„Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803” Bernard Cornwell


Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 416

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

O Bernardzie Cornwellu słyszę – od wieków – same bardzo dobre opinie. Wprawdzie dotyczą one głównie trylogii arturiańskiej, ale nie tylko. Gdy trafiła mi się okazja przeczytania jednej książki z tych opisujących przygody Sharpe’a, to nie zastanawiałam się ani chwili, tylko od ręki poprosiłam o jej przysłanie i zabrałam się za czytanie.

Sharpe to sierżant brytyjskiej armii na terenach Indii. Żyje sobie spokojnie w swoim garnizonie, jednak przez przypadek zostaje wysłany do akcji w miejscu, które staje się miejscem niespodziewanej kaźni. W bohaterze fakt absurdalności śmierci kolegów oraz – co dla niego najważniejsze – kompanów z jego małej drużyny, powoduje chęć zemsty. Jednak najpierw musi zdać sprawozdanie przełożonym, odpowiedzieć na wiele pytań, jednak zaraz potem zjawia się pułkownik McCandless, który ma na celu złapanie sprawcy masakry i osądzenie go, by sprawiedliwości stało się zadość.

Mężczyźni ruszają w ślad za podejrzanym, a za nimi z kolei podąża Hakeswill, drań knujący intrygi przeciwko Sharpe’owi, który pragnie tylko tego, by go zamordować i okraść. Jak potoczą się losy Sharpe’a? Tym bardziej, że los pcha ich wszystkich w objęcia śmierci, która czeka na nich pod postacią potężnej armii buntowników pod dowództwem Pohlmanna. 5000 brytyjskiego wojska przeciwko 100 000 buntowników. Jak się to może skończyć? Jak potoczy się bitwa? A żeby życie Sharpe’a było jeszcze bardziej skomplikowane, to los stawia na jego drodze panią Joubert, młodą, piękną mężatkę, do której Sharpe zaczyna odczuwać coraz większą słabość. Na dodatek przeciwnik kusi Sharpe’a przejściem na ich stronę, szybkim awansem i bogactwem. Nie jest to najprostsza sytuacja życiowa, prawda?

Trzeba przyznać autorowi, że bardzo ciekawie, barwnie i realistnicze przedstawia rzeczywistość losów żołnierzy w danym czasie i miejscu. Są tu też te wszystkie smaczki, które lubię i które – moim zdaniem – budują atmosferę książki. Mamy więc informację dlaczego konie irlandzkie są lepsze od miejscowych, ile kosztuje kupno takiego konia, jak wyglądały ozdoby na słonie indyjskie, jak się obozowało etc. Silną stroną Cornwella są zdecydowanie opisy manewrów wojennych. Jeżeli taki laik, jak ja jest w stanie ogarnąć i zrozumieć to, co się dzieje, mało tego – podoba mu się, to jest to sukces. Bitwa pod Assaye opisana jest szczegółowo, przyczyny zywcięstwa jednej strony, a klęski drugiej, są przeanalizowane i jasne. A to wszystko zrobione jest barwnym językiem, pełnym ciekawych opisów, a akcja aż kipi.

Cornwell nie upiększa rzeczywistości, a na dodatek jest bardzo obrazowy. W związku z tym opisy zabijania są realistyczne do bólu, a czytelnikowi nie są oszczędzone nawet szczegóły. Ale to też jest zaleta tego autora, nie ukazuje wojny jako romantycznej walki o sprawę, tylko pokazuje, że to faktycznie masakra, w której tak naprawdę, to bezsensownie giną tysiące osób.

Bohaterowie też nie są święci, praktycznie każdy z nich ma mniej lub bardziej denerwujące cechy, słabostki. Jednakże mimo tego (a może dzięki temu?) niektórych z nich da się naprawdę polubić. W moim przypadku polubiłam zarówno Sharpe’a, jak i pułkownika McCamdlessa, a nawet i generał Wellesley nie zrobił na mnie najgorszego wrażenia. Ciekawa jestem pozostałych książek z tej serii. Czy są one jakoś powiązane, czy spoiwem je łączącym jest li i jedynie Sharp?

Polecam wszystkim miłośnikom książek historycznych napisanych „z jajem”, osobom zainteresowanym życiem żołnierskim i – troszkę – tym, którzy interesują się indiami kolonialnymi. © Agnieszka Tatera

  Książka wydana pod patronatem portalu Przy kominku 

Reklamy

5 thoughts on “„Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803” Bernard Cornwell

  1. Cornwella uwielbiam po trylogii arturiańskiej. Teraz muszę zabrać się za „Ostatnie królestwo” i „Zwiastun burzy”. Podobno też bardzo dobre. Ale do tej książki, chociaż tak dobrze ją recenzujesz, na razie mnie nie ciągnie.

    Pozdrawiam!

  2. Dawno temu oglądałam film o poruczniku Sharpie. Strasznie mi się podobał, mnie małej dziewczynce, bo był taki mężny i szlachetny.

    1. Vampirku – ja trylogię arturiańską mam, „Ostatnie królestwo” i „Zwiastuna burz” również, ale są one moje własne nierecenzyjne, co ciągle oznacza, że sobie poczekają na przeczytanie 😉 A co do Sharpe’a – może potrzeba innego momentu, a może w ogóle Cię nie będzie ciągnęło. Pozdrawiam!

      Edyta28 – o, proszę, nie wiedziałam, że istnieje film. Będę miała otwarte oczy 😀

Usuwane są wszelkie komentarze wulgarne, a także reklamy. Zdobądź się na odwagę podpisania swej wypowiedzi.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s