problematyczne: z Balzaka tam niewiele, dowcipasy jak na dworcu kolejki w Otwocku, psychologizowanie niezbyt zręczne…I w końcu „Saturn” zupełnie nieudany: pareset stron wyzwisk jakimi obrzucają się Goyowie, prymitywnie doszyty wątek homoseksualny, „powieść” bez akcji i bez struktury.

  3. Cudownie sie czyta „Saturna”! Autor jakby malowal a nie pisal:) jezyk rzeczywiscie piekny! Tylko az sie prosi o lepsze reprodukcje obrazow Goi. W moim wydaniu wszystkie ciemne i niewyrazne. Szkoda.

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s